kaskurp
30.03.09, 23:23
Proszę o ocenę. Piszę właśnie opowiadanie. Poniżej zamieściłam początek.
Resztę mam na swoim blogu(dość sporo tekstu). Tekst jest z gatunku fantastyki.
familie.pl/Bloggar-3-47/b52.html
Witam!
Nazywam się Daniel Brawski i jestem duchem. Tak, tak zgadza się DUCHEM, a
właściwie astralnym odbiciem człowieka czyli Astralem (tak to się u Nas
określa). W jaki sposób stałem się tym kim jestem ? Jesteście ciekawi?! Też
bym był na Waszym miejscu. Przecież takie oświadczenie musiało nieźle Wami
wstrząsnąć, tym bardziej, że stoję tu tak realny jak Wy. Dobrze już, dobrze.
Zacznę od początku...
Przed swoją śmiercią (jakoś dziwnie mi się to wymawia) byłem nic
nieznaczącym agentem ubezpieczeniowym. Nie była to co prawda moja wymarzona
praca, ale biedny student chwyta się praktycznie każdego zajęcia.
Do końca studiów pozostał mi niecały semestr, kiedy kolega załatwił mi
rozmowę kwalifikacyjną w swojej firmie. Na szczęście, czy raczej nieszczęście
przeszedłem ją pomyślnie i zacząłem pracować. Cieszyłem się jak dziecko, bo
nie ma to jak stała pensja ( fakt , że niewielka, ale coś zawsze skapnie z
prowizji). Moja radość z nowej posady nie trwała długo. Jakiś tydzień po
rozpoczęciu pracy, z samego ranka, wpadł do naszego biura bardzo niezadowolony
klient wykrzykując, że firma go oszukała, że przez nas stracił mnóstwo
pieniędzy. Jako głównego argumentu użył pistoletu. Pech chciał, że "argument"
skierowany był w moją nic nieznaczącą osobę.
I tak w wieku 24 lat poznałem drugą stronę życia...
Obudziłem się w małej szpitalnej sali. Z ciała wychodziły mi jakieś rury,
rureczki podłączone do pojemników z różnobarwnymi płynami. Nade mną pochylali
się ludzie ubrani w niebieskie fartuchy. Czułem się jakoś dziwnie - trochę
zaniepokojony, a jednocześnie szczęśliwy. Miałem wrażenie, jakby ktoś nagle
zwrócił mi utracony lata temu wzrok. Na chwilę zamknąłem oczy próbując
uporządkować myśli. Ostatnie co pamiętałem to czarny pistolet wymierzony w
moją osobę. Czas od "argumentu" do obudzenia się tutaj to czarna dziura, ale...
- Udało się! Żyje! - pomyślałem - Dzięki Ci Boże za cud. Ten wystrzał... kula
musiała mnie jedynie drasnąć...
- Niezupełnie. - ktoś mi przerwał.
- Kto to? Czyj to głos? - spytałem szybko otwierając oczy.
- Spokojnie Panie Brawski- Jeden z lekarzy, niskiego wzrostu raczej tęgi o
twarzy dobrego wujaszka, podszedł do mojego łóżka.
-Trochę mnie pan wystraszył. Nie wiedziałem, że mówię głośno.
- Nie mówił pan.
Zbystrzałem. Rzadko mi się to zdarzało, gdyż przez całe swoje krótkie
życie, mój umysł i zmysły znajdowały się na poziomie człowieka o średnim
wyniku testu IQ, a to w zupełności wystarczało. Ale teraz... Nie wiem czy
ktokolwiek mógłby być przygotowany na takie oświadczenie. Ja nie byłem...
- Co chce mi Pan przez to powiedzieć ? - zapytałem, przyglądając się uważnie
moim wybawcom. Wyglądali trochę dziwnie i dopiero zaczynałem to zauważać.
- Pozwoli Pan, że wyjaśnię wszystko po kolei. Zacznę od pistoletu - on
wystrzelił...
- Tak, tak. Pamiętam. Tamten facet krzyczał coś o oszustach, wymierzył w moją
stronę, pociągnął za spust, a ja chyba oberwałem.. - zakończyłem niepewnie.
- Zgadza się - lekarz ze stoickim spokojem potwierdził moje przypuszczenia. -
Tak jak już mówiłem, wystrzelił, trafił Pana w klatkę piersiową, przestrzelił
płuco...
- Ominął serce - przerwałem niegrzecznie po raz drugi lekarzowi.
- Nie. Pocisk trafił w serce, powodując ....
- Ale obrażenia nie były duże... - zapytałem coraz mniej rozumiejącym tonem.
- Niestety. Doznał pan zbyt ciężkich obrażeń i zmarł zanim dotarł do szpitala.
- zakończył doktor całkowicie spokojnym tonem.
- Co to znaczy!? Wypraszam sobie takie żart! Złoże na was skargę. Kto to
słyszał, żeby lekarz drwił sobie z pacjenta i to jeszcze w ten sposób. Proszę
o pana nazwisko. - zawołałem oburzonym tonem
- Nazywam się Wilk -odparł lekarz, głosem spokojnym, bez żadnej urazy -
Pozwoli pan, że wyjaśnię jedną ważną kwestię. W tej chwili znajdujemy się...
- Nie chcę słyszeć żadnych wyjaśnień z pana strony. Proszę zawołać ordynatora.
- Ja jestem ordynatorem.
- Wiedziałem, że nasza służba zdrowia pozostawia wiele do życzenia, ale to już
przesada, żeby ordynatorem uczynić podłej klasy komika. Zapewne próbował pan
swoich sił w kabarecie i nie wyszło, więc postanowił zostać lekarzem...
Przez cały czas naszej rozmowy lekarz był bardzo spokojny, ale w tym
momencie zauważyłem, że zaczął się lekko uśmiechać słuchając jak się miotam.
No i po prostu nie wytrzymałem. Dałem upust swojej złości i frustracji
nazywając lekarza imbecylem, idiotą, jednokomórkowcem (skąd to określenie
przyszło mi do głowy, nie mam pojęcia) i wieloma innymi określeniami, których
ze względu na wrodzona przyzwoitość nie przytoczę.