Tak tylko pytam, na wszelki wypadek, bo przed chwileczką miałam taki oto
telefon (cytuję z grubsza):
- Dzień dobry. Pani Grażyna? Proszę pani, pani zamawiała... (w tym momencie
nie bardzo zrozumiałam co, bo jakiś szum w tle mocno zakłócał słyszalność,
więc na wszelki wypadek z góry zastrzegłam, że nic nie zamawiałam, i że to na
pewno pomyłka)
- No, co się pani wygłupia?! Ja przywiozłem... i pod pani blokiem stoję, a
pani mi teraz mówi, że pomyłka! Pani zamawiała...!
- Zaraz, spokojnie, bo nie rozumiem, co pan mówi. Niech pan wyraźniej powie,
co zamawiałam?
- GULGULATORY!!
- Ach... Gulgulatory! - wreszcie do mnie dotarło i zaskoczyłam o co kaman ("my
paniali pierwyj kawał", he he) - A jakiego koloru pan je przywiózł? Bo wie
pan, kolor gulgulatorów ma zasadnicze znaczenie. Mam nadzieję, że nie czarne,
albo czerwone?
- Niebieskie przywiozłem.
- O, to na pewno nie moje. Od razu panu mówię, że niebieskie zamawiają
wyłącznie firmy, a ja jestem osoba prywatna i używam tylko żółtych.
- To co ja mam teraz z nimi zrobić?
- Niech pan odeśle do adresata i po krzyku.
- Ale one zapłacone są! Mąż pani przelewem zapłacił. Ja tylko przywiozłem, no
i co mam teraz zrobić z tymi gulgulatorami? Pod pani blokiem stoję!
Tu nastąpiła chwila przerwy, bo mnie ugotował, cholernik, i dostałam
potwornego ataku śmiechu.
- Panie, to może niech pan je wystawi z samochodu i napisze na kartce:
świeżutkie gulgulatory sprzedam? Ziemniaki tak sprzedają, to i gulgulatory na
pewno ktoś kupi. I będzie po sprawie.
- E, pani, ja nie mam czasu, musze na role.
- Aha, orka wiosenna czeka?
- No. Trudno, jadę z nimi z powrotem. Do widzenia pani.
I się rozłączył.
Szkoda, bo jakby tak jeszcze chwilkę wytrzymał, to kto wie, może zeszłabym na
parking i nawet pomogła mu w tej sprzedaży, bo widać, że człowiek szalenie
zdolny. Podejrzanie szalenie...
Dlatego pytam, czy to aby nie ktoś z Szanownych chciał mi wcisnąć te
niebieskie gulgulatory?