kira_korpii
16.02.09, 23:13
Czy ktoś potrafi to zrozumieć? Że mnie może być w takim związku
autentycznie DOBRZE?
Inspiracją do rozpoczęcia tego wątku były słowa, które przeczytałam
właśnie tu na forum. Gdzie kobieta znajdująca się na endorfinowym
haju (po 4 miesiącach upojnych randek z kochankiem) pytała o szanse
na przerodzenie tego w normalny związek.
I ktoś odpisał jej o tym, że zna dziewczynę, która od 12 lat tkwi w
związku bez przyszłości, z żonatym
„12 lat....Ona myślała ze się jakoś ułoży....No i ułożyło się,
on ma dwa domy, dwie kobiety, rodzinę, ona nie ma nic...poza tym ze
po 12 latach ciężko zostawić...”
No i tak zaczęłam się zastanawiać. Co prawda ja staż mam o połowę
krótszy, bo dopiero od 6 lat jestem związana z tym człowiekiem, ale
zaraz, zaraz, dlaczego niby on ma mieć wszystko a ja nic?
Bo przecież ja mam niemalże wszystko, czego pragnę. A jeżeli jeszcze
czegoś nie mam, to są duże szanse, że to zdobędę.
Mam 30 lat i poczucie, że nareszcie życie zaczęło mnie dobrze
traktować. Wypracowałam sobie parę fajnych rzeczy, na których mi
zależało. Bardzo fajne, wymuskane, eleganckie i luksusowe
mieszkanko, które jest tylko moje (no i banku, w jakichś 85%,
niestety), i które jest wprost stworzone dla nowoczesnego singla .
Mam też bardzo fajną pracę w korporacji, z możliwością awansu i
rozwoju.
O takich pierdółkach, jak uroda, młodość:P, fajny samochód, dobre
ciuchy, pieniądze na jakieś drobne przyjemności, to nawet nie warto
wspominać, bo to oczywista oczywistość:)
Mam też swoją niezależność, a tego akurat bardzo potrzebuję, bo dużo
bardziej niż inni, potrzebuję tego czasu tylko i wyłącznie ze sobą,
na swoje przyjemności i małe rytuały. Po całym tym cotygodniowym
korporacyjnym młynie, kiedy nadchodzi weekend, o niczym innym nie
marzę, aby tylko wszyscy dali mi święty spokój, bo ja mam ochotę
zamknąć się na 2 dni w domu i z nikim nie rozmawiać.
No i tylko On może profanować mój święty weekend. Od czasu do czasu;)
Ale przede wszystkim mam Jego, bo to z nim dzielę od 6 lat życie.
I wszystko, co mam, zawdzięczam jemu.
Jego niesamowitemu wsparciu, fantastycznej wiary we mnie, że spełni
się wszystko to, co sobie wymarzyłam.
Czy chciałam zakochać się żonatym facecie? No pewnie, że nie
planowałam tego. Tak naprawdę oboje długo dojrzewaliśmy do tej
miłości, ale się pojawiła, okrzepła, została.
Na dobre i na złe – tak sobie obiecaliśmy. Jest moim najlepszym
przyjacielem, powiernikiem, kochankiem, pocieszycielem, wsparciem,
całym moim światem. Jest po prostu mężczyzną mojego życia.
Czy myśleliśmy o rozstaniu? Ja próbowałam porzucić go kilkakrotnie.
Za każdym razem była to prawdziwa masakra, bo jak tu się rozstawać,
kiedy wszystko w tobie krzyczy – nie odchodź. Kiedy to nie brak
miłości jest powodem rozstania, a chęć dopasowania się do norm
społecznych.
Że nie buduje się szczęścia na krzywdzie innych, że sama zniszczę
sobie życie i takie tam. Że trzeba żyć moralnie.
A guzik prawda! To, że się rozstaniemy, nikomu nie wyjdzie na dobre.
Naprawdę nikomu. A co najmniej 2 osoby będą strasznie cierpieć.
Przy czym ja nigdy nie byłam zagrożeniem dla jego małżeństwa. Od
początku zaakceptowałam fakt, że nigdy żony nie zostawi.
Przyjęłam do wiadomości, że ją kocha. Że kocha nas obie.
Nie pytam, jak jest teraz między nimi. Mogę się jedynie domyślać,
znając doskonale wady mojego ukochanego, że być może nie zawsze tak
różowo.
Ale obojgu nam zależy na utrzymaniu obecnego status quo.
Mnie, bo nie wyobrażam sobie na stałe mężczyzny pałętającego się po
moim wymuskanym mieszkanku, bo bardzo potrzebuję czasem pobyć sama,
a jemu, bo musiałby zburzyć całe swoje dotychczasowe życie.
Za dużo kosztów, za dużo ofiar, wątpliwe korzyści.
Czy są jakieś negatywne strony takiego układu? Dla mnie niewiele.
Może brak możliwości 2-tygodniowych wakacji, bo krótsze weekendowe
wyjazdy jak najbardziej dostępne.
Praktycznie zawsze, kiedy go potrzebuję to jest przy mnie. Angażuje
się w każdą moją sprawę, każdą troskę.
Rzeczy niemożliwe załatwia od ręki, na cuda muszę chwilę poczekać;)
Do dziś pamiętam, jak latał z moją pracą magisterską po całym
mieście, bo najpierw trzeba było ją oprawić, później jechać do
promotora do domu, i prosić, by ten łaskawie podpisał, a następnie
użerać się z panią z dziekanatu, aby w ogóle chciała ją przyjąć.
Do obrony zostało mniej niż tydzień, a ta robi problemy. I kiedy ja
chciałam się już poddać, mój ukochany walczył. Jak go wyrzuciła za
pierwszym razem, to za godzinę znowu wrócił;).
A było to chyba najbardziej wredne babsko na całym uniwerku.
Cóż, widać urok mojego przyjaciela zadziałał, bo obroniłam się w
terminie.
Tych spraw, tego wsparcia, troski o mnie, można liczyć na setki
przypadków, więc nie mówcie mi proszę, moi drodzy, że ja służę
wyłącznie do seksu:P
No więc? Czy ktoś potrafi mnie zrozumieć? Czy jestem jakimś
wybrykiem natury? A może oszukuję samą siebie? Może trzeba mi
uświadomić w jakie nieszczęście się pakuję?
Proszę o łagodne potraktowanie i nie wylewanie na mnie kubłów z
pomyjami :).
Po prostu chciałam się wygadać. Bo rozumiecie, że tak na co dzień
nie bardzo mogę o tym mówić.