tanstaafl
14.11.12, 15:30
Miałam niedawno "awanturę o kasę". Facet zwrócił uwagę na fakt rozwalenia się jednego z mych nielicznych cyckonoszy i zasugerował bym sobie kupiła nowy. Na moje stwierdzenie, że w tym miesiącu mnie nie stać, a i w przyszłym mam kilka wydatków zdziwił się wielce. Uświadomiłam, że stanik na moje cycki kosztuje około 150 zł sztuka. Usłyszałam w odpowiedzi, że nie muszę sprowadzać z GB ani kupować w Triumfie, że są tańsze. Popukałam się z gracją w czoło nie wnikając w temat, bo uświadomienie temu egzemplarzowi, że Triumf, to raz na ruski rok ma mój rozmiar w wersji "babcinej", a o sieciówkach, to mogłam myśleć jak mi dopiero rosnąć zaczynały. Podobna sytuacja się powtórzyła przy okazji kozaków.
Zamiast się kłócić(co nie działa, bo mój egzemplarz ma zawsze rację, a jak nie ma patrz punkt pierwszy) zabrałam go na zakupy. Ja tej czynności nie cierpię, on trochę mniej, a że miał przy okazji coś dla siebie zanabyć, to nie protestował. Wskazałam mu kozaki na które będę polowała na przecenie (fakt, że dość drogie, bo ecco, ale u mnie to zakup na 2 lata, a nie pół sezonu), zaprowadziłam do bieliźniarskich, łagodnie wyjaśniłam, że w tym sklepie mogę ubrać najwyżej sutki, w tym czeka mnie powtórka zakupu po pierwszym praniu, a w tym zostawię nie 200zł, a pół pensji i nie swojej, a jego. Wyszedł zielonkawy.
I tu pytanie. Jakim cudem żyjąc na tym świecie można nie być świadomym tego, że babskie rzeczy są drogie?