twojabogini
03.09.12, 18:38
Niby wszystko powinno być proste: gdy kobieta i dzieci są ofiarami mężczyzny-tyrana, gdy doświadczają z jego przemocy w okrutnych i wyrafinowanych formach, sprawca powinien być natychmiast izolowany. Kobieta i dzieci powinny otrzymać wsparcie i pomoc. Ani to wszystko kosztowne, ani trudne, są odpowiednie regulacje prawne. A jednak policja odmawia interwencji, wszystko ciągnie się miesiącami, i jeszcze trafiają się urzędasy "szanujące integralność rodziny". Takim kobietom zdarza się w trakcie całej procedury słuchać głupich żarcików, że może przesadzają, przecież każdy mężczyzna czasem się wścieka (z cytatów "a co pani taka delikatna" "to może lepiej już się dostosować, bo sama z dziećmi to pani sobie nie poradzi") itp. A przez cały ten czas kobieta jest narażona na dalszą przemoc, na jeszcze większą skalę - bo odważyła się powiadomić sąd, policję...
Czuję w takich razach ogromną złość i bezsilność. A przecież to nie ja się boję...Mnie to wypala, ogarnia mnie poczucie beznadziei, a przecież ktoś musi walczyć, pomóc, mieć siłę, której te kobiety mają niewiele...Skoro na mnie to wszystko tak wpływa - to jak czują się one - od lat poniewierane, maltretowane?
Coś się we mnie przelało, zastanawiam się z kilkoma znajomymi kobietami nad założeniem fundacji, która pomagałaby kobietom w trudnych sytuacjach. W zasadzie już zakładamy - jesteśmy na etapie formalności. Jako instytucja, a nie osoby prywatne być może zyskamy większą siłę przebicia. Z drugiej strony - jest we mnie mnóstwo wątpliwości, czy cokolwiek uda się nam zmienić...To chyba nie najlepszy nastrój na start takiego przedsięwzięcia.
Tak tylko potrzebowałam się wypisać...