Dodaj do ulubionych

Fragment powieści do oceny

06.03.09, 18:24
Jego dom wyglądał jak prowansalski kamienny „mas” z drewnianymi niebieskimi
okiennicami; nakryty był czterospadzistym dachem wysuniętym poza granice
ścian. Leżał w amfiteatrze winogronowych pól, których zbocza otaczały go jak
matka tuląca swoje dziecko. Tworzyły mozaikę zielonej nieskończoności. Nigdy
nie wiał tu wiatr, mistral omijał ten zakątek, nie wiadomo dlaczego. Zarodki
szaleństwa, które powodował, rozwiewały się w tym miejscu bezpowrotnie.
Zamiast niego unosił się i mieszał ze sobą zapach lawendy, winogron, gleby
chłostanej bezlitosnym słońcem i rzeki płynącej blisko – choć powiecie
zapewne, że rzeka nie pachnie. Dla niego pachniało wszystko. Myślał, że ten
zapach jest zapachem świata – jego potem.
Wraz z mijającymi latami zapach zaczął się ulatniać, słabnąc z roku na rok jak
starsza osoba. Ta inna woń przywędrowała na jego rodzinną wyspę jak niechciany
okręt po brzegi zapełniony obcymi. Nie każdy ją czuł i nie każdy był jej
świadom. Uważano, że to jego dziecięce fantazje, a on rozpoznawał ten obcy
zapach tak samo jak wtedy, kiedy u państwa Besson – jego sąsiadów – pieczono
ciasto migdałowe albo kaczkę w lawendowym miodzie. Każdy to może poczuć –
powiecie. Szkopuł w tym, że sąsiedzi mieszkali o kilometr drogi od jego domu,
może nieco dalej a może nieco bliżej, ale zostawmy tę dokładność geodetom.
Jak sięgał pamięcią zawsze chciał być kucharzem, zawsze marzył o podrzucaniu
na maksymalną wysokość wszelkiego rodzaju naleśników, placków i blinów, nie
wliczając w to nieudanych prób z gulaszem i leczo. Chciał, choć jednego móc
podrzucić do samego nieba, aby ktoś – tam – zobaczył jak znakomicie smaży,
piecze i gotuje.
Jego koledzy grali w piłkę, zbierali znaczki pocztowe, powiększali do
gigantycznych rozmiarów kolekcje widokówek lub rozłupywali mechaniczne zabawki
– on fascynował się tym jak zwykła jajecznica może przemienić się we wspaniałe
danie za pomocą kilku plasterków trufli, jak poddane sile oliwnego moździerza,
dokładnie zmieszane w odpowiedniej kolejności składniki tworzą jadalny klejnot
– tapenade: czarne i zielone oliwki, kapary, filety anchois i oliwa, ot co,
podane ze świeżo upieczonym chlebem, mogą stworzyć niezapomniany do końca
życia duet. Wolał to zajęcie od walenia młotkiem w zabawki i robienia sekcji
zwłok pluszowym misiom, ale nie wiedział dlaczego. Często wyobrażał sobie, jak
stoi, trzymając w dłoniach olbrzymią patelnię pełną placków, naprzeciwko
gapiących się na niego rzędów ślicznotek przy stolikach w jego własnej
restauracji.
Nie wiedział, dlaczego tak ważne było dla niego wysyłanie placków pod sam
sufit i krojenie ogórków z szybkością karabinu maszynowego, ale robił to z
godną pozazdroszczenia zaciekłością biegnącego przez czterdzieści dwa
kilometry bosego maratończyka, któremu wspaniali koledzy dla żartu narobili w
nowo zakupione adidasy.
Koledzy nazywali go Ciacho. Na wzgórze, gdzie się spotykali, przynosił im
własnej produkcji specjały – choć nie każde były przyjmowane z aprobatą,
jakiej się spodziewał – weźmy chociażby imbirowe ciasteczka z musztardą.
Większym powodzeniem cieszyły się pokazy krojenia wszystkiego co dało się pokroić.
– Ciacho, pociachaj coś – zachęcali go niekończącą się ilość razy.
Koledzy zawsze mieli przy sobie coś do pokrojenia: marchewki, chleb,
wszelkiego rodzaju owoce, wyniesione ukradkiem z domu kiełbasy, ugotowane
pappardelle, wielkie bakłażany, cukinie i arbuzy – niestety łącznie ze ślimakami.
Pewnego dnia coś sprawiło, że zajął się gotowaniem – by tak rzec – na
poważnie. To był upalny sierpniowy dzień 1957 roku. Słońce wisiało kilka
metrów nad ziemią.
– Nie wychodźcie dziś na zewnątrz – wołał do dzieci zamieszkujących ten dom
jego Dziadek, stojąc obok okna. – Słońce spaliło dziś kilka ptaków. I one mu
wierzyły.
Tamtego dnia wszystko jakby zastygło; nikt nie biegał po domu, nie rozmawiano
ze sobą; czasami szumiała woda, chłodząc czyjąś twarz. Jedynie promienie
słońca włóczyły się ospale po wielkiej kuchni, a kolejny naleśnik
dziesięcioletniego Roberta szybował pod sufitem i wracał jak na niewidzialnej
nitce z powrotem na patelnię, by natychmiast znów wyskoczyć w górę jak
uradowany tłum kibiców. Niestety tego dnia, jeden z naleśników postanowił
uciąć sobie pogawędkę ze śnieżnobiałym sufitem, by po krótkiej konwersacji
leniwie oderwać się od jego lśniącej bieli i pognać w dół, na podłogę.
W tym samym czasie, kiedy przyklejony do sufitu naleśnik postanowił
wykorzystać prawa grawitacji, do kuchni wszedł jego Dziadek. W dłoni trzymał
talerzyk z misternie uformowanym kopczykiem czerwonego mięsa, w którego
zagłębieniu jak we wnętrzu wulkanu, kryło się żółtko świeżego jajka, a
dookoła, porozrzucane jak od erupcji głazy, lśniły cebula i kiszony ogórek.
Zapomniawszy pieprzu, Dziadek wrócił do kuchni i w momencie, kiedy sięgał po
młynek, tłusty naleśnik spadł mu prosto pod stopę. Dziadek wywróciwszy się
zawisł w powietrzu.
Dziadek – tak twierdzą zgodnie wszyscy – był wielkim oryginałem. Potrafił o
piątej nad ranem łowić ryby za pomocą starego poniemieckiego granatu,
naprawiać radio silnym uderzeniem pięści, jeździł rowerem zrobionym w całości
z drewna, ale nikt by nie przypuszczał, że zawieszony pół metra nad ziemią, w
jednej dłoni z talerzykiem tatara, a w drugiej z młynkiem do pieprzu potrafi
lewitować.
Wiszący nieruchomo pół metra nad podłogą z wielobarwnego marmuru, Dziadek
zdawał się kołysać jak unoszony delikatną falą pływak. Patelnia wypadła
Robertowi z rąk, odbiła się z hukiem od marmuru i zawisła jak uwięziona w
lodzie, gdzieś nad jego powierzchnią. Czuł jak oczy wychodzą mu z oczodołów
jak gdyby ktoś je od środka wypychał, a szczęka niczym z gumy dyndała w górę i
w dół.
– Dziadku – krzyknął i ruszył z mozołem w stronę zawieszonego w powietrzu
ciała jakby biegł pod wodą. – Dziadku – krzyknął ponownie, a słowo to
wypełzało z niego powoli, jak wielki chitynowy owad. Przez chwilę myślał, że
się udusi, a kiedy ostatnia litera, ciężko raniąc mu usta, upadła na ziemię –
otworzył oczy.
Dziadek, choć oryginał najwyższej kategorii, nie lewitował zgrabnie w tej
obszernej kuchni, leżał na podłodze jak po brzegi wypełniona beczka wina.
Niestety, beczka wina zaczęła bulgotać przeciągle, emitując w stronę Roberta
niezrozumiałe słowa.
– Jeuniu e przyłem w ogę.
Po chwili zrozumiał słowa Dziadka, które brzmiały następująco: „Jezuniu, ale
żem przyjebał w podłogę” – poczym spojrzał badawczo i wydawało mu się groźnie
w jego stronę.
Jeśli Dziadek klął – co czynił niezwykle rzadko – oczywistym było, że jedyne
wyjście z sytuacji to natychmiastowa ewakuacja; szybkie oddalenie się choć na
jakiś czas dawało nadzieję, że Dziadek ochłonie, kiedy dla uspokojenia nerwów
sięgnie po jedną ze swoich stu nalewek. Orzechówka, jego ulubiona, zawsze
koiła mu nerwy i sprowadzała mu na twarz ten jego dobrotliwy uśmieszek.
Dziadek urodził się burzliwego roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego
ósmego. Mówił, że jesteśmy sumą wydarzeń roku, w którym się urodziliśmy,
chłoniemy to wszystko co wydostaje się z ludzkich dusz i unosi się jak poranna
mgła nad ziemią, a my stoimy w jej środku.
Obserwuj wątek
    • nobullshit Re: Fragment powieści do oceny 07.03.09, 01:20
      Podoba mi się. Ale ja lubię książki o jedzeniu :)
      Wstępnie jedno pytanie - gdzie mieszkasz? Nie pytam z czczej ciekawości. Chodzi
      mi o to, czy jesteś pewien, że poradzisz sobie z obcymi realiami i czy będziesz
      wiarygodny.
      Uwagi dotyczące stylu (zauważyłam trochę egzaltowanych przenośni i porównań)
      oraz inne szczegółowe kwestie jutro, bo teraz już mi się literki zlewają.
    • marajka Re: Fragment powieści do oceny 08.03.09, 12:47
      1. Leżał w amfiteatrze winogronowych pól, których zbocza otaczały go jak
      > matka tuląca swoje dziecko.
      Tak banalne, że aż boli.
      2.gleby
      > chłostanej bezlitosnym słońcem
      Jak słońce może chłostać? Wiatr, deszcz tak, ale słońce?
      3.słabnąc z roku na rok jak
      > starsza osoba.
      Jakieś to niesmaczne dla mnie.

      W ogóle za dużo porównań, aż robi się sztucznie i na siłę. Nie podoba mi się to,
      mam wrażenie, że sam nie wiesz w jakim stylu chcesz pisać.
    • supervixen Re: Fragment powieści do oceny 08.03.09, 13:14
      Podoba mi się, tekst działa na wszystkie zmysły, ładnie napisany, a
      poza tym dokładnie pokazuje to co chcesz przekazać, a nie
      tylko 'przekazuje' to:)

      A konkretne uwagi:

      Nigdy
      > nie wiał tu wiatr, mistral omijał ten zakątek, nie wiadomo
      dlaczego. Zarodki
      > szaleństwa, które powodował, rozwiewały się w tym miejscu
      bezpowrotnie.
      > Zamiast niego unosił się i mieszał ze sobą zapach lawendy,
      winogron, gleby
      > chłostanej bezlitosnym słońcem i rzeki płynącej blisko – choć
      powiecie
      > zapewne, że rzeka nie pachnie.

      Nie podoba mi się ani zbitka 'wiatr powodujący zarodki',
      ani 'rozwiewać zarodki' - brzmią sztucznie i dają mi żadnego obrazu,
      bo zarodek w ogóle nie pasuje mi do rozwiewania.

      Poza tym, myślę że warto by subtelnie zaznaczyć, że te 'zarodki'
      były powodowane przez wiatr gdzie indziej, wcześniej. Ja oczywiście
      doskonale rozumiem, o co chodzi w tym zdaniu, ale moja instynktowna
      reakcja przy jego czytaniu to: no jak powodował, skoro napisane, że
      nie wiał...

      Od chłostania jest deszcz, nie słońce. A jeśli specjalnie użyłeś
      tego słowa w tym właśnie kontekście, ja bym dodała do tego promienie
      słońca. Chłostanie kojarzy mi się bowiem z kontaktem fizycznym -
      deszcz chłoszcze, bo spada na ziemię, dotyka jej. Promienie słońca
      też do ziemi docierają, podczas gdy samo słońce wciąż znajduje się
      gdzieś tam wysoko.


      > Wraz z mijającymi latami zapach zaczął się ulatniać, słabnąc z
      roku na rok jak
      > starsza osoba. Ta inna woń przywędrowała na jego rodzinną wyspę

      Wykreśliłabym 'ta' - bo na razie nie wiadomo jaka, dopiero ją
      wprowadzasz.

      > na maksymalną wysokość

      A to już 100% subiektywna opinia, ale słowa maksymalna i minimalna
      są dla mnie tak straszliwie nieliterackie, zwłaszcza w
      takim 'rozmarzonym' tekście jak twój:)

      Często wyobrażał sobie, jak
      > stoi, trzymając w dłoniach olbrzymią patelnię pełną placków,
      naprzeciwko
      > gapiących się na niego rzędów ślicznotek przy stolikach w jego
      własnej
      > restauracji.

      Wizja zapowiada się ciekawie, ale chętnie bym się dowiedziała co
      dalej:) Co on sobie myśli w niej? A ślicznotki? Co myślą, robią?
      Może być jeszcze zabawniej:)

      >krojenie ogórków z szybkością karabinu maszynowego

      oklepane, poza tym średnio mi pasuje do stylu całości.


      zaciekłością biegnącego przez czterdzieści dwa
      > kilometry bosego maratończyka, któremu wspaniali koledzy dla żartu
      narobili w
      > nowo zakupione adidasy.

      Wizja tak dziwna, że nie wiem co o niej myśleć:) Przyznam, że
      zamiast od razu wyobrazić sobie sytuację i przenieść ją na uczucia
      bohatera, zaczynam się mocno zastanawiać, czy ten maratończyk na
      pewno by tak gorliwie biegł i w ogóle co to za koledzy, co on im
      zrobił... i tak dalej. Trochę mnie to wyrwało z tekstu. No i
      robienie komuś w adidasy to jakoś niesmaczne w tekście tak
      skupiającym się na jedzeniu - ale to już twoja decyzja, jaki efekt
      chcesz osiągnąć.

      krzyknął i ruszył z mozołem w stronę zawieszonego w pow
      > ietrzu
      > ciała jakby biegł pod wodą

      nie rozdzielałabym 'z mozołem' i 'jakby biegł' pod wodą - nie wiem
      czemu, ale jakoś tak to teraz wygląda, jakby to były odrędne
      określenia, a przecież dotyczą dokładnie tego samego. Jeśli będą
      razem, stworzą całość - a teraz mam po prostu wrażenie, że się
      powtarzasz.


      Co do tego, że jak napisała Marajka, jest za dużo porównać - to ja
      się oczywiście zgadzam:) Jak dla mnie to zawsze warto coś ciachnąć:D
      Oczywiście w tekście napisanym w takim stylu porównania są ważne i
      dodają tego charakterystycznego smaczku, ale warto zostawić tylko te
      najlepsze, a nie bombardować nimi czytelnika. Na przykład porównanie
      dziadka do beczki wina jest jak najbardziej ok, bo beczka wina
      mieści się w układzie odniesienia naszego bohatera (na pewno wie,
      jak taka beczka wygląda i jakie może wydawać odgłosy) i pasuje do
      kontekstu - do miejsca akcji, do tematyki tekstu itd. Ale już ten
      maratończyk - czy ja wiem? Zupełnie inna bajka.

      Mniej porównań, metafor i mniej górnolotności i będzie ok.

      A czy mógłbyś wrzucić jakiś kawałek bardziej ze środka?
      • pan_darecki Re: Fragment powieści do oceny 08.03.09, 15:12
        Bardzo dziękuje za konstruktywną ocenę tekstu. Nie ma to jak kubeł zimnej wody
        na za bardzo rozpalona łepetynę. Człowiek (przynajmniej ja) musi być ślepy aby
        nie widzieć tak karygodnych błędów, które mi wytknięto. Za co bardzo dziękuje.
        Ktoś prosił o fragment tekstu z środka. Czy mam go wrzucić w tym wątku? O ile to
        aktualne. pozdrawiam wszystkich i dzięki
        • supervixen Re: Fragment powieści do oceny 08.03.09, 15:38
          Daj w tym wątku. Chciałabym po prostu zobaczyć, jak dalej rozwija
          się styl książki - już bez oceniania (no chyba, że będziesz chciał;))
          • pan_darecki Re: Fragment powieści do oceny 08.03.09, 16:03
            rodział 14 - Cathedra
            – Czy znajdzie się miejsce dla spragnionej dobrej kuchni duszy? – powiedział ze
            sztuczną emfazą człowiek ubrany nieco jak z innej epoki. Wielki kapelusz, biały
            szal i długi wełniany płaszcz mogły wskazywać, że to jakiś spragniony artysta
            zabłąkał się w okolicy. Twarz zdradzała jakąś przenikliwość, a w wyrazie oczu
            nieco przymkniętych, jak u człowieka stojącego na śniegu, było coś niepokojącego.
            Maria, recepcjonistka w restauracji La Cathedra, podniosła delikatnie dłoń – po
            kilku sekundach stał obok niej Pierre – prawa ręka Roberta.
            – Witam pana, piękny kapelusz, cóż za ornament.
            Pierre spojrzał z podziwem na kapelusz gościa, aby dać do zrozumienia, że
            kolorowa obwódka, na którą patrzy, to nie odręczna robota jakiegoś
            niedorozwiniętego rzemieślnika, ale godny muzealnych sal ręcznie pleciony cud
            nieznanego artysty.
            – Na pewno znajdzie się dla pana jakieś miejsce. Stolik dla jednej osoby?
            – Czy jest właściciel? – spytał flegmatycznie Max, odrzucił zamaszyście połę
            płaszcza do tyłu i wydobył z przedniej kieszeni eleganckiej dwurzędowej
            marynarki wizytówkę. Podał ją i cofnął się na swoje miejsce. Pierre przeczytał
            na prostokątnej tekturce napis: Max Styllov, adres, numer telefonu, faxu i tak
            dalej. Zdziwiony schował wizytówkę do kieszeni próbując przypomnieć sobie to
            znajome nazwisko. – Pierre, zapamiętaj – powiedział kiedyś Robert – gość nazywa
            się Max, Max Styllov. Zabij skurwysyna, ale za nic nie wpuszczaj go do restauracji.
            – Nie ma, szef wyjechał do Jerozolimy. Pierre złapał się za usta i dodał, że to
            żart. – Szef wyjechał w interesach. Max odpowiedział, że to dobry dowcip.
            – Robert i Jerozolima, dobry dowcip. Chciałbym coś zjeść w tym uroczym lokalu,
            jest tak pięknie położony, nie mogłem się oprzeć – powiedział Max.
            Przez lata, różne określenia padały na określenie restauracji La Cathedra:
            gustowna, oryginalna, ze smakiem, cudownie oświetlona, czy wertykalnie
            niepokojąca – jak określił ją dawno temu, podający się za austriackiego barona,
            jakiś wioskowy idiota, trwoniący spadek po swoich bogatych rodzicach. W słowie
            uroczy była jakaś nieszczera nuta.
            – Zapraszam do środka – Pierre schylił się usłużnie i machnął figlarnie ręką,
            jakby manier uczył się na dworze Ludwika XVI. – Stolik na samym końcu – absyda –
            pokazał ręką na miejsce w oddali. Na twarzy Maxa dało się zauważyć malutką rysę
            zaskoczenia.
            • jacek1f woda powinna byc zimniejsza? :-) 08.03.09, 17:44
              spojrz na to:

              "...Przez lata, różne określenia padały na określenie restauracji La Cathedra: gustowna, oryginalna, ze smakiem, cudownie oświetlona, czy wertykalnie niepokojąca – jak określił ją dawno temu, podający się za..." tego nie da sie przeczytac z tymi "określeniami", a w krotkim fragmencie masz niedorozwinietego rzemieslnika i wioskowego idiotę... oraz kilka "jakiś" jak :-) zwykle, oraz te same kłopoty z "ubogacaniem".
              Oprócz tego sprawdzaj zwiażki: delikatnie można coś podnieść, ale akurat nie dłoń, tylko dłonią, Max jest raz z emfazą, zaraz flegmatyczny, i zamaszysty i inne takie :-)
              Pna dłoń, a Pierre zaraz prawa ręka, sztuczna emfaza to masło maślane, figlarnie dłonią...? ...pokazał ręką...a czym? :-)

              Przepracuj, przepracuj.
              • korbol100 Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 10.03.09, 17:27
                szczerze? podoba mi się dokładnie tak jak jest i nie jestem przekonany co do
                wszystkich uwag napisanych przez "jacek1f"

                co do związków typu "podnieść dłoń" zamiast "unieść dłoń" to zwykły czytelnik
                nie jest w stanie tego zauważyć nie wczytując się dokładnie w każdy wyraz (mam
                nadzieję, że nie zostanę zlinczowany w tym momencie, zapewne większość ludzi
                tutaj ma zgoła odmienne zdanie co do nazwijmy to "sposobu czytania książek")
                • pan_darecki Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 10.03.09, 22:11
                  Bardzo dziękuje szanownemu Panu - to mnie trochę podniosło na duchu.
                  Zgadzam się, że nie czuje się pewnych rzeczy czytając coś ciągiem a nie
                  analizując jedna stronę powieści. Tak czy siak po tylu słowach krytyki i tak
                  jestem raczej do przodu niż do tyłu. Nie krytykuje krytyków. Dałem swoje
                  "dzieło" do oceny i dowiedziałem się wielu cennych rzeczy - głownie, ze jest
                  kiepskie. Ale te dwa posty dały mi nadzieje, że nie jest może aż tak kiepskie
                  za co dziękuje.
                  Jeśli ktoś chce pojechać po mojej powieści jak po suchej szkapie -cokolwiek to
                  oznacza - to chętnie prześlę całość. Mówię poważnie bo dowiedziałem się na tym
                  forum od obcych kilkku osób więcej niz od kilku tuzinów tak zwanych przyjaciół.
                  Pozdrawiam wszystkich i dziekuje za to wspaniałe forum
                  • korbol100 Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 10.03.09, 23:25
                    nie ma za co dziękować, sam "cośtam" piszę i wiem, że strasznie ciężko jest
                    znaleźć samemu błąd czy to gramatyczny czy składniowy.

                    inna sprawa, że to pewnie też kwestia stylu pisania, ja osobiście mam problem z
                    szykiem przestawnym zdania, to moja mała trauma...

                    Na szczęście moja książka osadzona jest w realiach fantastyki więc nie obrałem
                    kierunku używania pięknych słów i wspaniałych zwrotów tak jak pan tutaj
                    poczynił, przez co ułatwiłem sobie znacząco życie.

                    mam nadzieję, że zapał jest nadal a jeśli minął to może warto go pobudzić
                    ponownie? wysłać list 1,2,3,4...,22 do wydawców i osiągnąć zamierzony cel.

                    Druga sprawa, że na tym forum są nie tylko "ludzie z branży", ale również
                    "zwykli przeciętni obywatele" jak na przykład ja 22 letni student ekonomii,
                    którzy czytają, bo lubią a nie dlatego, że chcą wchłonąć zdania ustawione w
                    idealnym szyku z perfekcyjnie dobranymi słowami. Taka jest prawda i każdy z nas
                    powinien się z tym pogodzić, pozatym chcemy czytać tekst autora i jego przekaz a
                    nie ten zapisany przez korektora i redaktora....

                    pozdrawiam i wracam do pisania... pracy licencjackiej :/ (chociaż wolałbym
                    "Ukrytych w półmroku")
                    • supervixen Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 10.03.09, 23:52
                      > Druga sprawa, że na tym forum są nie tylko "ludzie z branży", ale
                      również
                      > "zwykli przeciętni obywatele" jak na przykład ja 22 letni student
                      ekonomii,
                      > którzy czytają, bo lubią a nie dlatego, że chcą wchłonąć zdania
                      ustawione w
                      > idealnym szyku z perfekcyjnie dobranymi słowami. Taka jest prawda
                      i każdy z nas
                      > powinien się z tym pogodzić, pozatym chcemy czytać tekst autora i
                      jego przekaz
                      > a
                      > nie ten zapisany przez korektora i redaktora....

                      Ee, ja tam nie jestem w żaden sposób związana z branżą, czytam bo
                      kocham - a mój post był w dużej mierze krytyczny (choć napisałam
                      też, że mi się podobało:))

                      Korbol - rzecz w tym, że pan_darecki i inni nie wklejają tu tekstów,
                      żeby reszta forumowiczów sobie 'poczytała książkę', tylko po to,
                      żeby ktoś na nie obiektywnie spojrzał i OCENIŁ. Komentarze do
                      tekstów nie są na zasadzie 'pani od polskiego się na mnie uwzięła',
                      ale mają stanowić POMOC dla autora - tak ja to odbieram.

                      I nie zgadzam się też, że prawda jest taka, że liczy się przekaz, a
                      nie idealny szyk słów. Jak będzie zła forma, to i przekaz nikogo nie
                      zainteresuje. Zwykły czytelnik nie będzie się świadomie zastanawiał
                      nad ilością 'jakby' w tekście czy konsekwencją narracji. On po
                      prostu stwierdzi, że coś jest nie tak i książkę odłoży. No więc to
                      chyba istotne, żeby autor miał świadomość swoich niedoskonałości (bo
                      kto ich nie ma?) i nad nimi pracował.
                      • korbol100 Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 11.03.09, 10:16
                        "Korbol - rzecz w tym, że pan_darecki i inni nie wklejają tu tekstów,
                        żeby reszta forumowiczów sobie 'poczytała książkę', tylko po to,
                        żeby ktoś na nie obiektywnie spojrzał i OCENIŁ. Komentarze do
                        tekstów nie są na zasadzie 'pani od polskiego się na mnie uwzięła',
                        ale mają stanowić POMOC dla autora - tak ja to odbieram."

                        ja nie twierdzę, że fragmenty zamieszczone są "do poczytania" raczej chodzi mi o
                        to, że na naszym rynku wydawniczym jest problem braku wypośrodkowania. Mam na
                        myśli to, że albo praca jest w ogóle nie poprawiona albo aż nazbyt pedantycznie.
                        Moim skromnym zdaniem błędy są pewną podstawą do określenia własnego stylu
                        pisania. Ja osobiście gustuję raczej w fanstastyce oraz kryminałach więc tam
                        siłą rzeczy pisze się "mniej wyszukanym stylem" i pewnie dlatego też "latwiej
                        się czyta"
                        Zdaje sobie sprawę, że ma to być pomoc i kiedy wprowadzę poprawki do części
                        mojego tekstu zapewne zwrócę się o pomoc forumowiczów
                        • supervixen Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 12.03.09, 09:40
                          Ale jest pewna różnica między zamierzoną chropowatością a zwykłymi
                          wpadkami. Nikt tu chyba hiperpoprawności nie postuluje:)

                          > Moim skromnym zdaniem błędy są pewną podstawą do określenia
                          własnego stylu
                          > pisania.

                          W jakim sensie?
                          • korbol100 Re: woda powinna byc zimniejsza? :-) 12.03.09, 12:49
                            mówię głównie o składni zdania, nie o błędach interpunkcyjnych itp

                            błąd robi człowiek nieidealny a idealni ludzie są nudni ;)
                  • skajstop Poprawka z urzędu :-) 11.03.09, 08:30
                    Mylisz się, że Twoja powieść jest do bani - dowiedziałeś się, że trzeba jeszcze
                    nad nią popracować :))))

                    Pisze to autor dzieła, nad którym tenże nieszczęsny autor siedzi i chlipie, bo
                    to co napisał, zupełnie ale to zupełnie mu się nie podoba, jest pozbawione
                    stylu, i tenże autor ma jedynie nikłą nadzieję, że w drodze stukrotnego czytania
                    maszynopisu (chwalić Boga, zaledwie 300 tysięcy znaków) dzieło owo nabierze cech
                    drukowalności.

                    Tak to właśnie bywa.

                    Z harcerskim "Czuj duch!"
                    S.
                    • pan_darecki Re: Poprawka z urzędu :-) 11.03.09, 22:53
                      Drogi Adminie to, że książka jest do bani wiem od dawna. Ani nad nią nie chlipie
                      ani nie rozpaczam. Uległem jak znakomita większość jakiejś niezidentyfikowanej
                      wszędobylskiej mani pisania. Chciałem po prostu zobaczyć czy mój poryw na którąś
                      tam muzę ma sens i tyle. Sporo wydawnictw ją odrzuciło i nawet się z tego cieszę
                      bo wstyd by był przed rodziną i znajomymi, że coś takiego ktoś chce wydać.
                      Może następna będzie lepsza pod warunkiem, że skupie się nad tym "co" chce
                      przekazać a nie "jak" to chce przekazać. A wszystkie słowa krytyki pod moim
                      adresem były tylko i wyłącznie budującym przykładem szczerości czego zabrakło
                      moim tak zwanym przyjaciołom. Dzieki za uwagę.
                      • skajstop Re: Poprawka z urzędu :-) 11.03.09, 23:54
                        Ale "jak" ma ogromne znaczenie! To właśnie jest warsztat, który trzeba opanować.
                      • nobullshit Re: Poprawka z urzędu :-) 12.03.09, 00:36
                        pan_darecki napisał:
                        > Drogi Adminie to, że książka jest do bani wiem od dawna.
                        Ale dlaczego zaraz "do bani"? Bo wydawcy odrzucili? To może być jakimś
                        miernikiem, ale nie musi.

                        > Może następna będzie lepsza pod warunkiem, że skupie się nad tym
                        > "co" chce przekazać a nie "jak" to chce przekazać.
                        "Co" chcesz przekazać, to po lekturze dwóch krótkich fragmentów nie bardzo
                        wiemy, ale chyba wszystkim wydały się one obiecujące. Ja bym sie chciała
                        dowiedzieć, co było dalej z głównym bohaterem.
                        A co do "jak", zgadzam się ze Skajem, że "jak" jest ważne. "Le style c'est
                        l'homme". Tylko trzeba nad nim popracować.
                      • supervixen Re: Poprawka z urzędu :-) 12.03.09, 09:44
                        Tylko się aby nie zniechęcaj na dobre! Jak dla mnie masz potencjał,
                        naprawdę mi się nieżle ten kawałek czytało. Wydawało mi się, że
                        wiesz CO chcesz powiedzieć i mniej więcej JAK. A że były potknięcia?
                        No to trzeba je zidentyfikować i przemyśleć, jak je poprawić. Tyle.

                        "Writing is rewriting" i tak dalej:)
            • supervixen Re: Fragment powieści do oceny 08.03.09, 18:07
              A ja zwrócę uwagę na coś jeszcze innego. Jaka ma być w książce
              narracja? Trzecioosobowa, tyle widzę;) Ale z punktu widzenia jednej
              czy więcej osób, czy też narrator wszechwiedzący?

              W tym kawałku narracja nie gra zupełnie:

              > – Czy jest właściciel? – spytał flegmatycznie Max, odrzucił zamaszy
              > ście połę
              > płaszcza do tyłu i wydobył z przedniej kieszeni eleganckiej
              dwurzędowej
              > marynarki wizytówkę. Podał ją i cofnął się na swoje miejsce.
              Pierre przeczytał
              > na prostokątnej tekturce napis: Max Styllov, adres, numer
              telefonu, faxu i tak
              > dalej. Zdziwiony schował wizytówkę do kieszeni próbując
              przypomnieć sobie to
              > znajome nazwisko. – Pierre, zapamiętaj – powiedział kiedyś Robert &
              > #8211; gość nazywa
              > się Max, Max Styllov.


              Wszystko to zawiera się w jednym paragrafie, a pomieszany jest punkt
              widzenia Maksa i Pierre'a. Bo tak: najpierw masz wyrażenie:
              spytał "spytał Max". W tym momencie akcji Pierre jeszcze nie wie,
              jak gość ma na imię, więc nie można z jego punktu widzenia nazwać go
              Maksem. Potem dopiero, kiedy Pierre dostaje wizytówkę, poznaje jego
              tożsamość - i ten kawałek już jest z perspektywy Pierre'a. Więc to
              wcześniejsze zdanie jest z perspektywy Maksa, albo w ogóle jakiegoś
              narratora wszechwiedzącego - a wszystko przez to jedno słówko, zbyt
              wczesne użycie jego imienia:)

              Konsekwentne prowadzenie narracji jest BARDZO ważne i warto na to
              uważać. Pewnie, można czasem mieszać jej kilka rodzajów, jeśli ktoś
              to świadomie i zręcznie robi, ale nawet wtedy raczej nie robi się
              takich mieszanek w obrębie jednego akapitu.
        • korbol100 Re: Fragment powieści do oceny 10.03.09, 17:15
          nie była chyba aż tak zimna prawda? moim zdaniem tekst ciekawy i nie jestem
          pewny czy w ciągu czytania "ciągiem" zauważyłbym też te błędy co moi poprzednicy...

          pozdrawiam i życzę połamania pióra... a może wypadnięcia klawiszy?
    • jacek1f tak, tak, za bogato, bo nie panujesz nad 08.03.09, 13:41
      iloscia i jakoscia, skrpomniej poczynaj a smakowiciej.

      Dom nie lezy a stoi, nie czterospadzisty, tylko czterospadowy, zbocza otaczaja jak tulaca = otulają po prostu..
      O ilosci swoje, jego, mu, jego, swoje i znów:-)) juz nie wspomne, ale wrzuć w licznik "jak" i się przerazisz:-)Wiatr i słońce, powiewy i chłostanie już wypomniane..
      Generalnie zapowiada się ciekawie pomysł, ale wyraziłbym się, że "grzęznę w grzęzawisku słów" i wybija z rytmu nierówny styl narracji - a to żart, a to napuszony do granic, a to bezpośredni zwrot do mnie/nas, a to poetycki, a to prosty... Nie wygląda to na zaplanowane.
      Ale walcz, walcz dzielnie.
    • ojuciasan Re: Fragment powieści do oceny 10.03.09, 19:40
      Mnie także się podobało - jak na mój gust troszkę za dużo zbyt wyszukanych
      porównań, ale może to taka Twoja autorska maniera, nie czepiałabym się, zresztą
      i tak z pewnością zrobi to redaktor ;-)
      • laenia Re: Fragment powieści do oceny 17.03.09, 22:53
        Ja tu widzę talent, a ten tekst przypomina mi diament do oszlifowania. Solidnego
        co prawda, ale sam fakt, że tu potrzeba tylko szlifierki, a nie kilofa, żeby ten
        diament dopiero wydobyć, to już sukces :)
        Pierwsze zdanie wypowiedziane przez dziadka ("Jezuniu... itd.") zaraz po tym
        rozbudowanym zestawie metafor rodem z (nieoszlifowanego) Marqueza rozbroiło mnie
        - świetne zderzenie!
        Czy ten tekst został już przez kogoś zredagowany? Ma w miarę dobrą interpunkcję,
        która w twoich postach nieco kuleje.
        Nie mogę rozszyfrować miejsca akcji - Hiszpania? Ale znają tam bliny? :) La
        Cathedra - to też nie po hiszpańsku (bo przez th).
        Jeśli bohater już jako małe dziecko rozkoszował się smakiem tapenady, to musi
        być oryginałem, bo 99% dzieci by się porzygało jak nic :)
        • pan_darecki Re: Fragment powieści do oceny 18.03.09, 00:01
          Tapenade to typowa prowansalska potrawa - nie hiszpańska jak jej brzmienie.
          Bliny faktycznie do tego nie pasują - zapędziłem się.
          Nazwa restauracji - La Cathedra miało brzmieć po francusku ale chyba się
          zapomniałem i nie sprawdziłem poprawności słowa. Chodziło po prostu o katedrę.
          Tak czy siak porównanie mnie do nieoszlifowanego diamentu typu Marquez
          połechtało mnie niesamowicie głęboko za co dziękuje.
          Jeśli ktoś ma chęć i czas prześlę całą powieść na prywatne konto. Dziękuje
          jeszcze raz za porównanie. Marquez to mój ulubiony pisarz.
          • zielonamysz Re: Fragment powieści do oceny 21.03.09, 08:26
            Tez mi sie te kawalki podobaja Sa inne niz to co u nas normalnie sie pisze i
            sadzilam poczatkowo, ze to tlumaczenie.
            Zdecydowanie powinines pisac. Oczywiscie poza stylem jest jeszcze konstrukcja...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka