zooloza
28.11.09, 15:35
Rozochocona ostatnim postem wysyłam kawałek mojej powieści. Fragment ma jakiś
początek i koniec więc, mimo, że jest wyrwany z całości - mam nadzieję -
będzie zrozumiały.
---
Samochód jechał gładko, szurając rytmicznie wycieraczkami, aż do uśpienia:
szuuus - klik, szuuus - klik, szuuus - klik…
Spotkanie trwało za długo, zdecydowanie za długo. Paweł już o siedemnastej
czuł, jak słabnie z głodu, a to był dopiero półmetek. Koszula pod szyją
uwierała krochmalem, ciasno zawiązany krawat męczył krtań, kiedy mówił, mówił,
mówił:
- … kwartał zamykamy pięcioma procentami wzrostu sprzedaży. To w stosunku do
poprzedniego sezonu czterdzieści punktów wzwyż. Plan na przyszły miesiąc
zamkniemy w ciągu czterech dni, a mamy na celu osiągnąć pułap z grudnia. A
teraz chciałbym przedstawić wykres koniunktury na przestrzeni trzech ostatnich…
Jego rozentuzjazmowany głos czasem cichł i wtedy na twarzy prezesa pojawiał
się cień.
Francuzi kręcili się przez ułamek sekundy, potem popijali Perrier i znów
zastygali w bezruchu. Sprawdzali. Węszyli. Szukali błędu, pretekstu, żeby móc
kogoś wypieprzyć i jeszcze mu nie zapłacić ostatniej pensji. Za karę, za błąd.
Ale błędu nie było. Tylko w tym starciu trzeba zwyciężyć sen i nie pozwolić
dać się wyrzucić. Tak sobie powtarzał i perorował głosem akwizytora
sprzedającego budziki. Oczami duszy widział Małgorzatę i dzieciaki w
pośredniaku, w ośrodku pomocy społecznej, kurwa, u teściowej. Widział też
komornika z glejtem zaklejającym lodówkę, pralkę, odkurzacz, samochód. I w
końcu widział siebie w gaciach, dresach, z brzuchem i tanim piwem w dłoni,
zrezygnowanego i w ciężkiej depresji jak ten, jak mu tam… Zbyszek. Koleś
wyleciał za zbyt duże zużycie kartek ksero, a miał fotel dyrektora produkcji.
Potem rękę zwichnął, poszła maszyna, wpadł behapowiec, zrobił raban,
prokuratura, policja… a facet bogu ducha winny. Wylali na drugi dzień
dyscyplinarnie za nic.
Teraz w depresji, do nikogo nie mówi, telefonów nie odbiera, dół.
Żona dzieciaki zabrała, prychnęła, poszła. Finito. Po karierze.
Taki lajf, powiedział mu na odchodnym. Taki lajf… Więc Paweł trzyma się teraz
kurczowo stołka, głupa rżnie, skacze jak małpa w cyrku, w tym debilnym
uniformie z zielonym logo przy klapie. Byle się już to skończyło. Byle
pojechali, zostawili go w diabły, nie ruszali z miejsca, dali żyć.
No i dali. Wyżłopali wodę, zeżarli obiad, pocharczali jeszcze te swoje
żabojadzkie „r” na pożegnanie i zawinęli dupy w troki.
A on wraca w deszczu nieprzytomny ze zmęczenia, głodny jak pisklę, z gardłem
zdartym od oracji, poderżniętym nastroszonym kołnierzykiem.
Małgorzata pewnie śpi. Wściekła, że znów wraca po nocy, że ich małżeństwo to
nuda, nic się nie dzieje, że tylko dom, dzieci, że jej też nie w smak i po
dziurki w nosie i diabli wiedzą, gdzie on się włóczy on i ten jego zasrany
samochodzik, stary opa, pierdziel, wujo.
Jak jeszcze mówiła? Że zdziadział. Że już nie ma w nim tego fajnego chłopaka,
którego poznała. Że on jej nie zauważa. A jak on ma ją zauważać, skoro tyra od
świtu? Zrozum kobietę. Jej fanaberie. Kanarki się troją, siedzi w chacie i
szura pilniczkiem po paznokciach w kółko. Każdy by sfiksował.
Mój Boże, kto wymyślił małżeństwo? Co za pułapka, ślepa uliczka z
rozwrzeszczanym jednym i drugim bachorem!
I tak utyskując zajechał przed dom, ciężko westchnął, wygramolił się z auta i
brzdęknął kluczami o podłogę. Znów westchnął, pochylił się by podnieść klucze,
i w tym właśnie momencie z teczki, którą trzymał pod pachą wysypały się
papiery na mokry, ubłocony bruk.
Wszyściusieńkie umowy.
Podpisane przez zasuszonych, milczących Francuzów świadectwa dzisiejszego
mozołu i wystękanego sukcesu.
Oryginały.
Owszem, było odgórne polecenie o nie wynoszeniu wewnętrznych pism z firmy.
Dawno temu żelaznym nakazem wprowadzona procedura, że wszystkie dokumenty
firmowe mają być skrzętnie wpinane do segregatora i zostawać w siódmej
szufladzie z napisem „umowy, akta”. Ale coś go podkusiło, żeby zabrać i
jeszcze sobie wieczorem popatrzeć, jeszcze się napawać, może Małgorzacie
pochwalić, jak fajnie mu poszło?
Ksero nie zrobił, pamiętając o Zbyszku, co tak z ksero przeginał.
A teraz, pieczątka po pieczątce rozmoczyły się, rozmazały i zlały w jedną
niezrozumiałą plamę.