Gość: dear
IP: 62.233.138.*
06.11.01, 10:19
Może Wam się spodobają :-)
Ravic przystanął. "Oto znowu ktoś, kto nie wie, gdzie iść" - pomyślał. "To było
do przewidzenia. Zawsze to samo. W nocy nie wiedzą, dokąd pójść, a rano
wychodzą, zanim się zbudzisz. Wtedy już wiedzą, dokąd. Stara, tania rozpacz,
która rodzi się i ginie wraz z nocą." Rzucił papierosa. Jakby sam tego nie znał
aż nadto dobrze!
- Proszę i to wypić. Niewiele pomoże, ale trochę rozgrzeje. A o cokolwiek
chodzi, niech pani nie bierze tego tak poważnie. Bardzo rzadko jakaś rzecz jest
długo poważna.
Kobieta popatrzyła na niego. Nie piła.
- Naprawdę. Szczególnie nocą. Noc przesadza.
Doszli do Etoile. Przed nimi rozpościerał się plac, szary, wielki i nieobjęty.
Mgła zagęściła się, nie było widać rozchodzących się ulic. Nic, tylko ten
rozległy plac, oświetlony rzadkimi, smutnymi księżycami ulicznych latarni, i
ten monumentalny kamienny łuk, który ginął we mgle, jakby podpierał
melancholijnie niebo i osłaniał samotny, słaby płomień na Grobie Nieznanego
Żołnierza, wyglądając jak mogiła ludzkości pośród nocy i opuszczenia.
- Ach, tak. - Spojrzał na nią uważnie. - I tak bym nie zgasił. Niech się pali.
Znam to uczucie. I ja przez to przechodziłem.
- Ale dlaczego mnie pan pyta, jeśli pan nie ma zamiaru wysłuchać odpowiedzi?
- Bo jestem zmęczony. - odpowiedział Ravic niecierpliwie. - Bo to noc. A może,
bo jesteśmy jak iskry na nieznanym wietrze. Jedź pan prędzej.
- A, to co innego. - Szofer z pewnym szacunkiem dotknął czapki. - Rozumiem.
"Tacy żyją wiecznie" - pomyślał Ravic. - "Światło nie lubi tych drewnianych
dusz, dlatego zapomina o nich, pozwala im trwać".
Veber ocierał chustką błyszczące krople na wąsach.
- Pracował pan wspaniale. Nigdy bym tak nie potrafił. Że nie można było
naprawić tego, co spaskudził jakiś fuszer, to już nie pana wina. I cóż by się z
nami stało, gdybyśmy myśleli inaczej?
- Tak. - powiedział Ravic. - Co by się z nami stało?
Veber schował chustkę.
- Jednak po wszystkim, co pan przeszedł, powinien pan być całkowicie
uodporniony.
Ravic spojrzał na niego ironicznie.
- Człowiek nigdy nie jest uodporniony. Może się tylko do wielu rzeczy
przyzwyczaić.
- O tym właśnie myślałem.
- Ale też nie do wszystkiego. I trudno przewidzieć, do czego nie.
Za głośno? Co jest za głośne? Tylko cisza. Cisza, w której się człowiek rozpada
jak w próżni.
Ravic roześmiał się.
- Wypijmy na cześć interesu. Czym byłby świat bez etyki handlowej? Bandą
zbrodniarzy, idealistów i próżniaków.
Na dworze był jasny dzień. Deszcz ustał. Pisuary na rogach ulic wyglądały jak
wieżyczki fortec. Portier znikł, noc została starta z powierzchni, dzień się
rozpoczął, tłum oblegał wejście do kolei podziemnej, jakby to były otwory,
gdzie jakieś ciemne bóstwo przyjmuje ofiary.
Wszedł do łazienki i odkręcił kurki. Zobaczył swoją twarz w lustrze. Już raz
stał tu tak samo parę godzin temu. Tymczasem zmarła ludzka istota. Ale cóż to
miało za znaczenie? Tysiące umierają w każdej chwili. Są statystyki. Nie ma to
żadnego znaczenia. Ale dla jednostki, która umiera, oznacza to wszystko i
więcej niż cały świat, który się dalej kręci.
Usiadł na brzegu wanny i zdjął buty. To się przynajmniej nie zmienia,
przedmioty i milczący przymus, pospolitość, mdłe przyzwyczajenie w złudnym
świetle przemijania. Rozkwitające serce w zdroju miłości. Ale kimkolwiek się
jest, poetą, półbogiem czy idiotą, spada się co parę godzin z nieba, żeby oddać
mocz. Tego niepodobna uniknąć. Ironia natury. Romantyczna tęcza, rozpięta nad
refleksami gruczołów i robaczkowym ruchem jelit. Narządy ekstazy, szatańsko
przystosowane także do wydalania. Ravic rzucił buty w kąt. Wstrętne
przyzwyczajenie rozbierania się! Nawet tego niepodobna uniknąć. Tylko ten to
rozumie, kto mieszka sam. Była w tym jakaś przeklęta uległość, rezygnacja.
Zdarzało mu się sypiać w ubraniu, żeby uciec od tej tyranii, ale to tylko
odsuwało problem. Uciec nie było można.
Wziął prysznic. Chłodna woda spływała po skórze. Odetchnął głęboko i wytarł
się. Pociecha drobnych rzeczy. Woda, oddech, deszcz wieczorny. I to także
zrozumie tylko ten, kto żyje samotnie. Wdzięczna skóra. Swobodniejszy obieg
krwi w ciemnych kanałach. Położyć się na łące. Brzozy. Białe obłoki letnie.
Niebo młodości. Co się stało z przygodami serca? Zabiły je ciemne przygody
życia.
Ramiona. Coś, co oddycha. Fragment cudzego życia - ale życia. Ciepło. Ciało,
które nie sztywnieje. Co można dać komuś prócz tej odrobiny ciepła? I czy może
być coś więcej?
Kobieta poruszyła się. Drżała. Patrzyła na Ravica. Poczuł, jak fala powraca.
Wrócił głęboki chłód pozbawiony ciężaru. Napięcie minęło. Otworzyły się dalekie
przestrzenie. Było mu tak, jakby wrócił po nocy spędzonej na nieznanej
planecie. I nagle wszystko stało się proste: ranek, kobieta - o czym tu jeszcze
myśleć?
- Chodź - powiedział.
Tej nocy nic dla niej nie miało znaczenia oprócz tego jednego: żeby jakoś
przetrwać. Życie to coś więcej niż sentymentalne porównania. Lavigne, gdy się
dowiedział o śmierci żony, spędził noc w domu publicznym. Ocaliły go dziwki,
żaden ksiądz by tego nie dokazał. Kto zrozumiał, to zrozumiał. Wytłumaczenia
nie było.
To, co żyje, jest obdarzone ruchem, ruch przydaje siły, wdzięku lub
śmieszności; jakże to porównać z osobliwym majestatem ciała, które nie będzie
się już poruszało, tylko ulegnie rozkładowi. Majestat jest atrybutem
doskonałości, a człowiek osiąga doskonałość jedynie przez śmierć, i to na
krótką chwilę.
"Żeby minęło" - pomyślał Ravic. "Każdy zna to uczucie. A potem cisza i śmierć.
Tępe ciosy maczugi milczenia. Już lepsze to, chociaż obrzydliwe".
- Teraz prosto do łóżka - powiedział. - Jutro wszystko wyda się pani inne.
Brzmi to głupio i banalnie, ale to prawda. Wszystko, czego pani teraz trzeba,
to sen i trochę czasu. Trochę czasu, który trzeba przetrzymać.
Wyjął kartkę z jej nazwiskiem, podał i rzucił strzępy na wiatr. Zapomnieć. Co
za słowo! Pełne grozy, pociechy, widm. Któż by mógł żyć, nie zapominając? Ale
kto umie o wszystkim zapomnieć? Żużel wspomnieć, rozdzierający serce. Wolnym
jest się dopiero wtedy, kiedy już nie ma po co żyć.
- Zwykle, jeśli ktoś mieszka w hotelu, trudno go tam zastać wieczorem. Pokoje
hotelowe nie są zbyt przytulne w listopadzie.
- Wyobrażam sobie. Czemu pan właściwie mieszka wciąż jeszcze w hotelu?
- Bo to wygodny i bezosobowy sposób życia. Niby jest się samemu i niby się nie
jest.
- I o to panu chodzi?
- Tak.
- Mógłby pan mieć to samo w inny sposób. Gdyby pan na przykład wynajął małe
mieszkanie.
- Być może.
- Pan Ravic jest stracony. Nigdy nie założy domu.
- Co? - zdziwił się Veber. - Co pani mówi?
- Dla pana Ravica nie ma nic świętego. To właśnie powód.
- Brawo! - powiedział Ravic, stojąc przy łóżku dziewczyny.
- Pierwszy raz słyszę coś podobnego! - Veber nie mógł oderwać oczu od Eugenii.
- Czemuż go pan sam nie spyta, panie doktorze?
Ravic wyprostował się.
- Trafiła pani w sedno, Eugenio. Ale jeśli dla kogoś nie ma już nic świętego,
to wszystko znów staje się dla niego święte w sposób bardziej ludzki. Człowiek
czci tę maleńką iskierkę życia, które pulsuje w dżdżownicy, i od czasu do czasu
pcha ją ku światłu dziennemu. Oczywiście, to nie jest porównanie.
- Pan mnie nie może dotknąć. Pan nie ma wiary. - Eugenia energicznie wygładziła
fartuch na piersiach. - Ja, dzięki Bogu, mam wiarę.
Ravic sięgnął po płaszcz.
- Wiara łatwo się zmienia w fanatyzm. Dlatego religie kosztowały zawsze tyle
krwi. - Uśmiechnął się krzywo. - Tolerancja, Eugenio, jest córką wątpliwości.
Oto, dlaczego pani z całą swoją wiarą jest bardziej napastliwa w stosunku do
mnie, niż ja, zatracony bezbożnik, w stosunku do pani.
Znów spojrzał w okno. A poza tym? Poza tym niewiele. Żyje, to wystarcza. Kiedy
się wszystko chwieje, jakiż sens miałoby budowanie czegoś, co wcześniej czy
później musi się stać ruiną. Lepiej dać się nieść wodzie, niż