wont
07.02.14, 16:12
Kochani, dzisiejszy wpis sponsoruje złota tekila pod pomarańcze, wybaczcie zatem potok słów i być może pewną nieskładność moich dzisiejszych myśli. Złotych myśli…
Zaangażowanie się Stanów Zjednoczonych w wojnę w Wietnamie miało dwa potężne dalekosiężne skutki dla całego zachodniego świata. Pierwszym była rezygnacja w 1971 r. USA pod wpływem wydatków zbrojeniowych z wymienialności dolara na złoto (od tego czasu na banknotach napis „In Gold we trust” został zamieniony przez „In God we trust” – podobno, żeby zdążyć na czas, zaktywizowano miliony bezrobotnych - specjalnie pisanych czarną czcionką - którzy markerami wymazywali na znalezionych w sklepach banknotach literkę „L”). Drugim dalekosiężnym skutkiem było odkrycie seksturystycznego potencjału Tajlandii. W latach 60 i 70 XX wieku, Tajlandia, jako sojusznik Stanów Zjednoczonych, umożliwiała dostęp do swoich baz i swojego terytorium żołnierzom amerykańskim i australijskim, którzy nudzili się na przepustkach. Chciałbym zobaczyć jakiś film, który opowiedziałby historię początków seksturystyki – czy to było jak w kawale o butach w Afryce? Stary, gimme a break, tu są same pieprzone świętojebliwe buddystki, przecież one białego kutasa nie widziały w życiu! Nie widziały? To zobacz jacy tu jesteśmy na wagę złota! Ciekawe jak to było… Czy to język amerykańskiego żołnierza zlizał pot z tajskiego różowego sutka czy też to Tajka ssała białego kutasa jako pierwsza? Ech, nikt się już nie dowie, ale miło byłoby zobaczyć jakąś filmową fantazję na ten temat. Żeby film się dobrze sprzedał w głównej roli kobiecej obsadziłbym pół-żółtą, pół-białą (kundle zawsze są najlepsze, nie tylko psie) Vanessę Hudgens, żadne tam Lucy Liu i inne tego typu rasowe żółte…
Ok, wracając do tematu – wojna w Wietnamie zakończyła się co prawda militarną przegraną, ale ponieważ orężem się tylko wojuje a zwycięża złotem, to okazała się zajebistą, wykurwistą wygraną białego na tajskim froncie. Ten dumny kraj, który jako jedyny w południowo-wschodniej Azji, przez kilkaset lat uniknął podboju i skolonizowania, sprytnie lawirując pomiędzy Anglikami zagrażającymi z południa i zachodu oraz Francuzami zagrażającymi ze wschodu, zupełnie bez walki padł (a raczej jego żeńska część) na kolana przed białym seksturystą i jego złotym interesem…
Pisałem już wcześniej, że swoje pierwsze rozczarowanie tajską seksturystyką przeżyłem rok temu. Wychowany na Platformie Houellebecqua i opowieściach sączących się ze złotych ust moich kolegów, którzy „tam byli” szukałem obiecanych złotych gór i cholernie się zawiodłem. Trawestując pewne powiedzenie – jeśli przyjaciel mówi, że dostał od kobiety złoty podarunek, to albo złoto jest fałszywe, albo przyjaciel…
Dzisiaj minął pierwszy tydzień mojego pobytu w „Land of the Smile” (when u ejaculate). No i, nie licząc poniedziałkowej masturbacji (rozchorowałem się i leżałem cały dzień w hotelu, trzy razy), dzisiaj pierwszy raz poszedłem na masaż ze specjalnym zakończeniem. Do tej pory chodziłem tylko na masaże tajskie, które wśród masaży nie mają sobie równych – potrafią być, szczególnie na początku, bolesne, ale dają najwięcej (uwaga – trzeba brać masaż dwugodzinny, 400 bahtów, z napiwkiem 500 bahtów – 45 złotych). Masaż tajski to masaż tajski jest, żaden seks czy special masaż – trzeba wybierać lokale w których pracują starsze lub nieatrakcyjne panie, zgodnie z hasłem: nie wszystko złoto, co się świeci. W przypadku masażu tajskiego to wręcz reguła, jak się świeci to na pewno nie jest złoto.