noworoczn_coroczne_dylematy
31.12.11, 15:51
Nadszedł kolejny ostatni dzień roku, i, jak co roku, podsumowuję swoje życie.
Jestem niezadowolona, sfrustrowana, właściwie mogę powiedzieć – nieszczęśliwa.
Mój mąż i dziecko pewnie też, chociaż córka jest jeszcze mała i po dziecięcemu ufna i radosna. Ale już widzę, że nasze nastroje odbijają się na niej.
Konkrety – moje ‘niespelnienie’ życiowe wynika z tego, że żyję na emigracji, a strasznie chciałabym wrócić do Polski. Jestem w UK już 5 lat, i co roku obiecuję sobie, że to już ostatni rok i wracam. Niestety, mój mąż zawsze odwiedzie mnie od tej decyzji. On po prostu nie chce wracać. Na początku twierdził, że tez nie chce zostawać tu na stałe, ale teraz już przyznaje otwarcie, że nie ma wracać po co do Polski. I faktycznie. Mąż nie ma żadnych specjalnych kwalifikacji, przerwał studia, wszystkie prace jakie mial są dośc przypadkowe. I nie zamierza już nigdy wracać na studia, nie ma tez pomyslu na jakiś konkretny zawód dla siebie, zresztą nielatwo by mu było bo ma już 32 lata.
W Polsce czekałaby go w najlepszym wypadku praca w jakiejś sieciówce za 2 tysiące na rękę. Tutaj pracuje fizycznie, ale dośc dobrze zarabia, no i ma luz w pracy, bo wiadomo, na zachodzie inna kultura pracy.
Ja z kolei mam pracę umysłową, i dojście do tego etapu zajęło mi sporo czasu. Cieszę się, że ją mam, ale mimo wszystko wiem, że w Polsce miałabym szanse na bardziej samodzielne stanowisko i podobny, a docelowo większy dochód niż tu kiedykolwiek.
Mam skończone studia i drugie przerwane, bardzo chcialabym je dokończyć (zostały mi 2 lata).
Dla mojego męża wszystko rozbija sie o finanse. Tutaj wynajmujemy ładny nowy dom z ogrodem, wydatki na dom i rachunki pochłaniają jakieś 35-40% naszego dochodu. Kolejne 30-35% to tzw. życie. A reszta, 30-40% zostaje na ubrania, rozrywki, ewentualne oszczędności. Proporcje wydawaloby się, idealne.
W Polsce na pewno zarabialibyśmy mniej, i na pewno na mniej moglibyśmy sobie pozwolić, bo nie mamy mieszkania. Pochodzimy z Warszawy, wiadomo, jakie są realia, musielibyśmy przeznaczyć minimum 2 tys. na rate kredytu i czynsz, i to raczej za małe mieszkanie w bloku, w starszym budownictwie, i/lub na peryferiach miasta lub pod, co wiązaloby się z dojazdami.
Mąż w awanturach ze mną ciągle wywleka te 2 kwestie. Że chcę zamienić piekny dom z ogrodem, który wynajmujemy na luzie, na mieszkanie w bloku i tracenie 2 godzin dziennie na dojazdy. A tu do pracy mamy oboje 15 minut pieszo lub 5 autem.
Na moje argumenty, że czuję się tu nieszczęśliwa, niespełniona, że tęsknię za rodziną i przyjaciółmi odpowiada, że wszystko to rozumie, ale że w życiu nie ma sentymentów, że tu mamy o wiele większe możliwości, że tu mogłabym iśc na kolejne studia i znaleźć jeszcze lepszą pracę itd. I że MOŻEMY myśleć o powrocie za kolejnych 5-10 lat, jak odłożymy jakąś konkretną kasę. Tymczasem o odkładaniu konkretnej kasy nie ma mowy, bo co roku mąż chce jechać na zagraniczne wakacje, co roku coś trzeba dokupić do domu, wyjazd do Polski raz na rok też coś tam kosztuje. Jesteśmy odlozyć w stanie maksymalnie 8-10 tysięcy zlotych rocznie , więc nie są to jakieś kokosy, i w kwestii zakupu mieszkania niewiele to zmienia.
Poza tym ja wiem, że z tym jego powrotem za parę lat to i tak wszystko ściema, że za 5-10 lat to ja już nie będę miała po co wracać, i wiem, że i mój mąz to doskonale wie, dlaczego więc mnie zwodzi, mydli mi oczy?
Już teraz, jeśli wrócę, będzie mi ciężko ruszyć od nowa, znaleźć pracę, jednocześnie kończyć 2 lata studiów. Mamy po 32 lata, córka ma 5 lat, właśnie zaczęła szkołę. Czego będę szukać w Polsce mając 37 lub 42 lata i 10 letnie lub 15 letnie dziecko?
Córka, jeśli zostaniemy, mentalnie będzie Brytyjką o polskich korzeniach, tu będzie sie uczyć, tu będzie miala znajomych, tu będzie cała jej przeszłość. Wiem, że jeśli nie wrócę w przeciągu 1-2 lat, to powrót już nie ma sensu.
Całymi dniami obmyślam sposoby na to, by spróbować jednak wrócić na jakiś czas, powiedzmy na 2-3 lata, i zobaczyć czy mam szanse na jakieś normalne pod względem finansowym funkcjonowanie w Polsce. Obliczam ile i na co będę musiala mieć, jak długo będę mogła szukać pracy, ile jeszcze muszę odłożyć zanim wyjadę... Niestety, w głebi duszy wiem, że to wszystko i tak nie będzie do końca miarodajne, bo tak naprawdę to tylko teoretyzowanie, a jaka będzie rzeczywistość? Poza tym wyjazd bez męża oznacza, że córka będzie za nim tęsknić, a on będzie musiał tutaj zostać dopóki ja nie znajdę pracy w Polsce... i będziemy tak zyć w rozkroku, pomiędzy Polską a Anglią.
Mąż niby się zgadza na tę probę, ale systematycznie probuje mnie nadal zniechęcać. W klotniach neguje i wręcz wyśmiewa wszystkie moje pomysły związane z tym, by na nowo ułożyć sobie życie w Polsce...
Jestem w totalnej rozsypce... od 2 lat leczę się na depresję, i funkcjonuję tak naprawdę coraz bardziej jak automat. Święta upłynęły nam ponuro, bo znowu wałkowaliśmy te wszystkie tematy, którymi mój mąż, cytuję „już rzyga”. Atmosfera w domu jest ciężka, często się albo kłocimy albo nie odzywamy do siebie. Mąż dużo pracuje, poza pracą praktycznie nie robi nic w domu, a ja, mimo tego że tez pracuję, większośc dni po południu i weekendy jestem z córką sama. Brak mi jednak cierpliwości dla niej, w ogóle cięzko mi się cieszyć czymkolwioek w obliczu tych wszystkich trosk. Na córce odbija się wszystko, tak więc mam coraz większe problemy z jej zachowaniem i dyscypliną... a mąż umywa od wszystkiego ręcę bo jest, cytuję, ‘zmęczony pracą’ i ‘ma dość ciągle życia przyszlością i gadania o Polsce’.
Nie wiem co więcej napisac, chaotyczny ten wątek. Podusmowując, napiszę jeszcze, że brakuje mi dystansu już do tego wszystkiego, a i rodzina czy znajomi nie sa w stanie mi pomóc, zmęczeni już tym tematem... stąd też pomysł założenia wątku. Wiem, że moim największym problemem w tym wszystkim jest brak umiejętności (woli? jaj? odwagi?) aby podjąc decyzję i ruszyć z miejsca.
Jeśli ktokolwiek miał czas i ochotę to przerczytać i mógłby napisac coś konstruktywnego, to z gory dziękuję.