martishia7
14.09.08, 16:34
Minęła chwilka odkąd się ostatnio odzywałam, więc coś dla ożywienia dyskusji,
zanim nasza wodzirejka wróci do nas.:)
Chciałam się z Wami podzielić odczuciami na temat drugiej części sagi. Temat
mi się nasunął, ponieważ ostatnio w końcu nabyłam sobie swoją własną,
papierową wersję książki. I oczywiście siadłam przeczytać ją jeszcze raz.
Najpierw moja historia i pierwsze spotkanie z New moon. Oczywiście
przeczytałam Twilight i byłam niesłychanie głodna ciągu dalszego (i
wiedziałam, że się nie doczekam, aż empik mi sprowadzi) więc ściągnęłam sobie
e-booka. Zasiadłam czytać w piątkowe popołudnie i nie poszłam spać póki nie
skończyłam. Stało się ze mną dokładnie to, co napisała Meyer o tej książce-
byłam tak przejęta tym co się stało na początku, że niestrudzenie brnęłam do
końca, czekając na moment aż Edward wróci (bo co do tego nie miałam
wątpliwości), nie poświęcając specjalnie uwagi temu co się dzieje po drodze.
Szczerze mówiąc to nawet nie uroniłam łzy, podczas pożegnania, bo w
przeciwieństwie do Belli wiedziałam jakie motywy kierują Edwardem i nie miałam
wątpliwości, że nie wytrwa w swoim postanowieniu. Gdy skończyłam, to w
zasadzie nie miałam ochoty więcej czytać tej książki- w zasadzie byłam dość
zniesmaczona i zła na Meyer, jak mogła to zrobić- nam, bohaterom i temu
związkowi, który przecież miał być doskonały. Nawet jakiś czas temu, gdy
pisałam Wam co myślę o Breaking daw, oceniłam każdą z książek, i dałam wtedy
New moon najmniej gwiazdek. Zupełnie nie rozumiałam, że były osoby którym ta
część sagi podobała się najbardziej ze wszystkich. No cóż, teraz już wiem, że
byłam w baaaardzo dużym błędzie.
Siadłam czytać jeszcze raz, od deski do deski, bardziej spokojnie, bo
wiedziałam już dokąd wszystko zmierza. Cały fragment od odejścia Edwarda mnie
po prostu obezwładnił. To uczucie smutku, udało się autorce opisać po prostu
perfekcyjnie. I tym razem płakałam jak bóbr szczerze mówiąc:) Zrobiła to po
prostu po mistrzowsku.
Podobało mi się to jak Bella znosiła ten okres. To nie było banalne wylewanie
łez, a dużo dużo więcej. W zasadzie, to ona w ogóle nie płakała- to był smutek
daleko ponad rozpacz.
Ulga z szczęśliwego zakończenia była dużo większa niż za pierwszym razem. I
dotarło do mnie, że niepotrzebnie miałam jakieś żale do autorki, bo
paradoksalnie to co zrobiła naszym bohaterom sprawiło, że ich związek stał się
jeszcze silniejszy w moim odczuciu.
Te wszystkie smutne uczucia nie były w moim odczuciu ani patetyczne, ani
telenowelowo-rozdzierające. Były tak prawdziwe, że bolały. I za to z tego
miejsca dla Meyer oklaski ode mnie.