achjakprzyjemnie35
17.07.12, 09:22
Przeczytałam wczoraj zalinkowany opis zdrady pewnego 50latka. Opisał dośc szczegółowo, że cuda robił, aby szanowna małżonkę zachęcic do wspólnego pożycia, a tu zonk. Po kilkudziesięciu latach znalazł szczęście poza domem - że tak to ujmę. No i o co mi chodzi? Ano o to, ze został zjechany, na czym świat stoi. Argumenty - no bo przysięgał na dobre i na złe.
Piszę to po to, żeby dać upust własnej frustracji. Ja mu wierzę, bo mam na razie to samo - oprocz zdrady. Od wielu, wielu lat rozmawiam, proszę, namawiam na wizytę u specjalisty i nic. Totalne "wdupiemanie" - wybaczcie. Radę "zostaw go" można sobie nie powiem co zrobić, bo nie zawsze się da. Bo nie mam dokąd pójść, bo za mało zarabiam, bo mam dziecko, bo nie mam szans na lepszą pracę. I teraz dopiero do sedna problemu - czy przysięganie "na dobre i na złe" ma usprawiedliwiać wszystko i zdominować cale życie człowieka? Czy to, że zostało się po prostu oszukanym nic nie znaczy? Nie usprawiedliwia?
Ja wiem, żę zaraz mi napiszecie to, co wszystkim z podobnym problmem - zawsze jest wyjście, znajdź lepsza pracę, rozwiedź sie, podzielcie majątek na pół...
Czy ten zdradzający zawsze SŁUSZNIE postrzegany jest jako "wujek samo zło"?? "No bo przecież mu przysięgałaś"...