niemamasla
11.07.10, 13:45
Nie wiem jak zacząc. Ja i moja dziewczyna pochodzimy z odleglych miast.
Obecnie ja pracuje, ona studiuje zaocznie w tym samym miescie.
1,5 roku temu zdecydowalismy sie zamieszkac razem.
Wynajelismy malutkie mieszkanie. Ona wtedy pracowala. Ukladalo sie nam
swietnie. Naprawde kiedys to byla zupelnie inna osoba.
Wszystko zaczelo sie psuc, kiedy ona stracila prace.
Podtrzymywalem ja na duchu, ale prace znalazla dopiero po trzech miesiacach.
Przez te trzy miesiace strasznie siadla jej psycha.
Duzo plakala i powtarzala ze nie wyjdziemy z tego, ze zabraknie nam na oplaty
i na jedzenie.
Ja sie staralem nie wpadac w panike, cieszylem sie ze sam mialem prace -
dzieki temu jakos ciagnelismy dalej.
W tym czasie, kiedy byla na bezrobociu (bez prawa do zasilku ani zadnych
takich) cos sie z nia zaczelo takiego dziac. Odsuwala sie ode mnie,
wstrzymywala moje proby.
Jesli juz udalo mi sie cos wyblagac to moze raz na miesiac i to tez w wersji
"ja tu tylko leze".
Oczywiscie rozmawialem z nia na ten temat. Mowila ze przytyla i glupio sie jej
rozebrac. Do tego przypomnialo sie jej jak jakis moj kolega prawil komplementy
jakiejs erotycznej tancerce z TV z plastikowymi cyckami. No i skoro koledze
sie taka podobala to i wszystkim facetom, wedlug niej. Wiec co ona taka
normalna babka zato moze?
A ja nie wiem gdzie i kiedy niby przytyla? Poza tym duzo biega i dba o siebie,
wiec czemu wymysla takie bajki o tyciu?
Podczas innej rozmowy na temat braku checi z jej strony, zapytala jak ja moge
myslec o takiach rzeczach, kiedy nasza sytuacja finansowa jest tak
beznadziejna, ze lada dzien mozemy poleciec z torbami itd. Jej akutalna praca
nie jest na stale. Mimo ze pracuje nikt nie da jej gwarancji ze tam zostanie
(takie czasy)
No i stary argument: ze jako facet mam tylko jedno w glowie, zupelnie ignoruje
jej problemy. Nasza sytuacja moze nie jest wesola, ale nie rozumiem po co
reagowac na to abstynencja.
W innej rozmowie na ten temat moiwla ze jej na mnie zalezy, ale ze nie moze
sie juz do mnie nawet przytulic,ani zablizyc bo mowi, ze zaraz zaczynam byc
nachalny. Jaki mam byc robiac to raz na miesiac w takich jak juz pisalem
warunkach?
Ja jej tylko chce pokazac ze nadal mnie kreci, mimo trudnosci. Ze ciagle jest
dla mnie atrakcyjna.
Ale najgorsze dopiero co sie zaczelo: zaczela wspomagac sie tabletkami
nasennymi, bynajmniej nie ziolowymi.
Sam pracuje po 10 godzin dziennie, nieraz jestem tak zmeczony ze nie mam sily
myslec. Ale spodziewalbym sie ze ja zastane, ze sie przytule i zrelaksuje po
pracy. A tu moja dziewczyna sobie spi! Mowi ze zle sie czuje i musi sie
uspokoic. Oczywiscie wywalilem jej te pigulki do smietnika, ale chyba sobie
skombinowala nastepne, tylko ze sie z tym chowa przede mna.
Chcialem ja pare razy gdzies zaprosic, jakies wyjscie zorgamizowac, ona
opodwiada wtedy "gdzie ty chcesz isc bez kasy?" Pare groszy na wyjscie jakos
udaje mi sie odlozyc. Potem kiedy nie mozemy zrobic zakupow, bo musze czekac
na wyplate od szefa, obrzuca sie zarzutami w stylu: "widzisz moze byloby
lepiej gdybysmy wtedy zostali w domu, teraz nie musielbysmy czekac o suchym
pysku na twoje wyplate"
Z kasa jest troche krucho, ale wlasciciel mieszkania to dobry czlowiek i
nieraz czekal na kase z opoznieniem kilkutygodniowym, ale nigdy sie o to nie
czepial. Poza tym ja ciagle pracuje.
Ostatnio sie troche wkurzylem, rozmawialismy o tym co by zjesc, i dokupic od
obiadu a ona znowu swoje "nie kupuj miesa/szynki, bo potem zostaniemy bez
kasy" i wtedy jej odpowiedzialem caly podkurw. zeby sobie znalazla bogatszego
skoro jej tak ze mna zle.
I tak mialem niewiele do stracenia - w ogole ze mna nierozmawia, jak o tym
czego nie mozemy zjesc lub gdzie nie mozemy isc bo jestesmy bez kasy. O lozku
nie wspomne, bo co mialbym stracic?
Nawet nie probowalem tego zalagodzic, wiec w ogole przestala sie odzywac. Wiem
ze raczej nie ma do kogo pojsc, nie moze sie tak o wyprowadzic, poza tym ona
pracuje tutaj.
Rozmawialem o tym ze znajomymi, ale oni zupelnie potrafia mi poradzic. Nigdy
nie mieli takich problemow.
Ostatnio wspolny znajomy zaprosil nas na urodziny. Po imprezie, liczac na
jakies poprawienie relacji, probowalem cos tam znowu, ale oczywiscie spotkalem
sie z odmowa.
Wtedy nie wiem czy z nerwow, czy od alkoholu, wkrecilem jej kit ze jak ona tak
bedzie dalej to ja zdradze. Co ona wziela na serio i planuje sie ode mnie
wyprowadzic, ale wiem ze troche czasu minie zanim cos znajdzie. Poza tym
raczej nie byloby ja stac na wynajecie czegos samodzielnie.
Chcialbym probowac naprawic ten zwiazek , ale co sie do tego nie zabiore to
wszystko sie pieprzy. W dodatku sam zaczalem sie rozgladac za innymi dziewczynami.
Moi rodzice sa po rozwodze, ale ja mieszkalem z dziadkami. ROdzice rozstali
sie przez glupoty i nie chcialbym powtarzac ich bledow.
Mam kolegow ktorzy sa w zwiazkach po 7 - 8 lat i sa szczesliwi, my natomiast
po dwoch latach finisz. Co z nami bylo nie tak?