movieman
20.06.02, 21:01
Hit początku sezonu roku 2002. Rekordzista pod względem kasowym w kilku
kategoriach. Film, według powszechnie panującej opinii, który wgniata w fotel
i kopie tyłki. Jednak aby na pewno wszystkich? Już na wstępie przyznam, iż
film mi się podobał, ale bez żadnych rewelacji. Ot, normalny ‘action flick’.
Jednak zacznijmy od początku.
Początkiem w tym wypadku jest „Batman”. Druga (chyba?) w historii filmu
ekranizacja komiksu (zaraz po cyklu o Supermanie), która na dodatek odniosła
ogromny sukces na dużym ekranie. Zyski były tak duże, że zdecydowano się
nakręcić dwie kolejne części, tworząc swoistą trylogię. Ekranizacja Batmana
wyznaczyła pewnego rodzaju standard, poziom do którego przyrównywane były i
chyba nadal są wszystkie następne ekranizacje. Według mnie, jest to standard
niedościgniony. Nie jestem jakimś wielbicielem komiksów (poza Thorgalem i
Danikenem), więc i filmy oparte o komiksy nie są dla mnie swoistymi perełkami,
tak jak dla niektórych. Spidermana oglądałem jednak z wielką przyjemnością. O
ile X-Man, uważany za fanów gatunku za wierną i bardzo udaną adaptację
komiksu, nie zrobił na mnie praktycznie żadnego wrażenia, wręcz nudził i raził
absurdami, tak Spider-Man nie jest aż taki zły. Oczywiście film jest prosty
jak drut, skierowany przede wszystkim do młodszej i niezbyt wymagającej części
amerykańskiego społeczeństwa, przez co bogaty jest w tonę uproszczeń. Nie ma
żadnych zwrotów w akcji. Od razu dokładnie wiadomo, kto jest zły, a kto dobry.
Jednak coś jest w historii zakompleksionego chłopca, poniżanego i wyśmiewanego
przez większość kolegów ze szkolnej ławki, który praktycznie z dnia na dzień
przeradza się w super-bohatera. Dla mnie bomba, w końcu w każdym z nas jest
marzenie, aby być silniejszym, sprawniejszym, po prostu lepszym. A jeżeli już
można być super-bohaterem, to dlaczego nie? Chyba wszyscy o tym marzymy, lub
marzyliśmy. Przynajmniej wiem, że ja marzyłem.
Urzekają efekty specjalne. Spiderman skaczący po budynkach dzięki swojej
pajęczynie robi wrażenie. Szczególnie, że porusza się niesamowicie szybko.
Warto również poświęcić chwilę uwagi tytułowemu Spidermanowi, którego gra
Tobey Maguire, mojemu ulubieńcowi od czasów Ice Storm i Pleasantville.
Stworzył wiarygodną kreację. Nie przeholował kompletnie, zachowując pewien
dystans do swojej postaci oraz pewną dozę autoironii. Wpłynęło to bardzo
pozytywnie na Spidermana, który jest nadzwyczaj ludzki, w przeciwieństwie na
przykład do Supermana, który jest nadludzki - doskonały w każdym calu.
“With great power comes great responsibility. This is my gift, my curse. Who
am I? I’m Spider-Man.”
Tymi słowami film stara się nadać rys tragiczny głównej postaci. Szkoda tylko,
że w filmie brzmią one nadzwyczaj sztucznie, żeby nie powiedzieć śmiesznie. W
pewnym momencie Spider-Man staje przed dylematem: kogo uratować, ukochaną czy
grupkę dzieci? Oczywiście nie muszę dodawać, że w prostym filmie rozwiązania
są również proste – dlaczego nie uratować wszystkich naraz? Cały dramat
sytuacji legnie w gruzach. Super-bohater przecież nie może mieć na sumieniu
śmierci nawet jednej osoby. To by mu zepsuło wizerunek.
Na imdb jest w top250 w okolicy miejsca setnego. To jest bardzo dużo jak na
taki film. Dla mnie były to dwie godziny dobrej rozrywki. I nic więcej. Nikogo
oczywiście nie dziwi fakt, że już wyznaczono datę premiery drugiej części
filmu. Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
movieman.blog.pl