Komary, znaczy te, no, komarzyce. Wampirki cholerne. Miliardy już są! W tym sezonie nie ma co liczyć na swoją złą krew, bo wygłodniałe tabuny żadną nie pogardzą, to pewne. I wcale nie trzeba jechać wieczorem do lasu, wystarczy stanąć na trawniku/balkonie/w oknie - każdego zeżrą żywcem. Wystawić jeden milimetr nie popsikanego odstraszaczem ciałka i gotowe. Fryzurę, na przykład. Może być gęsta, jak grzywa tarpana, nie szkodzi, i tak dobiorą się do gołej skóry w jeden mig, wczoraj sprawdziłam. Zresztą, odstraszacze też mają gdzieś, bo głód silniejszy, niż strach, wiadomo. W skali makro, jedyny ratunek w jaskółkach i jerzykach, bo nikt inny nie pochłonie tyle komarów, co one. Nawet najlepszy kolarz, he he. Nasze już tak obżarte, że nie mają siły dokończyć budowy gniazd. Jaskółki, nie rowerzyści. Ci ostatni, jeśli nie lubią takiego pożywienia, muszą jeździć z mocno zamkniętymi ustami, po prostu.
A'propos, wiecie, że są na świecie takie (k)raje, gdzie zwabia się jaskółki pod swój dach celowo, jako naturalny środek komarobójczy? Nawet gotowe gniazda podsuwa im się pod nos, żeby tylko zechciały być. O, te białe buły pod rynnami, to właśnie one, te sztuczne gniazda:
Wot, ciekawostka taka. Za to u nas wiesza się worki foliowe, żeby się nie zagnieździły, bo przecież latają, brudzą i drą dzioby, nie? Dobra, ale ja nie o tym. Zaraz, a o czym to miało być? O wszystkim, jak zwykle. Aha, już wiem: o tych gryzących świniach. Macie na nie jakieś sprawdzone sposoby? Oprócz szczucia ich jaskółkami, rzecz jasna