Gość: st cyco
IP: *.comnet.krakow.pl
21.03.04, 08:24
Pytanie o szczęście i spełnienie, o własne bezpieczeństwo wobec terroryzmu a
przede wszystkim postępująca bezideowość kolejnych, żyjących w dobrobycie
pokoleń trzydziestolatków to częste problemy co bardziej wrażliwych młodych
osób tak w Polsce jak i w Ameryce. "25 godzina" to wybitny film będący
wariacją na te właśnie tematy. Oto trójka nieco ponadtrzydziestoletnich
przyjaciół z jednej klasy spotyka się na pożegnalnym przyjęciu wydanym przez
jednego z nich (Edward Norton). Monty - bo takie nosi imię Norton w tym
filmie - to handlarz narkotyków, który idzie na 8 lat do więzienia. Jego
przyjaciele ze szkolnej ławy to przystojny, pewny siebie i inteligentny
makler giełdowy Slaughtery (Barry Pepper) oraz będący zaprzeczeniem
Slaughtera nieciekawy, pozbawiony polotu Jacob (Philip Seymour Hoffmann)
będący nauczycielem. Co łączy tą trójkę? Z pozoru nic - bo jak wymieszać
gangstera z maklerem i nudnym, bezbarwnym "pracownikiem budżetówki"? A
jednak. Wspomniana bezideowość, i powierzchowna wiara, że pieniądze - przez
każdego z nich zdobyte w rozmaity sposób - dadzą szczęście. Skąd ta wiara?
Może stąd, że tam gdzie nie ma Boga, pojawia się erzac szczęścia, który w
gruncie rzeczy prowadzi do jeszcze większej frustracji? Problem Boga,
duchowej przemiany i pokuty pokazany pod koniec filmu w postaci
swoistego "wideoklipu" stanowi wspaniałe zakończenie tego obrazu.
Inteligencja reżysera (Spike Lee) pozwoliła z jednej strony uniknąć
doktrynerskich banałów, z drugiej zaś - posmodernistycznej mody, która
nakazuje stawiac fundmantalne pytania a następnie konstatować, że "prawda
lezy pośrodku".
Obok głębokiej metafizycznej warstwy "25 godzina" jest świetnym reportażem z
Nowego Jorku. Nowy Jork "by night", nowojorska giełda czy gimnazjum,
sprawiają, że to wielkie, kultowe miasto zbliża się do nas w swym codziennym
wymiarze, bez sensacyjnego blichtru. Tak jak jego mieszkańcy. Mieszkańcy,
tacy jak my. Z tymi samymi problemami i pokusami. Tacy jak ci, którzy
zabierali głosy w debacie "Generacja nic".