stinefraexeter
04.09.08, 10:49
Zdecydowalam sie zalozyc watek na forum, aby uslyszec wasze opinie na temat
sytuacji, jaka ma miejsce w naszym zwiazku. Chodzi rzecz jasna o sprawy lozkowe.
Jestesmy razem od kilku lat, od kilku miesiecy wreszcie udalo nam sie
zamieszkac razem. Nie bylo zadnych "niespodzianek", nie odkrylismy nagle
zadnych ukrytych do tej pory cech charakteru. Znalismy sie po prostu na tyle
dobrze, ze wiedzielismy, czego sie po sobie spodziewac. To samo dotyczy seksu,
z ta jednak roznica, ze teraz seks nie podlega ograniczeniom, jakie pojawiaja
sie, kiedy dwie osoby nie mieszkaja razem.
A teraz do rzeczy: moj partner jest i zawsze byl swego rodzaju
"tradycjonalista" w lozku, w sensie tego, ze nie interesuja go "nowinki",
urozmaicenia, gadzety, itd. Od razu podkreslam, ze ja jestem podobna, wiec nie
jest to zadnym problemem. To co mi doskwiera to fakt,ze mojego partnera bardzo
podnieca dominacja. I ok, biologia, natura, instynkty. Nie mowimy o przemocy,
ani nawet o wyzwiskach. Chodzi o to,ze wszystko odbywa sie: a) tylko kiedy on
tego chce, b) wylacznie pod jego kontrola. Podkreslam raz jeszcze: nie jestem
zmuszana do robienia czegos wbrew sobie. Moj problem polega jednak na tym, ze
ja rowniez chcialabym miec jakis wplyw na to, co sie dzieje.
Uprzedzajac najbardziej oczywiste rady: tak, mowilam o tym nie raz. Mowilam,
ze czasem czuje sie po prostu wykorzystywana, ze chcialabym by wiecej czasu
poswiecil pieszczotom piersi, itd (dla niego gra wstepna ogranicza sie do
kilku sekund sciskania tego i owego), a on oczywiscie slucha, powtarza, ze
zawsze powinnam mu mowic, czego oczekuje od niego i....nic. nastepnym razem
sytuacja sie powtarza. w czasie seksu zwracanie mu uwagi nie dziala, bo:
-delikatne sygnaly pozostaja niedostrzegane
- prosba wprost o cos, konczy sie zniszczeniem nastroju. Pamietam, jak kiedys
zdarzylo mu sie zbyt mocno pociagnac mnie za wlosy, zupelnie bezwiednie.
poprosilam, by nieco zwolnil uscisk,no i to byl koniec, bo on zostal
calkowicie wybity z nastroju.
Wszystko musi sie odbywac pod jego dyktando. Nie chodzi bron Boze o zmuszanie
mnie do czegos. On oczekuje, ze mi sie tez to bedzie podobac. Problem polega
na tym, ze powinnam zaakceptowac calkowita dominacje przez niego. RObi tak jak
on chce, tak dlugo jak on chce, itd. Kiedy tylko potraktuje mnie jednak zbyt
mocno (typu: zdecydowanie za mocno pociagnie za wlosy, za mocno uderzy w
posladki, itd.), caly nastroj pryska. Zreszta nawet zwykle pieszczoty w ciagu
dnia w jego wydaniu tez sa dosyc "brutalne" i ograniczaja sie jedynie do
klapsow, mocnego sciskania piersi, "inwazyjnych" pocalunkow. Takie rzeczy sa
fajne, rzecz jasna, ale do pewnego stopnia. On sie zachowuje jakby nie znal
innego trybu niz "scisnac, zgniesc, przytloczyc". Do tego dochodzi calkowity
brak komplementow (w ogole trudnosci z werbalna ekspresja czegokolwiek).
Drugi aspekt jego dominacji, to fakt, ze to on faktycznie decyduje o tym,
kiedy mamy sie kochac. I znowu, nie jestem zmuszana do niczego. Jesli ja nie
mam nastroju, a on nie zdola mnie "przekonac", do niczego nie dojdzie. Czesto
jednak stawia na swoim, ze sie tak wyraze, bo w sumie ja przeciez takze mam
swoje potrzeby. Natomiast, jezeli to ja mam na cos ochote, jest to wrecz dla
niego odstreczajace. Doszlo nawet ostatnio miedzy nami do malego spiecia w tej
kwestii. Kiedys, po kolejnej rozmowie na temat wzajemnych oczekiwan w seksie
(wygladajacych tak, ze to ja mowilam, a on nie, bo "on nie ma zadnych
problemow"), powiedzial, ze chcialby bym sama tez zaczela wychodzic z
inicjatywa. Wzielam sobie te slowa do serca, ale okazalo sie, ze moje
przejmowanie inicjatywy konczylo sie zazwyczaj porazka. Jego to zupelnie nie
krecilo. Kilka dni temu, kiedy juz dalam sobie spokoj, sam to zreszta
stwierdzil, mowiac, ze to on lubi czuc sie jak mysliwy. I ze, wbrew temu co
mowil wczesniej, inicjatywa powinna wychodzic od niego. Jestem zatem od kilku
dni calkowicie zagubiona, bo na dodatek okazalo sie, ze wszelkie pieszczoty z
mojej strony, nawet te niewinne, sa przez niego interpretowane jako sygnal
mojej "chuci", a jego takie sygnaly nie kreca. Stwierdzil nawet, ze nie
powinnam go calowac w usta, bo on to odbiera doslownie! I to go ode mnie
odstrecza.
Chcialabym spytac sie was,w jaki sposob, waszym zdaniem, przeforsowac swoje
wlasne potrzeby? Na poziomie "rozumu" wszystko niby jest ok: on rozumie, ze to
egoistyczne, przeprasza, przekonuje, ze chce bym byla zadowolona i szczescliwa
z nim, prosi, bym mowila, gdy cos jest nie tak. Ale kiedy przychodzi co do
czego, dziala na niego tylko to, co dotychczas. W jego idealnej wizji, to co
on robi powinno sprawiac mi rowna przyjemnosc.I powinno zachciewac mi sie
seksu jedynie wtedy, kiedy jemu. Czasem tak jest, jednak nie zawsze. Zaczyna
mi doskwierac ta sytuacja. Moje dotychczasowe proby nie przyniosly rezultatow,
wiec obawiam sie, ze z czasem nic sie nie zmieni lub bedzie jeszcze gorzej.
Czy w jakis sposob mozna "otworzyc mu oczy" na inne sposoby (mniej
jednostronne i "pseudo-brutalne")uprawiania seksu? Jak sprawic, by zaczal
naprawde dostrzegac moje potrzeby (a nie tylko przytakiwal i dalej robil
swoje)? Jezeli macie jakies rady i uwagi, to chetnie ich wyslucham.