Dodaj do ulubionych

Cytaty z pewnej książki...

IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:19
Może Wam się spodobają :-)

Ravic przystanął. "Oto znowu ktoś, kto nie wie, gdzie iść" - pomyślał. "To było
do przewidzenia. Zawsze to samo. W nocy nie wiedzą, dokąd pójść, a rano
wychodzą, zanim się zbudzisz. Wtedy już wiedzą, dokąd. Stara, tania rozpacz,
która rodzi się i ginie wraz z nocą." Rzucił papierosa. Jakby sam tego nie znał
aż nadto dobrze!

- Proszę i to wypić. Niewiele pomoże, ale trochę rozgrzeje. A o cokolwiek
chodzi, niech pani nie bierze tego tak poważnie. Bardzo rzadko jakaś rzecz jest
długo poważna.
Kobieta popatrzyła na niego. Nie piła.
- Naprawdę. Szczególnie nocą. Noc przesadza.

Doszli do Etoile. Przed nimi rozpościerał się plac, szary, wielki i nieobjęty.
Mgła zagęściła się, nie było widać rozchodzących się ulic. Nic, tylko ten
rozległy plac, oświetlony rzadkimi, smutnymi księżycami ulicznych latarni, i
ten monumentalny kamienny łuk, który ginął we mgle, jakby podpierał
melancholijnie niebo i osłaniał samotny, słaby płomień na Grobie Nieznanego
Żołnierza, wyglądając jak mogiła ludzkości pośród nocy i opuszczenia.

- Ach, tak. - Spojrzał na nią uważnie. - I tak bym nie zgasił. Niech się pali.
Znam to uczucie. I ja przez to przechodziłem.

- Ale dlaczego mnie pan pyta, jeśli pan nie ma zamiaru wysłuchać odpowiedzi?
- Bo jestem zmęczony. - odpowiedział Ravic niecierpliwie. - Bo to noc. A może,
bo jesteśmy jak iskry na nieznanym wietrze. Jedź pan prędzej.
- A, to co innego. - Szofer z pewnym szacunkiem dotknął czapki. - Rozumiem.

"Tacy żyją wiecznie" - pomyślał Ravic. - "Światło nie lubi tych drewnianych
dusz, dlatego zapomina o nich, pozwala im trwać".

Veber ocierał chustką błyszczące krople na wąsach.
- Pracował pan wspaniale. Nigdy bym tak nie potrafił. Że nie można było
naprawić tego, co spaskudził jakiś fuszer, to już nie pana wina. I cóż by się z
nami stało, gdybyśmy myśleli inaczej?
- Tak. - powiedział Ravic. - Co by się z nami stało?
Veber schował chustkę.
- Jednak po wszystkim, co pan przeszedł, powinien pan być całkowicie
uodporniony.
Ravic spojrzał na niego ironicznie.
- Człowiek nigdy nie jest uodporniony. Może się tylko do wielu rzeczy
przyzwyczaić.
- O tym właśnie myślałem.
- Ale też nie do wszystkiego. I trudno przewidzieć, do czego nie.

Za głośno? Co jest za głośne? Tylko cisza. Cisza, w której się człowiek rozpada
jak w próżni.

Ravic roześmiał się.
- Wypijmy na cześć interesu. Czym byłby świat bez etyki handlowej? Bandą
zbrodniarzy, idealistów i próżniaków.

Na dworze był jasny dzień. Deszcz ustał. Pisuary na rogach ulic wyglądały jak
wieżyczki fortec. Portier znikł, noc została starta z powierzchni, dzień się
rozpoczął, tłum oblegał wejście do kolei podziemnej, jakby to były otwory,
gdzie jakieś ciemne bóstwo przyjmuje ofiary.

Wszedł do łazienki i odkręcił kurki. Zobaczył swoją twarz w lustrze. Już raz
stał tu tak samo parę godzin temu. Tymczasem zmarła ludzka istota. Ale cóż to
miało za znaczenie? Tysiące umierają w każdej chwili. Są statystyki. Nie ma to
żadnego znaczenia. Ale dla jednostki, która umiera, oznacza to wszystko i
więcej niż cały świat, który się dalej kręci.
Usiadł na brzegu wanny i zdjął buty. To się przynajmniej nie zmienia,
przedmioty i milczący przymus, pospolitość, mdłe przyzwyczajenie w złudnym
świetle przemijania. Rozkwitające serce w zdroju miłości. Ale kimkolwiek się
jest, poetą, półbogiem czy idiotą, spada się co parę godzin z nieba, żeby oddać
mocz. Tego niepodobna uniknąć. Ironia natury. Romantyczna tęcza, rozpięta nad
refleksami gruczołów i robaczkowym ruchem jelit. Narządy ekstazy, szatańsko
przystosowane także do wydalania. Ravic rzucił buty w kąt. Wstrętne
przyzwyczajenie rozbierania się! Nawet tego niepodobna uniknąć. Tylko ten to
rozumie, kto mieszka sam. Była w tym jakaś przeklęta uległość, rezygnacja.
Zdarzało mu się sypiać w ubraniu, żeby uciec od tej tyranii, ale to tylko
odsuwało problem. Uciec nie było można.
Wziął prysznic. Chłodna woda spływała po skórze. Odetchnął głęboko i wytarł
się. Pociecha drobnych rzeczy. Woda, oddech, deszcz wieczorny. I to także
zrozumie tylko ten, kto żyje samotnie. Wdzięczna skóra. Swobodniejszy obieg
krwi w ciemnych kanałach. Położyć się na łące. Brzozy. Białe obłoki letnie.
Niebo młodości. Co się stało z przygodami serca? Zabiły je ciemne przygody
życia.

Ramiona. Coś, co oddycha. Fragment cudzego życia - ale życia. Ciepło. Ciało,
które nie sztywnieje. Co można dać komuś prócz tej odrobiny ciepła? I czy może
być coś więcej?
Kobieta poruszyła się. Drżała. Patrzyła na Ravica. Poczuł, jak fala powraca.
Wrócił głęboki chłód pozbawiony ciężaru. Napięcie minęło. Otworzyły się dalekie
przestrzenie. Było mu tak, jakby wrócił po nocy spędzonej na nieznanej
planecie. I nagle wszystko stało się proste: ranek, kobieta - o czym tu jeszcze
myśleć?
- Chodź - powiedział.

Tej nocy nic dla niej nie miało znaczenia oprócz tego jednego: żeby jakoś
przetrwać. Życie to coś więcej niż sentymentalne porównania. Lavigne, gdy się
dowiedział o śmierci żony, spędził noc w domu publicznym. Ocaliły go dziwki,
żaden ksiądz by tego nie dokazał. Kto zrozumiał, to zrozumiał. Wytłumaczenia
nie było.

To, co żyje, jest obdarzone ruchem, ruch przydaje siły, wdzięku lub
śmieszności; jakże to porównać z osobliwym majestatem ciała, które nie będzie
się już poruszało, tylko ulegnie rozkładowi. Majestat jest atrybutem
doskonałości, a człowiek osiąga doskonałość jedynie przez śmierć, i to na
krótką chwilę.

"Żeby minęło" - pomyślał Ravic. "Każdy zna to uczucie. A potem cisza i śmierć.
Tępe ciosy maczugi milczenia. Już lepsze to, chociaż obrzydliwe".

- Teraz prosto do łóżka - powiedział. - Jutro wszystko wyda się pani inne.
Brzmi to głupio i banalnie, ale to prawda. Wszystko, czego pani teraz trzeba,
to sen i trochę czasu. Trochę czasu, który trzeba przetrzymać.

Wyjął kartkę z jej nazwiskiem, podał i rzucił strzępy na wiatr. Zapomnieć. Co
za słowo! Pełne grozy, pociechy, widm. Któż by mógł żyć, nie zapominając? Ale
kto umie o wszystkim zapomnieć? Żużel wspomnieć, rozdzierający serce. Wolnym
jest się dopiero wtedy, kiedy już nie ma po co żyć.

- Zwykle, jeśli ktoś mieszka w hotelu, trudno go tam zastać wieczorem. Pokoje
hotelowe nie są zbyt przytulne w listopadzie.
- Wyobrażam sobie. Czemu pan właściwie mieszka wciąż jeszcze w hotelu?
- Bo to wygodny i bezosobowy sposób życia. Niby jest się samemu i niby się nie
jest.
- I o to panu chodzi?
- Tak.
- Mógłby pan mieć to samo w inny sposób. Gdyby pan na przykład wynajął małe
mieszkanie.
- Być może.
- Pan Ravic jest stracony. Nigdy nie założy domu.
- Co? - zdziwił się Veber. - Co pani mówi?
- Dla pana Ravica nie ma nic świętego. To właśnie powód.
- Brawo! - powiedział Ravic, stojąc przy łóżku dziewczyny.
- Pierwszy raz słyszę coś podobnego! - Veber nie mógł oderwać oczu od Eugenii.
- Czemuż go pan sam nie spyta, panie doktorze?
Ravic wyprostował się.
- Trafiła pani w sedno, Eugenio. Ale jeśli dla kogoś nie ma już nic świętego,
to wszystko znów staje się dla niego święte w sposób bardziej ludzki. Człowiek
czci tę maleńką iskierkę życia, które pulsuje w dżdżownicy, i od czasu do czasu
pcha ją ku światłu dziennemu. Oczywiście, to nie jest porównanie.
- Pan mnie nie może dotknąć. Pan nie ma wiary. - Eugenia energicznie wygładziła
fartuch na piersiach. - Ja, dzięki Bogu, mam wiarę.
Ravic sięgnął po płaszcz.
- Wiara łatwo się zmienia w fanatyzm. Dlatego religie kosztowały zawsze tyle
krwi. - Uśmiechnął się krzywo. - Tolerancja, Eugenio, jest córką wątpliwości.
Oto, dlaczego pani z całą swoją wiarą jest bardziej napastliwa w stosunku do
mnie, niż ja, zatracony bezbożnik, w stosunku do pani.

Znów spojrzał w okno. A poza tym? Poza tym niewiele. Żyje, to wystarcza. Kiedy
się wszystko chwieje, jakiż sens miałoby budowanie czegoś, co wcześniej czy
później musi się stać ruiną. Lepiej dać się nieść wodzie, niż
Obserwuj wątek
    • Gość: dear cd IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:22
      tracić na próżno siły; są one jedyną rzeczą nie do zastąpienia. Przeżyć to
      wszystko, dopóki się gdzieś nie ujrzy nowego celu. Im mniej energii zużyje na
      to, tym lepiej zaoszczędzi jej sobie na potem. Widział wielu ludzi, którzy
      załamywali się, ponieważ w stuleciu, które się rozlatywało na kawałki,
      usiłowali odbudowywać wciąż, jak mrówki, swoją mieszczańską egzystencję. Było
      to może wzruszające i bohaterskie, ale zarazem śmieszne, całkowicie
      niepotrzebne, a przy tym męczące. Nikt nie powstrzyma spadającej lawiny, a kto
      by tego próbował, zginie. Lepiej przeczekać, a potem pomóc ofiarom. W marszu
      trzeba mieć lekki bagaż. Podczas ucieczki także...

      Pułkownik bezskutecznie usiłował rozwikłać trudny problem.
      - Więc pan jest...
      - Nie posuwajmy się do stwierdzeń - przerwał Morozow - bo to nieuchronnie
      prowadzi do konfliktów.
      Gomez speszył się jeszcze bardziej.
      - Ależ pan, jako "biały" Rosjanin i jako carski oficer, musi być przeciw...
      - Nic nie muszę. Jesteśmy dwa staromodne stwory, które różnią się
      zapatrywaniami, a nie łamią sobie z tego powodu szczęk.

      - Postaw gdziekolwiek. Wiele rzeczy można postawić gdziekolwiek. Na świecie
      jest dość miejsca na wszystko. Byle nie na ludzi.

      - Spałem z nią, nie wiedząc, o co chodzi. Chciałbym o tym zapomnieć.
      - Głupstwo! Najmniej ważna rzecz na świecie, póki w niej nie ma miłości. Znałem
      kobietę, która mówiła, że łatwiej jej przespać się z człowiekiem, niż zacząć
      mówić mu po imieniu. - Morozow pochylił się, jego wielka, łysa głowa odbijała
      światło. - Coś ci powiem, Ravic. Musimy odnosić się przyjaźnie do ludzi, jeśli
      możemy i jak długo się da, bo w naszym życiu nieraz jeszcze popełnimy tak zwane
      przestępstwo. W każdym razie ja. I ty pewno także.
      - Tak.
      Morozow objął ramieniem donicę z nieszczęsną palmą. Zachwiała się nieco.
      - Żyć to znaczy żyć z innych. Zżeramy się nawzajem. Nie powinniśmy w sobie
      gasić takich małych iskierek dobroci. To daje siłę na trudne życie.

      Wyglądałaby może na mniej opuszczoną, gdyby leżała w szlafroku. Ale tak, w tej
      kobiecie, ubranej nie wiadomo po co i dla kogo, po prostu z przyzwyczajenia,
      które zatraciło wszelki sens, było coś, co poruszyło serce Ravica. Znał to,
      widywał setki ludzi, którzy tak właśnie siedzieli: uchodźców, zagnanych
      bezpowrotnie do obcych krajów. Wysepka niepewnej egzystencji - siedzieli, nie
      wiedząc, dokąd iść, i tylko przyzwyczajenie trzymało ich przy życiu.

      - Czy pani ma klucz? - zapytał Ravic.
      - Drzwi są otwarte.
      - Jeśli pani nie będzie zamykać pokoju, mogą pani ukraść pieniądze i dokumenty.
      - Jeśli będę zamykała, może się zdarzyć to samo.
      - Prawda, zamki nic nie są warte, przedstawiają jednak pewne utrudnienie.
      - Być może. Ale przykro mi przychodzić skądś samej, brać klucz i otwierać
      drzwi, żeby wejść do pustego pokoju; to tak, jak gdybym otwierała grób. Czy nie
      dosyć, że muszę wejść do pokoju, gdzie nic na mnie nie czeka prócz kilku
      walizek?
      - Nigdzie nic na nas nie czeka - powiedział Ravic. - Wszystko musimy zawsze
      przynosić ze sobą.
      - Być może. Czasem jednak mamy przynajmniej złudzenie. Tu nawet tego nie ma.

      - Szkoda czasu, bracie - powiedział Ravic, zapłacił i wypchnął go z pokoju.
      Potem nalał dwa kieliszki. - Proszę, tak po prostu, po barbarzyńsku, ale im
      prymitywniej, tym lepiej w ciężkich sytuacjach. Wyrafinowanie dobre jest na
      spokojne czasy. Niech pani wypije.
      - A potem?
      - A potem drugi kieliszek.
      - Próbowałam, to nie pomaga. Źle być pijanym w samotności.
      - Trzeba być tylko wystarczająco pijanym. Wtedy jest dobrze.

      - Piję. - powiedział Ravic. - Proszę mówić, co się pani podoba. Noc, nikt nie
      słucha. Ja słucham samego siebie. Jutro o wszystkim zapomnimy.
      Oparł się wygodniej. Słychać było tylko szum lecącej gdzieś wody. Szumiały
      kaloryfery, deszcz pukał w szyby miękkimi palcami.
      - Kiedy się wraca i gasi światło, i ciemność spada na człowieka jak maska z
      chloroformem, i znów się zapala światło, i patrzy się, i patrzy...
      "Jestem już pijany" - pomyślał Ravic. "Prędzej niż zwykle. A może to półmrok? A
      może obie te rzeczy razem? To nie ta sama, nic nie znacząca, wyblakła kobieta.
      To ktoś inny. Oto oczy, twarz, coś patrzy na mnie. Może to robią cienie, a może
      prześwietla ją łagodny ogień, który pali się pod moim czołem. Wszystko to znał
      od dawna i nie chciał poznawać na nowo. Samotność - odwieczny refren życia. Ani
      to gorsze, ani lepsze niż co innego. Za dużo się o tym mówi. Jest się zawsze
      samotnym i nie jest się nim nigdy. Nagle w półmroku zaśpiewały skrzypce. Ogród
      na wzgórzach Budapesztu. Ciężki zapach kasztanów. Wiatr. I sny skulone na
      ramionach jak młode sowy, których oczy stają się jaśniejsze w ciemności. Noc,
      która nigdy nie stała się nocą. Pora, o której wszystkie kobiety są piękne.
      Duże, brunatne motyle skrzydła wieczoru. Podniósł oczy.

      - Niech pani spojrzy - powiedział Ravic do Joanny Madou, pokazując jej
      pidżamę. - Kostium dla świętego Mikołaja. Ten portier to czarodziej. Nawet ją
      włożę. Żeby być śmiesznym, trzeba przynajmniej tyleż prostoty, co odwagi.

      Łagodny stuk deszczu przenikał w ciszę, jakby coś chciało wejść, coś szarego,
      nieforemnego i beznadziejnego, coś, co było żałośniejsze od samego żalu -
      dalekie, nie nazwane wspomnienie, nie kończąca się fala, która napływała,
      próbując unieść z sobą i pogrzebać to, co kiedyś przyniosła i zostawiła na
      jakiejś wyspie zapomniane: odrobinę człowieczeństwa, światło, myśl.
      - Pierwszorzędna noc na pijaństwo...
      - Tak, ale zła na samotność.
      Ravic milczał chwilę.
      - Wszyscy musieliśmy się do tego przyzwyczaić - powiedział wreszcie. - Siła,
      która przedtem trzymała nas w kupie, została zniszczona. Rozlecieliśmy się jak
      szklane paciorki z naszyjnika, kiedy nitka pęknie. Nic już nie jest pewne. -
      Znów napełnił swój kieliszek. - Kiedyś, będąc małym chłopcem, spałem na łące w
      nocy. Było to latem i niebo było czyste. Zanim usnąłem, zobaczyłem gwiazdozbiór
      Oriona nad lasem, na horyzoncie. Potem, kiedy się obudziłem w środku nocy,
      zobaczyłem nagle, że Orion stoi tuż nade mną. Nigdy tego nie zapomnę.
      Wiedziałem oczywiście, że ziemia jest planetą i że się obraca, ale wiedziałem o
      tym jedynie z książek, nie zastanawiałem się nad tym. A wtedy po raz pierwszy
      zrozumiałem, że tak jest naprawdę. Czułem, jak Ziemia płynie bezdźwięcznie
      poprzez niewymierne przestrzenie. Poczułem to z taką siłą, że instynktownie
      chciałem się czegoś uchwycić, żeby nie zostać zmiecionym z jej powierzchni.
      Prawdopodobnie zdarzyło się to dlatego, że nagle wyrwany z głębokiego snu,
      opuszczony przez pamięć i przyzwyczajenia, spojrzałem w wysokie i zmienione
      niebo. Ziemia przestała wtedy być dla mnie czymś pewnym i to się już nie
      zmieniło. - Opróżnił szklankę. - Niektóre rzeczy stają się przez to
      trudniejsze, a inne znów łatwiejsze. - powiedział. - Jeżeli pani czuje się już
      dość zmęczona, proszę nie odpowiadać.
      - Jeszcze nie, ale wkrótce. Jest jeszcze we mnie coś trzeźwego. Trzeźwego i
      zimnego.
      Ravic odstawił butelkę na podłogę. Z ciepła pokoju przesiąkało w niego z wolna
      zmęczenie. Otoczyły go cienie. Szelest skrzydeł. Obcy pokój, noc, z zewnątrz,
      jak monotonne bicie odległych bębnów, stuk deszczu, chatka z światełkiem na
      krańcu chaosu, małe ognisko w nieznanej głuszy, twarz, do której mówił...
      - Czy i pani to kiedy czuła? - zapytał.
      Przez chwilę milczała.
      - Tak. Niezupełnie. Trochę inaczej. Kiedy całymi dniami nie miałam się do kogo
      odezwać, kiedy błądziłam nocami i wszędzie byli ludzie, którzy gdzieś
      przynależeli, dokądś szli, gdzieś byli u siebie. I tylko ja nie. Wtedy powoli
      wszystko się stawało nieprawdziwe, jakbym utonęła i poruszała się po obcym,
      zatopionym mieście.

      - Niech pani o tym zapomni. Nie ma nic bardziej niepotrzebnego niż skrucha.
      Niczego nie można cofnąć. Niczego nie można naprawić. Inaczej bylibyśmy wszyscy
      świętymi. W zamiarach życia nie leży nasza doskonałość. Miejsce doskonałości
      jest w muzeum.

      "To dziwne" - pomyśl
      • Gość: dear cd' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:23
        "To dziwne" - pomyślał. "Zwykle od człowieka, który uniknął śmierci, oczekuje
        się szalonej radości. A to się właściwie rzadko zdarza. Na przykład ta. Dokonał
        się na niej cud, a interesuje ją jedynie to, że nie musi biegać po deszczu".

        - Eugenio - powiedział Ravic - więcej jest prostytutek wśród kobiet, które
        nigdy nie spały z mężczyzną, niż wśród tych, które w ten sposób z trudem brną
        przez życie. Nie mówiąc już o mężatkach. Poza tym ta dziewczyna niczego nie
        wypaplała. Tylko zepsuła jej pani dzień. To wszystko.
        - No to co? Taka delikatna przy tym trybie życia!
        "Ty chodzący katechizmie - pomyślał Ravic - ty obrzydliwy wzorze zarozumiałej
        cnoty, co ty wiesz o samotności tej dzielnej, małej midinetki! Poszła do tej
        samej akuszerki, która zabiła jej przyjaciółkę, do tego samego szpitala, gdzie
        tamta umarła, i mówi tylko (Cóż mogłam innego zrobić?) i (Jak zdołam zapłacić?)"
        - Powinna pani wyjść za mąż, Eugenio - powiedział - za wdowca z kilkorgiem
        dzieci. Albo za właściciela zakładu pogrzebowego.
        - Panie Ravic - odrzekła z godnością pielęgniarka - niech pan będzie łaskaw nie
        troszczyć się o moje prywatne sprawy. Inaczej będę zmuszona poskarżyć się
        doktorowi Veberowi.
        - A cóż innego robi pani przez cały dzień? - Ravic ucieszył się, widząc, jak
        krwiste rumieńce rozlały się po policzkach pielęgniarki. - I dlaczego osoby
        religijne są zwykle takie nielojalne? Najlepszy charakter mają cynicy, z
        idealistami trudno wytrzymać. Czy to pani nie daje nic do myślenia?
        - Dzięki Bogu, nie.
        - Tak właśnie sądziłem.

        To doskonalsza gra niż w karty. W kartach można mieć szczęście albo pecha. To
        nie jest dość interesujące. Szachy to świat sam w sobie. Kiedy się gra,
        zastępują tamten świat - podniósł zaczerwienione oczy - który nie jest aż w tym
        stopniu doskonały.

        - Nie wiem, co mi się stało. Myślę, że się po prostu starzeję.
        - Zawsze się tak myśli, kiedy się jest młodym.
        - Powinnam być inna. Dwa tygodnie temu przeprowadziłam rozwód. Powinnam się
        cieszyć. A tymczasem odczuwam tylko zmęczenie. Wszystko się powtarza, Ravic.
        Czemu?
        - Nic się nie powtarza. To my powtarzamy samych siebie.

        Człowiek ma zawsze wielkie zamiary, ale wykonanie szwankuje. Oto, w czym nasza
        nędza i nasz wdzięk.

        - Nędzna dziura - zaopiniowała, śmiejąc się. - Ale nocą wydaje się pieczarą
        marzeń i snów. - Oparła się głębiej. Łagodne światło spod płyty stolika
        oświetliło jej twarz. - Czemu to, Ravic, każda rzecz nocą nabiera barw? Nic nie
        wydaje się trudne, wszystko możliwe, a to, czego nie można osiągnąć, wypełnia
        się snami. Czemu?
        Uśmiechnął się.
        - Śnimy, bo nie możemy wytrzymać prawdy.
        Orkiestra zaczęła stroić instrumenty. Przyfrunęło kilka skrzypcowych pasaży.
        - Nie wygląda pan na człowieka, który by sam siebie oszukiwał snami. -
        powiedziała Kate Hegstroem.
        - Prawdą też można się oszukiwać, to jeszcze bardziej niebezpieczny sen.

        Kate Hegstroem poczuła tę melodię na swoich policzkach jak źródlaną kwietniową
        wodę. Przepełniły ją echa, ale żadne jej nie wołało. Szeptały zmieszane głosy,
        przelatywały strzępy wspomnień, chwilami coś migotało jak kawałek brokatu, ale
        potem wszystko zawirowało i odleciało i nikt jej nie zawołał. Nikt nie wołał.
        Cygan skłonił się. Ravic wsunął mu pod stołem banknot w otwartą dłoń. Kate
        Hegstroem poruszyła się w swoim kąciku.
        - Czy był pan kiedy szczęśliwy?
        - Często.
        - Nie o tym myślę. Myślę o prawdziwym szczęściu, bez tchu, bez pamięci bez
        reszty...
        Ravic spojrzał na wąską wzburzoną twarzyczkę, która znała tylko jeden rodzaj
        szczęścia, najmniej trwały: miłość i nic innego.
        - Często, Kate - powiedział, myśląc o innym rodzaju szczęścia i wiedząc, że to
        jeszcze nie ten, o który chodzi.

        - Nie lubi pan mówić o sobie, co?
        - Ja nawet myśleć o sobie nie lubię.
        Chwilę siedziała w milczeniu.
        - Czasami zdaje mi się, że z dawnym życiem już koniec. Oczekiwanie, beztroska -
        to wszystko, co było kiedyś.
        Ravic uśmiechnął się.
        - To się nigdy nie kończy, Kate. Życie to zbyt wielka rzecz, aby mogło się
        skończyć, zanim wydamy ostatnie tchnienie.
        Nie słuchała go.
        - Czasem przychodzi taki okropny, niewytłumaczony lęk. Tak, jakby się miało
        okazać, kiedy stąd wyjdziemy, że świat się nagle zawalił. Czy i pan zna to
        uczucie?
        - Owszem, każdy je zna. To choroba każdego Europejczyka. Od lat dwudziestu.

        - Wspomnienia?
        - Nie, nie mam wspomnień.
        Powiedział to z większą gwałtownością, niż zamierzał. Spojrzała na niego
        uważnie.
        - Czasem chciałabym naprawdę wiedzieć, co w panu siedzi.
        Zrobił ruch zniecierpliwienia i obrony.
        - Nic więcej niż w każdym innym. Po całym świecie włóczą się dziś nieumyślni
        awanturnicy. Każdy hotel dla uchodźców jest nimi przepełniony, a historia
        każdego z nich wydałaby się sensacją nawet Dumasowi i Wiktorowi Hugo. Ziewamy,
        zanim ją ktoś zacznie opowiadać. Proszę, jeszcze kieliszek wódki. Dziś
        największą przygodą jest proste, spokojne życie.

        Noc wydała mu się nagle ciepła i lśniąca. Potworny parch życia raz jeszcze
        został miłosiernie okryty kilku darowanymi godzinami, które frunęły jak
        gołębie. Ale nawet i te godziny były kłamstwem - za wszystko trzeba płacić;
        były tylko zwłoką, cóż jednak nie było zwłoką. Czyż w ogóle wszystko nie było
        zwłoką, litosną zwłoką, barwną chorągwią, która zasłania daleką, czarną,
        nieuchronnie zbliżającą się śmierć?

        Znów spojrzał w okno i otrząsnął się z tych myśli. Jeśli naprawdę nic nie można
        poradzić, po co się doprowadzać do obłędu?

        Pomóż, jeśli możesz, zrób wtedy wszystko - ale jeśli nic nie możesz zrobić,
        zapomnij. Odejdź. Weź się w garść. Współczucie dobre jest w czasie pokoju, nie
        wtedy, kiedy chodzi o życie. Pochowaj zmarłych i myśl o sobie. To ci się
        przyda. Żałoba swoją drogą, a fakty swoją. Żałoba nie zmniejszy się, jeśli mimo
        niej będziesz dostrzegał fakty i uznawał je. Tak tylko można przeżyć.
        Dopił koniak. Francuzi przy sąsiednim stoliku ciągle mówili o rządzie i o tym,
        że Francja zawiodła. O Anglii. O Włoszech. O Chamberlainie. Słowa, słowa! Czyny
        były po drugiej stronie. Tamci nie byli silniejsi, byli bardziej zdecydowani.
        Nie byli też odważniejsi, ale wiedzieli, że ci nie chcą walki. Gra na zwłokę -
        ale co im z tego przyjdzie? Czy się uzbroją, dopędzą tamtych, wezmą się w
        garść? Przyglądają się zbrojeniom tamtych i biernie czekają na nową zwłokę.
        Historia stada fok: jest ich setka w zatoce, między nimi chodzi myśliwy i
        zabija pałką jedną po drugiej. Razem mogłyby go z łatwością zgnieść - ale leżą,
        patrząc, jak się zbliża, aby je mordować, i nie poruszają się. Zabija przecież
        tylko sąsiadów, jednego po drugim. Oto historia europejskich fok. Wieczorna
        zorza cywilizacji. Umęczony, mglisty zmierzch bogów. Beztreściwy sztandar praw
        człowieka. Wyprzedaż jednego z kontynentów. Nadciągający potop. Kramarska
        krzątanina wokół ostatnich cen. Stary taniec rozpaczy na wulkanie. Narody znów
        z wolna zapędzane do rzeźni. Pchły ocaleją, kiedy baran zostanie oddany w
        ofierze. Jak zwykle.
        Ravic zgasił papierosa. Rozejrzał się. Co to znaczy? Czyż wieczór nie był
        przedtem jak gołębica, perłowoszara, łagodna gołębica? Pochowaj swych zmarłych
        i żyj. Czas mija. Przeżyć - to wszystko. Przyjdzie chwila, kiedy się przydasz.
        Trzeba na to zdrowia i gotowości.

        Kate Hegstroem miała rację, był to wzruszający głos. Sięgnął po karafkę z
        przezroczystym trunkiem. Oto znów chwila, kiedy kolory zmierzchają, a życie
        staje się szare z bezsilnych dłoniach. Mistyczny odpływ. Bezdźwięczna cezura
        między dwoma oddechami. Ząb czasu, który powoli pożera serce. Santa Lucia
        Luntana - śpiewał głos z towarzyszeniem orkiestry. Głos ten przypływał ku niemu
        jak morze, od zapomnianego, dalekiego brzegu, gdzie coś kwitnie.

        - Tego, o czym się zapomina, brak potem w życiu, proszę pana. - oświadczył.
        Jeśli o niego chodziło, temat nie został jeszcze wyczerpany.
        - Słusznie, ale to, co się pamięta, zmienia życie w piekło.
        - Nie mnie. Pooszło! Więc jak może mi zmienić
        • Gość: dear cd'' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:25
          Więc jak może mi zmienić życie w piekło?
          - Właśnie dlatego, bracie. - Ravic podniósł głowę. - Ale pan jest nie tylko
          artystą, jest pan szczęśliwym człowiekiem.

          To, co w niej tliło w przyćmionym świetle nocnego lokalu, i tu się ostało. "Jej
          śmiała, jasna twarz, która o nic nie pyta, tylko istnieje, czekając... To twarz
          pusta" - myślał. "Twarz, której wyraz może odmienić każdy powiew wiatru.
          Wszystko w nią można weśnić. Jest jak ładny, pusty dom, oczekujący dywanów i
          rzeźb. Ma wszelkie możliwości, może stać się zarówno pałacem, jak i burdelem.
          Zależy od tego, kto go zajmie. Jak ograniczone wydaje się w porównaniu z nim
          wszystko to, co jest całkowicie wypełnione i zakryte maską".

          Poczuł lekki przypływ i odpływ jej oddechu. Niewidzialny i czuły, wibrował i
          biegł ku niemu, lekki, pełen godności i zaufania - obce życie w tej obcej nocy.
          Nagle poczuł swą krew. Wznosiła się i krążyła, i była czymś więcej jeszcze:
          była samym życiem, życiem po tysiąc razy przeklętym i błogosławionym,
          zagubionym i znów odzyskanym; godzinę temu krajobraz smutny, nagi, pełen
          wczorajszych dni i beznadziejny, a teraz nagle tryskający strumieniem, blaski
          tajemniczej chwili, w którą dawno już przestał wierzyć... Był znowu pierwotnym
          człowiekiem, który wynurza się na brzegu z fal oceanu, biały i promieniejący,
          pytanie i odpowiedź zarazem. Nadchodziło, zbliżało się i burza rozpętała się w
          czaszce nad oczami.
          - Trzymaj mnie - poprosiła.
          Spojrzał w jej twarz, nachylony, i otoczył ją ramieniem. Ramiona jej zbliżyły
          się do niego jak okręt, który w porcie zarzuca kotwicę.
          - Czy trzeba cię trzymać? - zapytał.
          - Tak.
          Jej złożone ręce leżały na jego piersi.
          - Będę cię mocno trzymał. - powiedział.
          - Tak.
          Inna taksówka zatrzymała się koło nich ze zgrzytem hamulca. Nieruchomy szofer
          spoglądał na nich. Na jego ramieniu siedział malutki piesek w trykotowym
          czapraczku.
          - Taksówka? - zakrakał szofer spod długich, lnianych wąsów.
          - Spójrz - powiedział Ravic. - ten człowiek o niczym nie wie. Nie wie, że nas
          dotknęły jakieś skrzydła. Patrzy na nas i nie widzi, żeśmy się odmienili. Czy
          to nie jest najdziwaczniejsza rzecz na świecie: zmień się w archanioła, durnia
          czy zbrodniarza, a nikt tego nie zauważy. Ale niech ci brakuje guzika - każdy
          to spostrzeże.
          - To wcale nie jest dziwaczne. Tak jest dobrze. Jesteśmy wtedy sami z sobą.
          Ravic spojrzał na nią. "My"- pomyślał. "Co za słowo! Chyba najbardziej
          tajemnicze słowo na świecie".

          Uśmiechnęła się i przytuliła do niego. Poczuł, jak coś się w nim otwiera,
          rozpościera, ciepłe, łagodne i rozległe, coś, co go ciągnie ku ziemi jak wiele
          rąk naraz, co sprawia, że ludzie nie mogą stać obok siebie, tak niedorzecznie
          prosto, kołysząc się na wąskich platforemkach stóp, zamiast zapomnieć o
          wszystkim i paść, ulegając szlochowi skóry, który szedł ku nim poprzez wieki,
          kiedy nie było jeszcze ani mózgu, ani myśli, ani cierpienia, ani zwątpień, nic
          prócz ciemnej szczęśliwości krwi...
          - Chodź - powiedział.
          I tak kroczyli w drobnym deszczu przez pustą, szarą ulicę, a kiedy doszli do
          końca, nagle rozpostarł się przed nimi plac wielki i jakby bezkresny, a wysoko
          w górze unosił się jak z płynnego srebra masywny, szary kształt Łuku
          Triumfalnego.

          Patrzył w okno. Dziwne uczucie pustki po tym, co było. Łóżko utraciło swe
          znaczenie. Dzień dzisiejszy szarpał bezlitośnie "wczoraj" jak szakal rozrywa
          padłą antylopę. Ogrody, które tak cudownie wyrosły nocą, teraz oddaliły się
          znowu, jak fantasmagoria na pustyni czasu...

          - Czemu go pani nie wyrzuciła?
          - On nie jest najgorszy, tylko dziki...
          Ravic spojrzał na nią. "Miłość" - pomyślał. "Więc i to jest miłość. Odwieczny
          cud. Potrafi przerzucać tęcze snów nad szarym niebem faktów i użycza
          romantycznych blasków nawet kupie łajna. To cud, a jednocześnie piekielne
          szyderstwo".

          - Myślisz, że nie trzeba rozpieszczać tego, co się kocha?
          - Nie, tylko myślę, że nie trzeba dramatyzować piękna.

          Nagle pokój napełnił się milczeniem, oczekiwaniem i napięciem - jak wir, który
          wzywa bezgłośnie, jak nieznana, wykraczająca poza krąg świadomości przepaść,
          znad której unosi się złudny czerwony mak oszołomienia.

          - To druga noc, pełna niebezpieczeństw. Zniknął czar nieznanego, a nie zastąpił
          go jeszcze czar bliskości. Musimy ją przetrwać.
          Joanna postawiła kieliszek.
          - Zdaje się, że wiesz o tym bardzo wiele.
          - Nic nie wiem, tak sobie gadam. Nigdy się nic nie wie, wszystko jest coraz to
          inne. I teraz też. Nigdy nie ma drugiej nocy. Zawsze jest pierwsza. Druga
          byłaby końcem.
          - Dzięki Bogu, inaczej do czegóż byśmy doszli? Byłby to rodzaj arytmetyki. A
          teraz chodź. Nie chcę jeszcze spać, chcę z tobą pić. Tam, w górze, na zimnie,
          tkwią nagie gwiazdy. Jak łatwo zamarznąć w samotności! Nawet w upał. Nigdy, gdy
          się jest we dwoje.
          - I we dwoje można nawet zamarznąć na śmierć.
          - Ale nie my.
          - Oczywiście, nie my - powiedział Ravic; w ciemności nie widziała wyrazu jego
          twarzy. - My nie.

          Rozejrzał się. Pokój, parę walizek, kilka drobiazgów, kupka sfatygowanych
          czytaniem książek - tyle tylko trzeba człowiekowi, aby żył. Lepiej nie
          przyzwyczajać się do wielu przedmiotów, kiedy życie jest tak niespokojne.
          Ciągle je trzeba gdzieś zostawiać albo ktoś je zabiera. Trzeba być w każdej
          chwili gotowym do drogi. Dlatego właśnie żył samotnie. Kiedy się wędruje,
          niedobrze jest mieć cokolwiek, co trzyma człowieka w miejscu. Nic, co by
          poruszało serce. Przygoda tak, ale nic innego.
          Spojrzał na łóżko, na zmiętą, białą pościel. To nic, że czeka. Często zdarzało
          mu się czekać na kobiety. Ale czuł, że wtedy czekał inaczej - po prostu, jasno,
          brutalnie. Czasami z nieznaną czułością, która posrebrzała jego pożądanie - ale
          nie tak, jak dziś. Coś się do niego wkradło, na co nie zwrócił dostatecznej
          uwagi, czyżby istniało w nim znowu, poruszało się? Kiedyż to było? Czyżby go
          znowu wołał głos z przeszłości, z błękitnych głębin; czyżby czuł znowu oddech
          łąki, kwitnącej mięty, wyniosłych topoli na horyzoncie, lasów w kwietniu? Nie
          chciał tego. Nie chciał nic posiadać, nie chciał być posiadany. Był wędrowcem.

          Wstał i zaczął się ubierać. Trzeba być niezależnym. Wszystko zaczyna się od
          takich właśnie drobnych uzależnień. Najpierw się ich nie zauważa, a potem
          człowiek nagle spostrzega, że jest w sieci przyzwyczajenia. Przyzwyczajenia,
          które ma wiele nazw. Jedna z nich to miłość. Nie trzeba się do niczego
          przyzwyczajać, nawet do czyjegoś ciała.

          Jakie to dziwne, że wszystko wydaje się martwe, co miało do czynienia z ciałem,
          kiedy traci jego ciepło - łóżko, bielizna, nawet kąpiel. Gdy zabraknie tego
          ciała, wszystko wydaje się wstrętne.

          Nawymyślał sobie od idiotów. Chciał się uniezależnić, a był tylko bezwzględny.
          Bezwzględny i śmieszny jak osiemnastoletni chłopak, który samemu sobie chce
          czegoś dowieść. Było w tym więcej uzależnienia się, niż gdyby na nią czekał.

          - Wykąpię się - powiedziała zmienionym głosem. - Zmarzłam. Czy nie zbudzę
          całego hotelu?
          Ravic uśmiechnął się.
          - Nie pytaj o konsekwencje, gdy chcesz coś zrobić, bo nigdy tego nie dokonasz.
          Spojrzała na niego.
          - Trzeba się pytać o drobiazgi, nigdy o coś ważnego.

          "Szczęście" - myślał. "Błękitne horyzonty młodości. Złotolita, radosna
          równowaga życia. Szczęście! Mój Boże, gdzież się ono podziało?"

          Napełniła kieliszek, wychyliła go, potem napełniła raz jeszcze i podała mu.
          Wziął go i chwilę trzymał w ręku. "To nieprawda" - pomyślał. "Półsen ulatującej
          nocy. Jak mogą być prawdziwe słowa, które się mówi w ciemności? Słowa prawdy
          wymagają światła".
          - Skąd wiesz o tym tak dokładnie? - spytał.
          - Bo cię kocham.
          "Jak ona igra tym słowem" - pomyślał Ravic. "Miota nim bez namysłu jak pustym
          dzbankiem. Potem napełnia go czymś i mówi, że to miłość. Iloma rzeczami go
          napełniano! Strachem przed samotnością, podnieceniem z powodu napotkania cudzej
          osobowości, wzmożonym odczuwaniem własnej, ułudą fantazji? A jednak, kto wie?
          • Gość: dear cd''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:26
            Może właśnie to, co powiedziałem o starzeniu się razem, było z tego wszystkiego
            najgłupsze? Może to ona ma rację, odrzucając wszelkie zastrzeżenia? I po co
            siedzę w tę zimową noc pomiędzy dwiema wojnami i rozszczepiam słowa jak belfer?
            Czemu się opieram zamiast się w to rzucić?"

            Jestem doskonale szczęśliwa. Przy tobie się budzę i z tobą zasypiam, nic więcej
            nie wiem. Głowę mam ze srebra, kiedy o nas myślę, a czasem jestem jak skrzypce.
            Ulice pulsują nami jak muzyką, czasem wdzierają się ludzie i mówią coś, czasem
            obrazy przelatują jak w filmie, ale muzyka trwa. Trwa bezustannie.

            Roześmiała się. - Oni chcą zawsze zabijać, w parę miesięcy potem ten drugi też
            chciał mnie zabić. Ale nigdy tego nie robią. Ty byś mnie nigdy nie chciał zabić.
            - Co najwyżej calvadosem. Daj butelkę. Dzięki Bogu, rozmowa staje się bardziej
            ludzka. Przeraziłaś mnie parę minut temu.
            - Miłością?
            - Po co znowu z tym zaczynać? To tak, jakby ktoś paradował na co dzień we fraku
            i w białej peruce. Jesteśmy razem, na długo czy na krótko, kto wie? Razem, to
            wystarczy. Po co nam etykietka?
            - Nie podoba mi się to "na długo czy na krótko". Ale to tylko słowa. Nie
            opuścisz mnie. To też są tylko słowa i ty sam wiesz o tym.
            - Naturalnie. Czy opuścił cię kiedy ktoś, kogo kochałaś?
            - Owszem. - Spojrzała na niego. - Zawsze ktoś kogoś opuszcza. Czasem ten drugi
            cię ubiegnie.
            - I co wtedy zrobiłaś?
            - Wszystko - wyjęła mu z ręki kieliszek i dopiła do dna. - Wszystko, ale to nic
            nie pomogło. Byłam strasznie nieszczęśliwa.
            - Długo?
            - Tydzień.
            - To niedługo.
            - Cała wieczność, jeśli się jest naprawdę nieszczęśliwym. Każda cząstka mojej
            istoty tak była nieszczęśliwa, że kiedy tydzień minął, wszystko się wyczerpało.
            Moje włosy były nieszczęśliwe, skóra, łóżko, nawet suknie. Nieszczęście
            wypełniało mnie tak całkowicie, że nic poza nim nie istniało. A kiedy nic już
            nie istnieje, nieszczęście przestaje być nieszczęściem, bo nie ma go z czym
            porównać. I wtedy to mija. Powoli zaczyna się żyć na nowo.
            Ucałowała jego rękę. Poczuł miękkie, ostrożne wargi.
            - O czym myślisz? - spytała.
            - O niczym. Tylko że jesteś szalona i niewinna. Całkowicie zepsuta i zupełnie
            niezepsuta. Rzecz najbardziej na świecie niebezpieczna. Oddaj mój kieliszek.
            Piję za zdrowie mego przyjaciela Morozowa, znawcy ludzkich serc.

            - To nie to. Czuję, że część ciebie chce pozostać samotna. To nas dzieli jak
            bariera.
            - Nie ma żadnej bariery. Jest tylko piętnaście lat życia, o które jestem
            starszy. Nie dla każdego życie jest jak dom, który do niego tylko należy i
            który może ozdabiać coraz bogaciej meblami wspomnień. Niektórzy mieszkają w
            hotelach. Lata zamykają się za nimi jak drzwi hotelowe, a wszystko, co im
            zostaje, to trochę odwagi - i żadnych żalów!

            "Dziwna noc" - myślał. "Gdzieś strzelają, gonią, więżą, torturują i mordują
            ludzi, tratując jakiś spokojny skrawek świata. Wiem o tym i nie mogę nic
            zrobić. Życie szumi w jasno oświetlonych barach, nikt o nic nie dba, ludzie
            kładą się spokojnie spać, a ja siedzę tu z kobietą pośród bladych chryzantem
            przy butelce calvadosu, a drżący i melancholijny cień miłości staje między
            nami, jakby i miłość była wygnańcem z bezpiecznych ogrodów przeszłości. Jest
            lękliwa, dzika i szybka, jakby nie miała prawa..."
            - Joanno - rzekł wolno, chcąc powiedzieć zupełnie co innego. - Dobrze, że tu
            jesteś.
            Spojrzała na niego. Ujął jej dłoń.
            - Rozumiesz, co to znaczy? Więcej niż tysiąc innych słów...
            Skinęła głową i oczy jej napełniły się łzami.
            - Ja wiem, to nic nie znaczy. - powiedziała.
            - Nieprawda - odrzekł Ravic, ale wiedział, że to prawda.
            - Nic, zupełnie nic. Ale musisz mnie kochać, jedyny, to wszystko.
            Nie odpowiedział.
            - Musisz mnie kochać - powtórzyła - inaczej jestem zgubiona!
            "Zgubiona" - pomyślał. "Jak łatwo mówi to słowo. Kto jest naprawdę zgubiony,
            nie mówi już nic".

            - Za dużo przebywamy w mieszkaniach - powiedział Morozow. - Czy nigdy ci to nie
            przyszło na myśl?
            - Ale nie ty. Ty przecież zawsze stoisz na ulicy przed drzwiami "Szeherezady".
            - Chłopcze, oszczędź mi swego nędznego rozumowania. Wieczorem bywam jakby
            dwunożną bramą do "Szeherezady", a nie człowiekiem korzystającym ze świeżego
            powietrza. Za dużo przebywamy w pokojach, powtarzam. Za dużo myślimy w
            pokojach. Za dużo kochamy i rozpaczamy w pokojach. Czy można rozpaczać na
            powietrzu?
            - I jak jeszcze! - powiedział Ravic.
            - Tylko dlatego, że żyjemy w zamknięciu. Nie wtedy, kiedy jesteśmy do tego
            przyzwyczajeni. A przecież o wiele przyzwoiciej byłoby rozpaczać na tle
            krajobrazu niż w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią. I wygodniej. Nie
            zaprzeczaj. Sprzeciw wskazuje na zachodnią ciasnotę poglądów. Każdy chciałby
            mieć zawsze słuszność. Dziś mam wolny wieczór i postanowiłem użyć życia. Zauważ
            też, że za dużo pijemy w pokojach.
            - Tamże oddajemy zbyt często mocz.
            - Precz z tą ironią! Fakty składające się na naszą egzystencję są proste i
            trywialne. Dopiero wyobraźnia przydaje im życia. Tylko ona robi z tyczek do
            rozwieszania bielizny maszty flagowe marzeń. Czy nie?
            - Nie.
            - Pewno, że nie. Czy ja chcę mieć rację?
            - Masz rację.
            - Dobrze, bracie. Za wiele tez sypiamy w pokojach, stajemy się po prostu
            częścią umeblowania. Kamienne domy złamały nam kręgosłup. Jesteśmy chodzącymi
            kanapami, toaletkami, kasami pancernymi, umowami o najem, odbiorcami pensji,
            garnkami i klozetami.
            - Słusznie. A także wędrownymi programami partii politycznych, fabrykami
            amunicji, zakładami dla ociemniałych i szpitalami dla wariatów.
            - Nie przerywaj mi ciągle! O ile wiem, tylko starożytni Grecy mieli bóstwa
            pijaństwa i radości. Bachusa i Dionizosa. My mamy za to Freuda, kompleks
            niższości i psychoanalizę. Boimy się wielkich słów w miłości, a lubimy je w
            polityce. Smutne pokolenie! - Morozow pokiwał głową.

            - Fałszerstwa - mruknął. - Czy nie zauważyłeś, że żyjemy w epoce fałszerstw?
            - Nie, myślałem, że żyjemy w epoce konserw.
            - Jak to?
            Ravic wskazał gazety.
            - Nikt nie potrzebuje myśleć samodzielnie. Wszystko już ktoś przemyślał,
            przeczuł, przeżuł. Konserwy. Trzeba je tylko otworzyć. Trzy razy dziennie
            dostarczane do domu. Nie trzeba nic uprawiać, hodować, trawić w ogniu pytań,
            wątpliwości, pragnień. Konserwa z puszki. - Uśmiechnął się krzywo. - Nie żyje
            nam się łatwo, Borysie. Ale tanio.
            - Konserwy w puszkach, ale z fałszywymi etykietami. - Morozow dotknął gazet. -
            Spójrz tylko. Fałszerze. Rozbudowują fabryki broni - bo łakną pokoju, obozy
            koncentracyjne, bo kochają prawdę; sprawiedliwość to pokrywka partyjnego
            szaleństwa; gangsterzy polityczni przybierają postawę zbawców, a wolność - to
            wielkie słowo oznaczające żądzę władzy. Fałszywe pieniądze. Fałszerze monety
            umysłowej. Kłamliwa propaganda. Kuchenny makiawelizm. Idealizm w rękach
            podziemia. Gdyby choć byli uczciwi... - Zmiął gazety i rzucił.
            - Pewno czytamy także za dużo gazet w pokojach - roześmiał się Ravic.
            - Naturalnie. Na powietrzu przydają się tylko do rozniecenia...

            Srebrny księżyc stał nad Łukiem Triumfalnym. Wzdłuż Pól Elizejskich kołysały
            się na wietrze latarnie. Silne światła odbijały się w kieliszkach na
            sole. "Nierealne - myślał Ravic - nierealne te kieliszki, księżyc, ulice, noc i
            ta godzina, która przynosi mi swój oddech, obcy, a jednocześnie bliski, jakby
            się już kiedyś zdarzyła w moim innym życiu, na innej gwieździe; nierealne te
            wspomnienia minionych lat, dawno pogrążone, żywe, a jednocześnie martwe,
            fosforyzujące w mózgu, kamieniejące w słowa, jak nierealny jest ten żar, który
            płynie przez moje żyły, niespokojny, o temperaturze 37,6 stopni, lekko słony w
            smaku; cztery litry tajemnicy i trwania, krew i refleksy ośrodków nerwowych,
            niewidzialny magazyn niczego zwany pamięcią. Gwiazda po gwieździe, rok po roku,
            jeden jasny, a drugi krwawy jak Mars, który wschodzi nad rue de Berry, lub
            lśniący ponuro, pokryty plamami. Niebo pamięci, pod którym teraźniejszość
            wiedzie swój pogmatwany żywot! Zielone świ
            • Gość: dear cd'''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:27
              Zielone światło zemsty. Miasto płynie łagodnie w świetle księżyca i poszumie
              motorów. Długie, nie kończące się rzędy okien, a za nimi skłębione losy
              jednostek. Bicie serc milionów ludzi, jakby milionów motorów, które poruszają
              się z wolna gościńcem życia, z każdym uderzeniem o milimetr bliżej śmierci.

              - Joanno - powiedział - nie myśl o niczym i nie pytaj. Czy widzisz latarnie i
              tysiące barwnych reklam? Żyjemy w ginącym świecie, a to miasto faluje życiem.
              Oderwani jesteśmy od wszystkiego i nie mamy nic prócz naszych serc. Byłem w
              krainie księżycowej i wróciłem, a ty czekałaś tu i jesteś samym życiem. Nie
              pytaj o nic. Więcej tajemnic jest w twoich włosach niż w tysiącu pytań. Przed
              nami jest noc, kilka godzin zaledwie i cała wieczność, zanim poranek zapuka do
              okien. Miłość jest wszystkim, najcudowniejszą i najprostszą rzeczą na świecie.
              Poczułem to dziś, kiedy noc rozpływała się jak kwitnący krzew, a wiatr pachniał
              poziomkami. Bez miłości człowiek jest martwą istotą na urlopie, świstkiem
              papieru, na którym zapisano kilka dat i przypadkowe nazwisko, równie dobrze
              może nie żyć...
              Światło latarni wpadło przez okno taksówki, jak zataczający koło blask latarni
              morskiej w ciemność kabiny okrętowej. Oczy Joanny były na przemian
              przezroczyste i bardzo czarne w pobladłej twarzy.
              - Nie umrzemy nigdy. - wyszeptała w jego ramionach.
              - Nie. My nie. Umiera tylko czas. Przeklęty czas. Wciąż umiera. My żyjemy.
              Żyjemy wiecznie. Budzisz się z wiosną, kiedy usypiasz, jest jesień, a między
              nimi tysiąc razy powraca zima i lato. Kiedy kochamy się - ty i ja - stajemy się
              nieśmiertelni i niezniszczalni jak bicie serca, jak deszcz lub wiatr, a o cóż
              więcej chodzi? Dzień za dniem, ukochana, wstajemy jak triumfatorzy, a rok za
              rokiem giniemy w porażkach, ale komuż zależy na tym, by nas zrozumieć, komuż
              jesteśmy potrzebni? Godzina to życie całe, chwila ociera się o wieczność, oczy
              twoje błyszczą, gwiezdny pył sypie się wskroś nieskończoności. Bogowie się
              starzeją, ale usta twoje są wiecznie młode. Między nami drży tajemnica. Ty i
              Ja. Pytanie i odpowiedź, które słychać poprzez wieczory i zmierzchy, ekstaza
              wszystkich kochanków. Czy słyszysz ten krzyk, przetworzony z brutalnej żądzy w
              złotą zawieruchę? Czy widzisz nie kończącą się drogę od ameby do Ruth i Estery,
              do Heleny i Aspazji, do błękitnej Madonny w wiejskiej kapliczce? Od dżungli i
              zwierzęcia do ciebie i do mnie...

              Czy nie wszystko jedno, gdzie żyjemy? Wprawdzie w jednym miejscu jest wygodniej
              niż w innym, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest tylko, jak się z życia
              korzysta. I to nie zawsze.

              - Szpital jest jak klasztor - powiedziała. - Człowiek uczy się cenić
              najprostsze rzeczy. Chodzenie. Oddychanie. Patrzenie.
              - Tak, szczęście leży na ulicy. Wystarczy schylić się, aby je podnieść.
              Spojrzała na niego.
              - Ja mówię serio.
              - Ja także, Kate. Tylko najprostsze rzeczy nie przynoszą rozczarowania. A jeśli
              chodzi o szczęście, warto się bardzo nisko schylić.

              - Cieszę się, że zrobiłem z ciebie romantyczkę. Taką calvadosową romantyczkę.
              - Ale inny nie będzie mi smakował!
              - Przeciwnie, będzie smakował bardziej, niż na to zasługuje. Będzie to calvados
              wywołujący tęsknotę do innego calvadosu. Już to samo będzie w nim niezwykłe.
              Joanna zaśmiała się.
              - Bzdura, sam wiesz, że to bzdura.
              - Oczywista bzdura, ale przecież żyjemy bzdurą. Nie chudym obrokiem faktów. A
              cóż by się stało z miłością?
              - Co to ma wspólnego z miłością?
              - Ogromnie dużo. Przedłuża jej istnienie. Inaczej kochalibyśmy tylko raz i
              odrzucalibyśmy wszystko inne. W ten sposób zaś resztka tęsknoty do tego, kogo
              się porzuca, albo do tego, kto porzuca, staje się aureolą nad głową następcy.
              Już to samo, że się coś utraciło, nadaje mu romantyczny blask. Stara, poczciwa
              sztuczka.

              - Miłość to nie staw, w którym można zawsze znaleźć swoje odbicie. Miłość ma
              przypływy i odpływy. Ma też swoje rozbite okręty, zatopione miasta, ośmiornice,
              burze i skrzynie złota i pereł. Ale perły leżą głęboko.
              - Nie chcę o tym wiedzieć. Kochać to należeć wiecznie do siebie.
              "Wiecznie" - pomyślał. "Stara bajka dla dzieci. A tymczasem ani minuta do
              ciebie nie należy".

              Schludne, małe mieszkanko i schludne, małomieszczańskie życie. Schludne, małe
              bezpieczeństwo nad brzegiem przepaści.

              Nie rozumiała go. Było to zresztą zbyteczne. Brała to, co chciała, i tak, jak
              chciała, reszta jej nie obchodziła. Czyż nie to właśnie pociągało go w niej?
              Któż pragnie kogoś, kto niczym się od niego nie różni? I któż szuka moralności
              w uczuciu? To wynalazek słabych, skarga zwyciężonych.

              Zawsze jest jakiś parawan, za którym się można ukryć: zwierzchnik, który ma
              znów swego zwierzchnika, dyspozycje, instrukcje, obowiązki, rozkazy - wreszcie
              wielogłowe monstrum: moralność, konieczność, twarda rzeczywistość,
              odpowiedzialność i jak to się jeszcze nazywa. Zawsze jest parawan, za którym
              można się ukryć przed prostymi prawami człowieczeństwa.

              Szumiące, białe światła. Dlaczego w mózgu człowieka kłębi się tyle myśli?
              Zapewne gazety. Radio. Bezustanne gadanie tchórzy i kłamców. Dekoncentracja za
              pomocą lawiny słów. Zmącone mózgownice, stojące otworem dla wszelkiej
              demagogii. Nie stać ich na przeżuwanie twardego chleba prawdy. Bezzębne
              mózgownice. Bzdura.

              - Spokój jest dobry, kiedy samemu jest się spokojnym.
              - Ja nie jestem spokojna.
              - Ale pani wie, czego chce, to prawie to samo.
              - A pan nie wie?
              - Nie chcę niczego.
              Powoli zapinała płaszcz.
              - Co to jest właściwie, Ravic? Szczęście czy rozpacz?
              Uśmiechnął się niecierpliwie.
              - Pewno i to, i to. Jak zwykle. Nie trzeba za wiele myśleć o tym.
              - A co trzeba robić?
              - Cieszyć się.
              Spojrzała na niego.
              - Na to nie potrzeba nikogo - powiedziała.
              - Przeciwnie, zawsze potrzeba kogoś.
              Zamilkł. "Co ja plotę!" - pomyślał. "Pożegnalne rozmówki, zakłopotanie przed
              rozstaniem, okolicznościowe kazanie".
              - Nie chodzi o to drobne szczęście, o którym pani kiedyś mówiła - powiedział. -
              Ono kwitnie wszędzie jak fiołki koło wypalonych domów. Kto niczego się nie
              spodziewa, nie doznaje rozczarowań, to dobra zasada. Wtedy wszystko, co
              przychodzi, jest już czymś.
              - Jest niczym - powiedziała Kate Hegstroem. - Tak jest tylko wtedy, kiedy się
              leży w łóżku i ostrożnie myśli. A jak się chodzi, to już jest inaczej. Zapomina
              się o tym, żąda się czegoś więcej.

              W dzień można było wznieść barierę, wał sięgający ponad własne spojrzenie.
              Budowało się go powoli, w ciągu długich ciężkich lat, dławiąc pragnienia
              cynizmem, grzebiąc i depcąc wspomnienia, odrzucając wszystko prócz imion,
              zmieniając uczucia w cement. Gdy mimo to czasem, o jakiejś nie dopilnowanej
              godzinie, zjawiało się blade oblicze przeszłości, słodkie, upiorne, wyzywające,
              można było się upić do nieprzytomności. Tak bywało za dnia. Ale nocą było się
              bezbronnym. Rozluźniały się hamulce dyscypliny, koła zaczynały się ślizgać poza
              horyzontem świadomości i wybuchało to znowu z otwartych grobów, ustępował
              mrożący skurcz, wracały straszliwe cienie, parowała krew, ciekła z okropnych
              ran, a czarny huragan zmiatał wszystkie zapory i barykady.
              Zapomnieć było łatwo, dopóki świeciła latarnia woli. Kiedy gasła, kiedy
              rozlegało się chrobotanie robactwa, a zburzony świat wyłaniał się z fal jak
              zatopiona Wineta - o, wtedy było zupełnie co innego! Można było jeszcze upijać
              się do ciężkiej, ołowianej nieprzytomności, co wieczór, robić z nocy dzień, a z
              dnia noc. W dzień nawiedzały człowieka inne sny, nie było się tak zgubionym,
              oderwanym od wszystkiego. Jakże często wracał do hotelu, dopiero kiedy na ulice
              wypełzały pierwsze blaski dnia. Albo siedział w katakumbach, pijąc z każdym,
              kto tylko zechciał z nim pić, i czekając powrotu Morozowa z "Szeherezady", z
              którym pił dalej pod sztucznymi palmami, w pozbawionym okien pokoju, gdzie
              tylko zegar wskazywał, że na dworze dnieje. Pijak w łodzi podwodnej. Łatwo było
              potrząsnąć głową i perorować o rozsądku. Ale, do
              • Gość: dear cd''''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:29
                Ale, do diabła, niełatwo było go słuchać! Życie jest życiem - czymś bezcennym i
                nic nie wartym. Można je też odrzucić, to wcale nietrudno. Ale czy razem z
                życiem nie odrzuca się zemsty i tego, co jest co dzień, co godzina ośmieszane,
                opluwane i wyszydzane, a co się zwie wiarą w ludzi i w ludzkość, mimo wszystko?
                Pustego życia nie odrzuca się jak wystrzelony nabój. Nadaje się ono jeszcze
                zawsze do walki, kiedy nadchodzi jej godzina. Do walki nie o siebie i nawet nie
                dla zemsty, choćby miała być nie wiadomo jak krwawa, nie z pobudek
                egoistycznych ani altruistycznych, choćby istotną przyczyną było dokonanie
                jednego obrotu koła, przyspieszającego wyciągnięcie świata z krwi i ruiny. Ta
                walka miała być tylko walką, jedyną szansą, walką do ostatniego tchu. Ale
                czekanie, może beznadziejne, zżerało człowieka. Dręczyła myśl, że kiedy wybije
                godzina, będzie się już za starym, zanadto zniszczonym, zżartym, rozleniwionym
                wskutek czekania, zbyt znużonym, aby dotrzymać kroku. Czyż nie dlatego człowiek
                wdeptywał w przeszłość wszystko, co mogło osłabić jego nerwy, czyż nie tłumił
                tego skutecznie i twardo, sarkazmem, ironią, a nawet odwzajemnionym
                sentymentalizmem, ucieczką do innej istoty ludzkiej, do cudzego Ja. Aż znów
                kiedyś nachodziła człowieka brutalna niemoc, kiedy wydany był na łup snom i
                upiorom.

                - Piąta, a mogłaby równie dobrze być trzecia albo siódma. Nocą czas stoi w
                miejscu, tylko zegarki idą.
                - A mimo to wszystko dzieje się nocą. Albo może właśnie dlatego.
                - Co?
                - Wszystko to, co za dnia staje się widoczne.
                - Nie strasz mnie. Uważasz, że wszystko się dzieje, kiedy śpimy?
                - Właśnie.

                Nie była piękna pięknością obrazu lub rzeźby; była piękna jak łąka, którą
                przebiega wiatr. Pulsowało w niej życie, ono to uczyniło ją taką, jaka była, z
                nicości, ze spotkania dwóch komórek w łonie matki. Była to ta sama niepojęta
                tajemnica, która sprawiała, że w maleńkim ziarnie zawarte było całe drzewo,
                skamieniałe, mikroskopijne, ale już istniejące, z góry określone, z gotową
                koroną, owocem i mieniącym się kwieciem kwietniowych poranków; ta sama
                tajemnica, która sprawiała, że z nocy miłosnej, ze spotkania się dwóch
                odrobinek śluzu, powstawały ramiona, twarz i oczy, właśnie te oczy i ramiona, i
                że istniały one gdzieś, wśród milionów ludzi na świecie, że człowiek stał
                pewnej listopadowej nocy w Paryżu na moście de l'Alma, a one nadchodziły,
                zbliżały się...

                - Ponieważ noc i sen to zdrajcy. Przypomnij sobie, jak usnęliśmy tej nocy, tak
                bliscy sobie, jak tylko mogą być bliskie sobie dwie istoty ludzkie. Nasze
                czoła, skóra, myśli, oddechy, dotykały się i przenikały wzajemnie, kiedy powoli
                między nas zaczął się sypać sen. Szary, bezbarwny, tworzył najpierw małe
                plamki, potem gęstniał, opadał nasze myśli jak liszaj, sączył się w krew z
                ślepej nieświadomości - i oto nagle każde z nas poczuło się samotne,
                rozdzieleni płynęliśmy jakimiś ciemnymi kanałami, wydani na łup nieznanych
                potęg i bezkształtnej groźby. Zbudziłem się i ujrzałem ciebie. Spałaś. Byłaś
                daleko ode mnie. Wymknęłaś mi się. Nie chciałaś nic o mnie wiedzieć. Byłaś
                gdzieś, dokąd nie mogłem podążyć za tobą. - Ucałował jej ręce. - Czyż miłość
                może być doskonała, kiedy każdej nocy tracę cię we śnie?
                - Leżałam tuż przy tobie. U twego boku. W twych ramionach.
                - Widzisz, a byłaś w jakiejś nieznanej krainie. Leżałaś u mojego boku bardziej
                oddalona ode mnie, niż gdybyś była na Syriuszu. Kiedy oddalasz się ode mnie w
                dzień, czuję się spokojniejszy, ponieważ wiem o dniu wszystko. Ale któż wie coś
                o nocy?
                - Byłam z tobą.
                - Nie byłaś ze mną, byłaś tylko koło mnie. A któż wie, jakim powróci z
                tajemniczej, nie kontrolowanej krainy. Wraca zmieniony i nic o tym nie wie.
                - Ty także.
                - Ja także - powiedział Ravic. - A teraz oddaj kieliszek. Ja tu plotę głupstwa,
                a ty pijesz.
                Podała mu kieliszek.
                - Jak to dobrze, żeś się obudził. Niech będzie błogosławiony księżyc. Gdyby nie
                on, spalibyśmy, nic o sobie nie wiedząc. A może noc zasiałaby w jednym z nas
                ziarnko, z którego kiełkuje pożegnanie, widząc nas tak bezbronnymi. Kiełek
                rósłby i rósł niewidoczny, aż pewnego dnia wychynąłby na światło dzienne.
                Śmiała się cicho. Ravic popatrzył na nią.
                - Nie bierzesz tego bardzo na serio, co?
                - Nie. A ty?
                - Też nie. Ale coś w tym jest, właśnie dlatego nic nie bierzemy na serio. W tym
                właśnie tkwi wielkość człowieka.
                Znów się roześmiała.
                - Nie lękam się. Wierzę naszym ciałom. One lepiej wiedzą, czego chcą, niż
                myśli, które nocą straszą w naszych mózgach.

                "Jakie to dziwne" - myślał Ravic. "Twarz jej się nie zmienia. Jest może jeszcze
                bardziej czarująca, kiedy plecie od tysięcy lat te same babskie bzdury. Wygląda
                jak amazonka o oczach barwy morza, kiedy z kobiecym instynktem przedłużania
                gatunku głosi bankierskie ideały. Ale czyż nie ma racji? Czyż racja nie jest
                zawsze po stronie takiej piękności? I czyż świat odmówiłby jej jakiegokolwiek
                rozgrzeszenia?"

                Taniec cieni i komarów wokół ostatniego światła, nieważny jak każdy taniec
                komarów, bezmyślny jak muzyka dochodząca z kawiarni; świat, zbyteczny jak
                motyle w październiku, czujące już mróz w swoich maleńkich serduszkach, świat,
                który jeszcze tańczy, gawędzi, flirtuje, kocha, zdradza i błaznuje, zanim
                usłyszy świst kosy i huraganu.

                A we mnie chłodne światło reflektora, które dosięga milczącej przyszłości,
                prześlizguje się nad nią i pozostawia ją znowu w mroku. Wiem o tym i chwilowo
                nie cierpię, ale wiem, że będę cierpiał. I znów trzymam w ręku swoje życie, jak
                przezroczysty kieliszek napełniony winem, które w nim nie pozostanie, gdyż
                skwaśniałoby, zmieniłoby się w ocet umarłej namiętności." To nie może trwać. W
                tamtym, cudzym życiu było za wiele rozpoczynania, aby to mogło trwać. Niewinnie
                i bezwzględnie zwracało się jak roślina ku słońcu, pokusie i barwnej,
                urozmaiconej egzystencji. Pragnęło przyszłości, podczas kiedy wszystko, co on
                mógł dać, było nędzną teraźniejszością. Nic się jeszcze nie stało. I nie
                musiało się stać. Wszystko decyduje się o wiele wcześniej. Tylko ludzie o tym
                nie wiedzą, biorą widoczny kres za decyzję, która zapadła w milczeniu dawno,
                przed kilku miesiącami.

                Wyspy nie odosabniają. Nie można zakreślić granic niepokojowi serca. Łatwiej
                utracić to, co się trzyma w ramionach, niż to, co się opuściło.

                "Za dobrze mi się żyło" - rozmyślał. "Za wiele rzeczy miałem, teraz boli, kiedy
                ich już nie ma".

                Przyjmował wypadki z fatalistycznym spokojem, jedyną bronią bezbronnego. Niebo
                wszędzie było takie samo, nad morderstwem, nienawiścią, miłością i
                poświęceniem, drzewa kwitły co rok na nowo, niczego nie podejrzewając, błękitny
                mrok okrywał wszystko i znów znikał, nie troszcząc się o paszporty, zdradę,
                rozpacz i nadzieję. Dobrze było znaleźć się znowu w Paryżu. Dobrze było iść
                powoli, bezmyślnie, srebrzystoszarymi ulicami, dobrze było mieć na własność tę
                godzinę spokój i łagodnego rozpływania się na granicy, gdzie daleki smutek
                stapia się jak horyzont z tkliwym, nieustannym uczuciem szczęścia, że się żyje.
                Dobra była ta pierwsza godzina powrotu, zanim przeszyją go znów włócznie i
                strzały, ta świadomość istnienia, ten oddech, który przychodzi z daleka i
                daleko odchodzi, powiew idący drogami serca mimo ponurego ognia zdarzeń, czerni
                minionych dni i kolców przyszłości, ta cezura, to milczenie, chwila pauzy,
                najbardziej otwarta i najsekretniejsza forma bytowania, łagodny rytm wieczności
                w tym przemijającym świecie...

                - To dziwne, jak wszystko się zmienia, kiedy człowiek wyjeżdża.
                - Tylko w siebie nic nie wmawiaj - odpowiedział Morozow.
                - Nie wmawiam w siebie.
                - Dobrze jest zniknąć. Co innego, kiedy się wraca. Wtedy wszystko zaczyna się
                na nowo.
                - Może tak. A może i nie.

                - Gdy się dokądś wraca, trzeba od razu pierwszej nocy urżnąć się w sztok,
                bracie - oświadczył Morozow. - To całkiem zbędny heroizm spoglądać trzeźwo w
                smutne twarze cieni przeszłości.

                Wyjaśnienia
                • Gość: dear cd'''''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:31
                  Wyjaśnienia to rzecz drugorzędna. Gdzie chodzi o uczucia, nie ma wyjaśnień.
                  Nic, prócz czynów.

                  Ciemna pasja miłości, siła wyobraźni - jak to się prędko zmienia! Same to
                  robią. Są najgorliwszymi burzycielami snów. Ale czy to ich wina? Piękne,
                  błądzące istoty. Gdzieś w środku Ziemi ogromny magnes, na jej powierzchni zaś -
                  gromada istot, które sądzą, że mają własną wolę i własny los; czyż to ich wina?
                  Czyż sam nie był jedną z nich? Czyż nie czepiał się jeszcze nieufnie taniego
                  sarkazmu, lichej ostrożności - wiedząc już, co dalej nieodwołalnie musi
                  nastąpić?

                  "Uwielbiać albo porzucić" - myślał. "Wielkie słowa. Kto by je umiał wprowadzić
                  w czyn? Ale też kto by chciał tego?"

                  Kiedyś kupił kilka tomów historii świata i teraz wyciągnął je z szuflady. Nie
                  była to zbyt radosna lektura. Dawała jedynie ponurą satysfakcję, że to, co się
                  dzisiaj dzieje, nie jest niczym nowym. Wszystko to powtarzało się już
                  kilkanaście razy. Kłamstwo, łamanie umów, morderstwa, noce św. Bartłomieja,
                  korupcja z chęci władzy, wieczysty łańcuch wojen - zaprawdę, historia ludzkości
                  pisana była krwią i łzami, a wśród krwawych pomników przeszłości od kilku
                  zaledwie bił srebrny blask dobroci. Demagodzy, oszuści, ojcobójcy i mordercy
                  własnych przyjaciół, ludzie opętani egoizmem, sfanatyzowani prorocy, którzy
                  rozpowszechniali wiarę mieczem; wiecznie to samo i wiecznie cierpliwe ludy,
                  podżegane nawzajem przeciwko sobie, ginące w bezsensownych rzeziach za cesarzy,
                  religie i szaleńców - bez końca to samo.

                  - Umrę we śnie na udar serca. Robię, co mogę, w tym kierunku. - Morozow patrzył
                  na Ravica jak uszczęśliwione dziecko. Potem wstał. - Muszę iść. Otwierać drzwi
                  w centrum kultury na Montmartrze. Po co człowiek żyje?
                  - Aby nad tym rozmyślać. Nie masz więcej pytań?
                  - Owszem. Dlaczego człowiek umiera wtedy, kiedy czegoś dokonał i stał się
                  mądrzejszy?
                  - Niektórzy umierają bynajmniej nie mądrzejsi.
                  - Chcesz się wymigać od odpowiedzi. Tylko nie zacznij mówić o wędrówce dusz.
                  - Wpierw ja tobie zadam pytanie: lew zabija antylopę, pająk muchę, a lis
                  kurczęta. Jaka jest jedyna rasa na ziemi, która bezustannie zwalcza i morduje
                  sama siebie?
                  - Dziecinne pytanie. Oczywiście korona stworzenia, człowiek, który wymyślił
                  słowa miłość, dobroć i litość.
                  - Dobrze. A kto jest jedynym stworzeniem w przyrodzie zdolnym popełnić
                  samobójstwo?
                  - Znowu człowiek, który wynalazł Boga, wieczność i zmartwychwstanie.
                  - Świetnie - zakończył Ravic. - Widzisz, z ilu sprzeczności jesteśmy złożeni. A
                  pytasz, czemu umieramy.
                  Morozow spojrzał ze zdziwieniem i łyknął wina.
                  - Sofisto! - powiedział.
                  - Wykrętny człowieku!
                  Ravic patrzył na niego. "Joanna" - szeptało w nim coś. "Gdybyś teraz weszła
                  przez te brudne oszklone drzwi!"
                  - Omyłka polega na tym, Borysie, że w ogóle zaczęliśmy myśleć. Gdybyśmy się
                  zadowolili płodzeniem i żarciem, nie byłoby tego wszystkiego. Ktoś z nami robi
                  eksperymenty, ale dotychczas nie znalazł, zdaje się, rozwiązania. Nie skarżmy
                  się. Króliki doświadczalne powinny także mieć swój honor zawodowy.
                  - Tak powiadają rzeźnicy, ale nie woły. Tak powiadają uczeni, ale nie świnki
                  morskie. Tak powiadają lekarze, ale nie białe myszy.
                  - Słusznie. Niech żyje prawo wystarczającej racji! Chodź, Borysie, wypijmy za
                  piękność, za słodką wieczność chwili! Wiesz, co także umie robić tylko
                  człowiek? Śmiać się i płakać.
                  - I upijać się. Koniakiem, winem, filozofią, kobietami, nadzieją i rozpaczą.
                  Wiesz, co jeszcze wie tylko człowiek? Że musi umrzeć. Dano mu wyobraźnię jako
                  odtrutkę. Kamień, roślina, zwierzę są czymś realnym. Mają jakiś cel. Nie
                  wiedzą, że muszą umierać. Człowiek wie o tym. Ulatuj, duszo! Nie szlochaj,
                  legalny morderco! Czy nie śpiewaliśmy tu "Pieśni nad pieśniami" ludzkości?
                  Morozow potrząsnął szarą palmą, aż kurz poleciał.
                  - O, poczciwy symbolu wzruszającej południowej nadziei, roślino z marzeń
                  francuskiej gospodyni, żegnaj! Ty też, człowiecze bez domu, pnącze bez ziemi,
                  złodzieju śmierci, żegnaj! Bądź dumny, że jesteś romantykiem.

                  Kto kochając, nie wierzy w cuda, jest zgubiony, jak powiedział adwokat Arensen
                  w Berlinie w roku 1933. W dwa tygodnie później wysłano go do obozu
                  koncentracyjnego, gdyż kochanka złożyła na niego doniesienie.

                  Niczego nie można cofnąć. Nikt nie wraca. I nigdy nie wraca godzina, którą się
                  raz przeżyło.

                  - Musisz mi pomóc. Mogłabym przecież kłamać, ale już nie chcę. Nie zapieram
                  się, mam kogoś. Ale to zupełnie coś innego niż z tobą. Gdyby było to samo,
                  czyżbym tu wracała?
                  Wyjął z kieszeni papierosy, poczuł suchy smak papieru. A więc stało się. Nie
                  miał już żadnych wątpliwości. Było to jak chłodny nóż, którego cios nie sprawia
                  bólu. Pewność nie boli. Boli to, co przedtem, i to, co potem.
                  - Nigdy nie bywa to samo. I zawsze jest to samo.
                  "Cóż za banały plotę" - myślał. "Dziennikarskie paradoksy. Jak nędznie wygląda
                  prawda, kiedy się ją wypowiada".
                  Joanna wyprostowała się.
                  - Ravic - powiedziała - wiesz dobrze, to fałsz, że można kochać tylko jednego
                  człowieka. Oczywiście, bywają i tacy, którzy to potrafią. I bywają inni, którzy
                  się w tym gubią. Wiesz o tym.

                  "Słowa" - myślał Ravic. "Słodkie słowa, łagodny, oszukańczy balsam. Pomoc,
                  miłość, należenie do siebie, powrót - słowa, słodkie słowa. Tylko słowa. Ileż
                  jest słów na świecie do oznaczenia wzajemnego, dzikiego, okrutnego pociągu
                  dwóch ciał. Jakaż tęcza fantazji, kłamstw, oszustwa rozpina się nad nim! Oto
                  stoję tutaj w noc pożegnania, stoję spokojny, wśród ciemności, aby spływał po
                  mnie deszcz tych słodkich słów, które znaczą tylko jedno: pożegnanie,
                  pożegnanie, pożegnanie. Jeśli człowiek o tym mówi, wszystko jest już stracone.
                  Bóg miłości ma krew na czole; on nie zna słów".

                  "Kobiety ulepione są z gliny i złota" - pomyślał. "Z kłamstwa i wstrząsającej
                  siły. Z oszustwa i bezwstydnej prawdy".

                  Ravic patrzył na perły. Uformowały je bezkształtne, szare mięczaki, podrażnione
                  jakąś obcą substancją, ziarnkiem piasku, które dostało się do wnętrza skorupki.
                  Takie lśniące, słodkie piękno powstało na skutek chwilowego
                  podrażnienia. "Trzeba to sobie zapamiętać" - pomyślał.

                  Umierający zachowywali się jak nieporadne albo jak nieznośne dzieci. Póki żyli,
                  trzeba się było nimi zajmować, potem przychodzili inni; niektórzy zdrowieli i
                  wywdzięczali się, inni nie, a jeszcze inni umierali. Tak już jest. Nie ma się
                  czym kłopotać. Ważniejsze, czy na wyprzedaży w "Bon Marche" obniżą ceny o
                  dwadzieścia pięć procent i czy kuzynek Jaś ożeni się z Anną Couturier.
                  "Istotnie, to ważniejsze - pomyślał Ravic - ten mały, zaklęty krąg, który nas
                  strzeże od chaosu. Inaczej co by się z nami stało?"

                  Dom - ale gdzie jest dom człowieka bezdomnego, jeśli nie, na krótki czas, w
                  burzliwej przystani czyjegoś serca? Czy nie dlatego miłość, obejmując serce
                  bezdomnego, tak nim wstrząsa i tak je całkowicie bierze we władanie, ponieważ
                  bezdomni nic poza nim nie mają?

                  "Sentymentalizm" - pomyślał Ravic. "Bogini zwycięstwa i motyl-uchodźca. Tani
                  symbol. Cóż nas jednak bardziej wzrusza niż tanie rzeczy, tanie symbole, tanie
                  uczucia, tani sentymentalizm? Cóż je tak zdeprecjonowało? Właśnie ich
                  wszechmocna prawdziwość? Snobizm kończy się, kiedy człowiekowi woda sięga po
                  szyję".

                  Twarz, ta twarz! Kto pytał, czy jest tania, czy drogocenna? Jedyna, czy taka,
                  jakich tysiące? Można było pytać, zanim się człowiek w to uwikłał. Zanim stał
                  się niewolnikiem miłości, a nie kogoś, kto przypadkiem przybrał jej imię. Kto
                  może zdobyć się na wydanie sądu, kiedy oślepł od ogni wyobraźni? Miłość nie zna
                  wartościowania.

                  Cóż płonie lepiej w ogniu uczucia niż suchy cynizm i nagromadzone drewno
                  krytycznych lat?

                  "Idę na wieczorną przechadzkę - myślał - z rękami w kieszeniach, między
                  tysiącami ludzi gapiących się na błyskotliwą tandetę i kosztowne drobiazgi. A
                  tymczasem krew gra mi w żyłach, w pulsującym białym i szarym labiryncie, w
                  dwóch garściach kleistej masy zwanej mózgiem, s
                  • Gość: dear cd''''''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:32
                    w dwóch garściach kleistej masy zwanej mózgiem, szaleje niewidzialna bitwa,
                    która sprawia, że rzeczywistość zdaje się fantazją, a fantazja rzeczywistością.
                    Czuję dotknięcie ciał, które mnie potrącają, oczu, które mnie śledzą, słyszę
                    warkot samochodów, głosy, wrzenie namacalnej rzeczywistości, tkwię w niej, a
                    jednocześnie jestem od niej dalszy niż księżyc. Na jakiejś planecie, poza
                    logiką i faktami, coś we mnie powtarza jedno imię, chociaż wiem, że to nie ono.
                    Krzyczy w pustkę, która zawsze istniała, w której zamarło już wiele krzyków,
                    która nigdy nie dała odpowiedzi. Wiem o tym i wyrzucam z siebie krzyk miłości i
                    krzyk śmierci, ekstazy i zanikającej świadomości, krzyk dżungli i pustyni, a
                    chociaż słyszę tysiąc odpowiedzi, ta jedna nie przychodzi i nigdy przyjść nie
                    może.
                    Miłość! Ileż to słowo oznacza. Od najlżejszej pieszczoty naskórka do
                    największego podniecenia wewnętrznego, od tęsknoty za rodziną do
                    nieśmiertelnego spazmu, od nienasyconej żądzy do walki Jakuba z aniołem.

                    Można być zazdrosnym o miłość, która się odwróciła, ale nie o to, ku czemu się
                    odwróciła.

                    Ravic zapalił nowego papierosa. Czy byłby ją mógł zatrzymać? Czy byłby mógł ją
                    zatrzymać, gdyby było inaczej? Ale co mógłby zatrzymać? Tylko iluzję, nic
                    więcej. A może to właśnie by wystarczyło. Może nic więcej nie można zdobyć? Co
                    zresztą wiadomo o ciemnym wirze życia, kłębiącym się pod powierzchnią zmysłów,
                    które zmieniają go w rzeczy - w stół, w lampę, dom, ciebie i miłość? Istnieje
                    tylko przeczucie i mrok. Czy to nie wystarcza?
                    Nie, to nie wystarcza. Wystarcza wtedy tylko, jeśli się w to wierzy. Kiedy
                    kryształ pęknie pod ciosem zwątpienia, można go skleić, ale nic więcej. Skleić,
                    kłamać i patrzeć na załamujące się światło, które było kiedyś oślepiającym
                    blaskiem! Nic nie powraca, nic nie odzyskuje dawnej formy. Nic. Gdyby nawet
                    Joanna wróciła, nie byłoby już to samo. Sklejony kryształ. Przeoczona godzina.
                    Nic jej nie powróci.
                    Poczuł ostry ból nie do zniesienia. Coś szarpało go, rozrywało od
                    wewnątrz. "Mój Boże - myślał - mój Boże, że też mogę tak bardzo cierpieć! Z
                    tego powodu cierpieć! Obserwuję sam siebie przez ramię, ale to nic nie pomaga.
                    Wiem, że gdybym to dostał, znowu bym opuścił, ale to nie ucisza moich pragnień.
                    Poddaję to sekcji, jak trupa w kostnicy, ale ono staje się tym bardziej żywe.
                    Wiem, że kiedyś minie, ale to także nie pomaga". Jak oślepiony wpatrywał się w
                    okna, czując własną śmieszność - i to niczego nie zmieniło.
                    Nagle przetoczył się nad miastem grzmot, a ciężkie krople deszczu zaklaskały w
                    krzakach. Ravic wstał. Zobaczył, że ulica pokrywa się srebrnymi cętkami. Deszcz
                    śpiewał. Ciężkie krople uderzały go ciepłem w twarz. I nagle przestał zdawać
                    sobie sprawę, czy jest śmieszny, czy nieszczęśliwy, czy cierpi, czy nie, czuł
                    tylko, że żyje. Żył. Istniał, życie chwyciło go znowu mocno, wstrząsnęło nim,
                    przestał być widzem stojącym na uboczu, niepojęta wspaniałość rozpętanych uczuć
                    płynęła przez jego żyły jak płomień rurami wielkiego pieca. I cóż to znaczyło,
                    czy jest szczęśliwy, czy nie: żył, czuł, że żyje, i to wystarczało!
                    Stał na deszczu, który spływał po nim jak ostrzał niebiańskiego karabinu
                    maszynowego. Stał tutaj i sam był deszczem i burzą, wodą i ziemią, krzyżowały
                    się w nim błyskawice z wszystkich horyzontów, był tworem, był żywiołem; nic już
                    nie miało własnej nazwy i nie było samotne, wszystko stało się tym samym:
                    miłość, spływający deszcz, blade błyski nad dachami, ziemia, która zdawała się
                    pęcznieć. Granice zatarły się, a on przynależał do tego wszystkiego, szczęście
                    i nieszczęście stały się pustą powłoką, odrzuconą przez potężne uczucie, że
                    żyje.
                    - Ty, tam w górze - mówił ku oświetlonemu oknu, śmiejąc się i nie zdając sobie
                    sprawy z własnego śmiechu. - Ty iskierko, ty fatamorgano, ty twarzy, która
                    wywiera taki dziwny wpływ na mnie, choć na tej planecie istnieją setki tysięcy
                    innych twarzy, lepszych, piękniejszych, inteligentniejszych, szlachetniejszych,
                    bardziej wiernych, i lepiej wszystko pojmujących. Ty przypadku, rzucony nocą na
                    moją drogę i w moje życie, ty bezmyślne poczucie własności, które wśliznęło się
                    we mnie podczas snu, ty, która nie wiedziałaś o mnie prawie nic, prócz tego, że
                    ci się opierałem, i która zapragnęłaś ten opór pokonać, aż go złamałaś, żeby
                    odejść - pozdrawiam cię. Stoję tu oto, a nie myślałem, że kiedyś przyjdzie mi
                    jeszcze tak stać. Deszcz mi przemoczył koszulę, a słodszy jest, chłodniejszy i
                    cieplejszy od twoich rąk i twojej skóry. Tu oto stoję, a spazm zazdrości i bólu
                    ściska mi żołądek. Gardzę tobą, pożądam cię, podziwiam cię, ubóstwiam cię za
                    to, że rzuciłaś błyskawicę, która we mnie wznieciła ogień, błyskawicę ukrytą w
                    każdym łonie, iskrę życia, czarny ogień. Stoję tu i nie jestem już urlopowanym
                    trupem, który uśmiecha się z odrobiną cynizmu, sarkazmu i odwagi. Znów żyję,
                    może nawet cierpię, ale stoję zwrócony przeciw wszystkim burzom życia,
                    odrodzony w jego pierwotnej mocy. Bądź błogosławiona, Madonno o pierzchliwym
                    sercu, Nike z rumuńskim akcentem, marzenie i oszustwo, pęknięte zwierciadło
                    ciemnego bóstwa, dzięki ci, o nieświadoma! Nigdy ci tych słów nie powiem, bo
                    bezlitośnie ciągnęłabyś z nich zyski. Ale powróciłaś mi skarb, którego nie
                    potrafił mi dać Plato ani chryzantemy gwiazd, ucieczka ani wolność, poezja ani
                    miłosierdzie, rozpacz ani wytrwała i wzniosła nadzieja: dałaś mi proste, mocne,
                    bezpośrednie życie, które w tych czasach między dwiema katastrofami wydawało mi
                    się zbrodnią! Pozdrawiam cię, składam ci dzięki! Musiałem cię utracić, by to
                    zrozumieć. Bądź pozdrowiona!
                    Deszcz zmienił się w migocącą srebrną zasłonę. Krzewy zaczęły pachnieć, a woń
                    ziemi była mocna i pełna wdzięczności. Ktoś wybiegł z domu naprzeciw i postawił
                    budę żółtego samochodu. Ale to już nie miało żadnego znaczenia. Wszystko
                    utraciło znaczenie. Noc strącała deszcz z gwiazd, tajemniczo i płodnie opadał
                    na kamienne miasto, na jego aleje i ogrody, a miliony kwiatów otwierały przed
                    nim różnobarwne łona. Rzucał się w otwarte, opierzone ramiona drzew,
                    przenikając ziemię w tajemnych zaślubinach z milionem oczekujących,
                    spragnionych korzeni. Deszcz, noc, przyroda, wzrost, wszystko działało tu, nie
                    zważając na zniszczenie, śmierć, zbrodnię fałszywych świętych, zwycięstwa i
                    klęski, było jak co roku. I tej nocy on należał do tego, co było. Pękła twarda
                    skorupa, wychynęło błogosławione, pozdrowione życie, życie, życie!
                    Prędkim krokiem przemierzał ogrody i ulice. Nie oglądając się, szedł naprzód, a
                    korony drzew w Lasku Bulońskim przyjęły go jak olbrzymi, szumiący ul. Krople
                    bębniły, pytały i dawały odpowiedzi, a on czuł się znowu młody jak wówczas, gdy
                    pierwszy raz szedł do kobiety.

                    Najlepszy sposób, żeby się odczepić od kobiety, to przespać się z nią przy
                    okazji. Tylko nie dopuszczać do gry wyobraźni. Po co dramatyzować najzwyklejszy
                    akt w naturze.

                    Dzień jest długi. A skrucha krótka. Szczególnie, kiedy można ją zmienić w
                    interes.

                    Dziwna rzecz, książki stawały się dla niego coraz bardziej ważne. Nie mogły
                    wszystkiego zastąpić, ale sięgały w sferę, do której nic innego sięgnąć nie
                    mogło. W pierwszych latach w Paryżu nie dotykał książek, były zbyt blade w
                    porównaniu z tym, co przeżył. Teraz stały się wałem; jeżeli nie chroniły, to w
                    każdym razie można się było na nich wesprzeć. Nie pomagały wiele, ale były
                    ochroną przed ostateczną rozpaczą, wtedy, gdy cały świat cofał się w ciemność.
                    To dosyć. Kiedyś powstały myśli, którymi obecnie gardzono i z których się
                    wyśmiewano. Były jednak kiedyś i zostaną, to wystarcza.

                    Nie można zamknąć wiatru. Ani wody. A jeśli ktoś to zrobi, to psuje wszystko.
                    Wiatr staje się w zamknięciu zaduchem.

                    - Ja? - powtórzył Ravic. - A cóż ty o mnie wiesz? Co wiesz o miłości,
                    wchodzącej w życie człowieka, dla którego wszystko inne stało się wątpliwe?
                    Czym jest twój tani szał w porównaniu z tym? Kiedy ciągłemu spadaniu w dół
                    • Gość: dear cd'''''''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:33
                      położony zostaje kres, a bezustanne "dlaczego" zmienia się w ostateczne "Ty",
                      kiedy uczucie wznosi się nad pustynią milczenia jak fatamorgana, kiedy
                      przybiera kształt, a kuglarstwo krwi staje się krajobrazem, przy którym bledną
                      wszystkie marzenia? Krajobrazy ze srebra, miasta z filigranu i różowego
                      marmuru, błyszczącego jak jasne odbicie wrzącej krwi. Cóż ty wiesz o tym? Czy
                      myślisz, że tak o tym łatwo mówić? Że obrotny język potrafi odbić to na kliszę
                      słów, a nawet uczuć? Co wiesz o grobach, które się otwierają, żeby nas
                      przerażać bladymi wczorajszymi nocami, otwierają się i nie widać w nich
                      szkieletów, tylko ziemię, kiełkujące ziarno i pierwszą zieleń? Co ty wiesz o
                      tym? Ty kochasz szał, obezwładnienie, obce "Ty", które chce w tobie umrzeć i
                      nigdy nie umrze, kochasz burzliwe oszustwo krwi, ale serce twoje pozostanie
                      puste, gdyż można zatrzymać w nim to tylko, co samo wyrasta. A niewiele wyrasta
                      w czasie burzy. Wyrasta w puste samotne noce, jeśli człowiek nie poddaje się
                      rozpaczy. Cóż ty wiesz o tym wszystkim?

                      Miasto oddaliło się, już tylko łagodnie szumiało gdzieś na horyzoncie,
                      rozluźnił się łańcuch godzin, a czas płynął tak cicho, jakby stanął w miejscu.
                      Stała się rzecz najpospolitsza i najbardziej niepojęta na świecie: dwoje ludzi
                      rozmawiało ze sobą, każde mówiło oddzielnie, a dźwięki zwane słowami
                      kształtowały te same obrazy i uczucia w drgającej masie pod skorupą czaszki. Z
                      bezsensownych wibracji strun głosowych i niewytłumaczalnych reakcji w szarych
                      zwojach mózgowych wyrastało niebo, w którym odbijały się chmury, strumienie,
                      czas dawno miniony, wzrost i upadek, i z trudem zdobyte doświadczenie.

                      Próżnia wytworzona w czasie. Ta sama mała, jasno oświetlona kabina pokoju, ten
                      sam człowiek, którego się kocha, a którego w jakiś dziwny sposób już nie ma,
                      można go dotknąć, jeśli się wyciągnie ramiona, a jednocześnie nie można go już
                      dosięgnąć.

                      - Miłość nie zawsze jest radosna, co?
                      - Nie. - Spojrzała na niego. - Dlaczego tak się z nami dzieje? Powiedz.
                      Wzruszył ramionami.
                      - I ja tego nie wiem, Joanno. Może dlatego, że już nie mamy się czego trzymać.
                      Przedtem miało się wiele rzeczy: bezpieczeństwo, podstawy, cel, wszystkie te
                      przyjazne podpory, na których można się było wesprzeć, kiedy nami wstrząsała
                      miłość. Teraz nie mamy nic, najwyżej trochę rozpaczy, trochę odwagi, a wkoło
                      nas i w nas obcość. Miłość pada na nią jak pochodnia na słomę. Nie ma się nic
                      prócz miłości, a więc i ona jest inna, dziksza, ważniejsza, niszczy wszystko
                      dokoła. - Napełnił kieliszek. - Nie trzeba za dużo o tym myśleć. W ogóle w
                      naszej sytuacji nie trzeba za dużo myśleć. To wykańcza. A my nie chcemy się dać
                      wykończyć, co?

                      Wiedział on, że pewna klasa społeczna pozostawała ta sama na przestrzeni
                      wielkich i małych stuleci, ale wiedział też, czym jest gorączka i degeneracja,
                      i znał jej symptomy. Równanie w dół, tolerowanie słabości, sport bez oznak
                      siły, brak dyskrecji, dowcip dla dowcipu, zmęczona krew, wyżywająca się w
                      ironii, drobnych przygodach, małych zawiściach, łatwym fatalizmie i
                      bezcelowości. "Ci nie zbawią świata" - pomyślał. "Ale kto?"

                      Zazdrość zaczyna się od powietrza, którym ten drugi oddycha.

                      Podeszła do małej szafki. Śledził ją oczyma. Czyste powietrze, niewidoczne
                      promieniowanie, pokusy, "tu rozbijemy nasze namioty", stara, odwieczna
                      sztuczka, jakby spokój mógł wypłynąć z krwi na dłużej niż na jedną noc!
                      Zazdrość. Czy istotnie nic o niej nie wiedział. Ale czy też nic nie wiedział o
                      niedoskonałej miłości? Czyż nie był to starszy, trudniejszy do ukojenia ból niż
                      ta odrobina osobistego nieszczęścia, zazdrość? Czyż nie zaczyna się to już
                      wtedy, gdy się wie, iż jedno musi umrzeć wcześniej niż drugie?

                      Łagodna, nieubłagana, beznadziejna chemia. Krew, która kiedyś burzliwie
                      spłynęła w inną, nigdy nie może spłynąć z równą mocą. To, co jeszcze
                      przyciągało do niego Joannę, każąc jej ciągle powracać, było resztką jego
                      istoty, do której nie zdołała jeszcze przeniknąć. Gdyby tam dotarła, odeszłaby
                      na wieki. Ale któż by czekał? Kto by się tym zadowolił? Kto by za to
                      zrezygnował z siebie?

                      - Nie - powiedział prędko. - Daj spokój przyjacielskim formułkom. Ogródek
                      warzywny na lawie zagasłych uczuć. Nie, nie możemy tego zrobić. Nie my. Może to
                      się udaje po małej przygodzie. I nawet wtedy jest niesmaczne. Miłości nie wolno
                      kalać przyjaźnią. Koniec to koniec.

                      - Miłość - powiedział.
                      - Miłość?
                      - Miłość. I dlatego to jest koniec.

                      Ravic, pijąc, obserwował ulicę. Nie był tak głupi, by nie wierzyć w przypadek.
                      Tylko w dobrej literaturze przypadki się nie zdarzają, w życiu jest ich pełno,
                      i to najgłupszych.

                      "Nikt nie wydaje się bardziej obcy niż ktoś, kogo się kiedyś kochało" -
                      pomyślał zmęczony. "Kiedy zerwie się tajemna pępowina między wyobraźnią a jej
                      przedmiotem, przelatuje jeszcze między nimi jakieś nieśmiałe światło,
                      fluorescencja umarłych gwiazd, ale to światło już jest martwe. Podnieca, ale
                      nie grzeje, nie przepływa tam i z powrotem". Wsparł głowę o oparcie ławki.
                      Słaba więź ponad otchłanią. Tajemnica płci o słodkich nazwach. Astry na
                      bagnisku, które wciąga, nim zerwiesz kwiaty.

                      - Pozostaw mi moje przyziemne rozkosze, lotny wędrowcze. Kto ma proste
                      upodobania, lubi wiele rzeczy. Nigdy nie zostaje z próżnymi rękoma.

                      - To nie ma znaczenia. Dziwka czy święta - to tylko twór naszej wyobraźni. Ty
                      ze swoimi szesnastu kobietami nie możesz tego zrozumieć, pogodny bywalcze
                      burdeli. Miłość to nie bankier, który chce wycofać swoje wkłady. Wyobraźnia
                      potrzebuje tylko kilku gwoździ, by na nich porozwieszać swoje welony. A czy te
                      gwoździe są złote, blaszane, czy zardzewiałe, to nie gra żadnej roli. Wiesza,
                      gdziekolwiek się da. Ciernie czy róże, z chwilą, kiedy osłoni je welon utkany z
                      promieni księżyca i perłowych lśnień, stają się bajką z tysiąca i jednej nocy.
                      Morozow łyknął wina.
                      - Za dużo gadasz - powiedział. - Poza tym to wszystko nie ma za grosz sensu.
                      - Wiem, ale w kompletnych ciemnościach błędny ognik jest także światłem,
                      Borysie.

                      Wszystko ulatywało, pozbawione ciężaru. Przyszłość spotkała się z przeszłością,
                      a obie nie zawierały ani pragnienia, ani bóli. Nie było spraw większych i
                      ważniejszych niż inne. Horyzonty stały w równowadze i po raz pierwszy w tej
                      dziwnej chwili szale egzystencji zatrzymały się na tym samym poziomie. Los nie
                      jest nigdy silniejszy niż wola, którą mu się przeciwstawia. Jeśliby życie było
                      nie do wytrzymania, można się zabić. Dobrze to wiedzieć, ale też dobrze
                      wiedzieć, że nic nie jest stracone, póki się żyje.
                      Ravic znał niebezpieczeństwo, wiedział, dokąd zmierza, i wiedział, że jutro
                      znów będzie się musiał bronić - ale tej nocy, w tej chwili powrotu ze szczytu
                      utraconego Araratu w krwią woniejącą dolinę zagłady, wszystko utraciło nazwę.
                      Niebezpieczeństwo było niebezpieczeństwem, a jednocześnie nie było nim, los był
                      jednocześnie ofiarą i bóstwem, któremu składano ofiarę. A "jutro" było
                      nieznanym światem.
                      Wszystko było dobre. To, co minęło, i to, co nadchodziło. Miał dość
                      wszystkiego. Jeśli to koniec, tym lepiej. Kochał i utracił tę miłość.
                      Nienawidził i zabił przedmiot nienawiści. I to, i to dało mu wyzwolenie. Miłość
                      wyzwoliła jego uczucia, nienawiść wymazała przeszłość. Nie pozostawił za sobą
                      nic dokonanego. Nie miał już pragnień, nienawiści ani żalu. Jeśli to jest
                      początek, to też dobrze. Zacznie na nowo bez oczekiwania. Wiatr rozwiał
                      popioły. Sparaliżowane ośrodki powróciły do życia. Cynizm zamienił się w moc.
                      To dobrze.

                      W południe zrozumiała. Nic jej nie powiedział, zrozumiała nagle sama.
                      - Nie chcę być kaleką, Ravic... Co się dzieje z moimi nogami?... Teraz już
                      żadną nie mogę ruszać...
                      - To nic. Będziesz mogła normalnie chodzić, kiedy wstaniesz.
                      - Kiedy wstanę... Czemu kłamiesz? Nie trzeba... kłamać...
                      - Nie kłamię, Joanno.
                      - Owszem... musisz... Nie pozwól mi tu leżeć, kiedy... już tylko ból. Obiecaj.
                      - Obiecuję.
                      - Kiedy
                      • Gość: dear cd''''''''' IP: 62.233.138.* 06.11.01, 10:34
                        - Kiedy będzie nie do wytrzymania... musisz mi coś dać... Moja babka leżała
                        pięć dni i krzyczała. Nie chcę tak, Ravic.
                        - Nie będziesz. Nie będzie cię bardzo bolało.
                        - Jak już będzie ze mną zupełnie źle... daj mi coś... co wystarczy... Wystarczy
                        na zawsze. Musisz to zrobić... nawet gdybym nie chciała... albo była
                        nieprzytomna... Tylko to jest ważne, co teraz mówię. Potem... obiecaj mi.
                        - Obiecuję. Ale to niepotrzebne.
                        Przerażony wzrok złagodniał. Leżała teraz spokojnie.
                        - Możesz to zrobić, Ravic - wyszeptała. - Gdyby nie ty, i tak bym już nie żyła.
                        - Głupstwo. Żyłabyś, oczywiście.
                        - Nie. Wtedy, pamiętasz, jakeśmy się spotkali po raz pierwszy... nie
                        wiedziałam, co zrobić... dałeś mi... ten cały rok... darowałeś mi go. - Powoli
                        zwróciła ku niemu głowę. - Czemuż nie zostałam... przy tobie?
                        - To moja wina, Joanno.
                        - Nie. To było... nie wiem...
                        Za oknem stało złote południe. Firanki były zapuszczone, ale bokami wdzierało
                        się światło. Joanna zapadła w narkotyczny sen. Mało już z niej zostało. Te
                        kilka godzin zżarło ją jak wilki. Ciało jej pod kołdrą zdawało się zupełnie
                        płaskie. Jej opór malał. Przebywała między snem a jawą, chwilami była
                        nieprzytomna, chwilami zupełnie trzeźwa. Bóle wzrosły. Zaczęła jęczeć. Ravic
                        zrobił zastrzyk.
                        - Głowa... - wyszeptała. - Znowu gorzej...
                        Po chwili znów zaczęła mówić.
                        - Światło... za jasno się pali...
                        Ravic podszedł do okna. Namacał żaluzje i spuścił je. Potem zaciągnął
                        szczelniej firanki. W pokoju zrobiło się ciemno. Wrócił i usiadł przy łóżku.
                        Joanna poruszyła wargami.
                        - Tak długo... trwa... już nie pomaga... Ravic...
                        - Za parę minut.
                        Leżała cicho. Jej ręce leżały martwe na kołdrze.
                        - Muszę ci jeszcze... tyle powiedzieć...
                        - Potem, Joanno.
                        - Nie, teraz. Już nie ma czasu... Tyle... wytłumaczyć...
                        - Chyba wiem prawie wszystko.
                        - Naprawdę?
                        - Tak myślę...
                        Fale. Ravic widział, jak przebiegają ją fale skurczów. Teraz paraliż sięgnął
                        obu nóg. I obu ramion. Pierś unosiła się jeszcze w oddechu.
                        - Wiesz... że zawsze... tylko przy tobie...
                        - Tak, Joanno.
                        - Tamto... taki niepokój...
                        - Tak, wiem.
                        Chwilę leżała cicho. Oddychała z trudem.
                        - Dziwne - powiedziała nagle bardzo cicho. - dziwne, że można umrzeć,
                        kochając...
                        Ravic pochylił się nad nią. Już tylko ciemność i ta twarz.
                        - Nie byłam dobra dla ciebie. - wyszeptała.
                        - Byłaś moim życiem.
                        - Nie mogę... chcę... nie mogę cię już objąć.
                        Widział, jak usiłowała unieść ramiona.
                        - Trzymam cię w ramionach - powiedział - a ty mnie.
                        Na chwilę przestała oddychać. Oczy jej objął cień. Otworzyła je. Źrenice
                        rozszerzone. Ravic nie wiedział, czy go jeszcze dostrzega.
                        - Ti amo - powiedziała.
                        Mówiła w języku swego dzieciństwa. Była zbyt zmęczona, żeby szukać innych słów.
                        Ravic ujął jej bezwładne ręce. Coś się w nim rwało.
                        - Tyś sprawiła, że żyję - mówił do tej twarzy o nieruchomym spojrzeniu. - Tyś
                        sprawiła, że żyję, Joanno. Byłem kamieniem. Przy tobie wróciłem do życia.
                        - Mi ami?
                        Pytanie dziecka, które chce zasnąć. Ostateczne, całkowite wyczerpanie.
                        - Joanno - powiedział Ravic - słowo "miłość" tu nie wystarcza. To nie dosyć. To
                        tylko mała cząsteczka tego uczucia, kropla w rzece, liść na drzewie. To jest o
                        wiele więcej...
                        - Sono stata... sempre con te...
                        Ravic trzymał jej ręce, które nie czuły już uścisku.
                        - Byłaś zawsze przy mnie - powiedział, nie zdając sobie sprawy, że mówi po
                        niemiecku. - Byłaś zawsze przy mnie, bez względu na to, czy kochałem cię, czy
                        nienawidziłem, czy udawałem obojętność. To nic nie zmieniało. Byłaś zawsze przy
                        mnie i zawsze we mnie.
                        Dotychczas rozmawiali ze sobą zapożyczonym językiem. Teraz, po raz pierwszy i
                        nieświadomie, każde z nich przemawiało własnym. Upadła bariera słów, i
                        rozumieli się lepiej niż kiedykolwiek.
                        - Baciami...
                        Ucałował jej suche, gorące wargi.
                        - Zawsze przy mnie byłaś, zawsze, Joanno...
                        - Sono stata... perduta... senza di te...
                        - Ja byłem bardziej zgubiony bez ciebie. Byłaś moją radością, goryczą i
                        miodem... wstrząsnęłaś mną, dałaś mi siebie i mnie samego... wróciłaś mi życie.
                        Joanna leżała bez ruchu. Nie przestawał jej obserwować. Członki jej obumarły,
                        wszystko w niej umarło, żyły jeszcze tylko oczy, usta i oddech, ale wiedział,
                        że teraz musi nastąpić paraliż pomocniczych mięśni oddechowych. Już ledwo mogła
                        mówić, dyszała ciężko, zgrzytając zębami, spazm wykrzywił jej twarz, walczyła
                        jeszcze. Skurcz sięgnął krtani, próbowała mówić, wargi drżały. Zaczęła rzęzić,
                        potwornie rzęzić, wreszcie przebił się jej krzyk:
                        - Ravic - jęczała - pomóż! Teraz.
                        Miał strzykawkę w pogotowiu. Chwycił ją szybko i wbił igłę pod skórę.

                        Ravic spostrzegł fatalistę Seidenbauma. Stał wtłoczony w sam róg.
                        - Znowu na nas przyszło - mruknął.
                        Ravic zaczął szukać papierosa. Nie znalazł. Przypomniał sobie jednak, że ma
                        dużo papierosów w torbie.
                        - Tak - powiedział. - Człowiek może wiele wytrzymać.
                        Ciężarówka minęła Avenue Wagram i skręciła na plac de l'Etoile. Nigdzie nie
                        było światła. Plac stał się morzem ciemności. Zginął w niej nawet Łuk
                        Triumfalny.
                        • Gość: Wojtek Re: cd''''''''' IP: 172.29.179.* 06.11.01, 12:32
                          hej dear, piekna ksiazka. A "Czarny Obelisk" lubisz ?
    • Gość: Ralph Re: Cytaty z pewnej książki... IP: *.bielsko.dialog.net.pl 06.11.01, 13:29
      Ot, widzisz, przypomniałaś mi, droga osobo o tym, że ktos mi tego uroczego
      romansu długo nie oddaje. Mam nadzieję, że dopiszesz coś do wątku, żeby
      nabrał 'forumowego' sensu? Tylko nie pytaj o tytuł, bo to byłoby chyba za łatwe
      (dla kogoś, kto nie zna, a doczytał do KOŃCA), Pozdrawiam:)
    • bukowski27 dear 06.11.01, 13:30
      :)))))))

      hm. dzieki ravicovi i joannie dowiedziałem sie co to calvados... pomnik bym im
      postawił za to... ale ravic to pewnie by nie chciał...
      • Gość: dear Komentarz kopistki IP: 62.233.138.* 06.11.01, 16:14
        Szczerze powiedziawszy, nie zamierzałam (i nadal nieszczególnie pragnę)
        samodzielnie przekształcać tego czegoś w standardową, forumową formę życia -
        gdybym taki sobie cel obrała, dyć by mnie do głowy nie przyszło wklejanie tego
        czortostwa w takiej ilości... :-)
        Intencje miałam dokładnie takie, jakie ujęłam we wdzięczniutkich (gdyż
        krótkich) słowach miniwstępu... żeby się Wam może spodobało.

        Calvados jest trunkiem magicznym zaiste, acz przewstrętnym de gustibus mojego
        nie takiego najgorszego przecie... nawet ten hiperwykwintny... ale cóż, gdyby
        oni w Paryżu owym pili na przykład Lech Premium, byłoby ciut mniej
        zniewalająco :-)

        "Czarny obelisk"... hmmm, mimo najszczerszych chęci nawiązania porozumienia z
        Szanownym Rozmówcą... hmmm, nie tego, no.....

        Chcecie jeszcze jeden taki wątek? Tym razem z duuużo trudniejszej do
        odgadnięcia pozycji? :-)

        • Gość: Wojtek Re: Komentarz kopistki IP: 172.29.179.* 09.11.01, 17:13
          Chcemy !
        • Gość: aga Re: Komentarz kopistki IP: *.toya.net.pl 09.11.01, 21:27
          CHCEMY !!!!
        • Gość: dear Cytaty z innej książki zatem... IP: 62.233.138.* 11.11.01, 01:20
          To, co zabawne, zawsze jest spektaklem. Nie analizujmy tego, żeby nie ukazała
          się obsceniczna sztuczność.

          Jak się coś przedsiębierze, to się z czegoś rezygnuje po to, aby włączyć się do
          nieznanej maszyny, takiej jakiejś stonogi, w której stajemy się tylko jednym
          pierścieniem albo parą nóg.
          -Myślę, Persjo, że bez tego, co nazywasz rezygnacją, daleko byśmy nie
          zajechali. I tak jesteśmy zbyt bierni, i tak zbyt się zdajemy na los, ot,
          stylici, a jeśli wolisz, kamienni święci, którym ptaki wiją na głowach gniazda.

          Wiadomo, że każda grupa to równocześnie więcej i mniej niż suma jej składników.
          Chciałbym sprawdzić, czy mógłbym ulokować się równocześnie wewnątrz i na
          zewnątrz tej grupy i myślę zresztą, że to jest całkiem możliwe, czy ludzka
          stonoga odpowiada czemuś więcej niż przypadkowi, zarówno w tym, że się
          ustanawia, jak i w tym, że się rozpada.

          Nie jesteśmy wielką rozetą z gotyckiej katedry, tylko migawkowym i złudnym
          skamienieniem róży w kalejdoskopie. Ale ileż gier rozegra się między nami, jak
          się połączą ciepłe i zimne kolory, jak przeplotą się lunatycy z tymi spod znaku
          Merkurego, jak zetną humory i usposobienia, zanim opadną nam płatki i zanim
          ustąpimy miejsca nowej przypadkowej kompozycji.

          Być takim - co to właściwie znaczy? To, co się widzi w najmniejszym kawałeczku
          kredy, zależy od chmury, która przepływa za oknem albo od nadziei
          obserwującego. Rzeczy nabierają wagi, w miarę jak się na nie patrzy, osiem plus
          osiem to szesnaście, plus ten, który dodaje. Wtedy być takim, może znaczy być
          nie takim, najwyżej wydawać się takim, tak nabierać, tak udawać.

          Rozwój w czasie (nieunikniony punkt widzenia, błędna przyczynowość) daje się
          pojąć tylko przy pomocy zubożającego zamykania w elastycznych przedziałkach
          przedtem, teraz i potem, czasem powleczonych bergsonowskim trwaniem lub
          wpływami pozaczasowymi, niejasno wywodzącymi się ze snów. Już samo "teraz"
          tego, co się dzieje, łamie czas dając mu niezliczone odbicia.

          Historia świata błyszczy w każdym guziku u munduru policjantów, rozpędzających
          zbiegowisko. W tym samym momencie, w jakim zainteresowanie skupia się na tym
          guziku (drugim, licząc od góry), układy, które go doprowadzają do bycia tym,
          czym jest, zostają jakby wessane w tak olbrzymią potworność ogromu, że nawet
          upadek twarzą ku ziemi traci wszelki sens. Guzik staje się jakby centrum wiru,
          z jego środka zieje przepaść, która grozi patrzącemu połknięciem, gdyby się
          odważył na cokolwiek więcej niż na patrzenie, jest przerażającym mignięciem
          śmiertelnej gry luster, prowadzącej od skutków do przyczyn.

          ... nosi nazwę jutra, tego monstrum z zasłoniętą twarzą, które nie pozwala ani
          się zobaczyć, ani opanować.

          Jedyną troską jest nadmiar możliwości, kierować się gwiazdami, kompasem,
          cybernetyką, przypadkowością, zasadami logiki, ciemnymi racjami, deskami
          podłogi, stanem woreczka żółciowego, seksem, charakterem, przeczuciami,
          teologią chrześcijańską, Awestą, pszczelim mleczkiem, rozkładem jazdy
          portugalskich kolei, sonetem "La semaine financiere", kształtem podbródka don
          Gala Porrino, bańką mydlaną, kabałą, czarną magią, "Bonjour tristesse", czy też
          po prostu przystosowaniem obyczajów do zachwycających instrukcji zawartych w
          każdym pudełku pastylek od kaszlu Valda?
          Z przerażeniem cofa się Persjo przed ryzykiem forsowania jakiejkolwiek
          rzeczywistości, a jego ciągłe potykanie się jest potykaniem się barwochłonnego
          owada, który łazi po obrazie w postawie zdecydowanie antykameleonicznej.

          Persjo zazdrości tym, dla których problem wolności jest problemem
          egocentrycznym, bo dla niego fakt otwarcia drzwi kabiny składa się z
          nierozerwalnego związku jego uczynku z drzwiami, w takiej mierze, w jakiej
          otwarcie ma czemuś służyć, może błędnie, może niszcząc ogniwo łańcucha,
          jakiegoś porządku, którego sensu nie obejmuje w pełni. Aby wyrazić to jaśniej,
          Persjo jest owadem barwochłonnym i ślepym równocześnie, i obowiązek lub też
          nakaz przebiegania wyłącznie po niebieskich płatach obrazu jest bez przerwy
          paraliżowany stałą, okrutną niepewnością. Persjo lubuje się w tych
          wątpliwościach, które nazywa sztuką lub poezją, i uważa za swój obowiązek
          rozpatrywanie każdej sytuacji z najszerszego punktu widzenia, nie tylko zresztą
          samej sytuacji, ale jej wszystkich możliwych wariantów, poczynając od jej
          słownego sformułowania, do którego ma zaufanie być może trochę naiwne, a
          kończąc na jej projekcjach, które nazywa magicznymi lub dialektycznymi,
          zależnie od stanu swego serca i wątroby.

          Chce posunąć się dalej i w badaniu sprawy pozory-rzeczywistość, w godzinie, gdy
          inni pasażerowie statku już te sprawy przyjęli i zaklasyfikowali jako coś
          nadzwyczajnego i niemal nierealnego, stosując ubogie miary ludzi, którzy
          uderzając nosem w ścianę są przekonani, że to po prostu alergiczne kichnięcie.

          Przejście szczęścia w przyzwyczajenie jest jedną z najskuteczniejszych broni
          śmierci.

          Bezkrólewie łazienki, nawias otwarty w suchej i ubranej egzystencji. Naga
          uwalniała się od czasu, z powrotem stawała się wiecznie żywym ciałem (no to w
          takim razie również i wiecznie żywą duszą...), oddanym sosnowemu mydłu i wodzie
          z prysznica, jak zawsze potwierdzając trwanie tej samej gry różnic miejsc,
          perfum, temperatur. Gdy się owinie w żółty ręcznik wiszący tuż obok, poza
          plastykowym murem, wróci do nudy kobiety ubranej, tak jakby każda sztuka
          bielizny przywiązywała ją do historii, wracała jej każdy rok życia, każdy cykl
          wspomnień, naklejając na jej twarz przyszłość niby glinianą maskę.

          Zdjął kurtkę i zapalił papierosa, niechętnie łażąc tam i z powrotem, nie miał
          na nic ochoty. Może to właśnie jest szczęście?

          -... wszystko jest skażone absurdem, od jakiego zaczęło się życie.
          -Jeżeli to nie niedyskrecja, to dlaczego tak się stało?
          -O, pytanie nie jest nowe, sama stawiałam je sobie, od kiedy tylko zaczęłam
          trochę poznawać siebie. Posiadam całe serie odpowiedzi: na pogodę, na deszcz,
          na burzliwe noce... Kolekcja masek, a za nią chyba czarna przepaść.

          Och, te maski. Człowiek zawsze usiłuje szukać twarzy, którą zasłaniają, a
          przecież w gruncie rzeczy to maska się liczy, żeby była taka, a nie inna i tak
          dalej.

          Możecie sobie to wyobrazić? Że na przykład widziałbym jednocześnie wszystko to,
          co widzi cała rasa ludzka, cztery miliardy ludzi, wtedy rzeczywistość
          przestałaby być sukcesywna, znieruchomiałaby w jakiejś wizji absolutnej, w
          której "ja" znikłoby całkowicie. Ale takie zniknięcie to przecież triumfalny
          stos, wspaniała, prawdziwa Odpowiedź! Począwszy od tego momentu, nie można juz
          ujmować w żadne ramy ani przestrzeni, ani czasu, będących sukcesywnymi formami
          jednej i tej samej sprawy.

          Historia ludzkości jest smutnym rezultatem tego właśnie, że każdy patrzy dla
          siebie. Czas rodzi się przecież w oczach, to stary kawał.

          Jest przeświadczony, że jakiś porządek ledwie uchwytny na zasadzie analogii,
          rządzi kieszonkowym chaosem, w którym śpiewak żegna brata, a fotel na kółkach
          zmienia się w płaską chromoniklową ramę, tak jak jest pewien, że istnieje jakiś
          punkt centralny, z którego niby osie koła widać elementy nie mające ze sobą nic
          wspólnego.

          Cóż bardziej tajemniczego niż teraźniejszość bez teraźniejszości, przyszłość
          absolutna. Coś, dla mnie, z góry przeznaczonego na straty, coś, co prowadzę,
          podpieram i wspomagam, jakby miało zostać moim zawsze.

          Brzegi szachownicy wypełniają się zabranymi pionkami i końmi, ale aby żyć,
          trzeba mieć oczy wbite w te figury, które jeszcze grają.
          -Zapewniając sobie prefabrykowany spokój, jaki daje na przykład sztuka czy
          podróże... Najdziwniejsze, że to rzeczywiście może dać człowiekowi wiele
          szczęścia, rodzaj fałszywego definitywnego zainstalowania się w egzystencji...
          Tak, to zadowala, a nawet uszczęśliwia wielu nieprzeciętnych ludzi... Ale ja...
          To sprawa ostatnich paru lat. Jestem mniej zadowolona, kiedy jestem zadowolona,
          radość w jakiś
          • Gość: dear Cytaty z innej książki zatem... II IP: 62.233.138.* 11.11.01, 01:21
            kiedy jestem zadowolona, radość w jakiś sposób mnie boli, nie jestem już chyba
            do niej zdolna (...) Czuję w sobie jakiś lęk, jakąś obcość w stosunku do samej
            siebie, bez żadnych realnych powodów. I ten brak powodów zamiast uspokoić mnie,
            przeciwnie, dodaje mi niepokoju, bo w jakiś sposób zawsze wierzyłam moim
            przeczuciom...

            -Cała ta gadanina do niczego nie prowadzi - powiedziała. - Kiedy zaczęłam
            czytać powieści, to znaczy, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, od samego początku
            czułam, że dialogi między bohaterami prawie zawsze są komiczne. Z bardzo
            specyficznego powodu, a mianowicie dlatego, że wystarczyłaby jakaś minimalna
            okoliczność, żeby im przeszkodzić albo je przerwać. Na przykład gdybym została
            w kabinie, a pan zdecydował się pójść na pokład zamiast na piwo. Po co nadawać
            znaczenie wymianie zdań, która odbyła się dzięki jakiejś absurdalnej
            koincydencji?
            -Złą stroną takiego rozumowania jest fakt, że z łatwością można je rozciągnąć
            na całokształt naszego życia, włącznie z miłością, która zawsze wydawała mi się
            czymś najpoważniejszym i najbardziej nieuniknionym. Przyjęcie pani punktu
            widzenia to strywializowanie naszej egzystencji, uznanie jej za czysty absurd.
            -A dlaczegóż by nie? - powiedziała Klaudia. - Persjo powiedziałby, że to, co
            nazywamy absurdem, jest po prostu naszą ignorancją.

            Pisze się dla siebie i dla tak nielicznej grupy, że statystycznie nie ma to
            żadnego znaczenia. Przecież pan wie, że dzisiaj znaczenie spraw mierzy się
            statystycznie.

            Z Persjem trzeba bardzo uważać. Niby zawsze przegrywa, ale w gruncie rzeczy z
            nim nigdy nic nie wiadomo.

            -Bądźmy miłosierni w stosunku do tego biednego ja - powiedziała Klaudia
            głębokim westchnieniem oddalając ostatnie złe duchy. - Ono jest bardzo wątłe,
            jeśli pomyśleć obiektywnie, zbyt kruche, by go nie owijać w watę. Czy pana nie
            zachwyca, że pana serce nieprzerwanie bije? Zastanawiam się nad tym codziennie
            niemal i zawsze tak samo mnie to zdumiewa. Wiem, że serce to nie jestem ja, no
            ale jakby się zatrzymało... Chociaż... uwaga, żebyśmy nie zagalopowali się w
            transcendencje. Jeszcze nigdy nie udało mi się na te tematy przeprowadzić
            rozmowy, która by do czegoś prowadziła. Lepiej mówmy o tej stronie życia. Jest
            dostatecznie zdumiewająca.

            Jedyną przyszłością, zdolną wzbogacić teraźniejszość, jest ta, która rodzi się
            ze spojrzenia teraźniejszości prosto w twarz.

            Tylko w rzeczach małych istnieją prawdziwe odmiany.
            • Gość: Wojtek Re: Cytaty z innej książki zatem... II IP: 172.29.179.* 12.11.01, 14:00
              Dear, o tej wlasnie ksiazce wspominalem w watku o lit. iberoamerykanskiej !
              Kapitalna ksiazka, i to na rozmaitych poziomach. Ja b. lubie
              watek "inteligencko-polityczny", ale to takie moje prywatne zboczenie. Persjo i
              Jorge "maly lew" sa wspanialymi postaciami.
      • Gość: aga Re: dear IP: *.toya.net.pl 09.11.01, 21:27
        bukowski27 napisał(a):

        > :)))))))
        >
        > hm. dzieki ravicovi i joannie dowiedziałem sie co to calvados...

        Ja rowniez :)

        • bukowski27 aga 15.11.01, 10:00
          pozdrawiam:))) swój na swego zawsze trafi:)))
    • Gość: elka Re: Cytaty z pewnej książki... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 12.11.01, 14:30
      zgadnijcie,co to jest:
      "_Ani myślę chnodzić w czymś takim_odrzekł oburzony staruszek_Lubię, jak mi
      przewiewa intymne zakątki, to bardzo zdrowe......
      Oto wysokiej klasy humor J.k.Rowling
    • Gość: dear Kolejna zgadywanka :-) IP: *.devs.futuro.pl 15.11.01, 16:40
      A skąd niniejsze cytaty?
      - Ja wiem, że z pana cichy boży pracownik na wiecznej bożej budowie i że
      niechętnie słucha pan o niszczeniu, ale co robić: ja pracownikiem bożym nie
      jestem. Zresztą, jeżeli murarze boży wznoszą gmachy z prawdziwych murów – nasze
      niszczycielskie zapędy nie mogą im zaszkodzić. Ale mnie się zdaje, że zamiast
      murów widzę wszędzie tylko same makiety. A niszczenie makiet to rzecz całkiem
      usprawiedliwiona.

      To, co wyznaję, nie ma żadnego znaczenia (...) wyznawcami radości bywają
      przeważnie ludzie najsmutniejsi.

      Świat, w którym ludzie powszechnie są z sobą na „ty”, nie jest światem
      powszechnej przyjaźni, lecz światem powszechnego lekceważenia.

      Nie znajdowałem w sobie żadnej gwarancji, że byłbym lepszy od innych; tylko że
      co z tego wypływa, jeśli chodzi o mój stosunek do ludzi? Świadomość własnej
      małości absolutnie nie godzi mnie z małością innych. Czuję najgłębsze
      obrzydzenie, kiedy ludzie żywią do siebie braterskie uczucia, dlatego że
      dojrzeli w sobie nawzajem podobną podłość. Nie tęsknię za takim oślizgłym
      braterstwem.

      Wszystkie przełomowe sytuacje w życiu są bezpowrotne. Żeby być pełnym
      człowiekiem, trzeba przejść przez tę bezpowrotność z całą świadomością. Wypić
      ją do dna. Bez oszustwa. Bez udawania, że się jej nie widzi. Współczesny
      człowiek szachruje. Stara się wyminąć wszystkie kamienie milowe i gratis
      przejść od narodzin do śmierci.

      Jest jakiś błąd w rozumowaniu, jeśli człowiek abstrahuje ukochana istotę ze
      wszystkich okoliczności, w których ją poznał i w których ona żyje, jeśli z
      zapamiętałą wewnętrzną koncentracją usiłuje ją oczyścić ze wszystkiego, co nie
      jest nią samą, a więc również i z historii, którą wspólnie przeżyli i która
      tworzy ramy ich miłości.
      Nie kocham przecież w kobiecie tego, czym ona jest sama przez się i dla siebie,
      ale to, co mi z siebie daje, czym jest dla mnie. Kocham ją jako bohaterkę
      naszej wspólnej przygody. Czym byłaby postać Hamleta bez zamku w Elsynorze, bez
      Ofelii, bez wszystkich konkretnych sytuacji, przez które przechodzi, czym
      byłaby bez tekstu swojej roli, czym byłaby wyabstrahowana z tego wszystkiego?
      Co by z niej pozostało poza jakimś pustym, niemym, iluzorycznym kanonem?

      Czyżby przypadki, poza tym, że się zdarzają, że istnieją – również coś mówiły?
      Nie muszę chyba podkreślać, że jestem na wskroś racjonalistą. Ale widocznie
      zostało we mnie coś z irracjonalnych zabobonów, choćby na przykład owo dziwne
      przeświadczenie, że wszystkie wydarzenia, które mnie w życiu spotykają, mają
      ponadto jakiś sens, że coś znaczą, że poprzez te wydarzenia życie mówi coś o
      sobie, że stopniowo zdradza nam jakąś swoją tajemnicę, że stoimy przed nim jak
      przed rebusem, który trzeba rozwiązać, że przygody, jakie przeżywamy, są
      mitologią tego życia i że w owej mitologii znajduje się klucz do prawdy i do
      tajemnicy.
      Że to złudzenie? Tak, być może, to nawet prawdopodobne, ale nie mogę się wyzbyć
      owej potrzeby wiecznego rozwiązywania swego własnego życia (jakby rzeczywiście
      był w nim ukryty jakiś sens, jakieś znaczenie, jakaś prawda), nie mogę wyzbyć
      się tej potrzeby, jeśli nawet jest to jedynie potrzeba zabawy (tak samo, jak
      zabawą jest rozwiązywanie rebusów).

      Żadna wielka idea mająca przeobrazić świat nie toleruje drwiny i lekceważenia,
      bo to jest rdza, która wszystko przeżera.

      Te pomyłki były tak pospolite i tak powszechne, że bynajmniej nie stanowiły
      wyjątku ani pomyłki w istniejącym porządku rzeczy, lecz przeciwnie, one go
      właśnie tworzyły. Kto wobec tego się mylił? Sama historia? Ta boska, ta
      rozumna? A dlaczegóż by właśnie to miały być jej pomyłki? Tak widzi to tylko
      mój ludzki rozum, ale jeżeli historia posiada istotnie jakiś swój własny rozum,
      dlaczego miałby to być rozum pragnący sprawiedliwości, rozum domagający się
      ludzkiego zrozumienia, rozum obdarzony belferską powagą? A jeśli historia
      żartuje?

      Tak, tak to jest: ludzie przeważnie łudzą się dwiema błędnymi wiarami: wierzą w
      wieczną pamięć (ludzi, spraw, czynów, narodów) i w możność naprawy (czynów,
      pomyłek, grzechów, krzywd). Obie te wiary są fałszywe. W rzeczywistości jest
      właśnie na odwrót: wszystko zostanie zapomniane i nic nie będzie naprawione.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka