pan_darecki
06.03.09, 18:24
Jego dom wyglądał jak prowansalski kamienny „mas” z drewnianymi niebieskimi
okiennicami; nakryty był czterospadzistym dachem wysuniętym poza granice
ścian. Leżał w amfiteatrze winogronowych pól, których zbocza otaczały go jak
matka tuląca swoje dziecko. Tworzyły mozaikę zielonej nieskończoności. Nigdy
nie wiał tu wiatr, mistral omijał ten zakątek, nie wiadomo dlaczego. Zarodki
szaleństwa, które powodował, rozwiewały się w tym miejscu bezpowrotnie.
Zamiast niego unosił się i mieszał ze sobą zapach lawendy, winogron, gleby
chłostanej bezlitosnym słońcem i rzeki płynącej blisko – choć powiecie
zapewne, że rzeka nie pachnie. Dla niego pachniało wszystko. Myślał, że ten
zapach jest zapachem świata – jego potem.
Wraz z mijającymi latami zapach zaczął się ulatniać, słabnąc z roku na rok jak
starsza osoba. Ta inna woń przywędrowała na jego rodzinną wyspę jak niechciany
okręt po brzegi zapełniony obcymi. Nie każdy ją czuł i nie każdy był jej
świadom. Uważano, że to jego dziecięce fantazje, a on rozpoznawał ten obcy
zapach tak samo jak wtedy, kiedy u państwa Besson – jego sąsiadów – pieczono
ciasto migdałowe albo kaczkę w lawendowym miodzie. Każdy to może poczuć –
powiecie. Szkopuł w tym, że sąsiedzi mieszkali o kilometr drogi od jego domu,
może nieco dalej a może nieco bliżej, ale zostawmy tę dokładność geodetom.
Jak sięgał pamięcią zawsze chciał być kucharzem, zawsze marzył o podrzucaniu
na maksymalną wysokość wszelkiego rodzaju naleśników, placków i blinów, nie
wliczając w to nieudanych prób z gulaszem i leczo. Chciał, choć jednego móc
podrzucić do samego nieba, aby ktoś – tam – zobaczył jak znakomicie smaży,
piecze i gotuje.
Jego koledzy grali w piłkę, zbierali znaczki pocztowe, powiększali do
gigantycznych rozmiarów kolekcje widokówek lub rozłupywali mechaniczne zabawki
– on fascynował się tym jak zwykła jajecznica może przemienić się we wspaniałe
danie za pomocą kilku plasterków trufli, jak poddane sile oliwnego moździerza,
dokładnie zmieszane w odpowiedniej kolejności składniki tworzą jadalny klejnot
– tapenade: czarne i zielone oliwki, kapary, filety anchois i oliwa, ot co,
podane ze świeżo upieczonym chlebem, mogą stworzyć niezapomniany do końca
życia duet. Wolał to zajęcie od walenia młotkiem w zabawki i robienia sekcji
zwłok pluszowym misiom, ale nie wiedział dlaczego. Często wyobrażał sobie, jak
stoi, trzymając w dłoniach olbrzymią patelnię pełną placków, naprzeciwko
gapiących się na niego rzędów ślicznotek przy stolikach w jego własnej
restauracji.
Nie wiedział, dlaczego tak ważne było dla niego wysyłanie placków pod sam
sufit i krojenie ogórków z szybkością karabinu maszynowego, ale robił to z
godną pozazdroszczenia zaciekłością biegnącego przez czterdzieści dwa
kilometry bosego maratończyka, któremu wspaniali koledzy dla żartu narobili w
nowo zakupione adidasy.
Koledzy nazywali go Ciacho. Na wzgórze, gdzie się spotykali, przynosił im
własnej produkcji specjały – choć nie każde były przyjmowane z aprobatą,
jakiej się spodziewał – weźmy chociażby imbirowe ciasteczka z musztardą.
Większym powodzeniem cieszyły się pokazy krojenia wszystkiego co dało się pokroić.
– Ciacho, pociachaj coś – zachęcali go niekończącą się ilość razy.
Koledzy zawsze mieli przy sobie coś do pokrojenia: marchewki, chleb,
wszelkiego rodzaju owoce, wyniesione ukradkiem z domu kiełbasy, ugotowane
pappardelle, wielkie bakłażany, cukinie i arbuzy – niestety łącznie ze ślimakami.
Pewnego dnia coś sprawiło, że zajął się gotowaniem – by tak rzec – na
poważnie. To był upalny sierpniowy dzień 1957 roku. Słońce wisiało kilka
metrów nad ziemią.
– Nie wychodźcie dziś na zewnątrz – wołał do dzieci zamieszkujących ten dom
jego Dziadek, stojąc obok okna. – Słońce spaliło dziś kilka ptaków. I one mu
wierzyły.
Tamtego dnia wszystko jakby zastygło; nikt nie biegał po domu, nie rozmawiano
ze sobą; czasami szumiała woda, chłodząc czyjąś twarz. Jedynie promienie
słońca włóczyły się ospale po wielkiej kuchni, a kolejny naleśnik
dziesięcioletniego Roberta szybował pod sufitem i wracał jak na niewidzialnej
nitce z powrotem na patelnię, by natychmiast znów wyskoczyć w górę jak
uradowany tłum kibiców. Niestety tego dnia, jeden z naleśników postanowił
uciąć sobie pogawędkę ze śnieżnobiałym sufitem, by po krótkiej konwersacji
leniwie oderwać się od jego lśniącej bieli i pognać w dół, na podłogę.
W tym samym czasie, kiedy przyklejony do sufitu naleśnik postanowił
wykorzystać prawa grawitacji, do kuchni wszedł jego Dziadek. W dłoni trzymał
talerzyk z misternie uformowanym kopczykiem czerwonego mięsa, w którego
zagłębieniu jak we wnętrzu wulkanu, kryło się żółtko świeżego jajka, a
dookoła, porozrzucane jak od erupcji głazy, lśniły cebula i kiszony ogórek.
Zapomniawszy pieprzu, Dziadek wrócił do kuchni i w momencie, kiedy sięgał po
młynek, tłusty naleśnik spadł mu prosto pod stopę. Dziadek wywróciwszy się
zawisł w powietrzu.
Dziadek – tak twierdzą zgodnie wszyscy – był wielkim oryginałem. Potrafił o
piątej nad ranem łowić ryby za pomocą starego poniemieckiego granatu,
naprawiać radio silnym uderzeniem pięści, jeździł rowerem zrobionym w całości
z drewna, ale nikt by nie przypuszczał, że zawieszony pół metra nad ziemią, w
jednej dłoni z talerzykiem tatara, a w drugiej z młynkiem do pieprzu potrafi
lewitować.
Wiszący nieruchomo pół metra nad podłogą z wielobarwnego marmuru, Dziadek
zdawał się kołysać jak unoszony delikatną falą pływak. Patelnia wypadła
Robertowi z rąk, odbiła się z hukiem od marmuru i zawisła jak uwięziona w
lodzie, gdzieś nad jego powierzchnią. Czuł jak oczy wychodzą mu z oczodołów
jak gdyby ktoś je od środka wypychał, a szczęka niczym z gumy dyndała w górę i
w dół.
– Dziadku – krzyknął i ruszył z mozołem w stronę zawieszonego w powietrzu
ciała jakby biegł pod wodą. – Dziadku – krzyknął ponownie, a słowo to
wypełzało z niego powoli, jak wielki chitynowy owad. Przez chwilę myślał, że
się udusi, a kiedy ostatnia litera, ciężko raniąc mu usta, upadła na ziemię –
otworzył oczy.
Dziadek, choć oryginał najwyższej kategorii, nie lewitował zgrabnie w tej
obszernej kuchni, leżał na podłodze jak po brzegi wypełniona beczka wina.
Niestety, beczka wina zaczęła bulgotać przeciągle, emitując w stronę Roberta
niezrozumiałe słowa.
– Jeuniu e przyłem w ogę.
Po chwili zrozumiał słowa Dziadka, które brzmiały następująco: „Jezuniu, ale
żem przyjebał w podłogę” – poczym spojrzał badawczo i wydawało mu się groźnie
w jego stronę.
Jeśli Dziadek klął – co czynił niezwykle rzadko – oczywistym było, że jedyne
wyjście z sytuacji to natychmiastowa ewakuacja; szybkie oddalenie się choć na
jakiś czas dawało nadzieję, że Dziadek ochłonie, kiedy dla uspokojenia nerwów
sięgnie po jedną ze swoich stu nalewek. Orzechówka, jego ulubiona, zawsze
koiła mu nerwy i sprowadzała mu na twarz ten jego dobrotliwy uśmieszek.
Dziadek urodził się burzliwego roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego
ósmego. Mówił, że jesteśmy sumą wydarzeń roku, w którym się urodziliśmy,
chłoniemy to wszystko co wydostaje się z ludzkich dusz i unosi się jak poranna
mgła nad ziemią, a my stoimy w jej środku.