ca-in
27.01.10, 01:26
Trochę długie, ale wy drogie panie chyba lubicie rozkminiać takie sercowe
historie. No powiedzcie, że nie mam racji!:) Obiecuję, że postaram się
ciekawie. Dziwaczna sytuacja. Jadę po kolei i grzecznie proszę o radę:
Rozstałem się z dziewczyną, byłem z nią niecałe 2 lata. Prawdę mówiąc, to ona
mnie rzuciła. Rzuciła mnie dla innego. Był taki lowelas, w którym kochała się
na zabój kilka lat temu - trzy, cztery - ale on był wtedy z inną w szczęśliwym
związku. Zdradził nawet tą inną z moją ex ze dwa razy, ale w końcu wrócił do
tamtej, zdrada się
zresztą wydała i to dzięki intrydze mojej ex, ale tamta tamtemu wybaczyła i
przygarnęła spowrotem. Moja ex przyszła do naszej firmy nieco ponad dwa lata
temu, zaczęliśmy się sobie przyglądać niemal od razu, gadka szmatka,
strzelanie oczami, jedno spotkanie po pracy i
już... do jej mieszkanka, koniaczek, wyrko i po "robocie" wspólne plany na
przyszłość:) Układało nam się nieźle, w łóżku spoko, w życiu spoko i... no
właśnie. Wszędzie spoko. Ale... tylko spoko. To nie była jakaś gigantyczna
namiętność, więc tak naprawdę wydaje mi się, że oboje mieliśmy przez cały czas
takie niewypowiedziane przeczucie, że to nie jest związek "póki śmierć..." i w
końcu przyjdzie dzień, w którym ta formuła się wyczerpie, powiemy sobie
'cześć' i bez urazy każde pójdzie w swoją stronę. Tak też się stało po lekko
ponad półtora roku. Tamten - jej była miłość - rozstał się właśnie ze swoją
panną i był sam, oczywiście - "samotność to taka straaaszna trwoga", więc
szybko za telefon i do mojej ex żeby ją wyciągnąć gdzieś na noc, a ona
pofrunęła do niego jak na skrzydłach
i jeszcze zanim ze mną otwarcie zerwała, pojechali razem na weekend gdzieś,
nieważne gdzie, chyba w góry. Wróciła taka nabuzowana
entuzjazmem, wypoczęta, opalona, z błyskiem w oku i niedługo poprosiła mnie do
siebie na chwilę szczerej rozmowy. Już wtedy doskonale wiedziałem, co też
takiego nieuchronnie nadciąga. Kiedy powiedziała mi, że jej przykro, że
przeprasza, ale kocha tamtego, to jej miłość i żebym jej wybaczył,
zareagowałem z narzuconym sobie spokojem i zrozumieniem (choć przecież taka
scena zawsze emocjonalnie trochę "trzepie", nawet kiedy wie się doskonale, że
ta to z pewnością nie właśnie TA). Przytuliłem ją, pocałowałem parę razy w
czółko, pozbierałem swoje rzeczy z jej mieszkania i sobie poszedłem. Jeszcze
na odchodnym w drzwiach powiedziałem jej w żartach, że kategorycznie od niej
żądam i rozkazuję, aby była szczęśliwa, bo jak spróbuje nie być, to wrócę i ją
porwę! Śmialiśmy
się oboje. W takich chwilach zawsze jest smętnie i niewyraźnie, ale rozumiałem
sytuację, rozumiałem, że nie byliśmy dla siebie, a skoro ona dorwała
namiętność życia, to sprawa oczywista, że musi być z tamtym - koniec kropka
zdania złożonego. To było w czwartek. W piątek nie było mnie w robocie,
weekend spędziłem u rodziny, a ona chyba z tym swoim, ale w sobotę późno w
nocy nawet zadzwoniła do mnie (po uprzednim smsie z pytaniem, czy może). Gadka
luźna, śmieszki, żarty, trochę wspomnień, czuję, że ona szczęśliwa i pewnie
chce się upewnić, czy ja aby nie zapijam się tutaj na śmierć z rozpaczy i czy
jakoś tam to wszystko dzielnie znoszę. W rozmowie przemyciła niby ukradkiem
wyznanie, że była "naprawdę szczęśliwa" przez ostatnie 2 lata, że "we
wszystkim" (czyli w oczywistym domyśle - także w seksie) byłem "po prostu
mega" i że ma nadzieję, że szybko znajdę "zajebistą miłość" i że ona ponoć
"wie", że teraz "ba bank" szybko poznam laskę "po prostu mega".Interpretowałem
to wszystko jako oczywistą chęć pocieszenia mnie, utwierdzenia w poczuciu
własnej wartości (bo każde bycie rzuconym troszkę ją zachwiewa, wiedziała to,
jest wykształconym dziewczęciem) i przyklepania przyjaznej relacji na przyszłość.
Jako że pracujemy w tej samej firmie, już w poniedziałek siłą rzeczy jednak
musieliśmy na siebie wpaść. Najpierw w drzwiach obrotowych - cześć - cześć - z
uśmiechami na twarzach i życzliwymi mrugnięciami, a potem każde do swojego
działu. I tu się kończy wstęp, a zaczyna problem:
(ale o tym w następnym odcinku;))