Dodaj do ulubionych

maleńko rekompensaty

08.05.18, 12:05

Kochane
Straszne wydarzenia w Porcie Czerniakowskim sie pisza, ale póki co więcej skreslam, niz przybywa. Dlatego specjalnie dla Was, w krótkich formach prezentuję tymczasem odnaklezione w otchłani dysku C dwie wariacje na temat życia służbowego w instytucji państwowej.
Kolega Sławek istnieje. Jest w moim wydziale. Nie mogę go zabić, ale mogłam o nim napisać.
Obserwuj wątek
    • berrin Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 12:05
      Cz. 1

      Kolega Sławek, skonstatowawszy, iż nadszedł czerwiec a z nim jak co roku fala morderczych upałów i strukturalnej suszy, postanowił opracować niezawodny system podlewania kwiatów.
      Nie było łatwo. System musiał być, jak wspomniano, niezawodny, a do tego efektowny, wydajny, nadawać się do kwiatów gruntowych i doniczkowych i jednocześnie w żadnym razie nie mógł powielać prostych, sprawdzonych rozwiązań. Nie, żeby Sławek z jakimiś takimi rozważaniami się zapoznawał, skąd! Po co robić coś prosto, skoro rzecz można skomplikować i zadziwić cały świat – a co najmniej biuro. Zresztą Sławek nigdy nie dopuściłby się plagiatu, co to to nie, a wszak nie było jego winą, iż wszystkie proste rozwiązania już wcześniej gdzieś zastosowano.
      Przemyślał sprawę naukowo. Dokonał stosownych zakupów w sklepie z artykułami medycznymi (na tym właśnie polegał jego geniusz – swobodnie poruszał się po wszystkich dziedzinach wiedzy i bez trudu łączył materie tak od siebie oddalone jak zestaw do kroplówki i walkę z suszą). Wkroczył w progi biura i wyruszył podzielić się z kolegami swą nową, niezwykłą ideą.
      Co do zadziwienia biura, mógł być pewien. Ilekroć wcześniej prezentował swoje - liczne, niezwykłe, zaskakujące i niepowtarzalne – pomysły racjonalizatorskie oraz teorie prawne (zresztą, bądźmy szczerzy – COKOLWIEK był prezentował), zawsze widział na twarzach współpracowników to samo – absolutne osłupienie, powiązane niekiedy jakby z wyrazem lekkiej paniki, niewątpliwie wywołanej bezpośrednim zderzeniem z prawdziwym, rzetelnym geniuszem na miarę Leonarda – a co najmniej turbinki Kowalskiego.
      Zanim jednak dokonał stosownej prezentacji, na miejsce dla niej wybrawszy sąsiedni pokój (tam, ze względu na lokalizację ekspresu do kawy rano gromadziło się najliczniejsze audytorium), rozkojarzyło go nieco opowiadanie Przemka o wyprawie kajakowej. Sławek nawet nie dosłuchał do końca, za to natychmiast uzmysłowił sobie, że także kiedyś brał udział w takiej wyprawie, że ekspedycja ta omal nie kosztowała go życia, kiedy narowisty kajak, porwany zdradliwym nurtem, wyrzucił najpierw za burtę Sławkowego przyjaciela a potem, stanąwszy dęba pod urwanym konarem (scena jak z amerykańskiego horroru), starał się wessać swego sternika pod wodę, nie bacząc na to, że ten ma na sobie plecak –a może właśnie bacząc i sądząc, że tym łatwiej go utopi. Natychmiast też podzielił się z kolegami tym wspomnieniem, opisując szczegółowo, jak uniknął niebezpieczeństwa dzięki swej sprawności fizycznej, szybkości orientacji i niezwykłej zdolności pozbywania się plecaka w wodzie i podkreślając nikczemność właściciela wypożyczalni sprzętu pływającego, który nie tylko nie uprzedził Sławka o przeszkodzie nawigacyjnej na rzece, ale także zażądał pieniędzy za uszkodzony kajak.
      Widział, jak niektórzy patrzą na niego z podziwem i osłupieniem, a inni, wyraźnie zawstydzeni zachowaniem chciwca z wypożyczalni, błądzą spojrzeniem po monitorach. Grzecznie zaczekał, aż ucichną komentarze i zaskakując wszystkich nagłą zmianą tematu (dzięki niej w wyniku lekkiego szoku wszyscy ponownie skupili na nim uwagę) okazał zestaw do kroplówki.
      Oczywiście nikt nie wpadł na to, do czego będzie służyć ten przedmiot – ale cóż, nic dziwnego, oni zwyczajnie nie nadążali za jego szalonym zmysłem racjonalizatorskim. Wyjaśnił więc, że jest to zasadniczy element jego systemu automatycznego zapewniania nawodnienia roślinom, na razie doniczkowym. Zaczął też wyjaśniać, jak ten system ma wyglądać, ale widział wyraźnie po twarzach kolegów (a zwłaszcza koleżanek), że nie nadążają.
      Zatem cóż. Wyruszył z powrotem do siebie, by zmontować zestaw, i gdy już znakomicie zadziała, zawołać ich i pozwolić im podziwiać. Zestaw do kroplówki połączył za pomocą igły do zastrzyków z omotaną drutem butelką 1,5 litra po wodzie mineralnej, pełną wody i strategicznie zawieszoną na klamce okiennej (woda lała się nie tylko przez igłę ale także na boki, ale to spowodowane było niedoskonałością materiału, z jakiego sporządzono butelkę i w niczym nie niweczyło samej koncepcji zestawu), koniec rurki wetknął w ziemię obok niczego nie podejrzewającego kwiatka i zasiadł, by swobodnie wypełnić kilka z licznych, ale nie przytłaczających go obowiązków służbowych.
      Zestaw zadziałał nadspodziewanie skutecznie. No nie, nie tak, oczywiście, spodziewanie skutecznie, to, że zadziała, było oczywiste, ale okazał się jeszcze wydajniejszy, niż Sławek oczekiwał. Po jakichś dwóch minutach Sebastian, pozbawiony zmysłu technicznego, aczkolwiek spostrzegawczy i obdarzony pewnymi niższego rodzaju talentami kolega z pokoju spojrzał na zestaw, na kwiatek, na Sławka, a potem oznajmił:
      - Sławek, przelałeś kwiatka.
      Rzymska lapidarność tej uwagi poderwała Sławka jak dźgniecie ostrogą podrywa rumaka (czy jakoś tak) – Sebastian miał rację. Butelka była pusta, doniczka pełna, a na podłodze szybko rosła kałuża.
      Zestaw zadziałał. Teraz należało tylko opracować metodę „zepsucia go” na tyle, by działał mniej doskonale – na przykład, by 1,5 litra wody z butelki przesączał do doniczki w ciągi czterech dni, a nie 60 sekund…
      • berrin Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 12:05
        Cz. 2

        RADCA-MAN, czyli PIERWSZE (nie)PODEJŚCIE.

        Kolega Sławek postanowił, że zostanie radcą prawnym. Szaleńczą tę myśl podyktowała mu… zaraz, wróć, to nie to dzieło.
        Kolega Sławek od dawna całym sobą czuł się radcą prawnym, niekiedy czuł się nawet nadradcą, jednak lokalne, krajowe przepisy całkowicie nie uwzględniały prawomocności tego poczucia. Jakże krytyczna samoocena własnej wiedzy i umiejętności co dzień kazała Sławkowi boleć nad nieprzystosowaniem rzeczywistości do jej obowiązków, jednak fakt pozostawał faktem – by być radcą prawnym, musiał najpierw nim zostać, a aby nim zostać, miał przed sobą jedynie dwie drogi. Obie absurdalne i zmuszające go do aktywności sprzecznej z jego duszą artystycznego naukowca, co gorsza, obie zakładające poddanie się czynnościom mu uwłaczającym, ale którąś z nich musiał wybrać. Obie wiązały się z idiotycznymi wymaganiami, by zaprezentować swą wiedzę na całkiem niepoważnie zorganizowanym egzaminie zewnętrznym. Przy tym opcja numer jeden obejmowała egzamin wstępny (a potem liczne kolejne przez kilka lat – nie wiadomo ile, bo Sławek miał naturę renesansowego uczonego i sprawy poznawał dogłębnie, a to zawsze proces czasochłonny), a opcja dwa – jedynie eksternistyczny egzamin końcowy. To zdawało się znacznie rozsądniejsze, ponieważ wymagałoby od niego tylko jednorazowego udziału w grotesce sprawdzania, TESTOWANIA!!! – jego wiedzy.
        Jednorazowego. Cóż. Jak to się mówi, kłody w oczy i wiatr pod nogi. Świat i tym razem z niewiadomych powodów nie chciał samoistnie uznać geniuszu kolegi Sławka. Uznał umiejętności i wiedzę innych, niekiedy miłych, niekiedy nawet bystrych, ale o ileż mniej doświadczonych (choć, co prawda koleżanka z pokoju obok załatwiła sobie to uznanie idąc na egzamin i zdając go, widać nie miała nadziei, że świat zadziała jak powinien) – ale jego nie.
        Dobrze więc. Nie mając natury rewolucjonisty i bazując raczej na organicznej pracy, którą mało kto docenia, Sławek najpierw starał się uczynić wszystko, co w jego mocy, zaopatrując się w odpowiednie, liczne książki (wydawcy, doceniając jego pęd do wiedzy, w hołdzie dla jego dociekliwości i rozmachu czytelniczego proponowali coraz bardziej oszałamiające rabaty na coraz ciekawsze pozycje). Szeroka natura kazała Sławkowi dzielić się możliwościami z innymi – zasypywał współpracowników mailami z propozycjami lektur i zachęcał do kupna argumentem, że im więcej się kupuje, tym więcej się oszczędza! Ale nie chcieli, nie rozumieli, tkwili w ciasnych kokonach stereotypów i wszystkie rabaty musiał wypracowywać samodzielnie.
        Nawet pracodawca nie był skłonny ułatwiać mu wszystkiego tak, jak można by oczekiwać po instytucji, która w końcu wie, co leży w jej interesie! Obstrukcja w tym wypadku polegała na niechęci do udzielenia swemu najlepszemu pracownikowi odpowiedniej ilości czasu wolnego, by tenże pracownik mógł przygotować się (przygotować! sama koncepcja wydaje się obraźliwa, ale cóż, świat jest taki okrutny!) do egzaminu w warunkach nie urągających jego potrzebie wygody, intymności i świętego spokoju, koniecznych przez… jakiś kwartał.
        Wówczas, zapewne w wyniku walki z oporem materii nastąpił atak antycypacji – kolega Sławek zrozumiał bowiem w rozbłysku profetyzmu, iż niewątpliwie złamie sobie nogę. Nic na to nie mógł poradzić – nieoznaczona forma multiprzyszłości w chwili kiedy pojął co się wydarzy, skolapsowała się do formy falowej jednej konkretnej przyszłości (coś jak z tym Edypem) i wszystko biegło już niepowstrzymanie w stronę straszliwej kontuzji. Lojalnie uprzedził współpracowników, że fakt ten nastąpi i z bólem zauważył, że nie okazali najmniejszego współczucia, co gorsza, jedna z najbardziej małostkowych i podejrzliwych koleżanek wysunęła nawet insynuację, że prawdziwość kontuzji będzie odwrotnie proporcjonalna do potrzeby dodatkowego urlopu przed egzaminem. Bezduszna, podejrzliwa kobieta!
        A przecież kontuzja, spowodowana upadkiem na nogę kolegi Sławka walizki, wypełnionej licznymi książkami i innymi, nader ciężkimi pomocami naukowymi, nadeszła z nieuchronnością śmierci i podatków, bo nadejść musiała. To się musiało stać. Nie jego wina. Taka karma.
        Przeleżał nieruchomo na łożu boleści kilka długich tygodni, starając się, mimo szarpiącego bólu w kończynie, czytać naukowe dzieła, traktujące o bezmiarze prawa. Poświęcał na to czas i siły, które w całości należały się zdrowieniu, nic dziwnego, że proces rekonwalescencji nie postępował zadowalająco. Umysły ograniczone i proste zapewne ograniczyłyby się do lektur wprost związanych z tematami egzaminu i tępo tłukły zadania najbardziej prawdopodobne na teście, ale nie on, przebóg, nie on! Nigdy nie zrozumiał podejścia innego niż holistyczne, obejmujące całość zagadnień, sięgające omalże do początków myśli prawnej, a na pewno co najmniej do Arystotelesa, Ulpiana, Tomasza z Akwinu i constitutio criminalis carolina. Zgłębiał kwestie pozwoleń na budowę, prawa wodnego, ksiąg wieczystych i niekiedy nawet kosztów w postępowaniu administracyjnym.
        W swym bólu fizycznym zapragnął odrobiny współczucia – zatem przesłał kolegom w pracy (a ściślej – jednej z dwóch koleżanek pozostałych na posterunku w wydziale, nie jego wina, że nastąpiła taka gwałtowna zapaść zdrowotna wszystkich pozostałych) fotografię swej zbolałej kończyny. Ciepło, które odczuł, kiedy Karina otworzyła wiadomość, ogarnęło go całego. Och, jakże pragnął być wśród tam, nich, pracować, pomagać, siać blask swej indywidualności! Lecz pomieszczenia departamentu nie dawały szans na przebywanie w pozycji leżącej z nogą na wyciągu, był więc skazany na samotność i książki o przepisach budowlanych.
        A potem… potem… ci, którzy podejrzewali, że cała kontuzja była koniunkturalnym manewrem, mającym dać mu czas na spokojną naukę, płonęli ze wstydu!
        Bo Sławek NIE POSZEDŁ NA EGZAMIN!!!
        Niby jak miał to zrobić, nie mogąc chodzić, lecz jedynie żenująco kuśtykać? Niby jak miałby przez kilka godzin TRZYMAĆ NOGĘ W DOLE? Bez wyciągu? Bez fotela? Bez choćby podnóżka, oszczędzającego choć ułamka straszliwego bólu? Niby jak miałby wjechać swym fotelem do pracy przy komputerze na salę egzaminacyjną?
        Jasne, byli tacy – któż z nas ich nie zna – którzy twierdzili, że nie poszedł, bo by go nie wpuścili, a nie wpuściliby go, bo nie zarejestrował się w odpowiedni sposób jako kandydat, nie doniósł w terminie odpowiednich zaświadczeń… niektórzy kpili nawet, że w składanie dokumentacji zaangażowani byli wszyscy poza nim samym. Byli tacy. Cóż, nikt z nas nie jest wolny od zła na tym świecie.
        Nie poszedł, bo nie mógł. To jasne. Ale jego niemoc wynikała tylko z braku fizycznej zdolności przezwyciężenia ograniczeń ciała. Skoro on podchodził do nich z nieporównywalna godnością i rezygnacją godną buddyjskiego mistrza zen, jakie miało znaczenie, co pomyślą inni.
        Zresztą, egzaminy następują z regularnością pór roku – nie tej wiosny, to kolejnej. Będą inne wiosny.
        • berrin Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 12:07
          P.S.
          To wszystko prawda...
          • felis2 Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 14:14
            Jeśli go w końcu zabijesz, to ja mogę się upierać, że w decydującej chwili sprzątałaś kuwety moich kotów i drapałaś psa po brzuchu.
            • berrin Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 14:18
              smile
              • eulalija Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 14:22
                O tym samym co Felis pomyślałam.
                Zastanawiałam się tylko co miałabyś robić, co by i mozolne było, i upierdliwe i konieczne.
                I wyszło mi prasowanie koszul MLP.
                Jak widzisz, oparcie masz w nas bezwzględne.
                I jeszcze Gat pewnie zjadła dobry lunchsmile
                • berrin Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 14:25
                  No mam nadzieję, że chocaz na lanczyk wystarczyło smile
                  • balamuk Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 17:58
                    Śliczności. O jeżu malusieńki...
                    • ewa9717 Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 19:00
                      Balamuku, jeżu malusieńki to zimowa pieśniczka wink
                      • myq1 Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 19:30
                        ewa9717 napisała:

                        > Balamuku, jeżu malusieńki to zimowa pieśniczka wink

                        Dzisiaj bentleyem takoż zimowa. smile

                        Berrin, piszi! Lubię Cię czytać. Pamiętam Twoje zeszłoroczne opowiadanie o Marlenie, psicy pracowej. Super! smile
                        • balamuk Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 21:58
                          myq1 napisał(a):
                          > ewa9717 napisała:
                          > > Balamuku, jeżu malusieńki to zimowa pieśniczka wink
                          >
                          > Dzisiaj bentleyem takoż zimowa. smile

                          Hiiiii! Tego nie znałam, cudne. big_grin
                          I się mnie proszę nie czepiać, przy bieżącej (???) pogodzie już sobie zaczęłam wyobrażać pingwiny!
                      • minerwamcg Re: maleńko rekompensaty 12.05.18, 09:53
                        Niekoniecznie, malusieńkie jeże mogą być na wiosnę smile
                    • se_nka0 Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 19:04
                      Potwierdzam, dzięki Berrin.
                      He, he - kolejny wspaniały Sławek wink
                      • berrin Re: maleńko rekompensaty 08.05.18, 19:16
                        Tylko będziecie musiały między sobą uzgodnić, co robiłam i gdzie, bo nie mogłam jednocześnie prasowac tam i czyścić kuwet ówdzie...
                        • asia.sthm Re: maleńko rekompensaty 09.05.18, 02:14
                          A tam, jakies dochodzenia, alibi, zawracanie glowy. Cichcem zakopiemy w lesie za torami i po krzyku.

                          Nie macie pojecia jak sie ciesze, ze tu w nocy zajrzalam - cudnie sie sroda zaczela.
                          • berrin Re: maleńko rekompensaty 09.05.18, 07:14
                            Za torami to nawet logistycznie pasuje. On mieszka 4 minuty od stacji szybkiej kolei podmiejskiej na Warszawę.
                            I.... Pociągi - różne, do wyboru, wszytskie we włąsciwym kierunku i zatrzymujące się na własciwych stacjach - - jeżdzą tamtędy co średnio 10 minut. Zatem, co oczywiste, Sławek nie jest w stanie zdążyć do pracy na żadną godzine wczesniejsza niż pi razy oko 11.00, poniewaz gwałtowny wiatr (wiejący we wszystkich kierunkach jednoczesnie...), gęsi siedzące na torowisku, roje pszczół na trakcji elektrycznej, panie siadające mu z rozmachem na wiezionym do pracy torcie (i odmawiające uprania jego kurtki na włąsny koszt!), raz nawet jakiś łoś czy jeleń - samobójca oraz kolejowi złodzieje, ZAWSZE wybierający jego (średnio raz na miesiąc) mu to uniemożliwiają. Co fascynujące, dwie inne osoby, jeżdżące codzinnie ta sama trasą przyjeżdzają zawsze na czas...
                            P.S. WSZYSTKIE te wyjaśnienia (i wiele innych) Sławek podał osobiście. No, czasem przez telefon. Ja bym tego nie wymyśliła. Wczoraj nie przyszedł w ogole, bo - jak wreszcie telefonicznie wyjasnił - dzień wczesniej miał spotkanie klasowe z powodu smierci nauczyciela (Sławek ma 45 lat, wzrusza to przywiązanie do ciała pedagogocznego sprzed lat ponad 30, prawda?) i w drodze powrotnej zasnął, konduktor go NIE OBUDZIŁ, a do tego złodzieje ukradli mu wszystko. Poza telefonem, więc szczęśliwie mógł zadzwonić do pracy już w południe.
                            A wredny szef kazał mu wziąć na ten dzień urlop, bo dzień wolny za "narąbałem się i zaspałem" sie nie należy...
                            Lesio miał bez porównania więcej wdzięku - i Lesio był artystą. Lesiowi po treningu na Sławku wszystko bym wybaczała na bieżąco...

                            P.S. 2
                            To oczywiście ja byłam jedna z dwu pozostałych na posterunku koleżanek, kiedy postanowił sobie wziąć kwartał wolnego, a potem nie podszedł do egzaminu. I to ja wątpiłam w złamaność jego nogi. Ech, ta moja podejrzliwa natura...
                            • franula Re: maleńko rekompensaty 09.05.18, 09:15
                              i naprawdę uprzedził o złamanej nodze?
                              to z całym szacunkiem jeszcze półgłówek dodatkowo
                              Lesio półgłowkiem nie był jednak w bieżącej współpracy był zapewne uciążliwy

                              Berrin super się czytało
                              • berrin Re: maleńko rekompensaty 09.05.18, 09:22
                                Naprawdę.
                            • szkorbut-lumbago Re: maleńko rekompensaty 09.05.18, 09:41
                              Bardzo przyjemny początek dnia. Dziękuję Berrin. To mój kolega jest jednak mniej wink
        • gat45 Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 10:00
          oraz cały średniej wielkości melon zostały wchłonięte przez Gata podczas lektury. Gat czytał powolutku, żeby na więcej wystarczyło.
          Dziękuję, Berrin

          I nawet nie ośmielam się prosić o więcej, bo posiadanie takiego współpracownika to taka dżuma z cholerą, że chyba nawet opisywanie musi męczyć. Więc serca nie mam sad

          Aaaa... Przypomniało mi się coś w sprawie spóźnień. Kiedy jeszcze pracowałam w godzinach od-do miałam w pracy osobę, której wiecznie coś wypadało na trasie. Akademicki kwadrans był regułą, ale częściej dwa kwadranse. Wytłumaczenia zaś były tak barwne, że wprawiały nas w podziw. No i taka kumulacja u jednej osoby.. Po jakimś czasie ja się przeprowadziłam do innej dzielnicy, czym się w pracy pochwaliłam. Martine spojrzała na mnie wrogo i ze złością. Dotarło do mnie dopiero wtedy, że stałam się jej bliską sąsiadką i że stojące metro na linii Porte d'Orléans - Porte de Clignancourt, pożar na stacji Mouton-Duvernet i kilka innych transportowych wyjaśnień własnych spóźnień porannych jej odpadło... Nic to. Zaczęły się zacinające się drzwi, sąsiadki, do których trzeba było wzywać pogotowie... A najśmieszniejsze było to, że NIKT od niej tych wyjaśnień nie żądał. Już wtedy do laboratorium wchodziło się z kartą, którą się odbijało także przy wyjściu i każdy podawał swoje godziny orientacyjnie, dla współpracujących kolegów (przychodzić można było od 7 do 10, wychodzić od 16 do 20), ale półgodzinne spóźnienie można było nadrobić już tego samego dnia wychodząc o tyleż później. Bardziej ścisłe godziny pracy miał tylko personel biurowy, ale i tam można było sobie wybierać 8-17 czy 9-18 (ze świętą godziną na żarcie w środku).
          • berrin Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 10:11
            Kochany Gacie!
            W pierwszych słowach to ja sie ciesze z melona. Tak sadziłam ,że to będzie taki ekwiwalent troszke wiekszej przekąski. smile
            Jestem pewna, ze w otchłaniach dysku C posiadam jeszcze przynajmniej jeden fragmencik - o podróży kolejowej kolegi Sławka. Napisałam ją, żeby go nie zabić, kiedy po raz kolejny nie zjawił sie w pracy i po raz kolejny jego juz spóźniona sprawa trafiłą do mnie w trybie superpilnym. Sprawe zrobiłam, a kolega zjawił się nastepnego dnia, słowem nie skomentował wykonania pracy za niego, za to szeroko opowiadał o obiektywnych czynnikach zaplająco-burząco-kruszacych na trasie Teresin-Warszawa. Jemu kompletnie umyka, ze ta trasa jeżdża do pracy jeszcze - wtedy dwie, a teraz trzy - osoby i że one ZAWSZE sa na czas i chwalą sobie punktualnośc transportu kolejowego.

            Teraz tego fragmenciku poszukuje, jak znajde, to zamieszczę.

            Ja to pisałam terapeutycznie. Kiedy znowu będe potrzebowała go NIE ZABIĆ (mimo Waszych zapewnień o ailibi), to pewnie znowu napiszę, choc tematu - jak pewnie zauwazyłyscie - przewidzieć się nie da.
            • franula Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 11:31
              pominęłaś kotlet cielęcy i szparagi...


              Wzbudziłaś we mnie wspomnienie. Miałam kolegę który się wiecznie spóźniał, nie był w stanie dotrzymywać terminów zobowiązań i tym podobnych uciążliwości
              Znając tę przypadłość, na wieść o udawaniu się we wspólną podróż służbową transportem powietrznym, w przewidywaniu kłopotów, wyrwałam mu z rąk mój bilet lotniczy mówiąc że w razie spóźnienia lecę bez niego i i w ogóle kwestia jego dotarcia na lotnisko mnie nie interesuje.
              Kolega ku mojemu zdziwieniu we wczesnych godzinach porannych stawił się na czas na lotnisku. Przeszliśmy security po czym klapnęłam w jakimś barku. Kolega zostawił mi cały swój klamot dokumenty portfel etc i udał się do sąsiedniego kiosku na zakup prasy.
              Już po pół godzinie usłyszałam Mr. M and Ms. D final call....

              Pominę, że w drodze powrotnej już musieliśmy wziąć wspólną taksę na lotnisko i tym razem wstanie poranne okazało się ponad jego siły...
              • gat45 Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 13:34
                Są tacy ludzie, którzy najwyraźniej nie są w stanie być punktualnymi. Zam jednego takiego osobnika, wrrrrr.... Ale na gruncie prywatnym. Kiedy jest zaproszony na obiad czy kolacje na godzinę x, nie wystarcza praktyczna francuska instytucja aperitif'u + zabawiacze pyska, pozwalająca tym, którzy przyszli pierwsi, wypełnić czymś oczekiwanie na resztę gości. Przyzwyczaiłam się, odkładam dla niego coś tam do jedzenia, a on zwykle zjawia się na sery albo nawet dopiero na desery. Przypuszczam, że gdyby przypadkiem - przypadkiem !!!! - dojechał gdzieś o czasie, to natura by mu nie pozwoliła wejść. Przespacerowałby się po dzielnicy przynajmniej przez pół godziny i o tyle by się spóźnił. Bo musi. Ja już się od lat nie umawiam z nim inaczej niż u siebie w domu, bo pewnie znajomość by się nam uszkodziła - ja sama jestem chorobliwie punktualna. Aż za bardzo, bo mnie to samą złości. We wczesnej dziewczęcości straciłam kilku kandydatów na absztyfikantów pod rząd : przychodziłam punktualnie, czekałam 10 minut i wracałam do domu, do porzuconej lektury. A oni mi potem mówili z wyrzutem "przecież żadna dziewczyna nie przychodzi na czas!".
                • berrin Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 14:00
                  Ale oni mieli obowiązek być na czas! A ja sie ciesze z kotleta cielęcego i szparagów tak samo jak z melona, choc to oznacza, ze Gat jads nader powoli, skoro taki krótkie formy wystarczyły na obiad.

                  A wyjazd służbowy ze Slawkiem owszem, testowałam. W efekcie nie rozmawiał ze mną przez tydzień, a potem udawał, ze nic się nie wydarzyło, tylko w tle był pociąg, nie samolot.
                  Wysłano nas razem w delegacje do Jeleniej Góry, tamtejszy kierowca miał po nas wyjechać aż do Zgorzelca, bo najlepszym połączeniem było EC do Berlina. Teraz to można sobie bezpośrednio pojechać, wtedy jak raz nie. Nauczona doświadczeniem zabrałam swoje dokumenty i swój bilet, ustaliłam jak i skąd jadę i oznajmiłam Sławkowi (jako i Franula swemu koledze) że sposób i pora dotarcia przez niego na dworzec mnie nie interesuje. Dlatego też całkowicie się nie przejęłam, kiedy na 5 minut przed odjazdem jeszcze go nie było. Nawet się ucieszyłam, ze może odbędę tę delegację bez niego i bez blasku jego osobowości. Żeby okazać maksimum dobrej woli, nawet do niego zadzwoniłam na komórkę, ale nie odebrał.
                  Niestety, okazało się, że EC ma rosnące spóźnienie.
                  I tu rozpoczął się wyścig – kto spóźni się bardziej – Sławek, czy EC? Wygrało EC, i Sławek zdążył, wpadł na peron 3 minuty wcześniej. Zobaczył mnie, wyjaśnił mi, że cokolwiek (już nie pamiętam, czy jego pociąg podmiejski pojechał w niewłaściwym kierunku, czy może musiał zaczekać na kuriera wiozącego mu muszlę klozetową – chciałam tu zaznaczyć, ze oba te wyjaśnienia są jego autorstwa…), rzucił mi pod nogi swoja walizkę (tak ze trzy razy taka jak moja, bo on jak się pakuje, to na poważnie) i krzyknął, ze musi kupić cos do jedzenia, bo z domu nie zdążył nic zabrać. Na moja uwagę, ze pociąg zaraz może przyjechać, zauważył jakże trafnie, że przecież jeszcze go nie ma i pobiegł do sklepiku, takiego kiosku na środku peronu.
                  No cóż. Z takiego kiosku dokładnie widać, czy pociąg może wjechał na peron. Prawda? Taki całkiem duży pociąg, z elektrowozem na początku i wagonami…
                  No więc pociąg wjechał. Naprawdę, zauważyłam go od razu! Obsługa zaczęła nas poganiać, raczej oczywiste wydawało się, ze skład nie postoi na stacji 10 minut przewidzianych w rozkładzie, bo już ma 32 minuty spóźnienia, szarmancki konduktor złapał walizkę Sławka w przekonaniu, ze to moja, ja złapałam swoją i wszystko razem ze mną zostało elegancko umieszczone w przedziale. Byłam pewna, ze Sławek zaraz mnie (i bagaż swój) odnajdzie, bo kupując te kanapki musiał wszak widzieć, jaka jest sytuacja. Równie co konduktor szarmancki współtowarzysz mej podróży, berlińczyk, umieścił moje bagaże na półkach, ucieszyłam się, ze nie mamy wspólnego języka, bo starał się być bardzo rozmowny… a Sławka nie było. Dzwonię – nie odbiera.
                  Komunikat pani megafonowej, gwizdki, pociąg szarpnął i ruszył, usiadłam - Sławka nie ma. Może podąża korytarzem, szukając właściwego przedziału. Warszawa Zachodnia. Sławka nie ma. Dzwonię – nie odbiera. Dobra, teraz to już prujemy w stronę granicy, w Kutnie się raczej nie dosiądzie.
                  Za Kutnem wreszcie sam zadzwonił, prawie zatchnięty z oburzenia, pytając mnie, gdzie właściwie jestem, czym rozbawił mnie nieprzytomnie, ale czego przez telefon starałam się nie okazać. Wyjaśniałam, ze za Kutnem, a z odpowiedzi wywnioskowałam, że czyni mnie winną WCZEŚNIEJSZEGO odjazdu pociągu i tego, ze go nie odnalazłam na stacji. Potem na szczęście zasięg GSM sobie poszedł.
                  W Zgorzelcu nienagannie uprzejmy kierowca pomógł mi wysiąść i zobaczywszy dwie walizki, z czego jedną wielką (a jechaliśmy na cztery dni…) lekko się zdziwił. Moje wyjaśnienia wprawiły go natychmiast w wyjątkowo dobry nastrój.
                  Sławek dojechał do Jeleniej Góry sam, następnego dnia wieczorem, z czego byłam nawet zadowolona, bo nie miałam ochoty opiekować się jego bagażem. Wyjaśnił mi, ciągle rozgniewany, że w kiosku kanapek nie było, a kawa mu nie odpowiadała, więc wjechał na górę, na poziom usługowy, kupił sobie pączki, kanapki, kawę i nawet książkę na podróż, a kiedy zszedł na peron, nie było ani mnie, ani pociągu, ani jego walizki, i że to przeciez oczywiste i powinnam sie była domyslić, że skoro w kiosku nie ma kanapek, to on musi pójśc ich szukac gdzie indziej.
                  Złośliwie odprawiłam pociąg wcześniej, żeby tylko on nie mógł zdążyć…
                  • asia.sthm Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 14:19
                    W tym momencie to ja bylabym gotowa tego Slawka sama zabic w zastepstwie - sama by mi reka skoczyla.
                    Ciekawe jakim cudem on jeszcze zyje. Albo ci maja z nim doczynienia go slepo kochaja albo sa za dobrze wychowani.
                    I w sumie nie wiem co gorsze.

                    Berrin, jakbys byla zainteresowana wynajeciem mordercy to dlugo nie szukaj - tu jestem.
                    • asia.sthm Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 14:31
                      Oj. chyba przesadzilam z gorliwoscia.
                      Prosze mnie nadal traktowac jako te przy zdrowych zmyslach. Tak mi sie tylko wyskoczylo.
                      • berrin Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 14:48
                        Ależ Asiu, gdzieżbym szukała zastępstwa! Jeśli kiedyś to uczynię, to sama!
                        Na szczęście jeśli da się ustawić stosunki tak, żeby od takiej istoty nie zależeć, i jeżeli było się na tyle asertywnym, żeby odmówić poniesienia konsekwencji za JEJ zachowania oraz nadrabiania JEJ błędów i wypaczeń, to da się i przeżyć, i nawet czuć rozbawioną telefonem z pretensjami na wysokości Kutna. On tak wspaniale uczy asertywności! Nie wyobrażasz sobie nawet!
                        O właśnie tak: „Nie, nie pójdę ani załatwić w kadrach, ani tym bardziej złożyć za ciebie tego zaświadczenia w Izbie Radców Prawnych, rozumiem, ze jest ci niezbędne do rejestracji na egzamin, sama ci o tym mówiłam pół roku temu. To twój egzamin. Miałeś na to dwa miesiące, wiem, ze jest ostatni dzień terminu, ale ten termin jest istotny wyłącznie dla ciebie i to ty powinieneś był tak to zorganizować, żeby zdążyć. Sorry, nie mam dziś czasu ani w pracy, żeby łazić do kadr, ani po pracy, żeby gdziekolwiek jechać w twoich sprawach, zwłaszcza, ze wyskakujesz z tym dopiero dzisiaj. Jeśli jesteś dziś zajęty, to mogłeś to załatwić wczoraj. Nie interesuje mnie, ze wczoraj przyjechał twój brat, to twój brat, nie mój” – czasami taka wypowiedź jest bardzo długa i nie wolno dać się zepchnąć do defensywy i w poczucie winy, ale za dwunastym razem w końcu występuje z roszczeniami do kogoś innego. A ty odbyłaś trening, za który trener personalny skasowałby cię na spora kwotę 
                        • szkorbut-lumbago Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 15:51
                          sza po ba smile
                        • asia.sthm Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 16:21
                          > On tak wspaniale uczy asertywności! Nie wyobrażasz sobie nawet!

                          Wlasnie sobie wyobrazilam - istny dar od Pana Boga jako zywa pomoc naukowa. Nawet mi sie raczki same w podziece zlozyly.
                          Ale niestety nie przewiduje aby wszyscy taki dar bozy nalezycie docenili.
                          Ciekawe jakby Gurua zareagowala i czy opisalaby go rownie uroczo jak ty. ....nieboszczykiem zostalby juz w drugim rozdziale.....a pojawiby sie juz w pierwszym zdaniu jak ten smierdziel jej dziecka.
                        • mika_p Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 11.05.18, 22:51
                          O, Berrin, nie utłukuj go! Toż to twój bilet do raju. Nie czujesz czasem, jak cię siła niebieska próbuje od ziemi oderwać?
                    • franula Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 15:03
                      klękajcie narody, naprawdę to przebija wszystko!!!

                      że tez mnie nie starczyło charakteru żeby tak po prostu sobie pójść i wejść do tego samolotu zostawiając kolegi bagaże i dokumenty na pastwę losu...
                      • myq1 Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 15:46
                        Piotruś Pan, całe życie spędza w piaskownicy, cholera jasna psiakrew!
                        Asiu, kto go tam ubije, łajzę zabije a za człowieka pójdzie siedzieć.smile
                        Znałam takiego, żona wyjechała służbowo a on się relaksował na rowerku. Kiedy zgłodniał, pocieszał się myślą, że żona wróci wieczorem, to coś ugotuje. Sam mi to opowiadał.
                      • berrin Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 17:14
                        Ja wcale nie wiem, czy by mi starczyło, żeby to.zostawić na peronie, ale zważ, że ja miałam łatwiej, bo konduktor po prostu załadował całość do mojego przedziału. Można powiedzieć, że roztoczyłam nad tym bagażem opiekę niemal rodzicielską (a z pewnością czulszą niż nad jego właścicielem)!
                        • balamuk Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 09.05.18, 19:02
                          Normalnie udusić. Obie z Franulą święte niewiasty jesteście. wink
                          • eulalija Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 10.05.18, 09:37
                            Jak się dusi nienormalnie?
                            • berrin Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 10.05.18, 09:39
                              Jak lord Vader, zdalnie i przemawiąjąc głosem Jemesa Earla Jonesa. wink
                              • szkorbut-lumbago Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 10.05.18, 11:29
                                Podobno miał się tutaj pojawić guzik Lubię to, no i gdzie ta nowość w zagrodzie? Lord Vader do mnie przemówił smile
                    • minerwamcg Re: Kotlet cielęcy mielony, szparagi (pyszne!) 12.05.18, 10:01
                      Nie w zastępstwie, tylko w efekcie. Tamtej pani też się tak machło...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka