Dodaj do ulubionych

Filibert kluczem podszyty

26.11.05, 22:05
Ananiasz miał lat dziewiętnaście i w głowie lekki zamęt, czkawka idealizmu
odbijała się echem w świeżo zdefiniowanym pragmatycznym świecie poukładanym
na półkach, z wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, z zasadą że wszystko dla
dobra swojego, swojej przyszłości – studia, praca, rodzina, spokój, nic dla
Sprawy przez duże S, chyba, że potem. Zresztą – sprawy nie było, czyhała poza
horyzontem na coraz głośniejsze czkania.

Tego dnia był zdenerwowany tak bardzo, że ręce trzęsły mu się przy
każdej niemalże czynności – gdy się golił, wkładał garnitur, jadł śniadanie,
jechał tramwajem, szedł ulicą, witał się z kolegą i patrzył w cokolwiek. Miał
zdać maturę. Pisemną z polskiego.

Na salę wszedł spięty, zastanawiając się, czy na krawacie nie ma
śladów jajecznicy, czy wszystko jest w porządku. Miał dziwne wrażenie, że
odwróci arkusz egzaminacyjny i nie zrozumie ani słowa, cała wiedza umknie mu
z głowy niezauważenie. „Słowacki wielkim poetą był, poetą był wielkim, toteż…
jakże nas wzrusza i zachwyca jego…” – myślał wciąż nie wiedząc nawet, iż się
do jakiegoś dzieła odnosi, iż się tapla w bajorku wielkiego upupiania –
bowiem cały świat zaczął odnosić się nagle do dorobku literackiego epok
minionych w sposób uznany powszechnie za słuszny, chcąc dostosować się do
obrazu, jaki się mu pisze i kąta, pod jakim się patrzy.
Poszło łatwo – pytanie – odpowiedź – pytanie – odpowiedź – pytanie –
odpowiedź. „Kim był Słowacki? – Wielkim poetą był – Co nas Słowacki? –
Wzrusza i zachwyca – Na co przywodzi? – Na myśl przywodzi – Kto czyta? – Nikt
nie czyta, chyba, że musi, nie mogę, nie wzrusza mnie, nikogo, nie mogę – A
dziecko? – Nie mogę, mnie nie zachwyca” i tak dalej na tajemniczą podskórną
melodię właściwych odpowiedzi, jak kura pazurem skrobiąc piórem w kartkę, nie
słysząc cudzego szelestu i skrobania, pojękiwania i szeptu, nierównych
oddechów, kaszlnięcia ni czkawki.
Potem skończyła się sielanka intelektualna wyłączonego myślenia,
zaczęło wypracowanie – „Napisz, czy twoim zdaniem, biorąc pod uwagę metody
nauczania poszczególnych epok przedstawione w literaturze, ciągle odwołując
się do źródeł, matura nowa na kluczu oparta jest dobra i nas zachwyca, czy
też jest zła i nie możemy – nie zachwyca nas w żadnym stopniu”. Zgubił się w
Ananiaszu rytm klucza, zmącony przez czkawkę idealizmu, tak długo na boczny
spychanego tor. I jak słowa piosenki popłynęły zdania o wolności myśli,
czynu, formy, kleksa, włosa w kałamarzu – Wacek Słowacki Sło – wac – ki – Wa –
cek, o indywidualności jaką stanowi każdy człowiek z osobna, a zatem i walor
jego pracy, której nie można zarzucić niewyczerpania tematu, gdy ów, człowiek
ów w nawiasie kwadratowym, stwierdzi, że doszczętnie czy to go, czy to siebie
samego już wyczerpał, ani błędu, jeśli taki był zamysł – jak stwierdzić, czy
zamysł był, czy go nie było?. Nic nie można, każdy ma coś w sobie własnego,
nie jest dziurką do wkładania klucza, co może budzić, droga komisjo, pewne
skojarzenia, za co przepraszam najuprzejmiej w nawiasie kwadratowym.
A gdy tak pisał, czuł się rewolucjonistą i granatową krwią atramentu
mazał mankiety koszuli – śnieżnobiałej, i naprawdę uwierzył, że coś zdziała i
zmieni, że poruszy serca i umysły, wejdzie na szczyt Olimpu pedagogów i
powie, wywrzaśnie to wszystko z głębi jestestwa.
Obserwuj wątek
    • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 26.11.05, 22:06
      Oni zaczną się śmiać.

      Nagle popatrzył – przeczytał wszystko jeszcze raz od początku i
      skreślił z rozmachem. Nie można się tak wygłupiać, nie można pisać twórcom
      klucza tak miażdżącej krytyki, nie można myśleć, że się tym wywoła rewolucję,
      że się nie zostanie stłamszonym, usuniętym na zawsze z szeregów ludzi
      wykształconych. To nierozsądne. Uciszyła się w nim cała ideologiczna czkawka.
      Zaczął raz jeszcze – od szans równych, bo i osoba mniej uzdolniona w danej
      dziedzinie może zdobyć wynik całkiem niezły, jeśli tylko wnioskuje z podanego
      tekstu, a umysł ma odpowiednio przystosowany poprzez długie godziny ćwiczeń w
      domu i zagrodzie, spreparowany przez polonistę, przeszczepiony od korepetytora.
      A gdy już zaczął, poszło jakoś, chęć ratowania własnej skóry przed
      ogniem piekielnym dla istot bez przyszłości oraz wykształcenia wyzwoliła zapał,
      by nie tylko nową maturę wraz z jej kluczem chwalić, ale by gnębić wszystkich
      nieposłusznych rewolucjonistów, odebrać im kartki już teraz i wyrzucić do kosza
      ich zaś z kraju, ze świata, zewsząd, niech nie brudzą, niech nie niszczą, niech
      powściągną plugawe języki sączące krytyki i oszczerstwa.
      Tworzył uparcie, zapełniając pajęczyną liter kolejne linijki, bez
      reszty oddany peanom na cześć. A kiedy miejsca zostało może na dwa krótkie
      zdania, czasu na mniej niż jedno, skreślił kaligraficznie krótkie podsumowanie –
      „Reasumując, pozwolę sobie stwierdzić, iż, biorąc pod uwagę zgubne skutki
      subiektywizmu epok minionych, złożenie w kluczu wiedzy i opinii posiadanej było
      pomysłem wyśmienitym. Bowiem ważna jest równość, nie zaś faworyzacja”.

      Potem wyszedł, rozanielony faktem, że nareszcie, raz jeden w życiu
      okazując dojrzałość i rozeznanie, postąpił właściwie, nie podług bzdurnych
      rojeń każących buntować się bez sensu i efektu. Z radości tej złapał w objęcia
      panią Lodzię, sprzątaczkę i odtańczył walca z nią w słonecznym korytarzu,
      unosząc ją nad podłogą i dysząc jej w ucho „Dorośli, dojrzali, odpowiedzialni,
      przewidujący, odpowiedni, gotowi do wyrzeczeń, niwelujący kroki swoje
      niewłaściwe, głupie i złe…”

      (Dla pani Lodzi, choć niezbyt wiele z całej sytuacji zrozumiała, była
      to najpiękniejsza chwila w życiu. Ale potem i tak trzeba było wrócić do mycia –
      właściwie przecierania, bo to się nie opłaca, ciągle brudzą, chodzą i brudzą,
      mówią i brudzą, siedzą i brudzą – tyłkiem na posadzce, kto to widział, posadzka
      brudna, a i wilka można dostać, jakby nic innego do roboty nie mieli, uczyć
      się, a nie mazać wszystko wokół i brukać obecnością – okien cytrynowym płynem,
      od którego robi się niedobrze, a zapach utrzymuje się na dłoniach stanowczo
      zbyt długo.)

      Do domu wracał przez park, niosąc ze sobą niezmąconą pewność, że zrobił
      wszystko, co w swojej mocy, żeby wypaść jak najlepiej, jak człowiek dorosły, za
      jakiego ma uchodzić. Na ławce siedzieli blokersi, znał ich z widzenia, dla
      niepoznaki przebrani w garnitury. Pluli pod nogi.
      - Ty, kurwa, – zawołał jeden z nich, najwyższy, o świńskich oczkach i dziwnie
      małym, jakby niemowlęcym, nosie – co napisałeś? Zachwyca, czy nie zachwyca?
      - Zachwyca… - odparł Ananiasz głosem nagle cienkim i nieśmiałym, przynależnym
      do dziecka, nie do dojrzałego człowieka dokonującego mądrych wyborów. W tym
      momencie nie chciał już być taki. Wolałby nie być za własne decyzje
      odpowiedzialny.
      - Debil, kurwa… Ogranicza. Wolność naszą ogranicza, a więc nie zachwyca. Ja już
      nie mogę, nikt nie może, kurwa, pierdolę… Zajebię, przez ciebie to, przez
      takich pierdolonych… Moje słowo ma być słowem moim, nie klucza słowem i nie ma
      być do klucza podobne…
      Nie myśląc wiele, zaczął uciekać. Uciekał z gębą w rękach, choć nikt go nie
      gonił, na gębę nie nastawał, nie szczekał. Wydawało mu się, że biegnie
      nieskończenie długo tymi alejkami wyłożonymi kostką szarą i czerwoną, że nigdy
      nie przestanie, nie dotrze nigdzie, bo ten egzamin był kresem wszystkiego i
      najważniejszym punktem w życiu, po nim nie ma już nic.
    • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 26.11.05, 22:06
      Po upływie czterech milionów wieczności znalazł się, choć nie wierzył w taki
      obrót sprawy, pod drzwiami swojego mieszkania. Przekręcił klucz w zamku
      najbardziej dojrzałym gestem, na jaki mógł się zdobyć, chcąc jakby
      przypieczętować prawdziwość tej chwili, bo prawdziwe stało się nagle tylko to,
      co związane było z maturą. Chociaż – z maturą związany był sam w sobie klucz,
      od trzech lat to słyszał jako jedną całość, jako jedną piosenkę na jedną
      melodię. Wszedł. Zdjął półbuty, wypastowane, błyszczące i czarne, powiesił na
      oparciu krzesła marynarkę. Przemknął do kuchni, żeby nic nie musieć mówić
      nikomu, ani ojcu, ani matce, ani rybkom, bo nie chciał się dzielić wrażeniem.
      Podgrzał sobie zupę, ogórkową z ryżem.
      Jadł, łyżka po łyżce, aż miejsca zostało w nim na mniej niż jeden łyk – czy
      kęs, nie wiadomo, co zupy dotyczy, czasu zaś na cały ocean. Nie było nic do
      zrobienia, bo liczyć się już nie miało nic. Tak to odczuwał, tego był w jakiś
      sposób dziwnie pewien, bo skoro określił już siebie – jako osobę taką, a nie
      inną – dalsze działanie nie miało sensu. Za grosz, złamany, popękany,
      pokruszony, starty na pył marny.
      Wziął książkę, ale nie zainteresowała go. Odłożył na półkę. Zaczął przemierzać
      mieszkanie wielkimi krokami, a potem małymi, licząc. Próbował zaśpiewać
      piosenkę, ale nie tym dojrzali ludzie się zajmują. To było ciężkie. To może był
      jednak błąd.

      Filibert Kluczmistrz, klucznik i pedagog, siedział w swym ciemnym gabinecie za
      antycznym biurkiem. Miał stojącą lampę z zielonym kloszem, półki z książkami,
      zielony dywan i ściany pokryte żółtawą tapetą w jaśniejszy wzór. Nosił surdut,
      pił kawę z fusami, miał długą siwą brodę, po której gładził się w chwilach
      trudnych intelektualnie i okulary z okrągłymi szkłami w ascetycznej drucianej
      oprawce. Na biurku stos prac, lepszych i gorszych. Wziął pierwszą z brzegu,
      przyrównał do klucza, poprawił i ocenił. Potem kolejne. W końcu ostatnią –
      przeczytał raz i złapał się za głowę. Pogładził brodę nerwowym gestem. „Skąd w
      tym młodzieńcu taki pogląd? Skąd ten kompletny brak protestu w jakiejkolwiek
      formie? Czyż on nie czuje, że się go krzywdzi, odbierając wolność
      interpretacji, a co więcej, że się go krzywdzi z pełną świadomością tegoż aktu?
      To nie tak, nie to przewidzieliśmy, wszak człowiek młody – i stary, to należy
      dodać – może szczególnie doświadczony i stary – musi walczyć w obronie siebie,
      nie może pozwolić na krępowanie sznurem ciasnym. Oj, nie popisał się, nie
      popisał… Takiego go w świat nie wypuścim, niechże się poprawi.” – pomyślał, po
      czym wpisał czerwonym atramentem stanowcze jeden na arkuszu Ananiasza.
      • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 26.11.05, 22:07
        1. zgodność z jakimikolwiek realiami jest nikła
        2. styl pokręcony zapewne i nierówny
        • pasior76 Re: Filibert kluczem podszyty 26.11.05, 22:51
          Jak zwykle bardzo obrazowo, porusza wyobraźnię.Jak zwykle realistycznie od
          strony psychologicznej ukazane emocje.Idea tego opowiadania zawiera"klucz" sam
          w sobie- indywidualizm w walce ze stereotypem społecznym , sytuacja matury
          jako piekna metafora, podziwiam świetny pomysł, reasumując , w czytaniu trudne
          choc mądre.Chcesz, napisz na priva,pogadamy.
          • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 27.11.05, 02:27
            wiem, ze trudne, bo poplątane, metafora wyszła sama, co autor miał na myśli
            tego sam do końca nie wie
            • pasior76 Re: Filibert kluczem podszyty 27.11.05, 04:44
              Czyli prawdziwa twórczośc-każdy w niej znajduje to czego potrzebuje, napisałąs
              zatem rzecz nad wyraz uniwersalną, poza tym kto mówi,ze Wszystko co napiszesz
              musi byc super!! To sie żadnemu twórcy nie udało.Pozdrawiam!!
              • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 27.11.05, 14:17
                ja tak mówię. i tak ma być.
        • h_oliveira Re: Filibert kluczem podszyty 05.12.05, 17:56
          > 2. styl pokręcony zapewne i nierówny
          przeciwnie, czytając, miałem wrażenie, że ten tekst jest w jakiś sposób
          zrytmizowany, tak że przeczytałem go jednym tchem, nieczęsto mi się to zdarza
          (to był komplement), szczególnie pierwszy fragment - genialny, momentami (ale
          tylko momentami) przypominający mi mojego stwórcę... ;) tylko zakończenie: a
          mogło być tak pięknie...
          • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 05.12.05, 22:30
            zakończenie jest wredne. nie lubię ananiasza.
            • aninna Re: Filibert kluczem podszyty 09.12.05, 15:26
              fajne fajne...
              taki surrealizmek w czarnych kolorkach...
              nieglupie i w formie i w tresci.

              i ta pupa co sie ciagle przewija...cudo male:))

              napisalas kiedys cos bardziej realistycznego?? bo poki co ciagle widze krzywe
              zwierciadla i nutke okrucienstwa...
              jestem ciekawa mankencji realistycznej... to mogloby byc ciekawe doswiadczenie...?!

              pzdr:)
              • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 09.12.05, 17:05
                pupy sa nawiazaniem. slowacki tez.

                realistyczne gdzies bylo na forum. o 13letniej joannie co sie kochala w
                zaopatrzeniowcu.
                • aninna Re: Filibert kluczem podszyty 12.12.05, 16:18
                  wiem, wiem, droga Pani,
                  Gombrowicz wielkim pisarzem byl.

                  ale przebaczam, bo sie nie znamy.
                  reakcja zrozumiala w swiecie ignoracji...

                  pozdr.
      • ritakavka Re: Filibert kluczem podszyty 13.12.05, 20:17
        oj maniu, ciebie nie powinno się absolutnie tyle chwalić, dlatego dziś
        krytycznie. zakończenie mi się nie podoba i kilka drobiazgów, które trochę
        zaburzają odbiór. nie jestem teraz na swoim komputerze, więc dogłębną analizą i
        opinią zajmę się na swoich śmieciach. a narazie to bardzo serdecznie pozdrawiam
        i zaznaczam, że żyję :)
        • mankencja Re: Filibert kluczem podszyty 13.12.05, 21:09
          tez nie jestem do końca zadowolona.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka