który chyba mamy jednakowy, ale jednak nie całkiem, bo widzę, że jednym już się kończy, a pewnie innym dopiero zaczyna... O właśnie, zauważyliście, że to trochę podobnie, jak z tą przysłowiową szklanką wody? Ale ja nie o tym. Otóż, zawsze o tej porze roku przypomina mi się fragment z Autobiografii, ten z sylwestrowego brydża u Ani, kiedy to do uszu namiętnie grających dotarły jakieś huki zza okna i hymn państwowy z radia, więc ktoś tam zauważył: chyba dwunasta...? Już po dwunastej...? Nowy Rok...? A wtedy mąż Ani, wściekle przegrany, wygłosił najpiękniejszy toast sylwestrowy w życiu Guruy:
- Jedenasta, dwunasta, pierwsza!!! Co to jest, do ciężkiej cholery, zegarynka czy brydż?!! Licytuj!!!
Zawsze, gdy przypomnę sobie tę scenę, umieram ze śmiechu

A Szanowni jak w tym roku - celebrują koniec kalendarza, czy olewają go z lekka, że tak zapytam wprost? Bo u mnie bez zmian: tradycyjnie celebruję olewanie