agni_me
17.06.05, 13:52
Czytając ostatnio pojawiające się wpisy coraz częściej zastanawiam się nad
pewnym zadziwiającym mnie faktem.
Czytanie postrzegane jest jako wartość nadrzędna. Zadowolenie z siebie
mierzone jest ilością i jakością przeczytanych książek, a nieczytanie
postrzegane jako ułomność i dowód na gorszy rozwój intelektualny.
Jestem pewna, że przynajmniej połowa osób zapytanych o splajny kubiczne, wzór
chemiczny alkoholu, poproszona o wyjaśnienie przepływu prądu, powie coś o
tym, że z przedmiotów ścisłych miała złe oceny, albo, że średnią szkołę
kończyła sto lat temu i uzna to za wystarczające wytłumaczenie – nie poczują
się zawstydzeni niewiedzą na poziomie minimum średnio wykształconego
człowieka. Poczują się zażenowani jednak tym, że ktoś nie wie, kto napisał
Idiotę. Z czego wynika ta niesprawiedliwość? Przecież, żeby zrozumieć
matematykę trzeba intelektu, a książki może czytać półgłówek. Skąd więc to
poczucie wyższości? Dlaczego bez wstydu można się przyznać do braków w
wykształceniu, ale nie w oczytaniu? Dlaczego można radośnie powiedzieć „teatr
mnie nudzi, bo – i tu podać kompletnie idiotyczne powody” i nie tracić
dobrego o sobie mniemania, ale prychać, bo ktoś czyta Samotność w sieci.
Dlaczego można nie wiedzieć co napisał Hobbes, ale koniecznie trzeba znać
Ulissesa? Gdzie leży granica, za którą można czytać francuską prozę
dziewiętnastowieczną i nie zastanawiać się czemu RF sponiewierała zwłoki
świętej Gieni?
Książki kontra świat? Książki jako kompensacja? Książki jako erzac
intelektualnej rozrywki dla ograniczonych jednostek nie mogących czerpać
przyjemności z rozwiązywania złożonych problemów matematycznych czy
filozoficznych? Książki jako ujście kompleksów?
Bo przecież, proszę mi wybaczyć szczerość, jakoś tu nie widać wielu erudytów.