Gość: Stara
IP: *.autocom.pl
04.10.04, 07:18
Po raz pierwszy w życiu przeczytałam trzy pierwsze tomy "Jeżycjady". Ogólnie
jest sympatycznie, ale wkurzają mnie szczegóły.
W "Kłamczusze" przyjaciółka Anieli z Łeby, Kasia, pisze do niej, że dostała
pracę w kapitanacie portu, w księgowości. Pawełek, a później również
Robrojek, jeżdżą (pożyczonymi wprawdzie) samochodami. Sama Aniela robi za
Franciszkę Wyrobek u dyrektorowej.
Czy ja miałam jakieś inne dzieciństwo niż reszta świata? Dlaczego mnie po
ósmej klasie podstawówki nie śniło się nawet o szukaniu pracy, a co dopiero o
prowadzeniu samochodu? Dodam, że chodzi o te same co w "Jeżycjadzie" czasy,
schyłek lat siedemdziesiątych. Czy wtedy prawo pozwalało na pracę nieletnich?
Nie widzę też jakoś dziewczynki po podstawówce, wygłaszającej tyrady na temat
adaptacji "Hamleta" (szczególnie, gdy się mieszkało w Łebie ;-):
"A nie, bo Jean Simmons zagrała to bardzo subtelnie. A znów Wertyńska była
wylękniona, jakby się bała, że ją Hamlet trzaśnie w ucho. Mnie się bardziej
podobała wersja Oliviera, ale tam był Duch skopany. Zresztą, mało kto potrafi
sobie poradzić z Duchem. Weźmy na przykład telewizyjną adaptację Holoubka.
Nieprzyjemny naturalizm. A już Kozincew w ogóle zrobił z Ducha oficera
rezerwy." No, ludzie!