symmetryisall
11.03.11, 12:22
Czytam to forum (on and off) od roku, choć udzielam się sporadycznie - głównie w sytuacjach, gdy doskwiera mi bardziej niż zwykle małżeński ból istnienia; szukam wtedy pocieszenia w problemach innych :) Ten rok wystarczył, by zauważyć powtarzalność omawianych tu problemów. Nic dziwnego, wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy takie same, ludzkie problemy. A ponieważ bardzo sobie cenię systematyczność i uporządkowanie, pomyślałem, że stworzę wątek podsumowujący zbiorową mądrość tutejszych bywalców.
A więc: SKĄD SIĘ BIORĄ PROBLEMY Z SEKSEM W MAŁŻEŃSTWIE I JAK Z NIMI WALCZYĆ.
1. Pierwsza zasada - jak twierdzą mądrzy psychologowie, małżeństwo to WYMIANA DÓBR ZA SEKS. Dobra mogą być różne, zależnie od osobnika - dla jednej kobiety będą to pieniądze, dla innej liczna rodzina, dla jeszcze innej poświęcanie jej uwagi. Nie ma to większego znaczenia - należy pogodzić się z faktem, że ogólnie rzecz biorąc kobiety uprawiają seks z mężczyznami po to, żeby coś osiągnąć (co nie oznacza, że seks nie sprawia im przyjemności, tylko że nie jest celem per se), a mężczyźni z kobietami dla samego seksu.
Trzeba tu koniecznie zauważyć, że nie należy popadać w zgorzknienie pt "Wszystkie baby to kurwy". Wszystko powyższe nie wyklucza szczerych uczuć, miłości czy radości z seksu - ten schemat odbywa się raczej na poziomie podświadomych wyborów, a nie chłodnej kalkulacji. Twoja żona może Cię szczerze kochać i uwielbiać z Tobą seks, i nawet przez myśl jej nie przejdzie, że to dlatego, że jeździsz cayenką. Ba, ona nawet może wierzyć, że kocha Cię nie za to, ale mimo tego. I nic w tym zdrożnego - Twoja życiowa zaradność jest takim samym darem od losu, jak jej symetryczne cycki.
2. Druga bardzo ważna rzecz - nie licząc wyjątków natury medycznej (hormony, choroby krążenia itp), praktycznie ZAWSZE wina leży po obu stronach. Nigdy nie jest tak, że jest "oziębła wredna suka" albo "kapeć, któremu się nie chce". W każdym wątku, w którym założyciel albo założycielka skarżył się na brak zaangażowania drugiej strony, deklarując przy tym, że sam(a) jest bez skazy, najdalej po jednej stronie komentarzy wychodziło, że oboje mają tyle samo za uszami, a często założyciel nawet więcej. Krótko mówiąc: NIECHĘĆ DO SEKSU JEST REAKCJĄ, A NIE AKCJĄ.
3. Co więc może wyzwalać ową reakcję? Najczęściej jest to ROZBIEŻNOŚĆ MIĘDZY ZACHOWANIEM PARTNERA/PARTNERKI A NASZYMI OCZEKIWANIAMI. Ponieważ oczekiwania kobiet wobec mężczyzn i mężczyzn wobec kobiet, a także mechanizm generowania pociągu seksualnego u obu płci są diametralnie odmienne (a wręcz, można by czasem odnieść wrażenie, złośliwie sprzeczne), wypada ten punkt podzielić względem płci:
- Popęd mężczyzny generują bodźce czysto fizyczne - UPRASZCZAJĄC, do osiągnięcia podniecenia nie potrzebuje niczego więcej, niż konkretnych cielesnych atrybutów urody partnerki. Jego potrzeby seksualne są w o wiele mniejszym niż u kobiet stopniu związane z psychiką, problemami dnia codziennego itp. Można powiedzieć, że dopóki fizycznie ma siłę, to chce i może. Co więcej, nie licząc skrajnych odczuć negatywnych, jego uczucia wobec partnerki również mają umiarkowane przełożenie na gotowość do seksu. Toteż, o ile żona będzie w miarę sensownie zadbana i nie zniechęci do siebie męża długotrwałym nękaniem, z seksem problemu być nie powinno. Przynajmniej ilościowo.
MINUS SYTUACJI DLA PAŃ: Ponieważ mężczyzna nie potrzebuje głębszych uczuć do partnerki, żeby mieć z nią fajny seks, jest o wiele bardziej podatny na skoki w bok w przypadku nawet drobnych, wydawałoby się, problemów z seksem w domu, ponieważ nie dysponując aparatem pojęciowym drugiej strony nie ogarnia, że "oziębłość" żony nie jest spowodowana jej złośliwością, ale czynnikami spoza jego obszaru doznawania, np "Nie chcę się z tobą kochać, bo nie wynosisz śmieci". Mężczyzna nie dostrzega tu zazwyczaj związku przyczynowo-skutkowego, a odczuwając potrzebę seksu jako potrzebę fizjologiczną, a nie emocjonalną, łatwiej się łamie, żeby poszukać możliwości jej zaspokojenia gdzieś na zewnątrz związku.
- Pożądanie kobiety ma podłoże o wiele bardziej złożone. Cechy fizyczne partnera mogą być tu całkowicie drugorzędne - często jako atraktanty wymieniane są "siła", "męskość", "sukces", "zdolność zapewnienia bytu", "niezależność", "dominacja". Żeby sprawę skomplikować jeszcze bardziej, u wielu kobiet (a może wszystkich nawet, tylko nie wszystkie się przyznają?) występuje dodatkowy podział: na kandydata na męża i ojca (stabilny, pewny, odpowiedzialny), który sam w sobie może podniecać, oraz na kandydata na seks-zabawkę (łobuz, umięśniony model z reklamy, który solidnie zerżnie, zaśmieje się i wyjdzie, wytarłszy przyrodzenie w zasłonkę). Choć są to wzorce całkowicie sprzeczne, oba mogą być w równej mierze podniecające i mężczyzna stoi bezustannie przed zadaniem balansowania między nimi, ponieważ ześlizgnięcie się w którykolwiek z nich na stałe na bank zaowocuje seksualnym i małżeńskim nieszczęściem.
MINUS SYTUACJI DLA PANÓW: Motywy kobiety są dla mężczyzn często trudne do dostrzeżenia i niezrozumiałe, stąd łatwo wpadają w pułapkę uszczęśliwiania kobiet rzeczami, których one wcale nie potrzebują. Najczęściej są to dwa wzorce: "Przecież jestem samcem alfa, przynoszę kasę i naprawiam samochód, nie rozumiem, czemu mi nie daje?" oraz "Przecież jestem czuły i wrażliwy, przynoszę jej kwiaty, gotuję obiady, froteruję podłogi i czytam bajki dzieciom, czemu mi nie daje?".
4. Na to wszytko nakłada się jeszcze różny poziom erotyczności i libidowości u ludzi. W skrócie - libidowość to siła naszego popędu, erotyczność to poziom jego wyrafinowania. Człowiek wysokolibidowy, niskoerotyczny będzie dążył do codziennej, prostej kopulacji bez udziwnień, byle się wyładować. Człowiek niskolibidowy, wysokoerotyczny (chociaż nie wiem, czy taka opcja w ogóle istnieje - załóżmy jednak dla przykładu, że tak) będzie się zadowalał seksem rzadkim, ale za to długim, namiętnym i wymyślnym. To są cechy osobnicze, do tego raczej niezmienne. Obowiązujący mit ogólnie rzecz biorąc przypisuje mężczyznom wysokolibidowość, a kobietom wysokoerotyczność. Należy sobie jasno i wyraźnie powiedzieć TO JEST MIT. Z nieświadomości, że to mit, a więc bujda, wynika bardzo wiele problemów prezentowanych w wątkach, na zasadzie "Myślałam, że facetowi zawsze się chce, a jemu się nie chce, pewnie jestem gruba albo to pedał", albo "Myślałem, że ją trzeba pieścić, kochać i przytulać, a ona nie chce, a to zimna suka". W temacie wysokości libido i preferencji drugiej strony dobrze sobie zrobić rozeznanie, zanim powiemy sakramentalne "Tak". A jest to bardzo ważne, bo...
5. ...bardzo częstą przyczyną problemów z seksem (i ze wspólnym życiem pod jednym dachem w ogóle) jest niesłuchanie mądrego dra House'a. A mądry dr House mówi: LUDZIE SIĘ NIE ZMIENIAJĄ. Jeśli ktoś przed ślubem był taki a taki, to po ślubie SIĘ NIE ZMIENI. Choćby obiecywał złote góry i zaklinał się, że będzie inaczej - NIE BĘDZIE. Jeśli kobieta przed ślubem ma libido paprotki, po ślubie tyłek jej tylko jeszcze bardziej wystygnie, a bynajmniej nie rozgrzeje. Jeśli facet przed ślubem gra w rockowej kapeli i marzy o światowej trasie, zarabiając dorywczymi fuchami, żeby mieć czas na próby - po ślubie nie zostanie statecznym żywicielem rodziny. Dlatego obowiązuje tu przykra zasada "widziały gały co brały" i jak braliśmy zakompleksioną bibliotekarkę, marząc o aktorce porno, to sami sobie jesteśmy winni. Opcje są dwie - rozwodzimy się, nie marnując czasu sobie i drugiej połówce, albo męczymy się przez kilkadziesiąt lat, hodując wkurw i frustrację, aż nam z wiekiem opadnie libido i odetchniemy. Co kto woli.
6. Na koniec - POCIĄG FIZYCZNY JEST PROCESEM, A NIE STANEM. Krótko mówiąc, mąż albo żona po pierwszym okresie fascynacji zaczyna się nudzić, a jak nudzi, to nie pociąga. Dlatego trzeba walczyć, żeby drugą stronę cały czas ZDOBYWAĆ. Seks nie jest obowiązkiem, który się komukolwiek od kogokolwiek należy; druga strona ma Ci dać, bo ją/jego uwiodłeś/łaś, a nie dlatego, że Ci się należy. Nie należy.