Dodaj do ulubionych

Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną?

    • Gość: clara Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.10.01, 22:52
      Byłam kochanką.Odszedł ode mnie.Nie przestałam darzyć Go uczuciem.Ciągle mam
      wiele ciepła dla Niego.Nie umiem zapomnieć.Nie umiem przestać żałować, choć wiem
      że taki układ dla nikogo nie jest dobry.Czuje się wspaniale jak jest przy mnie.
      Czasami bywa przy mnie.
    • Gość: Romantyk Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 07.10.01, 00:10
      Ona i ja byliśmy najlepszymi kumplami w życiu. A ja w niej znalazłem też
      największego przyjaciela. W przypadku mężczyzny i kobiety dzieli ich wówczas
      cienka nitka od miłości. Może ona być jednak murem nie do przebicia, jeśli
      stanie się dojrzałym wyborem na zawsze. Jest to jednak proces, który wymaga
      czasu na przetrawienie pokus i jasnego postawienia sytuacji. Wszystko szło
      dobrze i gdyby nie to, że żona od wielu lat nie doceniała mnie. Przypominała
      osobistego detektywa w śledzeniu wszelkich wad, potknięć i czego to jeszcze nie
      zrobiłem a powinienem zrobić. A każdy mężczyzna wie, jak złą atmosferą dla
      miłości, wierności i chętnego przebywania w domu jest brak doceniania,
      akceptacji i zrozumienia. Potem kobiety się dziwią, dlaczego on mnie zdradził,
      dlaczego zakochał się w innej? Przecież ja go kocham i zrobiłabym dla niego
      wszystko.
      W moim wypadku żona mnie kochała, ale nie potrafiła być moim przyjacielem i nie
      potrafi do dziś. Profesor Kotarbiński napisał kiedyś tak: „Miłość bez przyjaźni
      to początek bolesnego dramatu”. Moje małżeństwo trwało piętnaście lat w
      oczekiwaniu na ten dramat. Przeżyłem to na sobie bardzo boleśnie. Nie
      wiedziałem jednak, że oprócz mojej żony będzie on również bardzo dramatyczny
      dla tej DRUGIEJ i jednocześnie mojego życiowego przyjaciela. Gdybym mógł cofnąć
      czas, zaoszczędziłbym bólu wszystkim.
      Przyjaźń z tą DRUGĄ uratowałem. Gorzej z moim małżeństwem. Okazało się, że moja
      żona nie umie przebaczać. Chciała zrobić ze mnie pieska na sznurku, by móc mi
      na nowo zaufać. Musiałbym przestać być sobą, a tego nie potrafię.
      Ożeniłem się za szybko, zaledwie po półrocznej znajomości. To był największy
      błąd w moim życiu. Nasze charaktery zbyt bardzo się różniły. A tam gdzie za
      dużo różnic, tam trudne małżeństwo.
      Mój największy przyjaciel i na około pół roku ta DRUGA była kobietą bardzo
      zazębiającą z moją osobowością. Takie osoby zaczynają mówić o
      sobie „jedyni”, „brakujące połówki”. W jednej z korespondencji tak napisałem
      do NIEJ:
      „Zauważyłaś zapewne, że nasze stosunki życiowe zachodzą w dwóch płaszczyznach.
      Pierwsza to ta ludzka. Możemy po niej iść bardzo blisko siebie, bo tak się
      składa, że bardzo dobrze się nam obok siebie idzie. Tworzymy dwóch dobranych
      kompanów w przygodzie pt.: „Życie” i chyba z nikim tak dobrze mi się nie
      robiło czegokolwiek, jak tylko z Tobą.
      Sfera druga jest natury uczuciowo emocjonalnej. Ale nie tylko, dotyczy też
      sensu życia , jego kształtu i spełnienia wewnętrznych, najgłębszych potrzeb
      specjalnej jedności dwojga „najlepszych”. Wynika to ze zróżnicowania płci i
      dopasowania naszych osobowości. Ten obszar stał się dla nas kuszącym
      odkryciem. W zasięgu ręki pojawiło się coś, czego najbardziej potrzebujemy, aby
      spełniły się sny o idealnym związku, miłości, domu. Nad to zbliżyły nas bardzo
      podobne doświadczenia w naszych perypetiach z dotychczasowymi „partnerami” na
      życie.
      Tą drugą sferę mogłaś wyraźnie dostrzec w moim liście. Jest prawdziwa i piękna,
      spodobała Ci się, ale też przeraziła. Nie obawiaj się jednak, jesteśmy chyba
      zbyt dojrzali wewnętrznie aby zburzyć czyjeś, by na gruzach nieszczęścia
      zbudować swoje. Nie odrzucę nigdy dotychczasowych odpowiedzialności za moją
      rodzinę. I nie obawiaj się, że być może podejrzewam Ciebie o cokolwiek w tym
      względzie”.
      Jednak na pół roku nasza przyjaźń zmieniła się w miłość i skończyła koszmarem.
      Jeśli kogoś to zainteresuje, mogę napisać trochę więcej o tej miłości. Tak dla
      ostrzeżenia wszystkich kochanek, kochanków i tych, którzy rozważają takie
      możliwości.
      • Gość: aniutek Re: Njwieksza przyjaz˙n´, najwie˛ksza mi?os´c´ IP: *.c3-0.nyw-ubr2.nyr-nyw.ny.cable.rcn.com 07.10.01, 01:17
        Napisz Romantyku ciag dalszy...
        dzieki :)
        • Gość: eva Re: Njwieksza przyjaz˙n´, najwie˛ksza mi?os´c´ IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 07.10.01, 11:12
          Gość portalu: aniutek napisał(a):

          > Napisz Romantyku ciag dalszy...
          > dzieki :)

          dolaczam sie do prosby aniutka...
        • Gość: Romantyk Re: Njwieksza przyjaz˙n´, najwie˛ksza mi?os´c´ IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 08.10.01, 00:38
          Wczoraj w sobotę bardzo późno napisałem. Dziś (niedziela)też dopiero po północy
          zasiadłem do komputera. Prawie cały dzień nie było mnie w domu. Zerknąłem
          pobieżnie na Wasze głosy i zauważyłem kilka próśb o ciąg dalszy. Dobrze,
          napiszę. Ale wpierw przeczytam dokładnie wszystkie notki. Potem przygotuję ciąg
          dalszy. To jest coś najbardziej niezwykłego i poważnego, co spotkało mnie w
          życiu. Niechciałbym jednak przeżyć tego drugi raz. Ale o tym w najblizszym
          czasie.
          Pozdrawiam wszystkich
          Romantyk
          • Gość: kasia Re: Njwieksza przyjaz˙n´, najwie˛ksza mi?os´c´ IP: *.groupsci.pl 16.10.01, 15:50
            Gość portalu: Romantyk napisał(a):

            > Wczoraj w sobotę bardzo późno napisałem. Dziś (niedziela)też dopiero po północy
            >
            > zasiadłem do komputera. Prawie cały dzień nie było mnie w domu. Zerknąłem
            > pobieżnie na Wasze głosy i zauważyłem kilka próśb o ciąg dalszy. Dobrze,
            > napiszę. Ale wpierw przeczytam dokładnie wszystkie notki. Potem przygotuję ciąg
            >
            > dalszy. To jest coś najbardziej niezwykłego i poważnego, co spotkało mnie w
            > życiu. Niechciałbym jednak przeżyć tego drugi raz. Ale o tym w najblizszym
            > czasie.
            > Pozdrawiam wszystkich
            > Romantyk

            Czytałam Twoją wypowiedź Romantyku. Ale patrzę na to z innej strony - tej
            babskiej. Ja miałam takiego kumpla od serca. Przez długie lata. Był mi potrzebny
            do życia. Nic nas nie łączyło, żeden tam seks, czy flirt. To była faktycznie
            przyjaźń. Ale okazało się że takie proste to było wyłącznie z mojej strony. Całę
            lata tego nie widziałam, bywał u nas w domu, my u nich. Jeżeli szliśmy na wielką
            wódkę, to wiadomo było, ze nawzajem sie odprowadzimy do domów, bez ekscesów. Nie
            zauważyłam, że od jakiegos czasu patrzy na mnie inaczej. I skończyło się. I mimo,
            ze oboje byliśmy właśnie wolni po przejściach (niestety mój eks puścił mnie w
            trąbę), nie skorzystałam z tej możliwości. Dla mnie był wyłącznie przyjacielem,
            okazało się, że kiedy odmówiłam - stał się moim wrogiem. :)) Dlaczego? Możze Ty
            mi odpowiesz. Brakuje mi tej przyjaźni. To pewnie tak jak z meblem, do którego
            się przyzwyczajasz... Ale jest mi pusto.
      • Gość: lys Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 07.10.01, 02:54
        Wszystko w stopniu najwyższym, a taki smutny koniec... pieknie piszesz,
        Romantyku, ale nie zawsze ewolucje przyjaźń <-> miłość ( niezależnie od
        kolejności) niosą zniszczenie. W związku trudnym, niemożliwym jestem od 5 lat.
        Fascynacja, zauroczenie, zaufanie, miłość; do przyjaźni dojrzewaliśmy dłużej,
        ale i ona jest (nasyciła to, co już było; dziś nawet nie wyobrażam sobie, że
        mogłoby być inaczej).
        Nie było nagłego koszmaru, jest tylko smutek, że nie będzie jeszcze bardziej..
        Świadomość w obojgu "ulotności" (jesli tak można mówić o półdekadowym trwaniu)
        wystarcza za wszelkie katastrofy...
        ( czy przechowujesz w domu kopie listów???:)
        • Gość: alfina Re: Najwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 07.10.01, 19:38
          Od jakiegoś czasu śledzę toczącą się rozmowę. Wcześniej, mimo tego, że sieć
          stwarza możliwość niezobowiązującego dzielenia się poglądami i przeżyciami nie
          zdecydowałam się na dorzucenie swoich doświadczeń. Teraz znajduję ulgę w
          pisaniu. Przez długi czas myślałam, że takich kobiet jak ja jest niewiele. Bo
          przecież to, co dzieje się w moim życiu, to co przeżywam jest zakazane,
          niemoralne, godne potępienia. Dzisiaj wiem, ze nie jestem sama. Nie znaczy to
          wcale, że czuję się z moimi problemami lepiej. Jestem żoną, matką i kochanką.
          Tak to nazywam, choć dotychczas nie wylądowałam w łóżku mojego przyjaciela.
          Najpierw o rodzinie. Mąż mój jest obiektem westchnień wielu kobiet.
          Inteligentny, przystojny, zaradny. Człowiek sukcesu, kierujący dobrze
          prosperującą firmą. Elegancki samochód, wygodne życie. Mieliśmy ciut ponad
          dwadzieścia lat, kiedy wzięliśmy ślub. To była szalona, szkolna miłość. Taka z
          gitarą, chodzeniem po górach i sexem dopiero w noc poślubną. Teraz mamy za
          sobą 14 lat udanego życia. Przez ten cały czas miałam w domu oparcie i dobrego
          ducha - lekarstwo na wszystkie kłopoty. Moje życie było stabilne i spokojne...
          Może to nieskromnie zabrzmi, ale także zawsze miałam wokół siebie wielu
          mężczyzn. Odporna na propozycje spędzenia uroczej nocy, szczyciłam się tym, że
          jestem wierna i należę tylko do jednego mężczyzny. Duszą i ciałem. Żarty
          owszem, imprezy, tańce, wyjazdy służbowe itp. Ale żadnego angażowania się.
          Któregoś zwykłego dnia pojawił się On. O całe dziesięć lat starszy, żona,
          dorastające dzieci. Kiedy po raz pierwszy spojrzeliśmy na siebie przeskoczyło
          tysiące iskier. Najpierw połączyła nas pasja a później także niespodziewanie
          nasze drogi zawodowe zaczęły biec w tym samym kierunku. Spotkania tylko w
          oficjalnych sytuacjach. Ale zawsze oczekiwanie i dzika radość. Wymiana
          uśmiechów, ciepłe, ale oszczędne słowa. Obserwowaliśmy się bacznie przez ponad
          dwa lata. Rozmawialiśmy i wymienialiśmy poglądy. Magnes działał nieustannie.
          Podświadomie czułam, że cos wisi w powietrzu. Nie potrafiłam obronić się przed
          tym. A także nie chciałam. Nastąpił wybuch. Eksplozja uczuć. Świat zawirował
          wszystkimi kolorami tęczy. Unosiłam się nad ziemią i czułam, że mogę góry
          przenosić. Przez ekran telefonu przewinęło się tysiące wierszy. Zaczęliśmy
          spotykać się, uważając, aby nie robić tego kosztem rodziny. Zawsze mieliśmy
          głowy pełne pomysłów na spędzenie wolnego czasu. To nie było trudne.
          Wspinaczka, na punkcie której oboje mamy bzika pozwalała nam widywać się bez
          wzbudzania podejrzeń. Zresztą przez wszystkie lata mojego małżeństwa
          sprawdzałam się jako osoba, której można ufać. Kiedy rozstawaliśmy się, zawsze
          myślałam...im więcej Ciebie tym mniej...Niedługo minie rok od czasu naszego
          psychicznego zbliżenia. Rok radości, rozkoszy i bólu. Wyrzutów sumienia.
          Niekończących się rozmów o tym, że musimy to skończyć, że nie możemy ranić
          życiowych partnerów naszą nieobecnością duchową w domu. Bo przecież cóż znaczy
          obiad na stole, ciasto w piekarniku, kwiaty w oknie i pachnące mieszkanie.
          Nienaganne stoski ubrań w szafie, wyczyszczone buty na wycieraczce, kiedy w
          każdej minucie myśli biegną w kierunku innego człowieka. Każdego dnia, kiedy
          budzę się i zamykam oczy, nienawidzę się za tęsknotę do tego mężczyzny, obłędne
          pragnienie bycia razem. Przez ten cały czas naszej znajomości, w sumie trzy
          lata, nie doszło między nami do zbliżenia. Ktoś powie...nienormalni. Dorośli
          ludzie, zafascynowani sobą muszą przecież uprawiać sex. Wielokrotnie
          rozmawialiśmy o tym. Ja ciągle nie byłam gotowa do tej przysłowiowej fizycznej
          zdrady, a On nigdy nie nalegał. Jednak pragnę Go całą sobą. Jego duszy i ciała.
          Nigdy nie nazwaliśmy tego co nas łączy, niczego sobie nie obiecywaliśmy. Czasem
          widuję Jego żonę. Nie znam jej, ale czuję do niej sympatię. Zawsze przepraszam
          ją w myślach i obiecuję jej, sobie, nam wszystkim, że to się lada dzień
          skończy. Zwariowałam i nie wiem jak mam dalej żyć...
          • Gość: ak Re: Najwieksza przyjaz˙n´, najwie˛ksza mi?os´c´ IP: *.c3-0.nyw-ubr2.nyr-nyw.ny.cable.rcn.com 08.10.01, 02:35
            moze to zabrzmi brutalnie - wydaje mi sie, ze spelnienie waszej milosci
            sexem wiele by wyjasnilo. Tak ja sobie czytalam to co napisalas Alfina i
            bilo z tego wielkie pragnienie i namietnosc. Ja nie bylabym w stanie tak
            dlugo sie powstrzymywac ale ludzie sa rozni :)
            jak dlugo jeszcze wytrzymasz? przeciez w koncu cos bedziecie musieli
            zrobic- tak sie nie da zyc! a twoj maz ? niczego sie nie domysla, nie
            przeczuwa?
            • Gość: alfina Re: Najwieksza przyjaz˙n´, najwie˛ksza mi?os´c´ IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 09.10.01, 16:47
              AK! Spełnienie miłości seksem...i jednocześnie zdrada fizyczna. Wielokrotnie
              myślałam o tym. Wymarzyliśmy sobie tę chwilę. Jest takie miejsce, gdzie
              chcielibyśmy się kochać. Z dala od świata. Wysoko w górach. W ciszy pomiędzy
              niebem i ziemią. Ale czy dzięki temu, później, łatwiej byłoby nam zapomnieć o
              sobie? Czy wtedy wyrzuty sumienia nakazałyby mi zniknąć z życia tego mężczyzny?
              Być może. Nie wiem. Nigdy wcześniej nie miałam takich doświadczeń. A jeśli to
              tylko umocni naszą więź? Jeśli w ogóle jest możliwe, aby cokolwiek mogło
              dopełnić ten nie do opisania słowem rodzaj harmonii. Na razie nie wyobrażam
              sobie późniejszego powrotu do domu, pierwszej nocy w sypialni, spojrzenia w
              lustro...Zgadzam się z Tobą, że tak nie można żyć. Bo to rodzaj wegetacji. Ale
              na razie żadne z nas nie znalazło w sobie dość siły, aby odciąć się od tego,
              zapomnieć, albo spróbować wrócić do przyjaźni, od której wszystko się zaczęło.
              Kiedyś obiecaliśmy sobie, że bez względu na to, co się wydarzy w przyszłości,
              zawsze będą łączyć nas przyjacielskie stosunki. Wielokrotnie udowodniliśmy
              sobie, że możemy liczyć na siebie w trudnych sytuacjach. Że potrafimy razem
              rozsupłać niejeden problem. Nie dawno mój Przyjaciel napisał do mnie: „ Kiedy
              Cię nie ma pozwalam sobie na wspomnienia. Nie przeszkadza mi ani odległość ani
              nieobecność. Jesteśmy dwoma dźwiękami tej samej fugi i nic nie może temu
              przeszkodzić. Istniejesz Ty, ja i my, którzy nie jesteśmy już tylko Tobą i mną,
              my, którzy jesteśmy czymś więcej.” Zapytałam później, co będzie, kiedy dźwięki
              umilkną? Albo okaże się, że już czas, aby ugasić ten ogień? Odpowiedział: ”To
              jest klasyka, która jest ponadczasowa. Dźwięki zostały zapisane w partyturze
              życia. Każda następna interpretacja może być tylko piękniejsza.” Pytałaś także,
              czy mój mąż coś przeczuwa. W naszym na pozór poukładanym już życiu, mamy czas
              także na własne pasje. Niestety, one nie pokrywają się. Moje są szalone, często
              ekstremalne, wymagające najczęściej wysiłku fizycznego (zimą snowboard –
              głównie poza trasą, latem żagle, rower, tenis). Mój mąż zaś... gra w szachy, i
              lubi wypoczywać w pozycji leżącej. Trudno to pogodzić. Wspominałam wcześniej o
              jednej z moich największych miłości. Wspinam się już jakiś czas. Układam moje
              zawodowe i domowe obowiązki tak, aby od czasu do czasu zapakować plecak i
              ruszyć w góry. Niemal wszystkim zaraziłam także naszego syna, dlatego kiedy
              opuszczamy dom, mąż jest nawet zadowolony, że ma czas dla siebie. A tam, w
              gronie inny znajomych spotykam mojego Przyjaciela. Od zawsze w moich sportach
              byli mężczyźni, dlatego nie budzi to podejrzeń. Kiedyś zostałam zapytana, po
              powrocie z kilkudniowej wyprawy :”-spałaś z tym starszym facetem , no, jak on
              tam ma na imię?” moja odpowiedź nie rozmijała się z prawdą. Resztę duszę w
              sobie. Kiedy wieczorem przytulam mojego syna, szepce mi do ucha:- mamusiu,
              jesteś tylko moja. Moja i tatusia.” Zawsze wtedy mam wrażenie, że pęknie mi
              serce. Także nie chciałabym, aby cierpiała żona mojego Przyjaciela i jego
              fantastyczne dzieciaki (właściwie powinnam napisać- młodzież), które także
              znam. Nawet gdybym była samotną kobietą, nie odważyłabym się zabrać Go
              rodzinie. W myśl zasady, że nie buduje się swojego szczęścia, na krzywdzie
              innych. Z drugiej strony może dużo gorsze jest życie w takiej obłudzie. Ale
              przynajmniej cierpią tylko dwie osoby a nie kilka...Dlatego wiem, ze musimy
              zabić w sobie to uczucie, zanim jego odłamki zranią innych i zachować na
              pamiątkę bogactwo setek wspólnych przeżyć, które nagromadziliśmy, i które nasze
              serca przechowują. Wczoraj w nocy napisał: „Nie mogę zasnąć. Widzę Cię w ciszy
              nocy, w świetle lampy, w filiżance kawy. W stercie książek. Jesteś ze mną...”
        • Gość: alfina Re: Najwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 07.10.01, 21:13
          Od jakiegoś czasu śledzę toczącą się rozmowę. Wcześniej, mimo tego, że sieć
          stwarza możliwość niezobowiązującego dzielenia się poglądami i przeżyciami nie
          zdecydowałam się na dorzucenie swoich doświadczeń. Teraz znajduję ulgę w
          pisaniu. Przez długi czas myślałam, że takich kobiet jak ja jest niewiele. Bo
          przecież to, co dzieje się w moim życiu, to co przeżywam jest zakazane,
          niemoralne, godne potępienia. Dzisiaj wiem, ze nie jestem sama. Nie znaczy to
          wcale, że czuję się z moimi problemami lepiej. Jestem żoną, matką i kochanką.
          Tak to nazywam, choć dotychczas nie wylądowałam w łóżku mojego przyjaciela.
          Najpierw o rodzinie. Mąż mój jest obiektem westchnień wielu kobiet.
          Inteligentny, przystojny, zaradny. Człowiek sukcesu, kierujący dobrze
          prosperującą firmą. Elegancki samochód, wygodne życie. Mieliśmy ciut ponad
          dwadzieścia lat, kiedy wzięliśmy ślub. To była szalona, szkolna miłość. Taka z
          gitarą, chodzeniem po górach i sexem dopiero w noc poślubną. Teraz mamy za
          sobą 14 lat udanego życia. Przez ten cały czas miałam w domu oparcie i dobrego
          ducha - lekarstwo na wszystkie kłopoty. Moje życie było stabilne i spokojne...
          Może to nieskromnie zabrzmi, ale także zawsze miałam wokół siebie wielu
          mężczyzn. Odporna na propozycje spędzenia uroczej nocy, szczyciłam się tym, że
          jestem wierna i należę tylko do jednego mężczyzny. Duszą i ciałem. Żarty
          owszem, imprezy, tańce, wyjazdy służbowe itp. Ale żadnego angażowania się.
          Któregoś zwykłego dnia pojawił się On. O całe dziesięć lat starszy, żona,
          dorastające dzieci. Kiedy po raz pierwszy spojrzeliśmy na siebie przeskoczyło
          tysiące iskier. Najpierw połączyła nas pasja a później także niespodziewanie
          nasze drogi zawodowe zaczęły biec w tym samym kierunku. Spotkania tylko w
          oficjalnych sytuacjach. Ale zawsze oczekiwanie i dzika radość. Wymiana
          uśmiechów, ciepłe, ale oszczędne słowa. Obserwowaliśmy się bacznie przez ponad
          dwa lata. Rozmawialiśmy i wymienialiśmy poglądy. Magnes działał nieustannie.
          Podświadomie czułam, że cos wisi w powietrzu. Nie potrafiłam obronić się przed
          tym. A także nie chciałam. Nastąpił wybuch. Eksplozja uczuć. Świat zawirował
          wszystkimi kolorami tęczy. Unosiłam się nad ziemią i czułam, że mogę góry
          przenosić. Przez ekran telefonu przewinęło się tysiące wierszy. Zaczęliśmy
          spotykać się, uważając, aby nie robić tego kosztem rodziny. Zawsze mieliśmy
          głowy pełne pomysłów na spędzenie wolnego czasu. To nie było trudne.
          Wspinaczka, na punkcie której oboje mamy bzika pozwalała nam widywać się bez
          wzbudzania podejrzeń. Zresztą przez wszystkie lata mojego małżeństwa
          sprawdzałam się jako osoba, której można ufać. Kiedy rozstawaliśmy się, zawsze
          myślałam...im więcej Ciebie tym mniej...Niedługo minie rok od czasu naszego
          psychicznego zbliżenia. Rok radości, rozkoszy i bólu. Wyrzutów sumienia.
          Niekończących się rozmów o tym, że musimy to skończyć, że nie możemy ranić
          życiowych partnerów naszą nieobecnością duchową w domu. Bo przecież cóż znaczy
          obiad na stole, ciasto w piekarniku, kwiaty w oknie i pachnące mieszkanie.
          Nienaganne stoski ubrań w szafie, wyczyszczone buty na wycieraczce, kiedy w
          każdej minucie myśli biegną w kierunku innego człowieka. Każdego dnia, kiedy
          budzę się i zamykam oczy, nienawidzę się za tęsknotę do tego mężczyzny, obłędne
          pragnienie bycia razem. Przez ten cały czas naszej znajomości, w sumie trzy
          lata, nie doszło między nami do zbliżenia. Ktoś powie...nienormalni. Dorośli
          ludzie, zafascynowani sobą muszą przecież uprawiać sex. Wielokrotnie
          rozmawialiśmy o tym. Ja ciągle nie byłam gotowa do tej przysłowiowej fizycznej
          zdrady, a On nigdy nie nalegał. Jednak pragnę Go całą sobą. Jego duszy i ciała.
          Nigdy nie nazwaliśmy tego co nas łączy, niczego sobie nie obiecywaliśmy. Czasem
          widuję Jego żonę. Nie znam jej, ale czuję do niej sympatię. Zawsze przepraszam
          ją w myślach i obiecuję jej, sobie, nam wszystkim, że to się lada dzień
          skończy. Zwariowałam i nie wiem jak mam dalej żyć...
        • Gość: alfina Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 09.10.01, 22:38
          Lys, napisz, jesli możesz, cos więcej o swoich przeżyciach, o niemozliwym
          związku. Właśnie rozpaczliwie szukam recepty na życie z nowym bagażem
          doswiadczeń.Będę wdzięczna.
      • Gość: Mifun Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.if.uj.edu.pl 07.10.01, 22:26
        Czekamy, Romantyku.
        • Gość: alfina Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 07.10.01, 22:35
          Wybacz Romantyku, że moja smutna twórczość znalazła się pod Twoim "szyldem".
          Tak jakoś "kliknęło się".Także czekam na Twoją opowieść.
          • Gość: Romantyk Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 08.10.01, 00:55
            Wczoraj w sobotę bardzo późno napisałem. Dziś (niedziela)też dopiero po północy
            zasiadłem do komputera. Prawie cały dzień nie było mnie w domu. Zerknąłem
            pobieżnie na Wasze głosy i zauważyłem kilka próśb o ciąg dalszy. Dobrze,
            napiszę. Ale wpierw przeczytam dokładnie wszystkie notki. Potem przygotuję ciąg
            dalszy. To jest coś najbardziej niezwykłego i poważnego, co spotkało mnie w
            życiu. Niechciałbym jednak przeżyć tego drugi raz. Ale o tym w najblizszym
            czasie.
            Pozdrawiam wszystkich
            Romantyk
      • Gość: amelka Re: Njwieksza przyjażń, największa miłość IP: 195.205.118.* 09.10.01, 11:21
        cześć Romantyku,
        ze wzruszeniem przeczytałam twoja historię i tak jak wszyscy czekam na cdn.
        on i ja poznalismy się gdy on zrywał ze swoja dziewczyną. wypłakiwał mi się na
        ramieniu, zrodziła się z tego przyjaźń. poznałam kogoś kto tak samo patrzył na
        życie... nie jestem nastolatką i kilka razy próbowałam w różnych zwiazkach, ale
        nigdy nie było tego czegoś, co zdarzyło się tym razem. on czuł podobnie. od
        przyjaźni przeszliśmy do miłości. szalone spotkania... niestety, znalazły się
        podejrzenia: on mnie o zwiazki z poprzednim meżczyzna, ja jego o zwiazki z jego
        byłą. zaczęliśmy się nawzajem wyniszczać, prawić sobie złośliwosci itp. on
        zrezygnował i wrócił do tamtej dziewczyny. ja jestem sama. kocham go... i
        doprawdy nie wiem co zrobić. nie ma tutaj żadnych małżeńskich więzów, ale on z
        nią jest. szukamy nawzajem swojej bliskości, ale to dla mnie za mało.
        przyjaźń-miłość ...i co dalej????
    • Gość: Romantyk Re: Początek mojej największej miłości IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 08.10.01, 04:29
      Nie było by kochanek ani kochanków, gdyby pojawiająca się miłość nie była nowa,
      piękna i pociągająca. Miłość ma to do siebie, że jest najbardziej pożądaną
      słodyczą dla naszych serc. Nieraz w swoim życiu małżeńskim spotykałem kobiety i
      czułem, że z nimi moje życie byłoby o niebo słodsze niż z moją żoną. Dojrzałość
      mężczyzny polegała jednak dla mnie na odpowiedzialności za mój wybór i
      świadomego dochowywania wierności. Pojawiające się pokusy lepszych i większych
      miłości były dla mnie rzeczą normalną i radziłem sobie z nimi nieźle. Czasem
      nawet gdzieś w środku pojawiał się mały kwiatek uczuć w jakąś pozamałżeńską
      stronę. To też było dla mnie naturalne jak przebiśniegi na wiosnę. Zwłaszcza,
      że brakowało mi dojrzałej miłości, przyjaźni i partnerstwa w moim małżeństwie.
      Jeśli jednak nie pielęgnuje się uczuć, to one znikają. Jeśli nie dbasz o
      kwiatka, on uwiędnie. Prawa dbałości o naturę i uczucia pokrywają się ze sobą.
      Kiedy małżeństwo jest trudne i niełatwo się je buduje i przynosi ono niski
      poziom satysfakcji, bardzo łatwo mogą się pojawić uczucia do innej kobiety.
      Mówiłem jednak sobie za każdym razem, że to naturalne, rozwojowe i czekałem
      czasem kilka tygodni, aż nowe emocje wygasną.
      I tak minęło mi kilkanaście lat małżeństwa. Mój potencjał romantyczny nigdy nie
      znalazł swego ujścia. Moja żona wciąż nie umiała mnie akceptować takiego jakim
      byłem, nie potrafiła być moim przyjacielem, z którym bym sobie o wszystkim
      porozmawiał. We własnym domu nie czułem się spokojnie i jak u siebie. Zwykle
      coś mi tam „brakowało”, tamto robiłem źle, owamto powinno być inaczej. Z jednej
      strony dobra gospodyni, matka dzieci, dbająca żona , z drugiej – permanentna
      pesymistka, cieknąca rynna.
      Narzekająca na mnie żona doprowadziła do tego, że w jednej sypialni spaliśmy
      osobno przez rok czasu.
      Myślę, że przyznacie mi rację, że była to sytuacja bardzo kochankogenna. To
      właśnie wtedy zachwiałem moją największą przyjaźnią i wykorzystałem ją do
      otworzenia miłości.
      Miałem po prostu dość. Chciałem miłości: prawdziwej, głębokiej, najsłodszej i
      dojrzałej – choćby na skróty. To była szalona myśl. Chciałem kochać, kochać,
      kochać... Dać z siebie wszystko i otrzymać wszystko... To było jak sen, który
      przyśnił się na jawie.
      Widziałem, że moja DRUGA ma wszystko w sobie, co tylko ja potrzebuję, a ona we
      mnie. Oboje potrzebowaliśmy tego samego, ale nasi partnerzy byli przede
      wszystkim naszymi przeciwieństwami niż uzupełnieniami. Tak to czasem w życiu
      się dziwnie ułoży. Nieraz żartowaliśmy, że powinniśmy zamienić
      naszych „podopiecznych” i byłoby idealnie. Nie było jednak sposobu. Ja miałem
      już żonę i komplet dzieci. Ona - 24 lat, ostatni rok studiów, chłopaka z którym
      chodziła sześć lat i zaczynała planować małżeństwo.
      Żeby nie przedłużać, przeskoczę teraz na sam początek naszej największej
      miłości.
      W miłości jest tak, żeby ona mogła naprawdę ujrzeć światło dzienne, trzeba ją
      nazwać, ująć ją w słowa i zanieść prosto do serca osoby kochanej. To jest
      najważniejszy moment. Od tej chwili wychodzi ona ze swojego brzemiennego
      ukrycia i zaczyna żyć na jawie. I tu zaczynają się prawdziwe konsekwencje.
      Moją potajemną z początku miłość obudziłem do życia takimi min słowami. (Jest
      to fragment listu do mojej DRUGIEJ) :

      (...)Ty jesteś ostatnią dziewczyną, którą spotkałem i na której skończyłem
      szukać, bo to Ty okazałaś się tą moją jedyną, idealną, cudowną, najpiękniejszą
      istotą, którą każdy dla siebie szuka. A jest to chyba najtrudniejsze życiowe
      zadanie i przypomina szukanie igły w stogu siana. Już myślałem, że na wieki
      zostanę sam a samotność wewnętrzna będzie moim stałym złym daimonionem na
      horyzoncie życia, jak jesienne wichry i ciemne chmury za oknem przytulnego
      domu. Z takiego domu nie chce się wychodzić, ani nawet wychylać nosa i dopiero
      gdy wzejdzie słońce i zaleje okolicę pięknem światła i ciepła, dusza zaczyna
      porywać się do wyższego lotu. Takim słońcem, które pojawiło się na płaszczyźnie
      mojego życia i sprawiło, ze zacząłem nabierać nowej pełni, jesteś Ty – ta
      jedna, jedyna, wspaniała, w której nie widzi się żadnych wad i poza którą już
      nigdy nie szuka się żadnej innej, bo ma się już na zawsze z dwóch serc -
      jedno, z dwóch myśli – jedne, a w dwóch ciałach jedną duszę. A syty nie szuka
      jedzenia i podobnie ma się rzecz z sytością wewnętrzną. Nie potrzeba się wtedy
      bać o zaufanie, obawiać o drobiazgi, aby w czymś tam nie narazić partnerowi,
      udowadniać codziennie miłości... Każde spotkanie, każda obecność, każde wspólne
      działanie jest wówczas cudowną chwilą miłości a nie na przykład
      przeprowadzaniem śledztwa, sceną zazdrości czy wymuszaniem dowodów uczuć...
      itp. Znasz to zresztą z autopsji.
      Nie chciałbym, aby moje całe życie wyglądało w ten sposób. Trochę udało mi
      się go zmienić. Nie jest tak ciężkie jak nieraz bywało, choćby po części przez
      zwykłe „docieranie” się, a od jakiegoś czasu dzięki mojej specyficznej
      emigracji wewnętrznej, o której już ci wspominałem. I chyba jest to słuszne, bo
      jeśli nie wychodzi dzieło życia w rolach dwóch gołąbków, muszą zmienić poziomy
      swych lotów i lecieć dalej, nie niszcząc tego co było, a tworząc - ile się da –
      dobrego.
      Cóż jednak można począć, kiedy nie wybiera się czasu ani miejsca narodzin,
      ani rodziców, a kiedy wchodzi się w życie dorosłe i chce się założyć rodzinę w
      oparciu o najlepszą miłość i osobę, to okazuje się to jeszcze „trudniejsze” .
      Proste wydają się tylko marzenia.
      Na tym zagmatwanym świecie chyba nie udało mi się w stosownym czasie
      odnaleźć najwłaściwszej bratniej duszy. Dobrze jednak się stało, że miałem
      teraz szczęście spotkać kogoś takiego jak Ty...
      Trudno jednak pogodzić się z myślą, że spotkaliśmy się w zbyt oddalonych
      przedziałach czasu i miejsca, jakby po dwóch stronach rzeki, to jednak jest
      nadzieja i starczy jeszcze czasu, dla spełnienia się naszych najgłębszych
      marzeń i pragnień o przeżyciu czegoś wyjątkowo wspólnego i z kimś
      niepowtarzalnym”.

      Do Isy:
      Tak, przechowuję kopie listów.

      Do alfiny:
      Zwariowałem tak samo jak Ty i przeżyłem to samo co Ty, ale o siedem gór i
      siedem mórz dalej. Piszesz, że nie wiesz jak żyć dalej. Najprawdopodobniej z
      nikim jeszcze szczerze o tym nie rozmawiałaś. Spróbuj może z jakąś godną i
      umiejącą utrzymać zwierzenia w tajemnicy przyjaciółką. Sama w najbliższym
      czasie sobie nie poradzisz. Póki co korzystaj z pozytywnych doświadczeń
      na „Forum”. Mógłbym spróbować Cię wesprzeć, ale musiałabyś wyraźnie o to
      poprosić, bo nie lubię wtykać się indywidualnie w czyjeś osobiste życie. Żeby
      komuś można było pomóc, ten ktoś naprawdę musi tego chcieć. A o to jest w
      Twojej sytuacji niezwykle trudno, kiedy uczucia są bardzo silne...
      • Gość: alfina Re: Największa przyjaźń, największa miłość IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 09.10.01, 23:32
        Romantyku, jestem otwarta na krytykę, na nią akurat zasługuję najbardziej. Ale
        wdzięczna będę także za słowa wsparcia, które zaoferowałeś. Mam wielu
        znajomych, bliższych i dalszych, psiapsióły także mam. Nawet dwie. Ale nie mogę
        ich obarczać moimi problemami. One są także, po kilkunastu latach znajomości, w
        jakiś sposób związane z resztą mojej rodziny. Może to byłoby dla nich trudne.
        Piszesz, że sama sobie nie poradzę. Też tak czuję. Najbardziej zależy mi na
        tym, aby oprócz nas dwojga nikt już nie cierpiał. I wiesz, co jeszcze jest
        dziwne? Ja w przeciwieństwie do Ciebie na nic nie czekałam, niczego nie
        szukałam. Przyszło samo i od razu powaliło mnie na kolana. Mnie, taką pewną
        siebie i swoich reakcji, odporną przez tyle lat na urok innych mężczyzn.
        Pisałam już dzisiaj trochę o tym co kotłuje się we mnie. Czekam z
        niecierpliwością na dalszą część Twojej opowieści. Domyślam się zakończenia,
        ale pięknie ubierasz w słowa swoje doświadczenia, dlatego odbieram to także
        jako coś w rodzaju uczty intelektualnej. Pozdrawiam. alfina
        • Gość: Romantyk Re: Największa przyjaźń, największa miłość IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 10.10.01, 10:46
          Życie jak marzenia...

          „(...)Dane mi było zobaczyć moją gwiazdę. Mogłem się do niej zbliżyć.
          Poczułem ciepło każdego jej promyka. Mogłem napawać swe oczy jej blaskiem,
          czuć jej łagodny ruch po orbicie mojego szczęścia i każde jej tchnienie
          najsubtelniejszych uczuć. Widziałem z bliska jej ożywiające światło i spokojnie
          dałem się mu pochłonąć. Moje serce zakołatało znacząco. Poczuło to, co tylko
          sercem można zobaczyć: napływ najgorętszej miłości i jej wieczne przeznaczenie.
          - Nareszcie, nareszcie – wołały głosy podnieconej duszy. Wszystkie myśli
          kłębiły się radośnie a fala szczęścia jak powódź zalała dotychczasową szarość
          życia. A najważniejsza nad nią była moja gwiazda, DANA. Jak to imię cudnie
          zaczyna brzmieć, kiedy przestaje być tylko czyimś imieniem, a staje się połową
          nowego serca, łącznikiem zagubionych dusz i treścią najświeższych myśli.
          - DANO, DANUSIU jedyna, już myślałem, że nigdy Cię nie odnajdę; że świat
          absurdów i chaosu zagubił Cię dalej niż starczyło by mi czasu życia, by do
          Ciebie dotrzeć. Aż tu nagle parę chwil i kilka słów otwierają mi oczy i
          serce... I ujrzałem swoją najwspanialszą, jedyną gwiazdę, która zabłysła tuż
          nademną. I zaraz rozpoznałem jej światło, i zacząłem do niej zdążać...
          Życie nabiera najmocniejszego sensu wówczas, kiedy odnajduje się w nim
          swoją najgłębszą miłość. Nie każdy ją spotyka. Nie każdy ma w swoim życiu
          okazję choć raz powiedzieć wielkimi literami słowo „KOCHAM” i które to oznacza
          wszystko, co można najlepszego z siebie dać. A kochana osoba nie jest tylko
          biorcą, który wciąż zachłannie domaga się więcej, ale w swej również
          prawdziwej miłości, docenia troskę codziennego życia, uczucia i kształtującą
          się wciąż wspólnotę (...)”

          To jest mój ciąg dalszy.
          Zaraz jak otworzyłem naszą NAJWIĘKSZĄ MIŁOŚĆ, wybuchła ona z ogromną siłą. Nie
          przypuszczałem, że można aż tak mocno KOCHAĆ!!! Wszystko jedyne, wszystko
          największe, wszystko niepowtarzalne, tylko my, tylko dla siebie!!! Miłość,
          miłość, miłość, cudowność, cudowność, szczęście, szczęście... - to wszystko
          wypełniało każdą myśl i każdy zakamarek duszy. Nigdy w życiu nie byłem tak
          szczęśliwy i nigdy życie nie było dla mnie tak piękne.
          Ale co ja Wam będę opisywał, wszyscy którzy sięgnęliście po miłość z
          osobą „wyjątkową”, wiecie sami najlepiej jak cudowne to uczucie, kiedy łączysz
          się z drugą osobą tak bardzo, że nie wiesz, gdzie zaczynasz się ty i gdzie
          kończy się ona. Powstaje najdziwniejsza jedność, niczego nie brakuje, tworzy
          się najdoskonalsza wspólnota. Dwa serca stają się jednym, dwa umysły zgodną
          całością, a ciała – wspólnym, najgorętszym pragnieniem.
          To dziwne, miałem żonę, dzieci, rodzinę, małżeństwo a zakochałem się jak naiwny
          nastolatek pierwszy raz w życiu i chyba nigdy nie znajdę wystarczającej liczby
          słów, by to opisać. Zresztą brakowało mi ich cały czas na bieżąco, by wyrażać
          DANUCIE, jak ją mocno, głęboko i najwyżej kocham. Zacząłem więc pisać wiersze.
          Zostało mi sporo przemiłych pamiątek.
          Zacząłem budować wspaniały pałac miłości i spełnienia moich najskrytszych
          oczekiwań i marzeń. To był mój najpiękniejszy sen o szczęściu wyśnity na jawie.
          Szedłem (czytaj: śniłem) za moimi marzeniami i najgłębszymi pragnieniami jak
          lunatyk za księżycem.
          Każdy następny dzień był piękniejszy od poprzedniego, pałac miłości coraz
          wspanialszy a lunatyczny marzyciel przybliżał się coraz bliżej do swojej
          gwiazdy.
          Poddawałem się temu nie bez oporów i wewnętrznych walk, ale piękno sytuacji i
          najwyższe uczucia zwyciężały wszelkie opory i wszystko co rozsądne i właściwe
          odpychałem na bok, na później. Dałem się na pierwszym miejscu ponieść
          uwolnionej z ukrycia serc miłości na jej szczyty jedyności, bliskości i
          gorąca. Zaczęliśmy sobie mówić wzajemnie na potajemnych spotkaniach najmilsze
          słowa: kocham cię, kochana, kochany... A uściski i pocałunki scalały nas w
          jedno ciało, jednak czuliśmy, że jest to wciąż za mało, że dusze i ciała
          potrzebują wszystkiego. Miłość rozwijała się coraz głębiej i więcej. Życzyłbym
          wszystkim, by tak potrafili się kochać.
          Nikt z nas nie przypuszczał, że ta najwspanialsza miłość zamieni się kiedyś w
          największe cierpienie. Byliśmy zachwyceni sobą i nowością sytuacji tak bardzo,
          że nie starczało miejsca na cokolwiek innego. Cały czas na pierwsze miejsce
          wysuwały się emocje i wspaniałość chwili. Nie przypuszczałem nigdy, że to co
          mnie czeka w przyszłości, przerośnie moje wyobrażenia. Chciałbym wszystkich
          przestrzec przed przeżyciem takiego melodramatu jak nasz. Jest on bardzo
          piękny, ale to piękno w takich sytuacjach jest tylko pułapką. W naszym
          przypadku musieliśmy zabrnąć bardzo daleko, by to zrozumieć.
          Moją DRUGĄ, jedyną DANĘ, najwspanialszą DANUTĘ nigdy jednak nie nazwałem swoją
          kochanką. Nigdy tak o niej nie myślałem. Wróciliśmy do przyjaźni i tak niech
          będzie zawsze.
          Jak potoczyła się dalej nasza miłość i jak jeszcze długo żyła swym pięknem,
          napiszę w następnych odcinkach. Ale dawajcie mi odczuć, że tego potrzebujecie i
          że to Was ciekawi. To są bardzo osobiste sprawy i tylko wówczas, kiedy będę
          czuł, że mogą być one Wam w czymkolwiek pomocne, zmotywuje mnie to do dalszych
          zwierzeń i podzielenia się moim doświadczeniem, byście mogli uniknąć podobnych
          błędów i nie zabrnąć na samo dno tragedii uczuć jak ja i ONA.
          W cytowanych fragmentach listów zmieniłem imię mojej miłości na „Danutę”.
          Chciałbym, żebyście wiedzieli. Nie chcę mówić nic, co mogłoby być nieprawdą.
          Imię „Danuta” zamiast prawdziwego - to na wszelki wypadek, by ominąć
          najmniejsze i choćby przypadkowe skojarzenia. Nie chcę już nigdy zadać JEJ
          najmniejszego cierpienia.
          Imię „Danuta” ma też swoją historię. To było imię mojej pierwszej miłości w
          wieku 15 lat. Podkochiwałem się w koleżance z klasy, przez kilka lat i nigdy
          jej tego nie powiedziałem. W przypadku dzisiejszej DRUGIEJ DANUTY zrobiłem to,
          otworzyłem miłość z wzajemnością.

          Muszę już koniecznie kończyć. Na razie więc żegnam i do usłszenia za dwa trzy
          dni. I jeszcze tylko do:
          Do Alfiny:
          Dziękuję za zaufanie i otwartość. Krytykować Cię jednak nie będę, zrobiłaś to
          już sama w swojej pierwszej wypowiedzi. A aż nadto co dzień oskarża Cię Twoje
          własne sumienie. Potrzebujesz tylko pomocy i sposobu, by wycofać się z pułapki
          własnych uczuć i swego skrytego partnera. Oboje wpadliście jak ja i dziesiątki
          innych, ale jednego wam zazdroszczę, że jeszcze nie zaangażowaliście seksu.
          Będzie Wam o wiele łatwiej wyjść z tego. Im bardziej się zaangażujesz, tym
          większy ból potem Cię czeka. Na razie zrób chociaż jedno, jeśli dasz radę:
          zatrzymaj się. Czytaj dalej forum, śledź moją historię, trochę się z niej
          nauczysz jak sobie poradzić, chociaż najlepiej byłoby się spotkać fizycznie w
          realu, skoro nie masz odpowiedniej osoby wśród swych bliskich, którą mogłabyś
          obciążyć swym brzemieniem.
          Napisałaś: „Domyślam się zakończenia...” Spróbuj napisać je na forum. Ciekawe
          na ile będzie bliskie prawdy. To tez element terapii dla Ciebie.

          Dziękuję też Bogdzie i amelce za Wasze wypowiedzi, zainspirowane moim
          tematem „Największej przyjaźni i miości”. Czekam też na inne doświadczenia. Nie
          chciałby tego forum zająć tylko dla siebie.

          Muszę już naprawdę kończyć

          Romantyk


          • Gość: M Re: Największa przyjaźń, największa miłość IP: *.srkch.pik-net.pl 10.10.01, 13:08
            Drogi Romantyku, czy Ty aby troszkę nas nie zwodzisz, nie piszesz dla nas
            powieści, nie biegasz po polach wyobraźni?
            • Gość: Asia Re: Największa przyjaźń, największa miłość IP: *.tzf.com.pl 11.10.01, 09:19
              Tęż się nad tym zastanawiam. To jest zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.
    • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 08.10.01, 04:46
      Czy chcecie wiedzieć, co było dalej? A może się domyślacie, jakim torem
      potoczyła się moja miłość? Jakiego szukała sobie usprawiedlwienia? Powiedźcie,
      czy to normalne, że załamałem się i zacząłem szukać łatwiejszego szczęscia poza
      moim trudnym małżeństwem?
      Odezwę sę dopiero we wtorek późnym wieczorem.

      Wszystkim spragnionym miłości i szczęścia życzę miłego dnia.
      Do wtorku
      • Gość: bogda Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: 212.160.143.* 08.10.01, 10:12
        Oto mój sprawdzony przepis na to aby 26 lat po ślubie spać razem:
        1 rok - na złość koleżance, przyjaźń;
        2 rok - Przyjaźń, sympatia;
        3 rok - Przyjaźń, Sympatia, Sympatia;
        4 rok - PRZYJAŻŃ, Sympatia, Sympatia, Sympatia;
        5 rok - PRZYJAŹŃ, SYMPATIA,Sympatia,..............?;
        6 rok - PRZYJAŹŃ, Miłość, ślub;
        7 rok - PRZYJAŹŃ, MIŁOŚĆ;
        8 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ, dziecko;
        9 rok - PRZYJAŻŃ, miłość, DZIECKO;
        10 rok - PRZYJAŻŃ, Miłość, Dziecko;
        11 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ, Dziecko, dziecko;
        12 rok - PRZYJAŻŃ, miłość, 2 x d z i e c k o
        13 rok - PRZYJAŻŃ, ............, 2x dziecko, zmęczenie;
        14 rok - PRZYJAŻŃ;.............m
        15 rok - PRZYJAŻŃ;............mi
        16 rok - PRZYJAŻŃ,................mił
        17 rok - PRZYJAŻŃ,.................miło...
        18 rok - PRZYJAŻŃ,................miłoś.....
        19 rok - PRZYJAŻŃ,,.....................,DZIECKO ????,
        20 rok - PRZYJAŻŃ,miłość, DZIECKO;
        21 rok - PRZYJAŻŃ,MIŁOŚĆ, DZIECKO;
        22 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ, DZIECKO;
        23 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ, DZIECKO, ZIĘĆ;
        24 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ,DZIECKO, DOM?;
        25 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ, DZIECKO, DOM!;
        26 rok - PRZYJAŻŃ, MIŁOŚĆ, DZIECKO, DOM, PIES;
        Można dodać wspaniałych rodziców, łowienia ryb, dobrą i złą pracę, prawdziwych
        i fałszywych przyjaciół, bez ograniczeń Wiary w opatrzność Bożą i Pod Twoją
        obronę a nade wszystko trzeba uwierzyć, że jest to możliwe.
        Uwaga: Jak każdy przepis można modyfikować według własnego gustu, lecz trzeba
        się liczyć z możliwością zakalca!
        I tutaj anegdota: Wymyśliłam wspaniały biszkopt do niedzielnej kawy.
        Sobota wieczór - po długich przygotowaniach z piekarnika wyjęłam klasyczny
        okazały zakalec! - może jak wystygnie rano coś wymyślę, a jak nie to wyrzucę.
        Niedziela rano głos mojego męża - kochanie, świety ten sernik!
      • Gość: Tadeusz Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.gdansk.cvx.ppp.tpnet.pl 11.10.01, 00:06
        Daj cynk i powiedz co dalej .
        Dzisiaj wlazlem na F. i ciut posiedze
    • ewasold Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? 08.10.01, 16:53
      tak, to drugie, bardzo to przezylam. Z perspektywy wiem, ze powinnismy
      przygotowywac dzieci na taka ewentualnosc.
      Rzepicha
    • Gość: ja Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: 10.1.5.* / *.pf.com.pl 10.10.01, 22:16
      Zakochałam się. Niespodziewanie i bez przygotowania.
      To miała być przelotna znajomość. Dwoje ludzi, którzy mijają się gdzieś po
      drodze. On zupełnie nie w moim typie. Jeszcze żonaty i dzieciaty. Ja takich
      zawsze omijałam z daleka. Spotkaliśmy się któregoś wieczoru. Obydwoje daleko od
      domu. Wspólny wypad do knajpy i rozmowy do rana. Ot, takie zwykłe, niewinne
      nic. I to dosłownie niewinne, bo na rozmowach się skończyło. Moja decyzja.
      Nigdy jeszcze nie spałam z facetem, który by dla mnie nic nie znaczył.

      To miała być przelotna znajomość. A już w pierwszą noc po powrocie nie mogliśmy
      się rozstać. Potem maile i SMS-y. Kilka spotkań, głównie nocnych, przegadanych
      do świtu. Nad ranem zasypiałam grzecznie w jego ramionach. Stawaliśmy się sobie
      coraz bliżsi. Duchowo. I coraz trudniej było mi utrzymywać ten dystans. Pomimo
      tych kilkuset kilometrów.

      To miała być przelotna znajomość. A ja po każdym spotkaniu umieram. Nie mogę
      dojść do siebie. Ani jeść, ani spać. Jakby mnie ktoś rozdzierał na części. Za
      każdym razem wciąga i wypluwa jak cyklop. I wiem, że z drugiej strony jest tak
      samo. Broniliśmy się obydwoje przez zaangażowaniem. Ale dopadło nas. Nie
      nazywamy tego co nas łączy. Nadal walczymy. I choć wierzę, że jest to moja
      druga połówka pomarańczy i chciałabym, aby do sfery duchowej dołączyć cielesną,
      to nadal się waham - czy nie sprawimy tym sobie i innym większej przykrości?
      Chociaż jeśli odejdę (wiem, że nie opuści córki, a ja długo tak nie wytrzymam)
      to chciałabym mieć te wspomnienia w mojej pamięci. Mam nadzieję, że piękne, bo
      wszystko dopiero przede mną.
      • Gość: Tadeusz Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.gdansk.cvx.ppp.tpnet.pl 11.10.01, 00:02
        Totalny brak mozliwości zajecia stanowiska .
        Ale ciut sobie poględzę.
        De facto masz poważny problem , który polega na tym , że zaangażowałaś
        się uczuciowo .Chcesz i nie chcesz ?
        Czy jesteś pewna tego co piszesz .Bo jesli ja bym odrobinę oszalał ,to pewnie
        byłby to koniec czegoś co jest a jednocześnie początek czegoś wspaniałego-
        nowego.I w tym momencie brak czasu na rozważania dot.konsekwencji .
        JEŚLI MYŚLIMY O KONSEKWENCJACH TZ ŻE PEWNIE NIE JEST DO KOŃCA TAK JAK BYŚMY
        CHCIELI .
        Kiedyś napisałem że z biegiem lat możemy być ciekawie cyniczni i delikatnie
        perwersyjni-proszę czytać to nie pejoratywnie -
        Mówisz że zasypiałaś zanielona w jego ramionach - i nic .
        To jestchyba żart albo zboko , sorry .
        ale to chyba to nie do końca normalne .
        Pozdrawiam serdecznie - pomyśl .
        • unhappy Re: Czy 11.10.01, 08:06
          Jestem wdzięczny Gazecie za poruszenie tego tematu. Śledzę dyskusję od
          kilkunastu dni i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dramat, który
          przeżywam w minionych tygodniach nie jest tylko problemem moim i mojej
          ukochanej lecz dotyka naprawdę wielu. Moja sytuacja uczuciowa i nie tylko
          bardzo przypomina historię Romantyka. Podobnie jak on w dojrzałym wieku
          przeżywam niespotykaną dotychczas w moim życiu Miłość. Mam 40 lat dwójkę
          wspaniałych dzieci (syn studiuje, córka jest w gimnazjum). Moja ukochana jest
          ode mnie młodsza o 8 lat. Jest mężatką od lat 4 nie ma dzieci. Poznaliśmy się w
          pracy kiedy była kilka miesięcy po ślubie.Kiedy ją zobaczyłem coś we mnie
          zadrżało. Przez kilka miesięcy starałem się być jak najbliżej Jej, lecz dopiero
          po dłuższym czasie kiedy razem pojechaliśmy na zakupy ,opowiedziałem Jej o
          swoim stanie ducha. Moje wyznanie i pierwszy oddany pocałunek bardzo Ją
          zaskoczył, jeszcze bardziej zgoda na pierwsze spotkanie poza praca. Podczas
          pierwszej "randki" po raz pierwszy kochaliśmy sie lecz ten pierwszy kontakt
          fizyczny nie był udany. Podczas kolejnych spotkań było już lepiej. Okazało
          się,że po ślubie jej mąz nie przejawiał chęci do współżycia, uważał Ją za
          kobietę oziębłą. Prawda była inna. Ona bardzo pragnęła seksu, była osobą
          niedoświadczoną i odkrywanie przed nią wspaniałości udanej miłości fizycznej
          bardzo mi się podobało. Nie ukrywam, że początkowo nasz związek z mojego punktu
          widzenia był oparty wyłącznie na seksie. Lecz po pewnym czasie wzięło mnie.
          Moja ukochana okazała się cudowną koietą, mądrą, czułą, delikatną. Mogłem z nią
          rozmawiać na wiele, wiele różnych tematów począwszy od muzyki, poprzez
          komputery do polityki. Znalazłem w niej wszystko to czego brakowało mi w moim
          małżeństwie. Wiem, bo to czułem, że ja również byłem dla Niej przeciwieństwem
          jej męża, że było Jej ze mną dobrze nie tylko w łóżku. Nie mogliśmy się
          spotykać zbyt często, ponieważ nie zawsze mogliśmy razem pracować, a mieszkamy
          w odległości ok. 500 km od siebie. Taka odległość co prawda nie stanowi dla
          mnie przeszkody (np. podczas moich pobytów za granicą cały czas byłem z nią w
          kontakcie telefonicznym i sms-owym a po powrocie do kraju pierwsze kroki
          kierowałem do Niej- przejechac 2000 km to była pestka) lecz w znacznym stopniu
          ograniczała częstotliwość naszych spotkań. I tak minęło prawie 3 lata, cudowne
          lata. Ostatnio, mniej więcej od końca sierpnia, moja ukochana zaczęła się ode
          mnie oddalać. Poprosiła mnie o ograniczenie kontaktów, nawet telefonicznych.
          Uciekła w pracę. Zaczęła myśleć o dziecku. Mówiła o potrzebie ułożenia swojego
          życia. W tym czasie poważnie zachorowała Jej matka. Wiem, że jest z nią bardzo
          związana. Przeszła poważną operację i po niej nie czuje się najlepiej. Moja
          ukochana nie dzwoni do mnie, kiedy ja odezwę się rozmowa nie klei się. Bardzo
          przeżywam całą sytuację, nie mogę spać, pracować, codzienne czynności wykonuję
          automatycznie. Forum Gazety dało mi możliwość wyrzucenia z siebie moich
          rozterek. Bardzo kocham swoją "prawdziwą miłość" wręcz mogę powiedzieć, że nie
          wyobrażam sobie życia bez niej. W swoim małżeństwie nie jestem szczęśliwy. Wiem
          ze słów Ukochanej, że Ją z mężem łączy jedynie przywiązanie. Co robić ??? Może
          ktoś z Was pomoże mi, dzieląc się swoimi doświadczeniami, przemyśleniami... W
          treści mojej wypowiedzi z konieczności nie byłem w stanie przekazać wszystkiego
          co chciałoby wykrzyczeć moje serce, moja dusza. Czy ja jestem złym człowiekiem,
          że los nie pozwala mi być szczęśliwym?
          • Gość: Tadeusz Re: Czy IP: *.gdansk.sdi.tpnet.pl 11.10.01, 11:06
            Bądż cierpliwy i czekaj - walcz .
            Trzymaj się mocno , nic więcej .
            • Gość: jr Do Tadeusza IP: *.stok.bial.pl 03.11.01, 10:14
              Z ciekawością prześlidziałam Twoje rozmowy na forum. Ale ich ton sprawił, że
              postrzegam Cie wyłącznie jako faceta do łóżka. Przykre, gdyż odczłowiecza to
              Cię w moich oczach.
              Pozdrawiam,
              jr.
              • Gość: Tadeusz Re: Do Tadeusza IP: *.gdansk.sdi.tpnet.pl 26.11.01, 07:43
                Szkoda .
                Może to wszystko nie do końca jest prawdą .
                Dawno nie przeglądałem Forum .
                Ale to miłe że prześledziłaś moje wypowiedzi .
                To znaczy że zamierzony efekt został osiągnięty .
                Pozdrawiam .
                • zdezorientowana Re: Do Tadeusza 31.12.01, 23:08
                  Gość portalu: Tadeusz napisał(a):

                  > Szkoda .
                  > Może to wszystko nie do końca jest prawdą .

                  Oby, oby, :)))
                  > Dawno nie przeglądałem Forum .

                  Ja jeszcze dawniej, pewnie w ogóle do Ciebie nie dotrze ma odpowiedź.

                  > Ale to miłe że prześledziłaś moje wypowiedzi .

                  Wypowiedzi? Tak i czułam ten dreszczyk, jaki towarzyszy flirtowi. Nawet
                  zastanawiałam się, czy to nie nietakt z mojej strony, je czytać.

                  > To znaczy że zamierzony efekt został osiągnięty .

                  Jaki?

                  > Pozdrawiam , jr

                  • Gość: Tadeusz Re: Do Tadeusza IP: *.gdansk.sdi.tpnet.pl 18.01.02, 07:55
                    No to ładnie !
                    Ale co ty robiłaś przed komputerem w Sylwestra ?
                    Oby do wiosny .
                    • zdezorientowana Re: Do Tadeusza 19.01.02, 20:34
                      Gość portalu: Tadeusz napisał(a):

                      > No to ładnie !
                      > Ale co ty robiłaś przed komputerem w Sylwestra ?
                      > Oby do wiosny .

                      Bojkotowałam sylwestra. Czasami wspaniałe jest takie samotne wkroczenie w
                      następny rok (odarcie się ze złudzeń): z mokrą głową, w wygodnych ciuchach i z
                      kubkiem herbaty w ręce. A za oknem fajerwerki i kaskada sztucznych ogni. Ale to
                      nie dla Ciebie, :) Prawda?

                      Chcę wiosny, bo zima mimo bieli śniegu kojarzy mi się z szarością: najlepsze
                      godziny mijają mi przy biurku, :)

                      Pozdrawiam

                      • Gość: Tadeusz Re: Do Tadeusza IP: *.gdansk.cvx.ppp.tpnet.pl 25.01.02, 08:40
                        Miło ,że odpisałaś .
                        Coż to znaczy ; ``ale to nie dla Ciebię ?``
                        Normalnym jest że w Sylwestra ludzie się bawią , za oknem latają petardy .
                        Normalnym jest również to ,że Ty możesz robić co Ci się podoba każdego dnia .
                        Mogłaś w Sylwestra pisać książkę , mieć stresa ,albo kaca ,albo jakiś problem .
                        Bywa . Nie bądż zgorzkniała i niemiła wobec innych .Dlaczego masz pretensje ,
                        że ja się bawiłem .Oj dziewczyno ,coś się dzieje żle w państwie duńskim .
                        Jeśli możesz wyjedż gdzieś .Koniecznie . Napewno poznasz kogoś miłego , a jeśli
                        nie to spędzisz przynajmiej miło czas .Nie martw się ,myknij do Karpacza albo
                        na słowacką stronę , obejrzyj jeszcze raz Bridget Jones , kup jakiś nowy
                        ciuch .Napisz do mnie .Do wtorku 29.01.02.będę na miejscu .Potem kilka dni
                        nieobecny na łonie Ojczyzny .Jak chcesz to nie na Forum .
                        • zdezorientowana Re: Do Tadeusza 14.02.02, 10:16
                          Rzadko buszuję po necie ostatnio, stąd dość znaczne opóżnienia w odpowiedzi.
                          Skoro tyle osób twierdzi, że jestem zgorzkniała to pewnie tak jest, :)))
                          Zasłabam by walczyć w głosem większości.
                          Co do sylwestra, to chciałam go spędzić tak jak spędziłam - taką miałam
                          potrzebę.
                          Możemy kontynuować dialog poprzez email-a, konto sprawdzam częściej.
                          P.S. Co robią faceci by się wyluzować?
          • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 11.10.01, 11:22
            Odpowiedź dla M

            Droga M, moja historia nie jest fikcją literacką, chociaż wolałbym by tak
            było. Moja historia z DNUTĄ wydarzyła się dwa lata temu, a ja jeszcze
            doświadczam bólu i cierpię, i ONA również. Rana zadana sobie w sercach była
            największą jaką można sobie samemu sprawić. Oboje byliśmy jak małe dzieci,
            które dorwały się do wspaniałych zabawek, popadły w zachwyt i były długi czas w
            euforii sytuacji. Dopiero w miarę rozwijania się zabawy wzrastała świadomość,
            że bawimy się nie tylko zabronioną zabawką, ale że ona zamiast oczekiwanego
            szczęścia owocuje niszczeniem, bólem i cierpieniem.
            Zabawka i zabawa była piękna, ale – o dziwo - przewracała świat do góry nogami.
            Niestety nikt mi tego wcześniej nie powiedział i nie nauczył. Wszystkie filmy,
            które co dzień lecą w telewizji tylko zachęcają do takich zakazanych zabaw z
            uczuciami i pokazują, że jest to piękne. Brakuje chyba każdemu pełniej
            świadomości konsekwencji miłości „na boku” i prób budowania życia uczuciowego
            poza małżeństwem. Bardzo ciepłą więc wydaje się pokusa, że można zbudować sobie
            drugie życie na boku. Chciałbym to pokazać na swoim przykładzie, by ustrzec
            przynajmniej niektórych, że nie warto próbować być kochankiem lub kochanką, bo
            to oznacza na końcu tylko ból i cierpienie. Ja mojej DANUTY nie nazwałem nigdy
            kochanką, a mimo to i tak nic więcej przecież nie mogłem jej zaofiarować. Moja
            uczciwość i głębokie zaangażowanie tylko pogłębiły wzajemny ból.
            Kiedy poddaliśmy się uczuciom i rozsądek i zasady odłożyliśmy na bok, to tylko
            uczucia między nami stały się najważniejsze. Zmieniliśmy się zupełnie,
            myśleliśmy i postępowaliśmy jak ludzie zakochani do szaleństwa. I gdyby
            nie „mały” szczegół - ja już miałem żonę i dzieci - całe życie można było by
            sobie ułożyć najszczęśliwiej w świecie. Zanim powiedzieliśmy sobie stop i
            wracamy na początek do naszej największej przyjaźni, przeżyliśmy największą
            naszą miłość. Jednak mimo to żałujemy, że tak się stało i gdyby to było możliwe
            cofnęliśmy czas i drugi raz nie zeszli byśmy ze ścieżki naszej największej
            przyjaźni. Po prostu uczucia i związki, które w naszym przypadku miały mieć na
            pewno złe zakończenie, lepiej było ominąć od razu. Nam się udało oderwać późno,
            ale lepiej późno niż za późno lub wcale. Dalej mogła być już tylko
            nieodwracalna życiowa katastrofa...


            Cd mojej historii

            Po pierwszych listach nastąpiło pierwsze spotkanie, pierwsza randka. Cytowałem
            już dwa fragmenty listów: jeden o „jednej jedynej” i drugi o „szczęśliwej
            gwieździe”. Po listownych wyznaniach przyszedł czas na spotkania i lawinowy
            rozwój uczuć w praktyce. Cały czas pisaliśmy też listy, z których pochodzą moje
            cytaty. To co zacytowałem i mogę jeszcze zacytować, to tylko kilka procent
            całej korespondencji.
            Oto notatka z mojej pierwszej randki

            Leśne spotkanie

            24.01.1999 r. Niedziela

            „To był pierwszy z najpiękniejszych dni w tym roku. Słońce świeciło tylko dla
            nas. Las, mimo stycznia i braku śnieżnej kołderki, był piękny. Zdobiły go nad
            to promyki słonecznych smużek, pomykających między konarami i pniami drzew.
            Leśna dróżka wyścielona była delikatnym, białym dywanikiem aksamitnej mrozowej
            sztuki. Kosmyki traw miękko uginały się pod naszymi stopami a ruda wiewiórka
            wybiegła nam na spotkanie, zapraszając na spacery po leśnych toniach.
            Ten zakątek przyrody okazał się najlepszym miejscem dla tkania z
            najpiękniejszej nici uczuć najsubtelniejszej tkanki miłości. Ale mimo, że
            mieliśmy najzłotszą nić i najlepsze serca do scalenia, to zawiązanie ostatnich
            supełków musieliśmy odłożyć do (...)
            To był najpiękniejszy dzień na leśnej ziemi, kiedy mogłem poczuć, czego się
            nie dotyka, posmakować czegoś, czego się nie je, i dotknąć to, czego nie można
            zobaczyć. I sam już nie wiem, czy byłem, czy nie byłem; czy widziałem, czy nie
            widziałem, ale na pewno doświadczyłem, przeżyłem...
            Chciałem zapisać z dzisiejszego dnia choćby jedną myśl, chociaż były ich całe
            tomy, ale trudno było mi zamienić w słowa nawet tą jedną, gdyż towarzyszyło
            temu zbyt świeże jeszcze - jakby jakieś wewnętrzne rozdarcie. Z wysiłkiem
            jednak na chwilę uniosłem się ponad głębokie pragnienie ciszy i odosobnienia i
            zapisałem tych kilka zdań jakby na pamiątkę i świadectwo, że na pewno byliśmy,
            przeżyliśmy, doświadczyliśmy...”



            Z małego liścika: (16.02.1999 r.)

            Gdy poznałem Ciebie, niczego mi już nie brakuje: ani miłości, ani przyjaźni,
            ani zrozumienia, ani ciepła, ani dobroci, ani przyjaciela, ani jedynej
            dziewczyny, ani marzeń, ani nadziei, ani kolorów życia – wszystko jest w Tobie
            i wszystko mi dajesz. I jak tu Cię nie kochać nad życie, szczerze i zwyczajnie,
            całym sercem, bez warunków, pomimo wad, na zawsze, choćby nie wiem co... Tylko
            Ciebie!

            .



            Romantyk
            • Gość: M Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.srkch.pik-net.pl 11.10.01, 11:48
              Romantyku, chętnie przeczytam to, co chcesz opowiedzieć wszystkim. Pytanie(a)
              zadam później (jeśli pozwolisz)... :-)
              • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 12.10.01, 09:41
                Największa miłość

                Każda miłość wydaje się pierwsza. Każda trwająca mieni się być jedyną. Każda
                następna znowu wydaje się czymś wyjątkowym pierwszym i ostatnim. Ale największa
                zdarza się tylko raz. Ta największa zdarzyła mi się tylko z DANUTĄ. A jednak
                po jej przeżyciu nie chciałbym przeżyć jej drugi raz. Gdyby historia się
                powtórzyła, nie nazwałbym jej, nie otworzyłbym i nie wykorzystał nawet do
                najmniejszej randki.
                Teraz już wiem, dokąd ona prowadzi. Zbyt bardzo zniszczyła mnie i mojego
                przyjaciela, DANĘ, wewnętrznie, bym drugi raz dał się ponieść naszym ogromnym
                potencjałom uczuciowym i małżeńskim. Teraz już wiem, że nawet najlepszy romans
                nie da człowiekowi tego, co może dać choćby najmniejsza przyjaźń.
                Mając 39 lat musiałem życia nauczyć się na nowo. Przeanalizowałem bardzo
                dokładnie całą przeszłość, przyznałem się przed samym sobą do wszelkich błędów
                i nieumiejętności. Na nowo też zrewidowałem i odnowiłem swoje poglądy na
                małżeństwo, rodzinę przyjaźń i miłość. Oznaczało to mnóstwo przemyśleń,
                poszukiwań, przeczytanych książek a nawet uczestnictwo w seminarium na temat
                małżeństw. To dlatego napisałem do „Alfiny”, że sama sobie nie poradzi, bo wiem
                jak wiele sięgałem poza swoją orbitę, na której była tylko miłość, miłość,
                jedna jedyna, moja gwiazda... , by zrozumieć i zakończyć mój bolesny coraz
                bardziej impas. Tylko czynniki zewnętrzne najmocniej odświeżały rozsądek i
                dawały siłę do trzeźwej oceny i wygaszania największej miłości.
                W sercu, w duszy i w myślach miałem to, co i piszący ostatnio (11-10-2001
                08:06) „unhappy” - oczywiście największą miłość. Pisze on tak: „...początkowo
                nasz związek z mojego punktu widzenia był oparty wyłącznie na seksie. Lecz po
                pewnym czasie wzięło mnie. Moja ukochana okazała się cudowną kobietą, mądrą,
                czułą, delikatną. Mogłem z nią
                rozmawiać na wiele, wiele różnych tematów począwszy od muzyki, poprzez
                komputery do polityki. Znalazłem w niej wszystko to czego brakowało mi w moim
                małżeństwie”.
                Kolego, „unhappy”, możemy sobie podać rękę. Ja też znalazłem w mojej DANUCIE
                wszystko, czego brakowało mi u mojej żony i w małżeństwie. I właśnie wtedy
                napisałem moje największe wyznania miłosne.

                Oto dwa przykłady z wielu:
                „Nigdy i z nikim nie łączyło mnie tak wiele zrozumienia, akceptacji, zgodności
                w upodobaniach, myślach, pomysłach i marzeniach jak tylko z Tobą. Nigdy też i z
                nikim nie łączyło mnie tak wiele i tak głębokich uczuć miłości, przyjaźni i
                sympatii. Nigdy i z nikim nie wydawało mi się życie tak sensowne i piękne jak
                tylko z Tobą. I tak nie wiele do tego potrzeba, bo wystarczy że jesteś i że
                mogę się z Tobą spotykać, patrzeć w Twoje najpiękniejsze słoneczne oczy i
                widzieć najlepsze promienie życia na całą wieczność...
                I nigdy coś takiego nie może mi się więcej z nikim przydarzyć, bo tylko Ty
                nosisz w sobie to wszystko, co mi do zupełnego szczęścia brakuje: najlepsze
                serce, najzgodniejsze myśli, najprzyjemniejsze kolory życia i
                najpiękniejsze kształty ciała – po prostu mój raj...
                „Taką pewność można odnaleźć tylko raz w życiu...”
                I z nikim już i nigdy nie powtórzy się drugi raz najszczęśliwsze bicie naszych
                serc, nieprzespane noce przez moc uczuć, i najwspanialsze spacery po leśnych
                toniach. I z nikim innym więcej nie będę odkrywał wśród drzew naszych
                najgłębszych uczuć i niebnych marzeń, bo tak naprawdę i tak najmocniej kocha
                się w życiu tylko raz, i to właśnie zdarzyło mi się tylko z Tobą. Dla tych paru
                chwil naszego najbliższego zbliżenia i scalenia naszych myśli i dusz warto było
                się urodzić i błąkać po złym świecie, by w końcu odkryć i ujrzeć twoje
                słoneczne oczy i podarować im całe moje życie”.

                „Uwierz mi

                Bez Ciebie, byłyby same szare dni,
                Bez Ciebie, nie poznałbym wszystkich kolorów życia,
                Bez Ciebie, nie odnalazłbym prawdziwej miłości,
                Bez Ciebie, moje marzenia nie byłyby takie dalekie,
                Bez Ciebie, przyjaźń nie byłaby nigdy największa.

                Uwierz mi,
                świat bez Ciebie...
                nie byłby taki piękny”

                Ale co po tych wyznaniach, kiedy jednocześnie ja i Ty, „unhappy”,
                ofiarowalismy naszym wybrankom cudzołóstwo, łamanie przysięgi małżeńskiej,
                zdradę, wykradanie uczuć, niepokój, rozdwojenie jaźni, codzienne wyrzuty
                sumienia, nieprzyjemną świadomość bycia kochanką, poczucie oszustwa,
                przekonanie o rozbijaniu małżeństwa, strach przed unieszczęśliwieniem dzieci i
                rozdzielenia im rodziców itd. Sporo tego, ale to i tak tylko część
                konsekwencji bycia kochanką lub kochankiem.
                I Ty się dziwisz, „unhappy”, że ONA się oddala, prosi o ograniczenie
                kontaktów i ucieka w pracę? Przecież więcej ma spokoju, uczciwości i dobra w
                swym nominalnym, obecnym małżeństwie niż w klarownym powierzchownie „romansie”
                z Tobą.
                Samo dopasowanie i tworzenie uczucia w waszym przypadku i moim z DANUTĄ nie
                wystarcza dla całokształtu życia, jego wolności, uczciwości. Zauważ, że w
                takich układach - kochanka, kochanek - nie jest spełniana potrzeby
                bezpieczeństwa, która jest tą najważniejszą potrzebą kobiety na równi z
                miłością. One muszą iść w parze. A co my „żonkosie” mogliśmy ofiarować naszym
                skrywanym „kochankom”???!!! Przeczytaj jeszcze raz uważnie listę rzeczywistych
                skutków podkradanej miłości w powyższym akapicie.
                Miłość, którą dawaliśmy, musieliśmy ukrywać przed światem. Twoja X i moja
                DANUTA nie mogły się nią przed nikim pochwalić - ani wszystkim najlepszym
                psiółom, ani rodzinie. Przyznanie się do tej miłości oznaczało by obnażenie
                jakiejś niechlubnej konspiracji, mimowolne wydanie sobie opinii złej kobiety
                itd. Czy zaczynasz już rozumieć, dokąd prowadzi skrywana miłość żonkosiów i
                czym ona ostatecznie jest dla uczciwej kobiety?
                Ja doszedłem do wniosku, że najlepiej w ogóle czegoś takiego nie zaczynać.
                A co z Twoim małżeństwem? Piszesz, że nie jesteś w nim szczęśliwy. Też tak
                kiedyś myślałem. Ale to jest myślenie niedojrzałego mężczyzny i egoisty, który
                chce przede wszystkim brać szczęście, a nie dawać. Szczęści polega na dawaniu a
                nie braniu.
                Musisz się przewartościować jak ja. Musisz też przewartościować swoje relacje
                z rodziną. Wszystko co cię tu czeka, do dłuższy temat i nie na dziś. A przydało
                by Ci się tu trochę dobrych, szczegółowych rad, byś nie błąkał się długo i
                boleśnie jak ja, nim odnalazłem na nowo drogę swego życia.

                Romantyk

                Cdn.
              • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 12.10.01, 14:42
                Gość portalu: M napisał(a):

                > Romantyku, chętnie przeczytam to, co chcesz opowiedzieć wszystkim. Pytanie(a)
                > zadam później (jeśli pozwolisz)... :-)

                Pozwalam.
                • unhappy Re: Największa miłość, największa przyjaźń 12.10.01, 21:25
                  Romantyku! Czekałem na ciąg dalszy Twojej opowieści jak też na obiecane przez
                  Ciebie rady wynikające z Twoich doświadczeń. Dalej cierpliwie będę czekał bo
                  może one pomogą przetrwać mi te trudne chwile. Wiele osób radzi mi czekać. Min.
                  uczestnik Forum Tadeusz. Tylko, pytam, jak to zrobić. Moje serce wyje,
                  niejednokrotnie oczy mam pełne łez. W spotykanych kobietach-blondynkach widzę
                  Ją, moją Ukochaną. Nie mogę skupić się na oglądanych filmach, po prostu
                  wszędzie jest Ona.Prawdopodobnie jutro dojdzie do naszego spotkania. Szczerze
                  mówiąc boję się.Boję się,że moje uczucia przeważą nad zdrowym rozsądkiem. W
                  myślach bez przerwy rozmawiam z Nią, układam sobie zdania, które chciałbym Jej
                  powiedzieć. Z drugiej strony obawiam się czy aby moje zdania nie wystraszą Jej.
                  ale spróbuję, może uda mi się opanować. Romantyku! Czytając twoje posty
                  utwierdzam się w przekonaniu, że jesteś humanistą. Ja zaś uważam się za
                  człowieka o ścisłym umyśle. I stała się rzecz niespotykana. Ty, dajesz rady
                  bardzo praktyczne wręcz "matematyczne". Ja zaś, który do życia podchodziłem
                  ze "zdrowym rozsądkiem" zaczynam funkcjonować w świecie z tym rozsądkiem
                  mającym mało wspólnego. Chyba jest to charakterystyczne do stanu irracjonalnego
                  jakim jest Miłość. Nie mam pewności czy moja Ukochana już mnie nie kocha. Jeśli
                  tak się niestety stało to chciałbym Ją jutro zapytać o receptę.O ścisły przepis
                  jak się odkochać. A może Ty Romantyku znasz ten przepis? A może Jej o to nie
                  pytać? Wiem,że zachowuje się jak histeryk. Ale nad moim ścisłym, praktycznym
                  umysłem zapanowały uczucia. Kocham Ją bardzo, i nie mogę sobie wyobrazić życia
                  bez Niej.Wystarczyłaby mi świadomość, że nie jestem jej obojętny i po okresie
                  kryzysu w naszym związku (może po 2 czy 3 miesiącach)wrócą te cudowne chwile
                  kiedy będziemy mogli być razem, może nie zawsze fizycznie ale zawsze
                  duchowo.Pomóżcie mi proszę dzieląc się waszymi doświadczeniami. Może rady
                  doświadczonych uczestników Forum pomogą mi przetrwać te trudne chwile. Bardzo
                  zależy mi na spojrzeniu na moje problemy kobiet. Może będą mogły przedstawić mi
                  punkt widzenia płci przeciwnej. Może to pomoże mi zrozumieć moją Ukochaną.
                  Czekam na odzew.
                  • Gość: alfina Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 14.10.01, 10:16
                    Unhappy!

                    Niestety, nie jestem osobą, która mogłaby Ci pomóc. Sama miotam się od bardzo
                    długiego czasu, próbując znaleźć lek na skołatane serce i receptę na dalsze
                    życie...Ale jeśli pozwolisz, dorzucę dwa słowa od siebie. Chciałeś znać punkt
                    widzenia płci przeciwnej. Myślę, że znajdziesz go w wypowiedzi Romantyka, w
                    pigułce. Świadomość łamania przysięgi małżeńskiej, wykradanie uczuć,
                    przekonanie o rozbijaniu wspólnoty małżeńskiej, strach przed
                    unieszczęśliwieniem dzieci, świadomość bycia niby JEDYNĄ, ale zawsze formalnie
                    tą DRUGĄ. Rozdwojenie jaźni, i ten nieustanny, przerażający każdego dnia,
                    niemalże krzyczący GŁOS SUMIENIA. Nie od dziś wiadomo, że istnieje coś takiego
                    jak odrębność psychiczna kobiety i mężczyzny. W pewnym sensie kobieta dla
                    mężczyzny i mężczyzna dla kobiety zawsze pozostaną „niepojęci”. Odrębności
                    psychiczne są bowiem głębsze niż możliwości przeciętnej wyobraźni, dotykają
                    najelementarniejszego przeżycia własnego „ja”. Bardzo odrębnie przeżywaną przez
                    mężczyznę i kobietę jest sprawa POCZUCIA WŁASNEJ WARTOŚCI. Kobieta często swoją
                    wartość przeżywa w kategoriach moralnych, zwłaszcza w dziedzinie obyczajowej. W
                    jej życiu większą rolę odgrywają zakazy i nakazy. Dlatego cierpi tak bardzo,
                    kiedy łamie je i nagina stosownie do swoich potrzeb. Kiedy nie osiąga w pełni
                    tego, czego pragnie w zakresie własnej wartości, staje się wrażliwa wewnętrznie
                    aż do bólu. Przeżywa ograniczenie i niewystarczalność. Jeśli dodatkowo wierzy w
                    istnienie Istoty Najwyższej, ma poczucie grzechu i kary, która ją spotka
                    jeszcze w tym, albo już tamtym życiu. Kocham całą sobą mojego Przyjaciela, i
                    mam świadomość także Jego uczuć, choć nie mówi o nich i ich nie nazywa Ale wiem
                    też, że ten ogień, który płonie między nami ma ogromną niszczycielską siłę. I
                    nigdy nie da mi tego o czym także pisał Romantyk: POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA. Bez
                    niego miłość dla kobiety nigdy nie będzie pełną. Choćby najpiękniej pachniały
                    kwiaty na łące życia zakochanych, a ich nektar był najsłodszym napojem. Tak to
                    wszystko czuję jako kobieta, szczęśliwa z tą zakazaną miłością i jednocześnie
                    przerażona konsekwencjami jej trwania. I jeszcze jedno. Ja także jestem bardzo
                    mocno uczuciowo związana z mamą. To najwspanialszy, najwartościowszy Człowiek
                    jakiego znam. Nagromadzenie bezinteresownej miłości. Ciepło i moc. Gdyby
                    cierpiała, wszystko inne stałoby się dla mnie mniej ważne. Bo przecież matkę ma
                    się tylko jedną...Pozwól swojej Kobiecie oddalić się, wyciszyć, jeśli tego
                    potrzebuje, i sama jest na to zdecydowana. Cenimy tych, którzy potrafią
                    uszanować nasze świadome wybory. I jeszcze jedno. Ja także myślę o dziecku.
                    Kolejnym dziecku w moim formalnym związku. Budzi się we mnie pragnienie
                    bezbolesnego przelania kipiącego uczucia na małego człowieczka. Odcięcia się w
                    sposób naturalny od dotychczasowego życia, rezygnacja z życia zawodowego, także
                    ze wspinaczki. Byłby to rodzaj oddania się tylko rodzinie. Mężczyźnie, któremu
                    ślubowałam na dobre i na złe. Nie ma dnia, abym nie myślała o tym.
                    alfina
                    • Gość: alfina Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 14.10.01, 10:21
                      Romantyku!
                      Gratuluję znajomości psychiki kobiety. Może zbyt pochopnie pomyślałam, iż
                      przeczuwam zakończenie Twojej historii. Ale jakoś tak pomyślałam sobie, że
                      efektem tych szaleństw jest rodzaj bolesnej utraty obu kobiet na płaszczyźnie
                      emocjonalnej, uczuciowej. Spróbuję to rozwinąć następnym razem. Czekam na
                      receptę, jak powrócić na początek prawdziwej przyjaźni. Jak na nowo, dojrzale
                      zbudować mur nie do przebicia? A może to w ogóle nie jest możliwe? Zatrzymałam
                      się jak radziłeś. Stoję w miejscu już trzy dni...Brzmi to jak farsa...Tysiące
                      razy obracam telefon w dłoni, układam w myślach treść sms-ów. To, co uderzyło
                      we mnie nagle, przyniosło olśnienie, zachwyt drugim człowiekiem przemieniło się
                      w pragnienie wspólnoty. Ale wiem, że jest niemożliwa. Przeczytałam niedawno, że
                      prawdziwa miłość wyklucza chęć posiadania. Powtarzam to nieustannie. Czy nauczę
                      się nie wyciągać rąk zachłannie?
                      • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 14.10.01, 11:07
                        Największa przyjaźń....

                        „Byłem dziś u Ciebie. Byłem u mojego przyjaciela. Jesteś kobietą. Po ostatnim
                        roku wiem coś o tym. Ale nie mogę dłużej skupiać się na osobistych pragnieniach
                        naszych płci i ich wręcz doskonałych uzupełnień. Wcześniej nie potrafiłem tego
                        zrobić. Ty przynajmniej mimo wszystko próbowałaś, opierałaś się. Ja radziłem
                        sobie gorzej. Było w Tobie wszystko: przyjaźń, miłość, pełne zrozumienie,
                        ciepło którego potrzebowałem, partnerska dojrzałość, najlepszy dla mnie dom
                        jaki w sobie nosi kobieta, osobowość, charakter..., ale cyt... – wystarczy.
                        Idźmy w inną stronę.
                        Wróciłem do domu od mojego przyjaciela zadowolony i uśmiechnięty. O jak dobrze,
                        że nie musiałem się z tym ukrywać i „odpowiednio” zachowywać...
                        Droga DANUTO, nastał teraz nowy czas, kiedy powinniśmy wykreować naszą miłość
                        jako miłość i przyjaźń dwojga najlepszych przyjaciół. Nasz potencjał do
                        stworzenia bardzo udanego małżeństwa musimy pożegnać na zawsze i zostawić sobie
                        tylko ciepłą myśl na pamiątkę, że byłoby to możliwe - po prostu jak w bajce...
                        Wyśniliśmy to aż nad to daleko. Ale okazuje się, że każdy taki sen kończy się
                        bolesnym przebudzeniem. Szkoda, że nie potrafiliśmy się obudzić wcześniej...
                        Na szczęście została nasza najlepsza i prawdziwa przyjaźń i tyle musi nam
                        wystarczyć (...) Cieszmy się tym co nam daje teraz i co jest możliwe w
                        dzisiejszej rzeczywistości i w naszej najgłębszej przyjaźni, która przeszła już
                        tak wiele prób, trwa dalej i staje się coraz bardziej dojrzała.
                        Przed nami jeszcze wiele do zrobienia, mój prawdziwy przyjacielu, moja
                        najlepsza kumpelko, moja kochana dziewczynko z zielonego wzgórza...”

                        Przyszedł ostatni moment, kiedy trzeba było bardzo wyraźnie nakreślać przyjaźń,
                        by tylko ją uczynić podstawą wzajemnej relacji. Wszelkie uczucia miłości trzeba
                        było zawiesić w próżni, by uschły jak najszybciej. Oznaczało to rezygnację z
                        wszelkich randek miłosnych i jakichkolwiek wyrazów uczuć męsko damskich. To
                        była bardzo trudna walka! Ale udało się. Trzeba jednak bardzo chcieć i to wbrew
                        własnym uczuciom, które maja w nosie rozsądek. Dlatego jest to takie
                        niełatwe.

                        Wyznaczyliśmy sobie wyraźną granicę kontaktu fizycznego, za którą w najbliższym
                        czasie postanowiliśmy nie przechodzić. I tak jest do dziś. Uwieczniłem to
                        nawet w jednym z wierszy:

                        Dotyk dłoni

                        Wychyliłem serce za próg złotych bram.
                        Znalazłem morze samych słonecznych chwil.
                        Przeskoczyłem wiarą fale zwyczajnych dni.
                        Gorącym światłem nasyciłem arkan duszy.
                        Zbudziłem marzeń najgłębsze sny.
                        Uniosłem do gwiazd zacichłe pragnienia.
                        Dotknąłem ciałem najżywszy smak istnienia...
                        I... musiałem pożegnać bolną radość,
                        Oddać jedyne kolory w ufny depozyt ,
                        I zawrócić na zaczątek ciasną przyjaźń
                        By choć czasem wymienić możebny dotyk dłoni


                        DANUTA pisze do mnie:
                        „(...). A teraz konkrety. Dzięki za list, jak zwykle cudo! Jednak znów
                        wyczuwam w nim ową niebezpieczną nutę sprzed paru miesięcy. Tym razem jestem
                        mądrzejsza o całą górę doświadczeń (podobnie jak Ty) i nie mam zamiaru jej
                        kontynuować. Wierzę, że Ty też nie myślisz o tym. Nie zamierzam też do końca
                        życia się umartwiać i żałować tego, czego bez opatrznościowej ingerencji
                        osiągnąć nie sposób. Jeśli masz zamiar mieć we mnie przyjaciela, to bardzo
                        chętnie, ale rozdrapywać moich gojących się ran nie pozwolę.
                        Wszystkie „potencjały” zostawiam z bólem, ale tak trzeba... Im prędzej się z
                        tym pogodzimy, tym lepiej dla naszej psychiki, bo z rozdwojeniem jaźni żyć
                        ciężko. Łatwo powiedzieć..., ale jak trudno zrobić. Nie myśl, że ze mnie taki
                        twardziel. Też miewam nieprzespane noce, nie pytaj, o kim wtedy myślę, stale
                        martwię się o Ciebie i Twoją sytuację w domu, zwłaszcza wtedy, gdy Cię nie
                        widzę dłużej i gdy nie możemy sobie spokojnie porozmawiać.
                        Nasze rzadkie spotkania powodują, że nie mam się z kim dzielić moimi sprawami
                        w ciągu tygodnia, a pozbierane na krótką chwilę, wietrzeją jak otwarta butelka
                        szampana. Po to ma się przyjaciela, aby móc się z nim dzielić wszystkim na
                        bieżąco- dlatego z utęsknieniem czekam na ten internet. Za nic w świecie nie
                        chciałabym stracić w Tobie przyjaciela. (...)”


                        Romantyk

                        Ps.
                        Czas na małe podsumowania. Może w tym tygodniu uda mi się zebrać kilka
                        najważniejszych myśli dla takich najtrudniejszych sytuacji jak Twoje alfino i
                        unhappy "SERCOWE TARAPATY".
                        • Gość: saarna Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.chello.at 14.10.01, 19:22
                          halo
                        • Gość: saarna Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.chello.at 14.10.01, 22:23
                          Halo Romantyku,
                          bardzo ladnie piszesz o swoich uczuciach,ale sadze,ze rada(y)ktore dajesz sa
                          niemozliwe do przeprowadzenia.Nie wierze, ze milosc (szczegolnie w
                          takim "burzliwym okresie")moze przeobrazic sie w przyjazn.Owszem odwrotnie,
                          zgode sie,przyjazn moze przerodzic sie w milosc.W innym wypadku taka znajomosc
                          konczy sie w ogole...I podejrzewam,ze w Twoim wypadku tak moglo sie to
                          skonczyc.Wiec czekam na dokonczenie historii i pozdrawiam.
    • Gość: alfina Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 14.10.01, 19:16
      Kiedy zakończysz opowiadanie swojej historii, chciałabym poprosić Cię o
      kontakt, także wirtualny, ale może bardziej osobisty.Jeszcze o wielu sprawach
      nie miałam odwagi opowiedzieć na forum.A rozmowa z drugim człowiekiem, który ma
      za sobą podobne doświadczenia i możliwość podzielenia się tym, co jak bolesny
      cierń tkwi na samym dnie duszy, jest dla mnie teraz jak powietrze. Moja
      "robocza" skrzyneczka: alfina@poczta.gazeta.pl Jeśli oczywiście znajdziesz na
      to czas i ochotę.Czekam, i zapewne nie tylko ja na rodzaj podsumowania i garść
      cennych wskazówek.
      alfina
      • Gość: alfina Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 14.10.01, 19:24
        I jeszcze pytanie do Tadeusza.
        Czy uważasz, że i ja jestem nie całkiem normalna? Wszak uparcie, mimo
        ogromnego pragnienia i szaleństwa w mojej zakazanej miłości nadal nie
        zaangażowałam seksu...
    • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 15.10.01, 20:27
      Witam Cię „Saarno”!

      Miło mi, że i Ty zabrałaś głos na forum, gdzie decyduje się na żywo los
      Alfiny, Unhappego i pewnie wielu innych cichych obserwatorów, borykających się
      z własnymi uczuciami – i to bardzo boleśnie. Ja przez to przeszedłem i
      rozumiem każdy etap na tyle dobrze, by wczuć się w opisywane sytuacje. Czuję
      się pokornym zwycięzcą i mogę podzielić się moim doświadczeniem. Zapłaciłem
      jednak bardzo drogą cenę za ten sukces. Rozbolało mnie serce, posiwiały włosy i
      niemalże dostałem rozstroju nerwowego. Gdybym jednak w końcu nie zaczął szukać
      zrozumienia problemu i wyjścia z jego podstępnych arkan, byłoby dziś jeszcze
      gorzej. A tak wychodzę na tzw. prostą. Wraca spokój, przyszłość znowu nabiera
      sensu a ja zaczynam życie niemalże na nowo. Ten proces wciąż trwa.
      Masz rację Saarno, że po złej miłości zwykle nie przeradza się ona w przyjaźń.
      I gdyby nie to, że przez wiele lat ja z DANUTĄ byliśmy bliskimi najlepszymi
      kumplami, pewnie rozstalibyśmy się na zawsze i tak było by najlepiej. A tak
      mieliśmy do czego wrócić. Przyjaźń przetrwała, stała się o niebo dojrzalsza i
      życzyłbym takiej przyjaźni wszystkim. Bardzo rzadko zdarza się taka największa
      przyjaźń między mężczyzną a kobietą. Musi mieć jednak swoje szczególne
      uwarunkowania. Ale o tym innym razem, to osobny i bardzo piękny temat.
      Gdybyśmy mieli w przeszłości tą wiedzę co dziś, nigdy nie skusilibyśmy się na
      naszych potencjałach miłości i małżeństwa. Nie raz do sumień dobijała nam się
      świadomość, że brniemy w coś niewłaściwego. Jednak otworzone największe uczucie
      działało lawinowo i wciągało jak wir wodny. Wydawało się, że jest to piękna
      karuzela życia, szybowanie ku szczęściu, a tak naprawdę byliśmy wciągani coraz
      głębiej w wir niszczycielskiego zła. I to brzmi jak absurd. Jak moja własna
      największa miłość może być złem, które niszczy mnie, moją jedyną i tą trzecią
      osobę? Cały czas przecież miłosnemu związkowi towarzyszyło przekonanie, że
      zdąża się do szczęścia. To wszystko jest jakby misterną pułapką na
      spragnionego miłości człowieka. Moja, Danuty i wielu innych niewiedza życiowa
      sprawiła, że wpadliśmy w tą misterną zasadzkę jak muchy na słodki lep.
      Póki każdy romantyk i każda alfina nie przejrzy w końcu na oczy, że
      słodka „muchołapka” jest tylko fałszywą przynętą-pułapką i zagrożeniem ich
      wolnego życia (jakiekolwiek by nie mieli), to nigdy naprawdę nie zaczną walczyć
      o własne ocalenie.
      Bardzo długo musiałem sam siebie przekonywać, że to co robię, jest tylko ładnie
      zapakowanym złem. Jednak ta świadomość w końcu zwyciężyła. Postawiłem ją na
      pierwszym miejscu. Ale to wcale nie znaczy, że równolegle dojrzewają uczucia i
      znikają lub zamieniają się na te właściwe. Procesy intelektualne i emocjonalne
      są jakby czymś odrębnym i dlatego nieraz trzeba długo poczekać, aż zaczniemy
      czuć tak, jak myślimy.
      Tak czy inaczej jeśli chcecie zmienić złe uczucia, najpierw trzeba zmieniać
      myślenie. Ale o tym jeszcze trochę następnym razem.
      By było wam wszystkim łatwiej rozszyfrować piękne pułapki waszych marzeń i
      snów na jawie (i obojętnie czy oparte są one na seksie czy przeżyciach
      miłosnych), załączam cytat z pewnej książki. Ten fragment pomoże przynajmniej
      niektórym zdjąć różowe okulary z doświadczanych wzniosłych przeżyć i ujrzeć, że
      to jest nic innego, jak tylko ZGUBNY ROMANS.
      Ja z wielkim bólem i wstydem musiałem przekonać się sam na sobie, że nie ma
      czegoś takiego, jak uczciwej miłości na boku, z której można zbudować drugie
      szczęśliwe życie. To są tylko złudzenia! Rozwój wydarzeń mojej największej
      miłości przyniósł mi zupełnie coś odwrotnego do oczekiwań i dążeń.
      Chcemy czy nie chcemy, miłość kochanków i kochanek ma postać romansu. A każdy
      romans ma zły koniec.
      Codziennie już od pierwszego wspomnienia o „ukrywanej” miłości powtarzajcie
      sobie wyraźnie myśl: TO JEST ZŁE, ŹLE SIĘ SKOŃCZY. PRZYNIESIE TYLKO ZAMĘT I
      BÓL MI I TOBIE, itp. Czytajcie też poniższy fragment o konsekwencjach rano, w
      dzień, wieczorem – po prostu jak najczęściej. Ta praca nad umysłem po jakimś
      czasie zacznie przynosić pożądane efekty.

      Romantyk

      Cdn


      Cytat:
      „Jednym z głównych powodów niewierności jest nadarzająca się okazja. Sprawdza
      się to szczególnie w odniesieniu do mężczyzn. Wielu panów, pracujących w dużych
      firmach, nieustannie styka się z młodszymi kobietami, patrzącymi na nich z
      podziwem. To wielka pokusa: Jeśli praca wiąże się z wyjazdami, stwarzającymi
      odpowiednią okazję, albo pociąga za sobą bliskie kontakty ze
      współpracowniczkami, prawdopodobieństwo romansu rośnie w spo-sób gwałtowny.
      Badania wykazały, że około siedemdziesięciu procent ludzi w jakimś okresie
      swego małżeństwa wdało się w romans, za najczęstsze wytłumaczenie podając
      dogodną spo-sobność.
      Jeśli nie można schronić się w ramionach małżonki-bo znajduje się w szpitalu,
      wyjechała w długą podróż, pochłonięta jest ważnym zadaniem, właśnie rodzi
      dziecko, żyje w ogromnym napięciu partner może wykorzystać okazję do
      niewierności. Albo też nielojalny partner zostanie uwiedziony przez kogoś, kto
      przyjacielski sposób bycia weźmie za erotyczne ciągoty.
      Niezależnie od tego, jak doszło do romansu, niewierni partnerzy przekonują się
      w końcu, że nie panują już nad swym życiem. W tym momencie stają się bardziej
      impulsywni i już bez zahamowań zaczynają folgować swym zachciankom. Na przykład
      wymyślają coraz mniej prawdopodobne usprawiedliwienia nieobecności w domu,
      przez co zyskują opinię ludzi nieodpowiedzialnych. Nakłanianie człowieka do
      odpowiedzialnego zachowania się przynosi odwrotny skutek. Nie chcąc stawić
      czoła zarzutom przyjaciół i rodziny, osoba uwikłana w romans chętniej spędzi
      czas z kochankiem. Zaszywa się w swym intymnym świecie podobnie jak alkoholik,
      który pragnie przebywać tylko w towarzy-stwie kompana od kieliszka lub
      pracoholik, stale przesiadujący w biurze.
      Jak i inne nałogi, romans ma długofalowe skutki, które często nie ujawniają się
      od razu. Nieuczciwość, nieodłącznie związana z niewiernością, wytwarza
      specyficzny sposób myślenia i zachowania się, które pozostają długo jeszcze po
      zakończeniu miłosnej przygody.
      Inny ukryty efekt pozamałżeńskiego romansu to niszczycielski wpływ na charakter
      człowieka. Uzyskać przyjemność było łatwo i wygodnie. Nawet jeśli romans
      dobiegł końca, wnioski z niego płynące mogą wywierać skutki i na inne dziedziny
      życia. Małżonek, który miał romans, być może zechce unikać satysfakcji,
      pochodzących z tradycyjnych źródeł, wymagających czasu i wysiłku, skoro
      istnieją satysfakcje dostępne tanim kosztem. W świetle tego romans jako taki
      może wywrzeć długotrwałe skutki na osobowość oraz stosunek do zadań życiowych.
      Choć większość ludzi dostrzega, jakie problemy stwarza romans, coraz słabiej
      potrafią nad nimi panować. Romans dostarcza zado-wolenia emocjonalnego, które
      jest potężniejsze niż intelektualne rozważania, co jest dla człowieka
      korzystniejsze. W ten sposób uczą się podważać ustalenia rozumowe, i zaczynają
      działać pod wpływem impulsu, co jest kolejną niebezpieczną nauczką.
      Romans prowokuje konieczność okłamywania - zarówno mał-żonka, jak i kochanka -
      co powoduje dalszy uszczerbek osobowości. Często kochanek staje się
      przedmiotem, służącym zaspokajaniu namiętności. Degradacja kochanka od osoby do
      przedmiotu tworzy kolejny niszczycielski schemat - samolubne wykorzystywanie
      ludzi bez uwzględniania ich potrzeb.
      Zabiegi, niezbędne dla utrzymania cudzołożnego związku, wycze-rpują energię i
      ograniczają wydajność. Coraz więcej czasu spędza się z kochankiem kosztem
      innych dziedzin życia. Cierpi na tym praca, rodzina, przyjaciele. Powstają
      problemy finansowe i niebawem współmałżonek i dzieci zaczynają okazywać swe
      niezadowolenie.
      Niewierni partnerzy stają się bardziej osamotnieni. Zazwyczaj nie chcą myśleć o
      konsekwencjach swojego postępowania, gdyż w głębi duszy wied
      • Gość: alfina Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 16.10.01, 09:33
        Przeczytałam wczoraj i dedykuję wszystkim, którzy czują i myślą podobnie jak ja:
        "...Jakże odrażające jest uczucie, które z jednej strony kładzie kamień, z
        drugiej zaś rozbija mur. Jakże barbarzyńską jest miłość, która sadzi kwiat, a
        wyrywa przy tym tysiące, ożywia nas jednego dnia, a niszczy latami..."
        alfina
        • Gość: mada Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.*.*.* 16.10.01, 13:00
          Szkoda tylko, że tak mało osób o tym pamięta..........
          • Gość: Romantyk Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 17.10.01, 00:08
            Przepraszam za ostatni post względem całości cytatu z książki. Nie sprawdziłem
            od razu czy cały się zmieścił. Dopiero dziś późnym wieczorem zauwarzyłem brak
            kilku akapitów. Widać posty nie są nieograniczone...
            Zamieszczam więc teraz brakujące akapity poniżej. Połączcie go z poprzednim
            tekstem. Chciałbym, byście znali całość cytatu.
            Tyle na razie, tymczasem
            Romantyk

            Oto brakujący cytat:

            "Niewierni partnerzy stają się bardziej osamotnieni. Zazwyczaj nie chcą myśleć
            o konsekwencjach swojego postępowania, gdyż w głębi duszy wiedzą, że zachowują
            się w sposób nieodpowiedzial-ny i samolubny. Bywa, że ograniczają swe życie do
            zajmowania się partnerem, zaspokajając jedynie najbardziej podstawowe potrzeby
            rodziny czy wymagania w pracy. Ponieważ otoczenie zazwyczaj nie pochwala ich
            postępowania, popadają w izolację i stają się nieufni. U wielu ludzi w tej
            sytuacji rozwijają się fizyczne objawy stresu: napady lęku, bóle głowy,
            zaburzenia układu pokarmowego, kłopoty ze snem.
            Ta sytuacja może trwać, póki nie dojdzie do kryzysu. Współmałżonek może
            wystąpić z ultimatum. Kochanka zmęczy bycie „tym drugim". Czasami kryzys
            wywołują dzieci, działając pod wpływem panujących w rodzinie napięć.
            Nawet jeśli bezpośredni kryzys zostanie zażegnany i romans zakończy się,
            pozostaną problemy, tkwiące u podłoża związku. Należy wyjaśnić, dlaczego doszło
            do nawiązania romansu, omówić błędy małżeństwa oraz starać się je usunąć. W
            niektórych wypad-kach rodzi się z tego nowa, silniejsza więź.
            (...) Cudzołożni partnerzy muszą też leczyć urazy, jakich doznało ich poczucie
            własnej wartości, gdy utracili kontrolę nad swym życiem. Muszą oduczyć się
            niebezpiecznych nawyków: traktowania ludzi jak przedmioty czy działania pod
            wpływem impulsu, co jest charakterystyczne dla nielegalnego związku.
            Kres romansu nie musi oznaczać końca miłości czy zauroczenia. Może wymagać...
            działań, by się uwolnić. (od nich – d.m.)
            Każda z osób, uwikłanych w trójkąt, jest ofiarą. Wszyscy stają się aktorami
            sztuki, której nikt nie reżyseruje, a która toczy się pod wpływem impulsów
            otoczenia. Dotyka to nawet dzieci. Brak uczci-wości i zaufania między
            partnerami stwarza nieuchronnie niekorzys-tną atmosferę, nie zapewniającą
            spokoju ani poczucia bezpieczeń-stwa. Dzieci widzą jedno lub obydwoje rodziców
            nie panujących nad sobą i działających pod wpływem impulsu, nie baczących na
            konsekwencje. Marne to wzorce dla kształtujących się osobowości.
            Zdradzona małżonka wie, że ma do czynienia z partnerem, który popełnił
            nieuczciwość w przeszłości, trudno więc, by darzyła go zaufaniem na przyszłość –
            i z tym także musi się uporać. Znajduje się też w centrum spustoszenia, jakie
            do rodziny wprowadziło pojawienie się osoby trzeciej. Co więcej, nieuczciwy
            partner okazał swej towarzyszce życia brak poszanowania, a ona straciła
            szacunek dla siebie i wiarę we własne siły - i to są problemy, które oboje
            również będą musieli jakoś rozwiązać.
            Osoba, która zainicjowała romans, także musi stawić czoło sytuacji i przyjrzeć
            się temu, co skłoniło ją do niewierności. Musi poradzić sobie z nowo nabytymi,
            negatywnymi zmianami osobowo-ści, o których mowa była już wcześniej:
            kłamstwami, działaniem pod wpływem impulsu, uprzedmiotowianiem ludzi,
            natychmias-towym zaspokajaniem namiętności.
            W ostatecznym rozrachunku traci kochanek. Nawet jeśli romans rozbija
            małżeństwo, kochanka zazwyczaj porzuca się, by nie przypominał o trudnych
            chwilach. Jeśli romans przechodzi w mał-żeństwo, kochanek lęka się o trwałość
            małżeńskiej przysięgi. W końcu nikt nie wie lepiej od kochanka, który został
            małżonkiem, jak niewiele znaczyła ona w poprzednim małżeństwie.
            Trójkąty, niezależnie od tego, czy opierają się na seksie, czy też nie, są
            równoznaczne z nieuczciwością, brakiem zaufania, nielojalnością. Zdradzony
            partner musi zdecydować, czy chce nadal żyć w tym związku, czy też go
            zakończyć...”
            • unhappy Re: Największa miłość, największa przyjaźń 18.10.01, 07:59
              Nie pisałem od kilku dni, mimo tego, że moje emocje na pewno w jakiś sposób
              mogły by się rozładować. Przeżywam nadal huśtawkę emocji, moje myśli krążą
              wokół mojej Miłości i pytań co dalej.Jak napisałem ostatnio oczekiwałem na
              spotkanie z moją Ukochaną.Doszło do niego w niedzielę, i natchnęło mnie ono
              nadzieją.Upewniłem się, że nie jestem jej obcy, czułem,że nadal mnie kocha mimo
              tego, że powstrzymuje się przed wyartykułowaniem swych uczuć. Ponownie zagrały
              emocje, były namiętne pocałunki, delikatne pieszczoty. Nie doszło między nami
              do zbliżenia.Była wspaniała rozmowa jak dawniej. Spotkanie to natchnęło mnie
              optymizmem co do przyszłości. Spotkałem ją również we wtorek rano przed Jej
              pracą.Znów wspaniała atmosfera 5 minut,pewien niedosyt krótkich chwil
              razem.Sytuacja pozwoliła mi pojechać do Niej również w środę wieczorem, kiedy
              wiedziałem, że nie będzie jej mężą. Zrobiłem Jej niespodziankę swoją wizytą jak
              również ciętymi kwiatami.Ale muszę teraz kończyć.Spróbuję za kilka minut...
              • Gość: unhappy Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 18.10.01, 09:26
                Po chwili niezbędnej przerwy kontynuuję.To moje ostatnie z Nią spotkanie chyba
                jest przełomowe.Przez 1,5 godz trwała między nami naprawdę bardzo pouczająca
                rozmowa. Mimo, że powtarzały się w niej elementy naszych wcześniejszych
                dyskusji to wydaje mi się, że dopiero odpowiednie poukładanie wzajemnych
                przemyśleń pozwoliło mi "zrozumieć" moją Ukochaną.Pozwoliło mi podjąć moją
                decyzję, która dojrzewała we mnie od długiego czasu. Wiem, że to co teraz
                napiszę nie będzie zgodne z twoimi doświadczeniemi i twoim punktem widzenia,
                Romantyku. W pewnym sensie postąpię zgodnie z sugestią Tadeusza. Na pewno duży
                wpływ na moje decyzje wywarłaś ty Alfino i ty Saarno.
                Moja Ukochana okazała się osobą na rozdrożu uczuć, potrzeb, pragnień,
                obaw.Wydajemi się, że poczuła się winna wobec swojego męża, postanowiła dać
                jemu i sobie szansę. Uznała, że moja osoba, która pojawiła się w Jej życiu w 10
                m-cy po ślubie zdetermninowała Jej stosunki z mężem. Dostrzegła jego starania o
                małżeństwo i swoje złe postępowanie wobec niego. Dlatego też chce ograniczyć
                nasze kontakty i dać szansę swojemu "legalnemu" związkowi.Na moje argumenty, że
                w swoim małżeństwie nie była szczęśliwa, że mąż zawiódł Ją zaraz po ślubie
                odparła, że musi spróbować. Przyznała jednocześnie, że nie jest w stanie
                określić swoich do niego uczuć, nie jest pewna czy spełni jej oczekiwania.
                Przyznała,że dostrzega jego wady, różnice między nimi, to, że Jej matka,
                przyjaciółka zastanawiają się dlaczego jest z nim razem. Ja tego też nie
                rozumiem znając jaką jest wspaniałą, inteligentną, cudowną Istota a kim jest
                on, całkowicie do Niej niepasujący mężczyzna.Nie wykluczyła, że może zdarzyć
                się tak, że w jednej chwili od niego odejdzie. Ale najpierw musi spróbować.
                Teraz o mnie i moich decyzjach.Rozmowa ta pomogła podjąc mi decyzję chyba
                najważniejszą w moim życiu.Wiem teraz, że wcześniej czy później odejdę od mojej
                żony. Nie pisałem o tym wcześniej ale w 1998 roku moja żona bardzo mnie
                dotknęła.Już wtedy chciałem odejśc. Zostałem z rodziną chyba tylko dzięki
                mojemu bratu, który wtedy do mnie przyjechał i dużo ze mną rozmawiał. Żona
                uderzyła mnie w najczulszy męski punkt.Po tym pozostała we mnie zadra, której
                nie jestem w stanie pozbyć się. Moją Ukochaną poznałem już po tym zdarzeniu i
                jak juz wcześniej pisałem dała mi to czego nie miałem od żony.Zapytacie co z
                dziećmi.Starsze staje się już samodzielne i wyfrunęło juz z domu. Młodsze na
                pewno bardzo to przeżyje. Ale nigdy nie dam mu odczuć tego, że nie jest dla
                mnie moim ukochanym dzieckiem. Ponadto odejdę dopiero wtedy kiedy zapewnię
                dzieciom i żonie stabilizacje finansową i zabezpieczę ich na przyszłość.Oddam
                się teraz pracy aby osiągnąć ten cel. Wiem również ,że nie będzie mi łatwo.
                Mojej Ukochanej powiedziałem, że będę na Nią czekał wierząc , że los nas
                połączy kiedyś, może za rok za 5 czy za 10 lat. Na pożegnanie powiedziała mi,
                że chciałaby abym na nią czekał a gdybym już nie chciał abym Ją
                uprzedził.Wierzę sobie, że będę czekał bez ustanku myśląc o Niej mojej jedynej
                Miłości.Zadałem sobie pytanie? Dlaczego w imię tej obłudnej moralności w jakiej
                byliśmy wychowani i jaką jesteśmy otoczeni mam odmawiać prawa do szczęścia
                sobie, Ukochanej, żonie. Tak żonie ,dzieciom również.Bo będąc nieszczęsliwym
                nie dam szczęścia także im. Uważam, że lepiej będzie jak zabezpieczeniu ich
                bytu odejdę. Może żona spotka kogoś kto będzie dla niej lepszym? Lepiej wydaje
                mi się przeciąć ten problem zdecydowanie niż tkwić w związku nie dającym
                zadowolenia. Uważam również, że nikt wcześnie z uczestników Forum nie poruszy
                problemu seksu we wzajemnych związkach. Mam na myśli to, że jest on
                nierozłącznym składnikiem małżeństwa a jego brak rodzi problemy skutkujące
                poszukiwaniem nowych wrażeń. Ja ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że
                właśnie rozpad mojego małżeństwa spowodowany został przez jego niewłaściwe
                funkcjonowanie. Nie zamierzam tutaj obwiniać mojej żony czy siebie. Tak wyszło.
                Natomiast w związku ze swoją Ukochaną ( pozwól Romantyku, że użyję pierwszej
                litery z pseudonimu twojej miłości ) D przeżyłem coś wspaniałego, cudownego
                niespotykanego wcześniej. Wydaje mi się, że nie można się przed tym ważnym
                składnikiem życia dorosłych dojrzałych ludzi bronić. Trzeba spojrzeć prawdzie w
                oczy.Satysfakcja z pożycia dopiero da szczęscie w związku kobiety i mężczyzny.
                Moim zdaniem jest równie ważna jak porządek w domu, uprane koszule, zadbane
                dzieci. Chcę wierzyć, że jeśli szczęśliwy dla mnie los pozwoli mi być z moją
                Ukochaną znajdę w tym związku to wszystko co napisałem wczesniej. Może to co
                piszę jest nieco chaotyczne ale wynika to tylko z gonitwy moich myśli.
                Zdaję sobie sprawę, że w społeczeństwie tkwiącym w tej fałszywej katolickiej
                moralności naraże się na ostracyzm. Stracę znajomych, kolegów.. Ale może
                jednocześnie znajdę nowych, lepszych mniej obłudnych ( mam na myśli ową
                wspomnianą wcześniej moralność ).Pomożcie mi proszę, odpiszcie na mój post.
                Może różne wasze uwagi pomogą mi to wszystko przejść? Może uchronią przed
                niedobrymi myślami, które czasami pojawiają się w mojej głowie, że dla
                wszystkich zainteresowanych w moim problemie najlepiej byłoby wykonać drobny
                ruch kierownicą podczas szybkiej jazdy samochodem....Nie krzywdził bym wtedy
                Ukochanej, żony, dzieci.Na dzisiaj wiem jedno. Kocham swoją Ukochaną i będę na
                nią czekał. Oby jak najkrócej.Powiem wam jescze, że w trakcie ostatniej rozmowy
                zapytała mnie czy jestem pewien , że gdybyśmy byli razem, kiedy wzajemne
                stosunki oparte są na prozie dnia codziennego będzie nam razem dobrze
                oodparłem, że z bagażem doświadczeń życiowych w imie miłości pokonamy wszystkie
                możliwe i bardzo prawdopodobne przeszkody.
                • Gość: saarna Re: Największa miłość, największa przyjaźń IP: *.chello.at 18.10.01, 12:51
                  Halo Unhappy
                  Domyslam sie co przezywasz.Na pewno jest to duzy problem i wielu z nas bylo juz
                  w podobnej sytuacji.Wazne jest,ze Twoje decyzje ,ktore podjales( chcesz podjac )
                  zrobisz dla siebie.To znaczy,ze od zony odchodzisz,bo wiesz,ze chcesz od niej
                  odejsc.A czy bedziesz czekal na swoja Ukochana,to czas pokaze....
                  Z tego co pisales o jej sytuacji,to nie widze przyszlosci dla tego
                  malzenstwa.Wydaje mi sie ,ze to tylko przedluzy niepotrzebnie i tak juz "chory"
                  zwiazek,ale decyzja nalezy do niej.
                  Tobie zycze podjecia szybkich decyzji,bo wydaje mi sie ,ze to jest najwazniesze
                  w tej chwili.
                  A Romantyka prosze o dokonczenie,bo jestem ciekawa jak jego "przyjazn" sie
                  rozwinela i czy w ogole przetrwala.




    • Gość: alfina Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 18.10.01, 15:45

      Niestety, nie mam dzisiaj czasu na pisanie, a szkoda. Tylko słówko do Ciebie
      Unhappy... Drobny ruch kierownicą podczas szybkiej jazdy
      samochodem...ZWARIOWAŁEŚ!!! Wiem, że to co teraz czujesz, przeżywasz, zresztą
      podobnie jak ja, i wielu innych to bolesna nieumiejętność życia w
      teraźniejszości. Ale każda chwila naszego życia jest bezcennym darem!!! Dotyczy
      to także chwil trudnych i momentów zagrożenia. Nie moralizuję! Sama jestem
      rozdarta na pół, a moje wnętrze wyje każdego dnia głośniej. Ale wiem też, że
      trzeba ponosić konsekwencje swojego postępowania, a także świadomych,
      dojrzałych wyborów. Twój, mam nadzieję jednorazowy pomysł z kierownicą...-to
      byłoby zwyczajne tchórzostwo. Nie myśl, że zaoszczędziłbyś bliskim Ci osobom
      cierpienia. Pozostałyby nie omówione problemy i nie rozwiązane sprawy. Chcę,
      żebyś wiedział także, że podziwiam Cię za Twoją decyzję. Dajesz swojej
      ukochanej czas do namysłu i możliwość rozważnego dokonania wyboru. Aby wynik
      tego eksperymenty był obiektywny, musiałbyś teraz w żaden sposób nie wpływać na
      jej postępowanie względem męża i formalnego związku. Rezygnujesz także z
      obłudnego, podwójnego życia, w imię tej prawdziwej, zgodnej ze stanem ducha
      moralności. Nie ważne co powiedzą ludzie. Nie można chyba bardziej krzywdzić
      życiowego partnera, niż być z nim z przyzwyczajenia, dla dobra dzieci ( oby
      dorosły jak najszybciej) i „bo tak wypada”. Jeśli tli się iskierka uczucia,
      trzeba o nią walczyć, jeśli gaśnie zupełnie, nie ma sensu grzebać w
      bezwartościowym popiele zadręczając siebie i innych. Każde rozwiązanie wydaje
      się lepsze od życia w kłamstwie i pozornej harmonii. Ja także nie chciałabym
      żyć z człowiekiem, który nic do mnie nie czuje. Który nieustannie myśli o innej
      kobiecie. Dla którego jestem tylko matką jego syna i gosposią w domu. Który
      mnie nie pożąda. Dlatego z bólem, ale świadomie odsuwam od siebie Moją
      Największą Miłość. Moje zauroczenie. Muszę odwrócić błędny wzrok i spojrzeć na
      mojego męża. Na moją Miłość z lat szkolnych, szczenięcą fascynację. Moje
      oparcie. Docenić kilkanaście lat wspólnej wędrówki przez życie. Czuję, że
      rozpoczęła się walka o mnie, o moje uczucia. Rozmawialiśmy ostatnio i dał mi
      znać, że widzi, iż coś niszczy mnie już dłuższy czas i zżera od środka.
      Zaofiarował pomoc, choć tak naprawdę nie wie co się ze mną dzieje. Powiedział: -
      „jestem z Tobą. Na dobre i na złe.” Każdego dnia odbieram pozytywne sygnały,
      zastaję róże na kuchennym stole...Propozycje wspólnego spędzenia czasu.
      Rozbrajają mnie czułe telefony i małe sms-owe żarciki. Nie mogę tego
      lekceważyć. Jeśli jednak po upływie długiego czasu, niezbędnego, aby spojrzeć
      na wszystko z dystansem, stwierdzę, że nie jestem zdolna do miłości w
      małżeństwie, że nie mogę odwzajemnić ofiarowanych mi uczuć, usiądę naprzeciwko
      mojego męża, przy kuchennym stole i porozmawiamy o tym. Spokojnie, bez emocji.
      Może przecież okazać się, że nie jestem warta tego, co mi ofiaruje. Zastanowimy
      się także jak powiedzieć o tym dziecku. I jeśli rozstaniemy się, nie wyciągnę
      także rąk po moją Największą miłość. Nie zabiorę Go rodzinie. „Nic, co kochamy,
      nie jest naszą własnością”.Może będę zupełnie sama, ale w zgodzie z własnym
      sumieniem. Nie boję się reakcji społeczeństwa, dalszej rodziny, znajomych.
      Biorę pod uwagę i takie rozwiązanie, dlatego doskonale rozumiem dlaczego
      postanowiłeś odejść. Uczucia mogą być białe albo czarne. Nie ma miejsca na
      szarość. Powiadomiłam także mojego Przyjaciela o tym, że musimy powalczyć o
      powrót do przyjaźni. Rozluźnić więź emocjonalną, ogarnąć wymykające się spod
      kontroli szaleństwo. Świadomie zbudować mur nie do przebicia. Wierzę, że to
      trudne, ale możliwe. Bo mój Przyjaciel to przede wszystkim wartościowy
      człowiek, którego cenię i szanuję. Czuję, że zanim moja wielka Miłość na powrót
      stanie się przyjaźnią, wyleję może łez i będę cierpieć tak, jak jeszcze nigdy w
      życiu. Nasze spotkania na płaszczyźnie zawodowej są bowiem nieuniknione. Ale to
      będzie dobra cena za fantazję, której dałam się ponieść. Na razie spróbuję
      zasłużyć na uczucia mojego męża. I jeszcze na marginesie...Odstawiłam środki
      antykoncepcyjne i zrobiłam niezbędne badania. Zegar biologiczny tyka
      nieubłaganie, może to ostatnia szansa...Pozdrawiam Cię Unhappy, a także
      wszystkich uczestników Forum ciepło i jesiennie.
      alfina
      • Gość: georgia Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.plock.sdi.tpnet.pl 18.10.01, 19:03
        Hallo,
        Pozdrawiam wszystkich a w szczególności Alfinę, Unhappy i Romantyka. Trzymajcie
        się i dokonajcie trafnych wyborów!
        A może udałoby się wam osiągnąć taki stan równowagi jak mnie?
        Jakiś czas temu spotkałam cudownego człowieka, który odmienił moje życie. Było
        to na slużbowym wyjezdzie (to może być nudna historia dla ogółu dlatego
        ograniczę się jedynie do niezbędnego skrótu). Nie szukałam go ale rozmawiając z
        nim po raz pierwszy czułam jakbyśmy znali się zawsze. Rozmawialiśmy o wszystkim
        co jest dla nas ważne, rozumieliśmy się doskonale, a potem stało się... Potem
        były rozstania i kolejne krótkie spotkania. Oboje mamy rodziny, prawie dorosłe
        dzieci. Nie wiem czy go kocham, wiem że jest dla mnie tak samo ważny, jak mój
        mąż. Od początku wiedzieliśmy, że nie możemy się w sobie zakochać i że będziemy
        się nadal spotykać. Będziemy przyjaciółmi a nie kochankami, chociaż łączył nas
        również sex. Udało mi się nie dokonywać wyborów pomiędzy nim a rodziną. Dzięki
        temu nasze rodziny nie przeżywają dramatu a my spotykamy się kilka razy w roku
        i wtedy robimy sobie święto. Czasem zastanawiam się czy byłabym szczęśliwa
        zostawiając dla niego rodzinę. Jestem pewna, że nie, bo nie da się żyć w
        oderwaniu od rzeczywistości, od tych wszystkich problemów emocjonalnych i
        materialnych, które by wtedy wynikły.
        Jestem emocjonalna i dość skomplikowana. Zanim Go spotkałam miałam swoją małą
        bezpieczną stabilizację: męża, dzieci, ciekawą pracę i nigdy nie szukałam
        okazji do "skoków w bok".
        Przy moim przyjacielu czuję się prawdziwą kobietą i mam ochotę zmierzyć się ze
        swiatem. On jest dla mnie wzorem aktywności, pracowitości i apetytu na życie.
        Przedtem brak mi było tego typu emocji a teraz czuję się całkowicie spełniona.
        Czasami za nim tęsknię ale to też jest piękne, bo wiem że najdalej za dwa
        miesiące znów się spotkamy. Oczekiwanie na przyjemność jest czasami milsze od
        spełnienia.
        Wracając do tematyki tego forum, chyba Unhappy podjął już decyzję. Drogi
        przyjacielu, w twoim przypadku chyba jest to słuszne, postaraj się przekonać
        swoją ukochaną aby na ciebie na pewno zaczekała ale nie każ jej czekać zbyt
        długo, bo dla obojgu z was może być wtedy za późno. Przepraszam - ale czy żona
        nie poradzi sobie samodzielnie już teraz (oczywiście z pewnym wsparciem
        finansowym z twojej strony)?
        Georgia

        • unhappy Re: Czy 19.10.01, 10:05
          Georgio! Niestety ,żona nie poradzi sobie sama finansowo bez mojej pomocy.Zanim
          pobraliśmy się była osobą dość zaradną i samodzielną. Niestety z chwilą
          zawarcia małżeństwa zdała się prawie całkowicie na mnie, obarczając mnie nawet
          bardzo prostymi sprawami. Ponadto jej charakter, nieumiejętność współpracy z
          ludźmi w sposób znaczny może utrudnić jakąkolwiek pracę.Dlatego też aby odejść
          muszę najpierw zadbać o przyszłość dzieci a jej umożliwić start w jakiejś
          samodzielnej pracy.
          A teraz do wszystkich, którzy śledzą mój rozgrywający się na "żywo" dramat.Otóż
          wczoraj po południu udało mi się spotkać z moją Ukochaną po
          kilkugodzinnym "warowaniu" w Jej pobliżu. Wprosiłem się na lody i nie zostałem
          odrzucony. I było cudownie. Kiedy do niej przyszedłem zastałem Ją uczesaną tak
          jak lubię. Dość szybko poczułem, że mnie pragnie i sało się. Kochaliśmy
          się.Stało się to o czym marzyłem. Ale już potem nagle posmutniała. Stwierdziła,
          że ma do siebie pretensje. Że złamała dane sobie słowo.Nie wiedziałem co
          powiedzieć. Dla mnie był to znak, że nadal mnie kocha, pragnie, pożąda.Nie
          potrafię pojąć co dzieje się w duszy kobiety kiedy ponad własnymi
          przemyśleniami górę biorą uczucia (głęboko wierzę,że tak jest w Jej
          przypadku).Muszę Wam również przyznać, że stało się coś jeszcze. Otóż w pozycji
          w jakiej kochaliśmy się (jej bardzo się ona podoba) nie byłem w
          stanie "wyskoczyć". Potem na Jej pytanie ,dlaczego, jak najgorszy dupek
          odparłem, że pomogłem losowi.Nie wiem, czy to moje beznadziejne stwierdzenie
          nie odepchnie Jej ode mnie. Nie wiem jak to Ona zinterpretowała. Nie chciałbym
          aby pomyślała, że w ten sposób chce mieć Ją dla siebie (mimo tego, że pragnę
          mieć z Nią Dziecko). Z drugiej strony mam pewność, że akurat w tym momencie nie
          mogła zajść w ciążę (na ile mam pojęcie o fizjologi i medycynie). Dzisiaj do
          tej pory nie odezwała się do mnie. Nie wiem, czy powinieniem do niej zadzwonić,
          czy znów dać Jej czas na poukłdanie sobie wszystkiego. Wiem, że nie mogę być
          natrętny ale moje uczucie popycha mnie do słuchawki telefonu. Nie wiem czy
          wytrzymam. Chciałbym prosić Was kobiety, o pomoc w pojęciu mi co może w tej
          chwili myśleć moja Ukochana
          • georgia Re: Czy 19.10.01, 18:52
            Tak, musisz dać jej czas. Ona też cierpi, bo chciałaby być z tobą, ale z
            drugiej strony czekać na ciebie minimum 5 lat? Ja bym tego nie zniosła?
            Przecież to tylko ty wiesz czy naprawdę będziesz niezmiennie czekał te 5 lat,
            ona zawsze nie będzie tego pewna. To będzie nie do zniesienia, przecież to
            ogromny szmat czasu! Ta szarpanina wykończy was, obawiam się, że nie będziecie
            już wtedy w stanie udźwignąć wspólnego życia. Rzucenie się w wir pracy jest w
            twojej sytuacji jak najbardziej celowe, pozwoli może znaleźć najlepsze wyjście.
            Nie róbcie niczego na siłę. I jeszcze jedno: staraj się nie ranić Zony, może
            uda się wam zachowac chociaż przyjaźń?
            Zaplątałeś się, ogromnie ci współczuję,
            Georgia
          • Gość: mika Re: Czy IP: *.acn.waw.pl 19.10.01, 20:10
            Słuchaj unhappy,Twoja żona kiedyś była zaradna, ale kiedyś była też
            ładna,młoda, szczupła, a teraz pewnie trochę się posunęła, trochę
            przytyła.Kiedyś również mieliście dużo wspólnych tematów, a teraz, cóż - Ty nie
            masz z nią już o czym rozmawiać, bo wyeksploatujesz się w czasie rozmów z Twoją
            ukochaną i nawet nie masz ochoty otwierać ust, prawda? I seks też kiedyś was
            łączył (było całkiem nieźle, pamiętasz?), dzisiaj wcale Cię już żona nie
            pociąga, bo załatwiasz te sprawy gdzie indziej!
            Wiesz co Ci powiem? Faceci w okolicy 40 - tki dostają pierdolca i Ty jesteś
            jednym z nich. Gdybyś miał 10 lat mniej współczułabym Ci.Ale w Twoim wieku w
            Twoim mózgu nastąpiły zmiany - Ty nie myślisz, myśli za Ciebie chemia.Byłam w
            takiej samej sytuacji, jak Twoja ukochana, była między nami różnica wieku 9
            lat. Skończyło się to rozwodem mojego faceta (też dwójka dzieci), mimo, że ja
            nigdy na to nie nalegałam.To on dążył wszelkimi siłami i różnymi metodami
            (Twoje metody są poniżej poziomu), żebyśmy byli razem. I wtedy ja zdałam sobie
            sprawę, że byłam z nim, bo mi imponował (starszy, mądrzejszy, doświadczony). To
            było za mało, żeby się z nim wiązać, tym bardziej,że ja sama stałam się w tym
            czasie starsza, mądrzejsza i bardziej doświadczona.Zaczęłam mimowolnie
            wykorzystywać to doświadczenie w swoim małżeństwie. I nagle okazało się, że mój
            mąż jest wspaniałym facetem ( też dojrzał w tym czasie).Jesteśmy razem wiele
            lat i nigdy, przenigdy go nie zdradzę.Nie mogę nawet mieć wyrzutów sumienia, bo
            właściwie uratowałam swoje małżeństwo, chociaż nie lubię do tego wracać (więc
            jednak mam).Facet, z którym się spotykałam, został na lodzie. Chciał wrócić do
            żony, ale go nie przyjęła.I wiesz co Ci powiem? Jak patrzę na to z perspektywy
            czasu i z pozycji dojrzałej kobiety, to wcale mi go nie żal.Przez dwa lata
            oszukiwał w perfidny sposób kobietę, z którą się ożenił, bo ją bardzo
            kochał,która urodziła mu i wychowała dwoje dzieci, dawała mu jeść, prała,
            prasowała itd. Czekała na jego czuły gest, a on nie mógł jej go dać, bo jego
            serce było przy znacznie młodszej, pełnej życia dziewczynie, z którą nie musiał
            omawiać informacji przyniesionych z wywiadówki, ani załatwiać nudnych domowych,
            rutynowych spraw i przy której robił za supermana.
            Takich sytuacji mniej lub bardziej podobnych znam kilka w naszym licznym
            gronie znajomych. Dotyczą one mężczyzn - facetów, którzy skończyli
            czterdziestkę....
            • Gość: morela Re: Czy IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 20.10.01, 23:13
              Coś dla Miki:
              Nigdy nie mów nigdy!!!
              • Gość: mika Re: Czy IP: 10.128.207.* / *.acn.pl 22.10.01, 08:13
                Nie mówię. oprócz tego jedego przypadku jak wyżej.
          • Gość: milka Re: Czy IP: *.reset.net.pl 19.10.01, 20:24


            > Georgio! Niestety ,żona nie poradzi sobie sama finansowo bez mojej pomocy.Zanim
            >
            > pobraliśmy się była osobą dość zaradną i samodzielną. Niestety z chwilą
            > zawarcia małżeństwa zdała się prawie całkowicie na mnie, obarczając mnie nawet
            > bardzo prostymi sprawami. Ponadto jej charakter, nieumiejętność współpracy z
            > ludźmi w sposób znaczny może utrudnić jakąkolwiek pracę.Dlatego też aby odejść
            > muszę najpierw zadbać o przyszłość dzieci a jej umożliwić start w jakiejś
            > samodzielnej pracy.
            > A teraz do wszystkich, którzy śledzą mój rozgrywający się na "żywo" dramat.Otóż
            >
            > wczoraj po południu udało mi się spotkać z moją Ukochaną po
            > kilkugodzinnym "warowaniu" w Jej pobliżu. Wprosiłem się na lody i nie zostałem
            > odrzucony. I było cudownie. Kiedy do niej przyszedłem zastałem Ją uczesaną tak
            >
            > jak lubię. Dość szybko poczułem, że mnie pragnie i sało się. Kochaliśmy
            > się.Stało się to o czym marzyłem. Ale już potem nagle posmutniała. Stwierdziła,
            >
            > że ma do siebie pretensje. Że złamała dane sobie słowo.Nie wiedziałem co
            > powiedzieć. Dla mnie był to znak, że nadal mnie kocha, pragnie, pożąda.Nie
            > potrafię pojąć co dzieje się w duszy kobiety kiedy ponad własnymi
            > przemyśleniami górę biorą uczucia (głęboko wierzę,że tak jest w Jej
            > przypadku).Muszę Wam również przyznać, że stało się coś jeszcze. Otóż w pozycji
            >

            • Gość: AGA Do Romantyka IP: 192.168.5.* / *.interecho.com 20.10.01, 02:01
              Tak czytam i czytam te Twoja opowiesc i juz powoli trace cierpliwosc. Dlaczego
              nie mozesz po prostu powiedziec jak to sie skonczylo, a nastepnie przeprowadzic
              wszechstronna analize na forum. O wiele latwiej byloby rozmawiac i wymieniac
              poglady na temat konkretnej, opowiedzianej od poczatku do konca historii niz
              omawiac jej poszczegolne etapy nie znajac kolejnych wydarzen. Zachowujesz sie
              troszke jak nauczyciel na lekcji polskiego, ktory koniecznie chce spowodowac aby
              wszyscy uczniowie w klasie przyjeli JEGO interpretacje omawianego utworu i w tym
              celu zadaje im odpowiednio sformulowane pytania, tak aby na koniec uwierzyli,ze
              sami doszli do wlasciwych (czyt.uznanych przez profesora) wnioskow.
              Ktoras z moich poprzedniczek napisala, ze to o czym mowisz jest zbyt piekne aby
              bylo prawdziwe. Jestem sklonna przychylic sie do jej stwierdzenia ale nie w tym
              sensie, w jakim ona go uzyla. Uwazam, ze Twoje kwieciste opisy sa (nie wiem jak
              to nazwac,zebys nie pomyslal, ze chce Cie urazic) powiedzmy przerysowane.
              Zastanawiam sie czy w trakcie analizowania wszystkich przezyc zwiazanych z
              przyjaznia-miloscia-przyjaznia nie zaczales calej sytuacji, jak to romantyk,
              romantycznie idealizowac. Nie chce przez to powiedziec, ze Twoje uczucia byly/sa
              mniejsze niz to nam przedstawiles. Mam jednak wrazenie, ze momentami rozkoszujesz
              sie swoim nieszczesciem (bo chyba dobrze zrozumialam, ze nie jestes aktualnie
              najszczesliwszy). Wydaje mi sie, ze chcialbys pokazac sie nam jako osoba ciezko
              doswiadczona przez zycie ale jednoczesnie potrafiaca wyciagnac z tych doswiadczen
              jak najbardziej prawidlowe wnioski dajace w konsekwencji prawdziwa madrosc
              zyciowa. Tak naprawde jednak widze Ciebie jako kogos, kto po prostu z takich czy
              innych powodow zrezygnowal ze szczescia i dorabia do tego ideologie, bo nie ma
              innego wyjscia. Nie pisze tego jako krytyke Twojej osoby - podziwiam Cie, ze masz
              w sobie tyle sily aby przestac brnac w cos, co jest obiektywnie zle.

              Nie moge jednak oprzec sie wrazeniu, ze bardziej kochasz UCZUCIE ktore Cie laczy
              z Danuta niz sama Danute.

              Mysle(moze sie myle), że rozkoszujesz sie sama mysla, ze wlasnie TY przezyles cos
              NAJWIEKSZEGO NA SWIECIE, a fakt, ze potrafiles z tego zrezygnowac czyni je
              jeszcze wiekszym i wartosciowszym, a kazda Twoja decyzja ma na celu podkreslenie
              jego wyjatkowosci.

              Powiedz szczerze: Czy nie po to zrezygnowales z otwartej milosci wlasnie po to,
              aby uczynic ja bardziej wyjatkowa? Czy nie zrobiles tego po to aby, nikt nie
              nazwal jej zwyklym banalnym romansem? Czy nie sprawia Ci przyjemnosci, ze mozesz
              opowiedziec o swoim wielkim poswieceniu?

              Sadze, ze oszukujesz sie mowiac o tym jak to nie powtorzylbys drugi raz tej samej
              drogi. Kazdy moze tak powiedziec o czyms co juz przezyl, ale jesli nie wie co go
              czeka i jak to sie skonczy, to nie rezygnuje tylko rzuca sie jak cma do plomienia
              swiecy.

              Zrobilbys to jeszcze tysiac razy!

              PS. "Najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest... ulec jej" :)))

              Na zakonczenie chcialam Ci jeszcze napisac, ze najprawdopodobniej nigdy bys sobie
              nie wybaczyl gdybys tej milosci nie pozwolil zaistniec i wcale nie mam pewnosci,
              ze dobrze zrobiles wracajac do przyjazni. (No ale oczywiscie nie moge tego
              wiedziec na pewno skoro nie dales mi szansy poznac zakonczenia.)
            • Gość: AGA Do Alfiny i Unhappy IP: 192.168.5.* / *.interecho.com 20.10.01, 02:13
              Nie wiem czy moja wypowiedz cokolwiek tu pomoze ale skoro juz przebrnelam przez
              ten watek...
              Alfino, bardzo Ci wspolczuje i jesli uda Ci sie zapanowac nad swoim uczuciem do
              Przyjaciela, to naprawde bedziesz moja bohaterka! Niestety musialabym powtorzyc
              tu to, co wczesniej napisalam do Romantyka - jesli Ci sie uda bedziesz zalowac
              tak samo jak zalowalabys nawiazanego romansu. W sytuacji takiej, jak Twoja
              mozna mowic o prawdziwym "konflikcie tragicznym". Nikt tu Ci nie pomoze, bo
              jak??? Milosc jest miloscia i nawet jezeli rozsadek/lojalnosc/poczucie
              obowiazku/moralnosc wezma gore, to i tak pozostanie smutek i zal nie-do-
              opisania. Satysfakcja plynaca z podjecia slusznej decyzji nie wystarczy do
              otarcia lez i zaszycia rany w sercu. Malo jest ludzi, ktorzy w takiej sytuacji
              zdecyduja sie nie zaryzykowac. Mysli sie wtedy: "a moze wlasnie mnie sie uda!"
              albo:"nawet jesli sie nie uda, to przynajmniej pozostana najcudowniejsze
              wspomnienia, ktore na pewno warte beda pozniejszych ewentualnych cierpien".
              Kazdy tak mysli. Romantyk tak myslal, ja tak myslalam i Unhappy... A po nas
              bedzie jeszcze milion innych ludzi.
              • georgia Re: Do Alfiny i Unhappy+ Romantyk 20.10.01, 21:03
                Mika jest bardzo surowa, być może upoważniają ją do tego własne doświadczenia.
                Teraz ma bardzo ostre spojrzenie ale nie jestem pewna czy w czasie podejmowania
                swoich życiowych decyzji była równie stanowcza.
                Ja nie potępiam Unhappy, rozumiem go i współczuję.
                Mnie udało się na samym początku utrzymać układ przyjacielski z najbliższym, po
                mężu, mężczyzną mojego życia. Seks w tym nam zupełnie nie przeszkadza, stanowi
                tylko dopełnienie przyjaźni. Ta przyjaźń trwa już 4 lata i nic nie wskazuje aby
                miała się skończyć.
                Nie rozumiem też w wypowiedzi Romantyka jednej rzeczy: dlaczego uważa że
                przejście do stanu przyjaźni jest takie straszne?
                Ja uważam, że warto popracować aby taki stan osiągnąć. Pozwoli to nie ranić
                dwóch osób naprawdę nam bliskich.
                Przepraszam, chyba to jednak jest dwuznaczne moralnie, bo wymaga zatajenia dla
                dobra sprawy niektórych informacji,
                Jest to jednak kompromis, wybór mniejszego zła dla dobra sprawy...
                P.S. Czytając ten wątek stwierdzam, że jest tu wiele mądrych i doświadczonych
                osób. Pozdrawiam ich wszystkich,
                Georgia
                • Gość: saarna Re: Do Alfiny i Unhappy+ Romantyk IP: *.chello.at 21.10.01, 14:20
                  Georgia,
                  przede wszystkim dziwie sie jak to jest mozliwe: przyjazn i sex???!!! A co
                  dostajesz od meza?
                  Inna sprawa: nie rozumiem dlaczego sie dziwisz,ze przejscie z "milosci " do
                  przyjazni jest takie ciezkie??? Uwazam,ze jest to niemozliwe ( zreszta
                  napisalam juz o tym wyzej).W przypadku kiedy jest milosc i uczucie ,a jedna ze
                  stron proponuje ,zostanmy przyjaciolmi....to tak jakby powiedziala "wyjdz i
                  zamkinij drzwi za soba".

                  Romantyku, konczysz opowiadac swoja historie????
    • natascha Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? 20.10.01, 21:35
      Przeczytalam prawie wszystkie listy. jest nad czym pomyslec. Ile zaklamania
      czasem w nich tkwi, ile zawisci i zazdrosci, ze ktos inny ma wiecej odwagi
      siegnac po cos, po co ten inny by nie siegnal. ja tego nie robie, nie wolnno i
      innym- tak by to mozna nazwac. a dlaczego nie?? zycie ma sie tylko jedno,
      wiecej nie. Czyz nie jest zdrada w malzenstwie przestac kochac? czy te
      wszystkie zdradzone zony i mezowie nie zasluguja na uczciwosc? na powiedzenie
      jasno i otwarcie: NIE KOCHAM CIE JUZ. Mowimy : kocham cie, ale na odwrotnosc
      nas nie stac. Moze byloby mniej bolu, gdyby niekochana zonba, niekochany maz,
      wiedzieli o tym? Nie kocham cie juz, ale jestem z toba ze wzgledu na dzieci,
      interesy, wlasna wygode, dla twojej wygody. Trudne? Dlaczego? przysieganie
      dozgonnej milosci jest bzdura, tym nie da sie sterowac. O milosc trzeba sie
      starac codziennie i od nowa, pielegnowac ja i dbac o nia. kto zabrania
      zapracowanej zonie byc pociagajaca i powabna? to nie jest przywilej kochanki,
      zona moze tak samo. tylko musi sie jej chciec. Ilez jest takich kobiet u
      ktorych obraczka na palcu, to jakby stan absolutnej bezplciowosci. Jestem twoja
      zona, musisz mnie kochac, wszystko jedno co by bylo. jak bzdura!! Zadna zona
      nie musi zaraz po obiedzie leciec do kuchni i zmywac. Zadna zona nie musi
      prasowac kiedy dzieci spia i wygladac nijako. Pomyslce o tym wy wszystkie
      oburzone kobiety, przywolujace tu zasady wiernosci malzenskiej, religii i inych
      regul. Przysiege te skladaja sobie ludzie ktorzy sie kochaja a nie strach na
      wroble ze smierdzacymi skarpetkami.Oboje malozonkowie ponosza odpowiedzialnosc
      za ich milosc. Za milosc a nie bycie przy sobie. Obraczka na palcu nie jest
      gwarancja na dozgonna milosc i nikt nie jest niczyja wlasnoscia. Kazdy ma prawo
      do swojego zycia, tylko musi postepowac uczciwie i w tym momencie, kiedy
      przestaje kochac, miec tyle odwagi cywilnej, zeby to powiedziec. NIE KOCHAM CIE
      powinno byc tak samo powrzechnie stosowanie jak: kocham cie.
      • Gość: fanny Re:Do Natashy IP: *.chello.pl 21.10.01, 20:09
        Natasha, ile Ty masz lat? 15?
        Widzisz, zycie nie jest czarno-biale. Zony zostaja zdradzone nie tylko dlatego,ze
        z tlustym klakiem i w przydeptanych kapciach zmywaly gary zaraz po obiedzie. Nie
        o wszystkich mozna powiedziec, ze zostaly zdradzone na wlasne zyczenie. To nie
        takie proste. Czasami mezczyzni zarzucaja zonam absurdalne rzeczy, tylko po to
        zeby usprawiedliwic swoja decyzje. Czasem jedynym zarzutem jest to, ze nie jest
        tak samo, jak bylo kiedys, zaraz po slubie. Te kilka czy kilkanascie lat
        wczesniej. I ze teraz(zdradzajac), oni czuja sie jak nastolatkowie, ktorzy
        kochaja po raz pierwszy. To przejaw skrajnej niedojrzalosci. Nie wystarczy
        chciec, zeby od tego chciejstwa, bylo jak dawniej. Zwiazek dwojga kochajacych sie
        ludzi zmienia sie, dojrzewa. I tej zmiany nie mozna utozsamiac z jakosciowa
        zmiana na gorsze. Oczywiscie super jest z drugim czlowiekiem prowadzic wazkie
        dysputy po swit, zamiast omawiac jakie zrobic zakupy na jutro, albo, ze Pawelek
        wyrzygal sie w szkole, a Ewci nalezy kupic nowa kurtke. Ale prowadzenie takich
        rozmow nie oznacza konca milosci.
        Masz w glowie niedorzeczny mit romantycznej milosci, ktory nie jednego juz
        unieszczesliwil. Porownania, ze w malzenstwie nie jest jak kiedys, biora oni za
        koniec milosci. Wbrew temu, co sadzisz, MOWIA <juz Cie nie kocham>, odchodza do
        nowej milosci niszczac wiez, ktora moglaby byc na cale zycie. I wedlug Ciebie sa
        oni uczciwi. Ja sadze, ze sa niedojrzali. Bo zgadzam sie z Toba, ze o milosc
        trzeba dbac, troszczyc sie o Nia kazdego pieprzonego dnia, ale trzeba
        zaakceptowac, ze ona tez podlega ewaluacji. Bo chocbys wstawala rana piekna i
        umalowana, zamiast rozczochrana z nieswiezym oddechem, zawsze chodzila seksownie
        ubrana i prala gacie ukradkiem, to i tak przed proza zycia nie uciekniesz. Twoj
        przelotny dotyk nie od razu bedzie powodowal u niego wzwod, a Ty tez nie zawsze
        bedziesz miala ochote sie z nim kochac.
        To powazny watek dziewczyno, gdzie ludzie z POWAZNYCH powodow zdradzja i z
        POWAZNYCH powodow bywaja zdradzani. Ale niektorzy zdradzani bywaja z powodu
        takiego, jak Twoj infantylizmu. Dlatego tak sie zagotowalam na Twoj post.
        • natascha Re:Do fanny 21.10.01, 21:23
          Droga fanny, wolno ci myslec co chcesz.Powiedz mi tylko, gdzie jest napisane,
          ze szczescie tej drugiej osoby jest wiecej wazne jak moje wlasne? jesli tak
          jest, to dokladnie to samo powinno byc z tej drugiej strony, czyz nie? Dlaczego
          ja mam moje szczescie poswiecac w imie szczescie niekochanej osoby? Wybacz, na
          takie poswiecenie mnie nie stac i nie wymagam tego. Uwazasz, bo sie
          przysiegalo? obiecalo kochac az do smierci? Kochac a nie tolerowac, nienawidzic
          i czekac na smierc. Wybacz fanny. jesli przestaje sie kochac, jesli naprade
          milosc odeszla, przysiega jest niewazna. Odejsc z cicha pekl jest tchorzostwem
          i podloscia i oznaka slabego charakteru. postawic sprawe jasno, zabezpieczyc
          byt tej drugiej stronie, bo jakby nie bylo nie ma ona, z takich, czy innych
          powodow, wlasnych srodkow uwazam za sprawe fair. I tam gdzie byla milosc, nie
          odchodzi ona bez walki. Milosc Fanny a nie obraczka na palcu, rozumiesz? jesli
          oboje sie kochali, jesli ich milosc przeniknela ich na wskros, to rozejscie nie
          jest takie latwe. Walcza o utrzymanie tej milosci, szukaja wyjscia. fanny,
          nazwij to jak chcesz, ale dla milosci jestesmy stworzeni. Milosc jest sila, z
          milosci abdykuja krolowie, milosc jest przenikaniem sie nawzajem, dawaniem i
          braniem i najwiekszym uczuciem jakie nas wypelnia. Ale powiedz, ile jest takich
          milosci? nazwij mnie infantylna i dziecinna i co tylko chcesz. Ale powiedz,
          kochalas juz tak? I bylas tak kochana? Czy moze zyjesz u boku czlowieka,
          ktorego opuscilabys natychmiast, gdyby to bylo mozliwe? z ktorym cie lacza
          pieniadze i wspolne mieszkanie. Nic wiecej. popatrz dookola Fanny, gdzie sa te
          sliczne narzeczone i piekne panny mlode? Nie chodzi o tralala az do smierci.
          masz racje, milosc dojrzewa i starzeje sie. Nie znasz takich par, staruszkowie
          oboje, ale dla siebie sa mlodzi i piekni i trzymaja sie za rece. powiedz,
          dlaczego takie pary nic nie rozdzieli przez cale zycie? dlaczego tam sie nie
          wkradnie zadna sexi kochanka, czy karabin w lozku? myslisz, ze przez cale zycie
          on nie widzial mlodszych i ladniejszych od niej? I myslisz, ze jej sie zawsze
          chcialo a on zawsze mogl? myslisz, ze on nie mieli kryzysow, nie maja
          sztucznych zebow i zmarszczek? Maja, fanny, maja. Ale maja jeszcze cos innego,
          czego inni nie maja. Oni maja milosc. Oni nie sa juz pojedynczymi osobami, oni
          przez dawanie i branie z siebi i dla siebie, przenineli sie tak dokladnie, ze
          ich nie rozdzieli nic. Kochaja sie, fanny. Kochaja sie miloscia naiwna dla
          ciebie i infantylna. Kochaja sie.I zareczam ci, ze oboje przeszli przez
          niejeden kryzys, ale i oboje z tego wyszli.Droga fanny, tam gdzie jest milosc
          nie wedrze sie zadna kochanka ani zaden kochanek. jesli jedno zdradza, to
          znaczy, ze czegos szuka, czegos mu brak, jest niepelny. Nie mowie tu
          o "przygodach" i zwyklym hups do lozka, bo to moim zdaniem nie jest zdrada,
          szkoda nawet o tym mowic. Ale gdzie w gre wchodza uczucia, gdzie sie spotkalo
          to drugie pol i jest sie o tym przekonanym, to uwazasz, ze lepiej pozostac przy
          mezu, zonie. Dlaczego? dla jej, jego, szczescia? jakie to szczescie, fanny, to
          meka dla obu stron. Nie zgadzam sie z toba, fanny, ze zdradzajacy mowia: nie
          kocham cie. pokaz mi kogos, kto powie to glosno. A zdradzany?? nawet jesli to
          czuje, sam przed soba sie nie przyzna. Uczepiony tego: kocham cie, ktore
          wlasciwie jeszcze ciagle jest aktualne, nie dopuszcza do siebie odwrotnej mysli.
          Wiesz, fanny, ja mysle, ze uczciwosci nam brakuje w dzisiejszym zyciu, odwagi
          cywilnej. A za miloscia wielka jak swiat bedziemy gonic zawsze. tylko niektorym
          uda sie ja schwytac i zatrzymyc. Zycze ci takiej milosci fanny.
          • Gość: fanny Re:Do natashy IP: *.chello.pl 24.10.01, 00:30

            Przepraszam, ze zarzucilam Ci infantylizm. Przepraszm.
            To dlatego, ze czytajac Twoj pierwszy post, na swiezo przelewaly sie we mnie
            rozne uczucia.
            Maz bardzo bliskiej mi kobiety powiedzial Jej wlasnie, ze chce sie z Nia
            rozwiesc. Powiedzial, ze juz Jej nie kocha. To moglabym zrozumiec. Przede
            wszystkim Ona, moglaby to zrozumiec. Zdarza sie. Ale on odbiera Jej wszystko, co
            kiedykolwiek od niego dostala. Po latach, kiedy czula sie kochana jak nigdy
            dotad, on mowi, ze kazda chwila byla falszem, ze cale malzenstwo oparte bylo na
            piaskowych fundamentach. Po co Ja tym katuje. To jakbys miala diament - piekny,
            swiecacy, jest Twoim bogactwem i ktos, nie, on Ci go nie tylko odbiera, on
            wszelkimi silami udowadnia Ci, ze on byl falszywy. I tak samo Ona. Przez kilka
            lat zawsze slyszala, i inni tez to od niego slyszeli, ze jest wspaniala, cudowna,
            jest jego Najwieksza Miloscia. I on praktycznie z dnia na dzien odchodzi,
            twierdzac, ze to dlatego, ze nie jest jak dawniej, ze nie jest juz w Niej
            zakochany czysta romantyczna miloscia. Mial b. powazne klopoty finansowe, ma
            poczucie, ze ja zawiodl, choc sam twierdzi, ze nie dawala mu tego odczuc. Ale
            samym swoim istnieniem, kazda chwila kiedy jest, mu o tym przypomina. Odchodzi do
            innej kobiety, przy ktorej znow czuje sie jak nastolatek. Przy ktorej moze nie
            musi myslec, ze zycie materialne swojej rodziny wystawil na szwank. TO mozna
            zniesc. Myslisz - przezylam cos pieknego, skonczylo sie. Trudno. Ale jesli on
            odbiera Ci nawet wspomnienia, nie ma do tego prawa - sam moze myslec sobie co
            chce - a robi to. Jak sie pozbierac?
            I widzialam, jak Ona zawsze pielegnowala te milosc. To nie flejtuchowata kuchta
            w przydeptanych kapciach. O nie! Wspierala go, ufala mu i wierzyla w niego, nie
            uwieszala sie na nim, dawala tyle swobody ile chcial. I to samo dostawala. A
            nagle dowiaduje sie, ze to wszystko, to bylo jedno wielkie gowno.
            Dlatego Twoj post tak mnie zdenerwowal. Bo nic w zyciu nie jest czarno-biale. A
            recepty w nim zawarte wydaly mi sie takie banalne proste. Ni jak nie przystajace
            do rzeczywistosci, ktorej jestem swiadkiem. I tylko to w nim zobaczylam.
            Za to odpowiedz Twoja do mnie skierowana jest dla mnie lekcja pokory, zeby
            zarzucajac innym uproszczenia, samej nie wpasc w ich pulapke. I nie oceniac
            innych, w tym wypadku Ciebie. Dziekuje za nia i jeszcze raz przepraszam.
            Pozdrawiam,

            P.S. Tyle gwoli wyjasnienia sytuacji, na Twoj post do mnie skierowany zaraz
            odpisze szczegolowo.
          • Gość: fanny Re:Do Nataschy IP: *.chello.pl 24.10.01, 01:18
            natascha napisał(a):

            > Droga fanny, wolno ci myslec co chcesz.Powiedz mi tylko, gdzie jest napisane,
            > ze szczescie tej drugiej osoby jest wiecej wazne jak moje wlasne? jesli tak
            > jest, to dokladnie to samo powinno byc z tej drugiej strony, czyz nie? Dlaczego
            >
            > ja mam moje szczescie poswiecac w imie szczescie niekochanej osoby? Wybacz, na
            > takie poswiecenie mnie nie stac i nie wymagam tego. Uwazasz, bo sie
            > przysiegalo? obiecalo kochac az do smierci? Kochac a nie tolerowac, nienawidzic
            >
            > i czekac na smierc. Wybacz fanny. jesli przestaje sie kochac, jesli naprade
            > milosc odeszla, przysiega jest niewazna.

            Nie, absolutnie tak nie uwazam. Wszystko, co napisalas, to prawda. Sadze jedynie,
            ze decyzja o odejsciu powinna byc poprzedzona naprawde glebsza refleksja. Nie
            jestem w stanie uwierzyc, ze PRAWDZIWA MILOSC ulatnia sie tak szybko. Najpierw
            trzeba probowac Ja obudzic, szukac jej w sobie i probowac wzmocnic, jesli wydaje
            nam sie za slaba, a nie od razu zakladac, ze odeszla na zawsze.

            > Odejsc z cicha pekl jest tchorzostwem
            > i podloscia i oznaka slabego charakteru. postawic sprawe jasno, zabezpieczyc
            > byt tej drugiej stronie, bo jakby nie bylo nie ma ona, z takich, czy innych
            > powodow, wlasnych srodkow uwazam za sprawe fair. I tam gdzie byla milosc, nie
            > odchodzi ona bez walki. Milosc Fanny a nie obraczka na palcu, rozumiesz? jesli
            > oboje sie kochali, jesli ich milosc przeniknela ich na wskros, to rozejscie nie
            >
            > jest takie latwe. Walcza o utrzymanie tej milosci, szukaja wyjscia.

            Jak widac nie zawsze. Czasem ktos tak bardzo chcialby zaczac zycie od nowa, ze
            przecina to jednym cieciem. I bardzo mozliwe, ze bedzie tej swojej popedliwosci
            zalowal, moze juz zaluje. Ale zrobil juz rzeczy, powiedzial slowa, ktorych nie da
            sie zapomniec. Sam zniszczyl ostatecznie te milosc.

            > fanny,
            > nazwij to jak chcesz, ale dla milosci jestesmy stworzeni. Milosc jest sila, z
            > milosci abdykuja krolowie, milosc jest przenikaniem sie nawzajem, dawaniem i
            > braniem i najwiekszym uczuciem jakie nas wypelnia. Ale powiedz, ile jest takich
            >
            > milosci? nazwij mnie infantylna i dziecinna i co tylko chcesz. Ale powiedz,
            > kochalas juz tak? I bylas tak kochana?

            Tak, Boze, wlasnie tak teraz kocham, po 10 latach malzenstwa. I tak czuje sie
            kochana. Ale z perspektywy tych lat widze, ze nie jest zawsze tak samo, ze rozne
            zwyczajne i niezwyczajne rzeczy czasem nam sprzyjaja, a czasem staja nam na
            drodze. Nie zawsze tak samo czuje sie szczesliwa, rownie mocno. Ale zawsze, kiedy
            czytam czy ogladam jakas wzruszajaca scene mam lzy w oczach, bo uswiadamiam
            sobie, ze nawet jesli przezywamy jakies klopoty, to nasza milosc, to, ze ja mamy,
            ze mamy siebie jest najwazniejsza. I za kazdym razem dziekuje Bogu, losowi, sama
            nie wiem komu, ze dostaje ten wielki dar kazdego dnia. I to pozwala mi na
            uzyskanie wlasciwej perspektywy, dystansu, dla czasem naprawde nielatwych spraw.

            > Czy moze zyjesz u boku czlowieka,
            > ktorego opuscilabys natychmiast, gdyby to bylo mozliwe? z ktorym cie lacza
            > pieniadze i wspolne mieszkanie. Nic wiecej. popatrz dookola Fanny, gdzie sa te
            > sliczne narzeczone i piekne panny mlode? Nie chodzi o tralala az do smierci.
            > masz racje, milosc dojrzewa i starzeje sie. Nie znasz takich par, staruszkowie
            > oboje, ale dla siebie sa mlodzi i piekni i trzymaja sie za rece. powiedz,
            > dlaczego takie pary nic nie rozdzieli przez cale zycie? dlaczego tam sie nie
            > wkradnie zadna sexi kochanka, czy karabin w lozku? myslisz, ze przez cale zycie
            >
            > on nie widzial mlodszych i ladniejszych od niej? I myslisz, ze jej sie zawsze
            > chcialo a on zawsze mogl? myslisz, ze on nie mieli kryzysow, nie maja
            > sztucznych zebow i zmarszczek? Maja, fanny, maja. Ale maja jeszcze cos innego,
            > czego inni nie maja. Oni maja milosc. Oni nie sa juz pojedynczymi osobami, oni
            > przez dawanie i branie z siebi i dla siebie, przenineli sie tak dokladnie, ze
            > ich nie rozdzieli nic.

            To jest moje wielkie marzenie, ta starosc trzymajaca sie za rece. Wiesz, placze
            to piszac. Bo tak samo mocno wierze w to jak i Ty. Ze to jest mozliwe. Znalezc
            tego czlowieka, ktorego tak pokochasz, ze bedzie na zawsze. I on Ciebie tak
            bedzie kochal. Ale oboje musicie sie o to starac. Dbac. Walczyc. O to Wy. Przez
            wszystkie burze razem. Tak, to jest mozliwe. I to jest naiwne i infantylne. Ale w
            to wierze.

            Kochaja sie, fanny. Kochaja sie miloscia naiwna dla
            > ciebie i infantylna. Kochaja sie.I zareczam ci, ze oboje przeszli przez
            > niejeden kryzys, ale i oboje z tego wyszli.Droga fanny, tam gdzie jest milosc
            > nie wedrze sie zadna kochanka ani zaden kochanek. jesli jedno zdradza, to
            > znaczy, ze czegos szuka, czegos mu brak, jest niepelny. Nie mowie tu
            > o "przygodach" i zwyklym hups do lozka, bo to moim zdaniem nie jest zdrada,
            > szkoda nawet o tym mowic. Ale gdzie w gre wchodza uczucia, gdzie sie spotkalo
            > to drugie pol i jest sie o tym przekonanym, to uwazasz, ze lepiej pozostac przy
            >
            > mezu, zonie. Dlaczego? dla jej, jego, szczescia? jakie to szczescie, fanny, to
            > meka dla obu stron. Nie zgadzam sie z toba, fanny, ze zdradzajacy mowia: nie
            > kocham cie. pokaz mi kogos, kto powie to glosno. A zdradzany?? nawet jesli to
            > czuje, sam przed soba sie nie przyzna. Uczepiony tego: kocham cie, ktore
            > wlasciwie jeszcze ciagle jest aktualne, nie dopuszcza do siebie odwrotnej mysli
            > .
            > Wiesz, fanny, ja mysle, ze uczciwosci nam brakuje w dzisiejszym zyciu, odwagi
            > cywilnej. A za miloscia wielka jak swiat bedziemy gonic zawsze. tylko niektorym
            >
            > uda sie ja schwytac i zatrzymyc. Zycze ci takiej milosci fanny.

            Ja Tobie tez Nataszo, i wszyskim innym, ktorzy to przeczytaja>
            • Gość: natascha Re:Do fanny IP: *.proxy.aol.com 25.10.01, 18:00
              droga fanny, teraz to ja cie przepraszam. przeczytalam twoj list dopiero
              dzisiaj i zazdroszcze ci z calego serca. Miec takie uczucie, ze ten ktos, to
              jest wlasnie ten, ten do starosci, do zmarszczek, do sztucznych zebow jest
              pragnieniem mego zycia. Wiesz, fanny, jesli nawet przychodza chwile gorsze i
              nudniejsze w zyciu, to jednak, jesli nastapilo do przenikanie dusz, nic zlego
              sie nie stanie. Bo w tej duszy jestes ty, twoja czastka i tak samo jego czastka
              jest w twoim srodku. nic sie nie martw, nic ci nie grozi. A wracajac do twojej
              znajomej. Fanny, czy naprade oni byli tak sobie bliscy? Pomysl sama. Czy oni
              tylko to sobie mowili, czy naprawde tak bylo. Bo mnie sie z kolei wydaje, ze
              tam gdzie jest duzo gadania i zapewniania na pokaz, to jednak pod tym pieknym"
              na pokaz" kryje sie martwica. Tak mysle. A teraz i ty pomysl tak spokojnie i
              tylko dla ciebie, czy pod ta wolnoscia nie kryla sie obojetnosc skrzetnie dla
              innych skrywana? Pomysl, fanny, tylko dla siebie. ja zycze ci, zeby twoje i
              tego wybranego, przenikanie dusz nigdy sie nie skonczylo i zebys na starosc
              wrocila myslami do naszej dyskusji i w myslach udowdnila mi, jak bardzo
              byliscie silni. Trzymaj swoje szczescie mocno! pozdrowienia
              • Gość: MDPK Re:Do fanny i nathashy, georgii IP: *.szpitaljp2.krakow.pl 25.10.01, 21:44
                Przenikanie dusz, milośc na całe życie do sztucznych zębów - czy wasz dzienny
                jadłospis kulturalny składa się z południowoamerykańskich telenowel i kobiecych
                gazet z poradami.
                To wprost niesamowite że można tak myśleć, ja rozmumiem jesteście kobietami nie
                obraźcie się ale wasza wiedza o mężczyznach jest cokolwiek naiwna.
                Jedna z was urocze panie pisze - 10 lat z mężem kocham go, mam zaufanie - oby
                to była prawda - ale skąd tyle naiwności.
                Facet to facet, milośc to zespół wyobrażeń od drugiej osobie najczęściej
                oderwanych od rzeczywistości.
                Kiedy widzę jak zmieniają sie moje koleżanki z pracy na przestrzeni lat, a
                przynajmniej niektórych ich mężów znam od dawna zadziwia mnie zawsze jak to
                jest że ja widziałem więcej od nich i to co się dzieje w ich małżeństwach wcale
                mnie nie zaskakuje.
                Drogie panie reasumujac - mniej różowych okularów, telenowel, babskich pism -
                jest takie powiedzenie - ludzie myślcie to nie boli.
                • alfina Re:Do MDPK 26.10.01, 20:48
                  Kobiety nie są po to, aby je rozumieć, ale po to, aby je kochać...Jeśli nasza
                  wiedza o mężczyznach jest naiwna i oderwana od rzeczywistości, to podziel się
                  wspaniałomyślnie swoją, pewny siebie mężczyzno...Pisząc, śmiało możesz pominąć
                  mało eleganckie zwroty.
        • georgia Re:Do Natashy i Fanny 21.10.01, 21:35
          Ja zrozumiałam Natashę jednoznacznie i nie uważam jej poglądów za infantylne.
          Dodam jeszcze, że oprócz dbałości o wygląd zewnętrzny należy również zadbać o
          swój rozwój wewnętrzny, po to aby po latach trwania małżeństwa rozmowy o
          dzieciach i cieknących kranach nie zdominowały tematyki naszych rozmów.
          Wtedy to mężczyzna znajdzie wszystko co mu potrzeba w małżeństwie.
          Poza tym uważam że małżonkowie nie powinni być wobec siebie zaborczy i nie
          ograniczać swej wolności. To naprawdę miłe uczucie wiedzieć, że małżonek jest z
          tobą w własnego wyboru a nie z przymusu.
          Nawet jeżeli trafi mu się "chwileczka zapomnienia" zawsze wróci z kwiatami.
          Do Sarny:
          Ja nie jestem bez winy, pomimo że zdarzy mi się czasami (naprawdę nie tak
          często) iść do łóżka z moim przyjacielem, zawsze wracam do męża, do którego
          czuję wielką przyjaźń i szacunek (to taka miłość po latach ewolucji).
          Ten drugi pan spełnia wszelkie definicje prawdziwego serdecznego przyjaciela,
          różni się od kochanka tym, że seks nie jest dla nas najważniejszy, poza tym
          szanujemy się nawzajem. Nigdy np. nie powiedziałam mu, że nie jestem szczęśliwa
          w małżeństwie.
          Podyskutujmy jeszcze, to bardzo ciekawe poznać wasze opinie na różne tematy!
          Proszę, napiszcie coś o sobie.
          Georgia

          • natascha Re:Do Georgii 21.10.01, 23:19
            zrozumialas mnie wlasciwie. powiem ci cos o sobie. Jestem kobieta dojrzala, mam
            dzieci, jedno male. Jestem w trakcie rozwodu i to nie dlatego, ze byl ktos
            inny. Nie bylo i nie ma nikogo. Po prostu nie moglam juz tak zyc a na zdrade
            mnie nie bylo stac. Mialam ku temu okazje, ale w mojej swiadomosci bylam
            mezatka i chcialam byc lojalna. Taki byl moj wybor.Moj maz nie pije, nie pali,
            pracuje.Byl dobrym w lozku. A jednak nie moglam tak dalej zyc. Nie mam tego
            wszystkiego, co mialabym dzis, gdyby zyla tak dalej. Ale wiesz co? Ja jestem
            szczesliwa. Tak ogromnie szczesliwa, ze az sie boje. I nie straszne mi zycie,
            nie boje sie samotnosci, jestem otwartym czlowiekiem i na pewno dlugo sama nie
            bede. Na razie nie chce inaczej.Z moim mezem po prostu bylismy dwoje obcych
            ludzi, kulturalnych i milych, ktorzy nie maja sobie nic do powiedzenia.Nie bylo
            zadnych awantur, nie bylo po prostu nic.W lozku lecialo wszystko wedlug
            schematu, choc do szczytu, bo to ja wiedzialam, co mi jest potrzebne. I ja tak
            mialam zyc do smierci??? Jesli chcesz ze mna porozmawiac, to napisz do mnie.
            Moj adres jest widoczny.
            A wracajac do dyskusji o zdradzie i milosci, bo tylko taka zdrada jest dla mnie
            zdrada. Zawsze bede uwazala, ze jesli jeden z partnerow zdradza, to nie
            wypelnia go to, co ma. I przyczyna tego lezy i po drugiej stronie. I bede
            zawsze uwazala, ze milosc jest ogromna sila i dla milosci jestesmy pokonac
            wszystko. i jeszcze bede uwazala, ze tam gdzie jest milosc nie wedrze sie nikt.
            jesli milosci nie ma, nie pomoze biadolenie, zawodzenie, przeklenstwa i
            przysiegi. Nie pomoze nic. ten drugi staje sie obcy. A wyobrazasz sobie zyc z
            kims obcym nawet w imie przysiegi?? tego sobie nie wyobraza nikt. Ale
            wieksziosc kaze tym obcym ze soba zostac, bo sobie obiecali, bo sa po slubia.
            Co za bzdura!!!i wszystko zalezy od kultury obojga partnerow. zycie jest tylko
            jedno i kazdy koniec jest poczatkiem czegos nowego. Nie trzeba sie tylko zycia
            bac. Pozdrowienia!
    • Gość: Romantyk Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 23.10.01, 00:25
      Tempo życia i naglące bieżące sprawy oderwały mnie na dłużej od Forum. Myślę
      jednak, że jeszcze na chwilę wrócę do Was, by dopisać zakończenie z mojej
      historii. Wielu z Was mnie już o to prosiło a ja jakbym stracił chęć do
      dalszego dzielenia się moim doświadczeniem. Nawet wydaje mi się, że
      dostatecznie dużo już napisałem o mojej Największej miłość i o bolesnym
      odkryciu, że jest ona tylko niemoralnym romansem. To bardzo smutne dla wielu
      czterdziestolatków i kochanek przekonać się, że ich największa inwestycja
      emocjonalna jest tylko CUDZOŁÓSTWEM.
      Dużo wody w Wiśle musiało upłynąć, zanim zacząłem czuć wstręt do
      mojego „wielkiego uczucia”. Niejedna z kobiet nosi cudowne za ciasne buty
      dopóty, dopóki porządnie nie nacierpi się. I gdy za każdym spojrzeniem kojarzą
      się one z bólem i krwistymi ranami na stopach, zostawia je. Podobnie jest z
      zakazaną miłością. Niektórzy z nas – bohaterów tego forum - musieli nachodzić
      się w NIEJ dostatecznie długo, by wyraziście odczuć rozrywane sumienie,
      niszczenie poczucia własnej wartości i uczciwości by nabrać do NIEJ awersji.
      Lepiej być jednak mądrym przed szkodą niż po. Wierzę, że Alfinie uda się
      wycofać przed przekroczeniem ostatnich zakazanych granic i odnaleźć zagubiony
      sens i urok własnego małżeństwa. Ja w moim niechlubnym epizodzie zmarnowałem
      najważniejsze okazje na wycofanie się ze złej miłości, ale wiem, że nigdy
      czegoś takiego nie będę chciał przeżyć jeszcze raz.
      Bardzo dużo uczestników forum pisze o miłości i że ona jest najważniejsza. Ja
      po moich największych bólach musiałem zweryfikować własne poglądy na miłość.
      Inaczej ją teraz rozumiem i odczuwam. Jest teraz dla mnie jeszcze czymś
      większym, głębszym i piękniejszym niż opisywałem ją już wcześniej.
      Opisy miłości z wielu Waszych postów przypominają zachwyt małego dziecka, które
      zobaczyło zabawkę za ladą i hyc za nią. Tak zrobił kiedyś mój najmłodszy syn.
      Potem płakał oddając ukradziony przedmiot.
      Albo wyobraźcie sobie taką rzecz. Wasze małżeństwo trwa kilka lat lub więcej i
      macie dziecko. W pewnym momencie spotykasz ładniejsze, inteligentniejsze i
      grzeczniejsze. Wtedy oddajesz swoje do np. domu dziecka i bierzesz sobie to
      obce, drugie i... lepsze.
      Przyznacie, że jest to nieludzkie i nikt tak nie chce postąpić. A przecież
      żona czy mąż jest czymś więcej niż dziecko. Takie jednak myślenie jest dzień w
      dzień wypaczane gloryfikacją romansu i seksu na każdym kroku. Nie dziwię się
      więc, że wielu z Was pisząc o miłości, myli ją z romansem, seksem i wielkim
      zauroczeniem. Ja musiałem bardzo poważnie zrewidować swoje poglądy na miłość,
      przyjaźń, rodzinę i małżeństwo. Inaczej nigdy bym nie uratował mojego
      małżeństwa, pięcioosobowej rodziny, straciłbym żonę, a moja Największa przyjaźń
      z Danutą zakończyłaby się w najlepszym razie pustką.
      Odnalezienie się w zachwianym małżeństwie było bardzo trudne. Zachwiałem
      wszelkimi podstawami małżeństwa. Odbudowywanie go wciąż trwa. Przedwczoraj
      wspólnie z żoną czytaliśmy niektóre posty. Żona nabiera do mnie coraz większego
      zaufania. Mija właśnie dwa lata od chwili złego przełomu, gdy wszystko co
      tajne, ujrzało światło dzienne. Mogło by być już po wszystkim i dobiec końca
      pełny proces pojednania. Niestety, popełniłem i na tej drodze wiele błędów. Tu
      nie wystarczą tylko dobre intencje, ale bardzo umiejętne postępowanie. Operacja
      bowiem przebiega cały czas na głęboko zranionym sercu.
      Danuta w między czasie wyszła za mąż. Byliśmy wraz z żoną na jej ślubie. Jej
      chłopak, a teraz jej mąż, jest bardzo jej oddany. Nie czuję zazdrości. To
      świadczy o tym, że udało mi się wygasić „Największą miłość”. Teraz podstawą
      naszych relacji jest tylko przyjaźń. Ona jest piękniejsza od naszego romansu.
      Ona na pewno nigdy nikogo nie skrzywdzi. Prawdziwej miłości i prawdziwej
      przyjaźni nie potrzeba ukrywać i taić przed najbliższymi. Konieczność skrywania
      uczuć to początek złej miłości i zapowiedź dramatu dla serc, sumień i
      osobowości.To pierwszy alarmowy dzwonek, pierwsze czerwone światło...!

      Tyle na razie
      Romantyk
      • Gość: MDPK Do Romantyk IP: *.szpitaljp2.krakow.pl 25.10.01, 21:32
        Gdybym był brutalnym chamem napisałbym - Dawno nie czytałem większego bełkotu.
        Ale napisze delikatniej - znajdź sobie psychoterapeutę (najlepiej lekarza
        psychiatrę) a jak cię boli serce to zrób sobie badania kardiologiczne.
        Masz 40 lat i myslisz kategoriami 18 - latka.
        Lecz się chłopie, to może drugą połowę życia przeżyjesz inaczej.
        • Gość: Gustaw Re: Do Romantyk IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 29.10.01, 05:33
          Istnieje wyjaśnienie: Romantyk jest szesnastoletnią dziewczyną zaczytującą się w
          harlekinach.

          Ale jeśli ma 40 lat i to co napisał jest prawdą to jest to potworne.

          Gustaw


          Gość portalu: MDPK napisał(a):

          > Gdybym był brutalnym chamem napisałbym - Dawno nie czytałem większego bełkotu.
          > Ale napisze delikatniej - znajdź sobie psychoterapeutę (najlepiej lekarza
          > psychiatrę) a jak cię boli serce to zrób sobie badania kardiologiczne.
          > Masz 40 lat i myslisz kategoriami 18 - latka.
          > Lecz się chłopie, to może drugą połowę życia przeżyjesz inaczej.

        • Gość: satia Re: Do Romantyk IP: *.amb.bydgoszcz.pl 30.10.01, 22:16
          Zgadzam się całkowicie... Tylko błagam o litość dla psychoterapeutów. Tak się
          składa, że zamierzam sie kształcić w tym kierunku. Niedługo kończę medycyne...
          Ale jak przyjdzie do mnie osoba pokroju Romantyka to przynajmniej sobie pośpię
          w fotelu. I nie wydaje mi się, aby Pacjent zauważył ten drobny nietakt z mojej
          strony, poniewaz z tego co pisze wynika, że jest tak zafascywnowany swoja osoba
          i "aspektami swojego WIELKIEGO UCZUCIA", że nie ma dla Niego różnicy czy ma
          słuchacza czy nie... Ten człowiek niczego innego juz nie dostrzega. Chyba, że
          się myle, bo po kilku wypowiedziach przestałam czytać te wywody. Bo sa one
          pozbawione treści i szkoda mi czasu.
          I proszę nie wahaj się tego napisać TO JEST BEŁKOT !!!
          Pozdrawiam.
    • macally Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? 23.10.01, 07:43
      Przez kilka dni czytałam te wypopowiedzi i straciłam ochotę na wchodzenie na tę
      stronę. A już szczytem była ostatnia wypowiedź Romantyka, który to na tym
      właśnie forum przeprowadza terapię dla Siebie i żony. Przepraszam ale to
      naprawdę troszkę za dużo.Ja kochałam i byłam kochana.Nie była to zdrada. Była
      to najprawdziwsza miłość, która zbyt późno przydarzyła się dorosłym , trzeźwo
      myślącym ludziom, którzy byli już związani. Nie jesteśmy razem teraz razem . za
      dużo by to kosztowało naszych najbliższych . I tak każdego dnia sączy się ból
      tęsknoty po moim najkochańszym i jedynym. Wiem, że będę go kochała do końca
      moich dni.Codziennie telepatycznie rozmawiam z Nim, mówię mu , że go kocham....
      Z mężem? - jest. Tak jak mówił On : już nigdy nie pokochamy naszych
      współmałżonków. Boże , każdego dnia się męczę i cierpię za tę idiotyczną
      decyzję uratowania rodziny i proszę o Boga o tylko jedną szansę aby być z Nim.
      Na pewno bym się nie zawahała.
      Pozdrawiam
      • Gość: natascha do macally IP: *.proxy.aol.com 23.10.01, 13:07
        macally, jesli czytalas wiekszosc tutejszych wypowiedzi, to slowa w obronie
        przysiegi malzenskiej, rodziny, dobru tego drugiegi idt itd. Wiekszosc
        rozmowcow oburza sie na zdrade, potencjalne kandydatki do zdradzonych zona,
        zamiast wyciagnac dla siebie odpowiednie wnioski, obrzucaja te trzecie blotem
        winiac je za wszystko.bo gdyby nie ona, to moj maz.... ! Nieprawda, gdyby nie
        ona, to jej maz by znalazl inna. Macally, a ty sama wiesz, ze jesli spotka sie
        milosc, to rezygnacja z tej milosci nie daje nikomu niczego dobrego. lepiej juz
        naprawde uczciwe postawienie sprawy i odejscie i bycie z tym innym. tego zdania
        jestem i ja. ale wile jest takich zon, ktore meza traktuja jak kwiatek w
        zielniku: zasuszony i bez zycia, ale moj.
        Pozdrowienia
        • macally Natasha 24.10.01, 07:34
          Tak!Teraz wiem, że uczciwe postawienie sprawy byłoby najuczciwsze, ale zawsze
          jest jakieś ale.Zbyt długo się wahałam, teraz za to płacę.Kiedy byliśmy razem
          żyłam.Pamiętam jak po chwilach, dniach rozdzierającej tęsknoty cieszyliśmy się,
          że my w ogóle potrafimy tak tęsknić, coś takiego odczuwać!!!! Teraz zostały mi
          tylko wspomnienia, marzenia i rozmowy w myślach. Ktoś powie, że teraz płacę
          cenę za zdradę! To jest taka ludzka, wszędobylska chęć zaszufladkowania
          wszystkiego. Mojej miłości nigdy się nie wyrzeknę, nigdy też nie żałowałam, że
          ją spotkałam. Może właśnie to było najcudowniejsze co mnie spotkało na tym
          świecie.Wiem też, że nigdy przenigdy nie należy walczyć o miłość, prosić o
          nią..... Ona albo jest , albo jej nie ma. I nic na to nie poradzimy. Dlatego
          moje kochane żony i mężowie dajcie spokój prośbom, groźbom. Obok was są dorośli
          ludzie, którzy jeśli nawet uznają wasze argumenty za słuszne i powrócą to nie
          znaczy, że was pokochają, a czy was to będzie satysfakcjonowało?Do żon: Bardzo
          proszę powstrzymajcie swoje telefony do kochanek, jesteście przez to tak
          żałosne, jedyne co mozecie to rozmawiać ze swoim partnerem, ta druga osoba nie
          jest wam do niczego potrzebna.
          Pozdrawiam
          • Gość: Asia Do macally IP: *.tzf.com.pl 25.10.01, 14:37
            Z Twej wypowiedzi zrozumiałam, że nigdy nie żałowałaś decyzji o byciu z "tym
            drugim". Ten punkt widzenia jest mi bardzo bliski, bo uważam, że jeśli przeżyło
            się coś, za co trzeba płacić tak wysoką cenę, to nie można tego żałować. To by
            był kolejny "gwóźdź do trumny".
            • macally Re: Do macally 26.10.01, 07:40
              Witaj!
              Napiszę jasno: nigdy nie żałowałam, że byłam z tą drugą osobą, żałuję tylko
              tego, że juz nie jesteśmy razem. Myślę, że żałuja osoby, które zrozumieją, że
              popełniły błąd. Ja się nie pomyliłam, dlatego nie żałuję. W każdej chwili
              wróciłabym tam. Boże, to był tak cudowny czas, że i ja byłam inną osobą. A tak
              naprawdę miałam tylko jedno uczucie jak naczytałam się tych wszystkich wynurzeń
              na forum : Frustracja. Ludzie, może należłoby oddzielić czysty seks, skoki w
              bok od związku dwojga ludzi, którzy najzwyczajniej w świecie pokochali się zbyt
              późno. To są wg mnie bardzo rożne sytuacjei nie można wrzucać tego do jednego
              gara ZDRADY.
              pozdrawiam
              • natascha Re: Do macally 26.10.01, 13:26
                Masz racje macally i to jeszcze jak. Nie mozna wrzucac do jednego garnka
                zwyklego parszywego "skoku" na bok, po alkoholu i bylejak z uczuciem ktore
                przyszlo za pozno.Szkoda tylko, ze nie bylo jeszcze tematu: rozbilam dwie
                rodziny i jestem szczesliwa jak nigdy a jego ex jeszcze bardziej. Nie wydaje ci
                sie, ze bylby to ciekawy temat? Musze go zaproponowac. Moze idezwalyby sie te
                kochanki, ktore pomimo wszystko wytrwala przy swoim uczuciu, sa szczesliwe a
                zdradzona zona, pomimo tragedii jaka przeszla, moze powiedziec, ze dobrze sie
                stalo. trzeba tylko sie nie bac i zyryzykowac. Pozdrawiam
                • Gość: luiza-w-ogrodzie Bylam zdradzana zona, kochanka i zdradzalam IP: *.powertel.net.au 26.10.01, 15:23
                  natascha napisał(a):

                  > Masz racje macally i to jeszcze jak. Nie mozna wrzucac do jednego garnka
                  > zwyklego parszywego "skoku" na bok, po alkoholu i bylejak z uczuciem ktore
                  > przyszlo za pozno.Szkoda tylko, ze nie bylo jeszcze tematu: rozbilam dwie
                  > rodziny i jestem szczesliwa jak nigdy a jego ex jeszcze bardziej. Nie wydaje ci
                  >
                  > sie, ze bylby to ciekawy temat? Musze go zaproponowac. Moze idezwalyby sie te
                  > kochanki, ktore pomimo wszystko wytrwala przy swoim uczuciu, sa szczesliwe a
                  > zdradzona zona, pomimo tragedii jaka przeszla, moze powiedziec, ze dobrze sie
                  > stalo. trzeba tylko sie nie bac i zyryzykowac. Pozdrawiam

                  Po czytaniu postingow przez caly tydzien (120 stron A4!) zdecydowalam sie wlaczyc
                  w dyskusje po apelu Nataschy. Przede wszystkim piekne dzieki za podzielenie sie
                  Waszymi przezyciami - prawdziwymi i zmyslonymi ;-) - nic tak nie dodaje
                  perspektywy jak cudze doswiadczenia!

                  Bylam i zdradzana zona, i kochanka mezczyzny, ktory zdradzal swoja zone, mam tez
                  w zanadrzu jeszcze kilka innych historii, ale ogranicze sie na razie do mojej
                  pierwszej roli, ktora zakonczyla sie jak w majlu Nataschy: "zdradzona zona,
                  pomimo tragedii jaka przeszla, moze powiedziec, ze dobrze sie stalo. trzeba tylko
                  sie nie bac i zaryzykowac". Pobralismy sie bardzo mlodo, spedzilismy razem 11
                  lat, dwojka dzieci, wzorowe malzenstwo, pelnia zaufania... ale dojrzewajac
                  zaczelismy sie zmieniac kazde w inna strone. Patrzac na to widze, ze podazalismy
                  za wzorcami wyniesionymi z wlasnych rodzin, a byly one zupelnie rozne. Bylam
                  mezowi przyjacielem, oparciem, partnerem intelektualnym, ale nie mala zoneczka,
                  patrzaca z dolu w JEGO oczy, a to bylo to, czego on potrzebowal. Szukal odmiany w
                  drobnych flirtach, bylo kilka romansow, ktore z przejeciem dyskutowalismy, ale to
                  ja bylam zawsze oparciem (przyznaje, czasem zrzedzacym, potarganym i z
                  niemowleciem przy piersi, niemniej osoba godna zaufania), jego domem, miejscem,
                  gdzie mogl byc soba i nabrac oddechu. Prowadzilismy dlugie rozmowy, probowalismy
                  przywolac te pelne czaru, wspaniale pierwsze lata naszego malzenstwa, ale nic nie
                  dzialalo - nie potrafilismy/ nie chcielismy naprawic tego, co sie psulo. I tak
                  powoli sie rozchodzilismy emocjonalnie, az w pewnym momencie wymowilam
                  posluszenstwo, role zony etc. Nie moglam scierpiec takiego modelu malzenstwa,
                  uznalam, ze dla moich dzieci nasz uklad nie jest pozytywnym srodowiskiem.
                  Powiedzielismy sobie duzo przykrych slow, potem rozwod (chyba nie ma potrzeby
                  wdawac sie w szczegoly?), awantury, maz "na zlosc mnie" znalazl sobie kobiete, z
                  ktora szybko sie ozenil i jeszcze szybciej rozwiodl (to osobna, godna ksiazki
                  historia). W rezultacie zostalam sama z dziecmi. Mimo, ze to ja podjelam decyzje,
                  przeszlam przez pieklo rozpaczy, strachu, ze sobie nie poradze; uratowala mnie
                  autoironia i logiczne myslenie. Ochlonelam, zaczelam sie zastanawiac, czy bol po
                  rozstaniu to byl zal za to ze nie jestesmy razem? I okazalo sie ze najwiecej bylo
                  zalu za tym, co od dawna nie istnialo, za niegdysiejszym uczuciem, do tego
                  dodajcie zraniona milosc wlasna...

                  I wtedy zaczelo sie prawdziwe zycie! Zaczelam studiowac, mialam czas na moje
                  rozrywki i ukochane plywanie dlogodystansowe, znalazlam swietna prace, dzieci
                  urosly i sa nadspodziewanie zrownowazone. Oczywiscie, byly skutki uboczne w
                  postaci procesji panow ciagnacej sie za moim trenem, glownie mezow moich
                  znajomych i przyjaciolek. To mi dopiero otworzylo oczy na rozleglosc zjawiska
                  zdrady! Ale dodalo mi tez wiary w sile mojego seksapilu...

                  Po latach zawirowan niedawno spotkalam mezczyzne, o ktorym mysle ze to TEN!
                  Spotkalam go w takim okresie mojego zycia kiedy wiem, ze nie boje sie ryzyka,
                  umiem podejmowac decyzje na wlasny rachunek i patrze na moje i innych ludzi
                  poczynania z dystansem (jak juz hormony przestaja zalewac mi oczy ;-) Nie wiem,
                  co bedzie z naszym zwiazkiem, ale jestem przekonana, ze cokolwiek sie stanie,
                  bedzie pozytywne. W najgorszym razie pozostana piekne wspomnienia.

                  I czytajac Wasze historie mysle, ze potwierdzam to, co wiedza Romantyk, Alfina,
                  Natascha, Fanny i inni: doswiadczenia nabiera sie na wlasnej skorze a wszelkie
                  zwiazki z plcia przeciwna (albo i ta sama :-O) mozna ocenic dopiero po ich
                  zakonczeniu. Na poczatku kazdego romansu emocje i pragnienia sa tak silne, ze nie
                  da sie podejmowac trzezwych decyzji. O tym, czym byl dany zwiazek decyduje to,
                  jakie byly jego skutki, jak sie skonczyl. Zycze wszystkim, ktorzy cierpia w
                  nierozwiazywalnych trojkatach, zeby dotarli do rozwiazania, ktorego nie beda
                  zalowac. Bylam w kazdym narozniku trojkatow malzenskich i wiem, jak to wyglada z
                  kazdej strony, cierpialam - tak, ale nie zaluje niczego, bo mam wrazenie, ze za
                  kazdym razem postapilam slusznie.

                  Zwlaszcza kiedy pomysle, jak moglabym wygladac, gdybym zostala z moim mezem ;=)

                  Tak, Natascho, dobrze sie stalo - trzeba tylko sie nie bac i zaryzykowac.

                  Pozdrawiam serdecznie
                  Luiza




                  • natascha Re: Do Luizy 26.10.01, 22:34
                    Nareszcie odezwal sie ktos, kto nie wiesza psow, nie zrezygnowal z milosci w
                    imie niekochanego malzonka, ktos kto stoi w zyciu mocno i wierzy w siebie.
                    Luizo, nareszcie zadna dewotka, co to w przysiedze i dzieciach widzi recepte na
                    szczescie malzenskie i wiernosc meza. A wiec mozna, pomimo dzieci i wszelkich
                    klopotow wierzyc w siebie, dac sobie rade i wyjsc z tego madrzejsza, silniejsza
                    i zyc. Takie powolywanie sie na swiety sakrament malzenstwa jest w wiekszosci
                    tylko zwykly strach przed zyciem. Trzeba umiec sobie samej jasno i wyraznie
                    powiedziec, ze zycie przy boku niekochanego meza jest nic nie warte, ze zycie
                    ma sie jedno i prawo do bycia szczesliwa. kazdy ma prawo szukac tego szczescia,
                    choc nie kazdy je znajduje. Niektorzy nawet nie wiedza co to jest. A wiec
                    mozna, pomimo upadku na dno rozpaczy podniesc sie i rosnac jeszcze wyzej niz
                    przedtem sie bylo. Zawsze tak myslalam a teraz juz wiem na pewno. nawet gdybys
                    ty byla jednym, jedynym wyoadkiem. Ale tego nie przypuszczam. trzymaj sie!
                    • luiza-w-ogrodzie Re: Od Luizy 28.10.01, 13:46
                      natascha napisał(a):

                      > Nareszcie odezwal sie ktos, kto nie wiesza psow, nie zrezygnowal z milosci w
                      > imie niekochanego malzonka, ktos kto stoi w zyciu mocno i wierzy w siebie.
                      > Luizo, nareszcie zadna dewotka, co to w przysiedze i dzieciach widzi recepte na
                      >
                      > szczescie malzenskie i wiernosc meza. A wiec mozna, pomimo dzieci i wszelkich
                      > klopotow wierzyc w siebie, dac sobie rade i wyjsc z tego madrzejsza, silniejsza
                      >
                      > i zyc. Takie powolywanie sie na swiety sakrament malzenstwa jest w wiekszosci
                      > tylko zwykly strach przed zyciem. Trzeba umiec sobie samej jasno i wyraznie
                      > powiedziec, ze zycie przy boku niekochanego meza jest nic nie warte, ze zycie
                      > ma sie jedno i prawo do bycia szczesliwa. kazdy ma prawo szukac tego szczescia,
                      >
                      > choc nie kazdy je znajduje. Niektorzy nawet nie wiedza co to jest. A wiec
                      > mozna, pomimo upadku na dno rozpaczy podniesc sie i rosnac jeszcze wyzej niz
                      > przedtem sie bylo. Zawsze tak myslalam a teraz juz wiem na pewno. nawet gdybys
                      > ty byla jednym, jedynym wyoadkiem. Ale tego nie przypuszczam. trzymaj sie!

                      Nie chcialabym, zeby moja wypowiedz byla traktowana jako nawolywanie do szukania
                      szczescia za wszelka cene - ta cena moze byc zbyt wysoka i obciazac sumienie zbyt
                      mocno. Poza tym dla niektorych ludzi przysiega malzenska i wiara w wiernosc do
                      smierci jest naprawde wazna rzecza i nie zawsze pokrywka na strach przed zmiana.
                      Jezeli stajemy przed sytuacja gdy nasz zwiazek sie rozpada, trzeba umiec samemu
                      odpowiedziec na pytanie jakie moga byc konsekwencje wyboru.

                      Decydujac sie na rozwiazanie mojego malzenstwa nie mialam na mysli mojego prawa
                      do milosci, szczescia itp a raczej unikniecie wiekszego nieszczescia, jakim
                      byloby wychowywanie dzieci w atmosferze malzenstwa tak skarlalego duchowo i
                      etycznie jak moje. I nie jestem pewna, czy dzieci kiedys nie beda mialy mi tej
                      decyzji za zle - wiem, ze starsze chcialoby miec pelna rodzine, mlodsze jest
                      poniekad przyzwyczajone do sytuacji. Na szczescie dziela sie ze mna swoimi
                      watpliwosciami i mozemy je dyskutowac a ja sie staram, zeby zrozumialy, ze
                      zwiazek z innym czlowiekiem to wielkie zobowiazanie nad ktorym trzeba pracowac
                      caly czas, a nie tylko do momentu wymiany obraczek. Mam nadzieje, ze im sie
                      powiedzie.

                      Powracajac jeszcze do poprzedniego majla Nataschy na temat szczesliwych
                      zakonczen, mysle, ze w moim przypadku tak sie stalo - nie dosc, ze przezylam
                      kilka niezlych romansow i umiem docenic zarowno glebie wiezi uczuciowej jak i
                      rozrywkowy seks, do tego trafilam na wspanialego mezczyzne. A patrzac na mojego
                      bylego, to i on chyba w trzeciej zonie znalazl kobiete swego zycia.

                      Ludzie, nie zalamujcie sie! Mialam podobne nastroje jak wiele osob piszacych na
                      tym forum; tez myslalam, ze jestem w sytuacji bez wyjscia. Po paru latach, jakie
                      minely jestem zupelnie inna osoba - zmienily mnie i te bolesne, i wspaniale
                      doswiadczenia. Czasami warto cierpiec, ale dopoki zyjemy, mamy nadzieje. Tym
                      truizmem, prawdziwym choc brzmiacym trywialnie, koncze na dzisiaj.

                      Powodzenia w podejmowaniu decyzji!

                      Luiza

                      PS I nie jestem jedynym wypadkiem, ktoremu sie powiodlo - znam inne. Mysle, ze po
                      prostu ci zadowoleni nie zagladaja na temat dotyczacy zdrady...

            • Gość: ashka Re: Do Asi IP: 217.6.15.* 30.10.01, 14:51
              A czy nigdy nie zdarzylo Ci sie byc w takim zwiazku, ze zalowalas?

              Czasami okazuje sie, ze nie wszystko jest takie jak na poczatku...
          • Gość: MP Re: Natasha+macally IP: *.srkch.pik-net.pl 30.10.01, 17:15
            Dziękuje Wam dziewczyny. W tym wszystkim, co się wydarza codziennie i nad czym
            nie da się, niestety, zachować kontroli, trudno momentami utrzymać poczucie
            własnej godności i słuszności dokonanego wyboru... Własnie wtedy, kiedy to mnie
            obciąża się winą za wtargnięcie w cudze życie, kiedy ten, ktoś, kto oskarża
            mnie, siebie sprzedaje otoczeniu jako idealną żonę i kobietę. Czym wobec
            idealnego obrazu mogę być ja? Jedynie WYBRYKIEM i KAPRYSEM, który po prostu da
            sie zweryfikować, naprawić, przegonić, przestraszyć... To przecież tylko
            kwestia czasu i przemyslanej strategii w wojnie, którą można (i trzeba) wygrać,
            bo ma się CERTYFIKAT i akt własności...
            • macally Re: Natasha+macally 31.10.01, 08:05
              Witaj MP!
              Myślę, że to obnoszenie się obrączkami, powoływanie się na sakrament
              małżeństwa, tak naprawdę w swej istocie bardzo piękny i podniosły , jest niczym
              więcej jak strachem. Strachem przed nowym życiem, kiedy ten współmałżonek
              odejdzie. Odejdzie i zostawi i nie będzie już tyle pieniążków itp. To jest
              właśnie cała mizeria tej walki. Chodzi tylko o pieniądze, bo wbrew pozorom
              bardzo trudno podzielić wspólny majątek , kiedy dochodzi do tego
              przeświadczenie , że osoba , która odchodzi za karę powinna wziąć mniej. ależ
              absurd, kiedy mówi to kobieta niepracująca, przepraszam pracująca w domu. A
              teraz chwila prawdy miłe panie : Jestem kobietą i może jest to niepopularne co
              powiem ale uważam, że to jest bardzo wygodnickie siedzieć w domu , czekać aż
              mąż przyniesie pieniążki a samej zasłaniać się jakże ważnymi obowiązkami
              domowymi. Moje kochane leniuszki a czy wy myślicie , że kobiety pracujące mają
              bałagan w domu, głodne dzieci ? Otóż nie moje miłe. Te panie nie wieszają się
              na mężu, wiedzą, że mogą też liczyć na siebie. ja mam te komfortową sytuację,
              że w każdej chwili mogłabym zostać sama, dam radę utrzymać siebie i dzieci i
              wcale to nie znaczy , że mam jakieś zaplecze. Doszłam do tego cieżką nauką i
              poświęceniem wolnego czasu ale dzięki temu jestem wolna od strachu o
              przyszłość. Mój ukochany miał niestety żonę lianę, ON BYŁ JEJ , ON MUSIAŁ, ON
              POWINIEN, i on w końcu chyba nie miał wyjścia. Bardzo mu współczuję. Najgorsze
              jest świadomość, że jeżeli byśmy wtedy się zdecydowali na ostateczny krok, to
              już to całe piekło byłoby za nami. Pozdrawiam MP i życzę dużo siły i
              wytrwałości. Najgorzej jeśli jest się z kimś kto żąda obowiązkowej miłości!?!?!?
              Tego nie można żądać!!!!!! LUDZIE
              • Gość: MP Re: Natasha+macally IP: *.srkch.pik-net.pl 31.10.01, 10:49
                Droga macally, ja sie zdecydowałam juz na ten krok... I teraz właśnie trwa
                walka i teraz właśnie jest tak, jak piszesz: ten, kto odchodzi musi wziąć
                mnniej, ale najlepiej byłoby gdyby nie brał NIC. Tego absurdu nie da sie
                racjonalnie wytłumaczyć. Tam, gdzie w grę wchodzą emocje i chęć odwetu (już
                nawet nie wiem, czy to walka o coś, czy odwet), tam nigdy nie odbędzie sie
                spokojna, rzeczowa rozmowa. Tam wciągnięte w dyskusję jest całe bliskie i
                dalsze otoczenie... To otoczenie koniecznie chce zabrać głos w dyskusji, uważa,
                że ma do tego prawo. Tak naprawdę najgorsze jest poczucie bezsilności, kiedy
                każdy gest prowadzący w założeniu do porozumienia w kwestiach najistotniejszych
                jest ZAWSZE interpretowany jako przemyslana, cyniczna gra... Masz związane
                ręce, zakneblowane usta...
    • Gość: alfina Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 23.10.01, 15:39

      Walczę ze sobą. Podzielę się efektami tych zmagań.
      Romantyku!
      Muszę przyznać, że przestaję Cię rozumieć. Najpierw pisałeś wszystko, co
      najlepsze o swojej Największej miłości. Teraz czytam, że jest zła, jej była
      „wielkość” opatrzona jest cudzysłowem. Piszesz, że usilnie starałeś się poczuć
      do niej wstręt, awersję. Zgodzę się tylko z jednym, że przyjaźń jest
      piękniejsza od romansu, i zapewne nikogo nie krzywdzi. Jeśli chodzi o mnie,
      wiesz Ty i wszyscy odwiedzający tą stronę, co czuję i przeżywam. Ale ostatnimi
      czasy sporo o tym wszystkim myślę. Właściwie każdy dzień przynosi nowe
      doświadczenia. I postanowiłam jedno. To, co spotkało mnie i uderzyło jak piorun
      było (właściwie ciągle jest) piękne, wzniosłe, budujące, nie oparte na rozkoszy
      cielesnej. Kiedyś cytowałam już zasłyszany fragment: „...prawdziwa miłość
      wyklucza chęć posiadania...” Pomyślałam, że istotne jest właśnie zabicie tejże
      chęci, nie samego uczucia. Chęci posiadania, która nierozerwalnie wiąże się z
      kłamstwem, kombinowaniem, zatracaniem poczucia własnej wartości. Miłość niech
      zostanie gdzieś w sercu, jako najpiękniejsze wspomnienie, ciepła myśl z
      przeszłości. Bo, jak pisze mój ulubiony poeta...”uciec od miłości na chwilę, na
      sto lat, na zawsze, nie tak łatwo, kiedy serce otworzy paszczę.” I z drugiej
      strony...”miłości wystarczy, ze jest”. Moje szaleństwo zamykam powoli i z
      wielkim trudem. Każdego dnia chce mi się krzyczeć i tupać z bezsilności. Ale
      walczę. Tak naprawdę nie wiem, co przyniesie przyszłość. Być może zweryfikuje
      moje poglądy i kto wie, co jeszcze się zdarzy. Na razie jednak daję szansę
      mojemu małżeństwu. Ale równocześnie nie mam zamiaru znienawidzić mojej Wielkiej
      Miłości. Pragnę ułożyć ją na najwyższej półce, głęboko w moim serduchu, z
      napisem: OSTROŻNIE! Nie ruszać! Grozi eksplozją! Mieć ją, tylko tyle. Wspomnieć
      czasem. Od trzech lat uskrzydlała mnie, w ciągu tego czasu sporo osiągnęłam,
      np. w życiu zawodowym. Nie mogę się cofać, tylko iść do przodu. Postanowiłam
      także swoją energię i kipiące uczucia skierować w stronę tych, którym naprawdę
      są potrzebne. Bezinteresownie. Popołudniami i w dni wolne od pracy. Wokół nas
      jest tyle prawdziwego cierpienia i bólu. Samotności. Trzeba się tylko
      rozejrzeć. Uśmiech skrzywdzonego przez los dziecka i samotnej staruszki jest
      najcudowniejszą zapłatą. Świat nabiera barw! I jeszcze jedno. Wczoraj
      zadzwoniła do mnie żona mojego Przyjaciela, z prośbą o spotkanie. Zaprosiłam ją
      do domu. Przygotowałam uroczysty podwieczorek. Przy kawie rozmawiałyśmy kilka
      godzin. Spokojnie, bez złości, ciepło. Kiedyś opowiem o tym niezwykłym
      spotkaniu. Na pożegnanie uściskała mnie serdecznie. Tona kamieni spadła mi z
      serca. Mam ochotę fruwać!!! Dla tej chwili warto było podjąć walkę. Może
      powiesz Romantyku, że to, co łączy mnie z Przyjacielem, to nie jest i nie było
      prawdziwą miłością. Każdy czuje i odbiera inaczej. I wierzę w powrót do
      przyjaźni. Jesteśmy istotami myślącymi i czującymi. Kowalami swojego losu.
      Trzeba tylko chcieć. Pozdrawiam wszystkich i dziękuję także za te listy, które
      otrzymałam poza Forum. Otwarte pisanie o uczuciach to wręcz niewiarygodna
      terapia. Czytanie i pisanie w ostatnim czasie pomagało, oj pomagało....Życzę
      optymizmu na szare, jesienne dni...
      Alfina

      • georgia Re: Czy ...także do Unhappy 23.10.01, 20:54
        Unhappy, co u ciebie?
        Być może twoja Przyjaciółka walczy teraz z miłością do ciebie i usiłuje
        poświęcać wasze szczęście dla uratowania swojego małżeństwa? Twój punkt
        widzenia znamy, ciekawi mnie jak ona widzi waszą (swoją ?) przyszłość.
        Ja staram się nie oceniać innych ludzi, zawsze interesuje mnie ich podejście do
        zycia. Zdecydowana postawa Alphiny może zaimponować. Z tego co wcześniej pisała
        jest osobą aktywną i otwartą, w przeciwieństwie do męża, z którym nie może
        dzielić swoich pasji. Tym bardziej rozumiem, że chce rzucić się w wir pracy
        społecznej. Dobrze zrobiłyby także krótkie wyjazdy (np. słuzbowe) z domu, ale
        nie każdy ma mozliwość takiej pracy. Z tego co zasugerowałaś, Alphino,
        będziecie spotykać się dalej jako przyjaciele, i to będzie fantastyczne.
    • karita Do Romantyka 29.10.01, 14:07
      gratuluje braku odwagi. dostales od zycia szanse i to czego inni szukaja i
      pragna przez wiekszosc swojego zycia. Odrzucles to w imie rzekomych obowiazkow.
      Mozna byc dalej czlowiekiem i zyc jak czlowiek nawet jak odejdziesz dla
      kochanki. Twoje dzieci tez beda takimi tchorzami jak ty, jesli zrobia blad w
      zyciu jak tata to beda sie meczyc za kare ze ty nie miales odwagi im pokazac ze
      to nie grzech miec odwage zeby byc z kims kogo sie kocha. Ale do tego trzeba
      miec jaja. Niestety jestes tchorzem wiec teraz bedziesz sie meczyc w swoim
      malzenstwie. I bedzie coraz gorzej bo poczules smak szczescia? tak wiec jak
      bedziesz juz po 50 to bedziesz plakac w samotnosci. Mam nadzieje ze warto bylo
      zostac tam gdzie jestes.
    • Gość: karita Do Romantyka IP: *.pkobp.pl 29.10.01, 14:51
      gratuluje braku odwagi. dostales od zycia szanse i to czego inni szukaja i
      pragna przez wiekszosc swojego zycia. Odrzucles to w imie rzekomych obowiazkow.
      Mozna byc dalej czlowiekiem i zyc jak czlowiek nawet jak odejdziesz dla
      kochanki. Twoje dzieci tez beda takimi tchorzami jak ty, jesli zrobia blad w
      zyciu jak tata to beda sie meczyc za kare ze ty nie miales odwagi im pokazac ze
      to nie grzech miec odwage zeby byc z kims kogo sie kocha. Ale do tego trzeba
      miec jaja i wiecej niz 18 lat. Niestety jestes tchorzem wiec teraz bedziesz sie
      meczyc w swoim malzenstwie. I bedzie coraz gorzej bo poczules smak szczescia?
      tak wiec jak bedziesz juz po 50 to bedziesz plakac w samotnosci. Mam nadzieje
      ze warto bylo zostac tam gdzie jestes.
      • Gość: Romantyk Re: Miłość nikogo nie krzywdzi IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 29.10.01, 23:17
        Fizjologiczne oraz psychologiczne prawa rządzące procesami łączenia się ludzi
        są takie same tak w przypadku legalnego związku jak i wszelkich „kochanek -
        kochanków”. Ba, te nielegalne są nawet bardziej „atrakcyjne…” Gdy z faktu
        ujrzenia lud dotykania drugiej osoby doświadczamy niewysłowionej przyjemności,
        wewnętrznego zachwytu, a ciałem naszym wstrząsają dreszcze rozkoszy, oznacza
        to, że zostały zainicjowane pierwsze etapy charakterystyczne dla łączenia się
        ludzi w pary. Pragnienie prywatności, pozostawania z partnerem sam na sam,
        oczekiwanie bliższego kontaktu - to już sygnały wskazujące na głębsze uczucie.
        A budzące się w nas marzenia oraz sny dotyczące drugiej osoby świadczą o
        pogłębianiu się związku.
        Od naszego jednak systemu wartości zależy, czy otwieramy „Największą miłość”,
        czy nie. A czasem po prostu ulegamy pokusie, bo spotkaliśmy kogoś, kto bardzo
        nam pasuje i z kim życie było by o niebo lepsze niż z dotychczasową „myszką lub
        kotkiem”. Taką osobą była moja DANUTA. Pasowaliśmy do siebie jak dwie
        połóweczki orzeszka, jabłka czy pomarańczy. Nie pomógł nam nawet nasz silny
        system wartości. Za bardzo na chwilę zbliżyliśmy się do siebie i mocny,
        przyciągający proces fizycznych i psychologicznych praw wciągnął nas jak magnes
        dwie szpileczki. A ten magnes jest tak silny i tak piękny, że chyba nikomu nie
        udało się o własnych siłach z takich sideł wyrwać się. Zmienia on bowiem punkt
        widzenia, oślepia moralnie, nastawia egoistycznie, emocje czyni najwyższą
        wartością, stępia rozsądek. Jednak dla nas i dla każdego kochanka i kochanki
        jest to najpiękniejszy proces miłości. Różni się jednak tym, że jest legalny
        i nielegalny. Pierwszy tworzy rodzinę a drugi ją komuś rozbija.
        Moja „Największa miłość” zabijała moją własną rodzinę, jej dzieci, dom,
        wspólnotę, moje wcześniejsze wybory na dobre i złe i wiele innych spraw.
        PRAWDZIWA MIŁOŚĆ NIKOGO NIE KRZYWDZI. Miłość kochanków czyni to zawsze. W moim
        wypadku chciałem by było inaczej, ale ostatecznie nie ma na to sposobu dla
        żonkosiów. Raz zawarte małżeństwo- i obojętne czy z najlepiej dobraną osobą czy
        nie- zmienia całą resztę życia.
        Ktoś kiedyś powiedział tak mniej więcej: Po owocach poznacie co to za drzewo i
        czy jest dobre. To że ma bujne liście i jest duże, wcale nie znaczy, że jest
        pożyteczne.
        PRAWDZIWA MIŁOŚĆ NIKOGO NIE KRZYWDZI. Dobrze to sobie zapamiętajcie wszyscy
        żonkosie, byście nie przyprawili o cierpienia siebie, swoich życiowych
        partnerów, kochanek i kochanków, dzieci, rodziny i przyjaciół.
        Pisałem już kilka razy, że przewartościowałem swoje poglądy na miłość po moim
        doświadczeniu z Danutą. Nigdy już jej nie pomylę z procesem psychologicznym i
        fizjologicznym żywionym do choćby najlepszej kochanki. Będę unikał rozpalenia
        takiego ognia przy zagrożeniu najmniejszych już iskier. Wiem bowiem teraz
        doskonale, że będąc żonatym, mogę być tylko kochankiem. A kobiecie mogę dać
        tylko to, że będzie moją kochanką. To nigdy nie jest startem dla prawdziwej
        miłości, która nikogo nie krzywdzi.
        A czy wiecie, jakie są następne cechy prawdziwej miłości, która nikogo nie
        krzywdzi?
        • karita Re: Miłość nikogo nie krzywdzi 30.10.01, 13:43
          wiec z tego wniosek ze twoja milosc z danuta byla nieprawdziwa. a tak naprawde
          to teraz jestescie wszyscy nieszczesliwi ty, danuta, wasi malzonkowie. patrzysz
          na swoja zone i czujesz bol tamtej milosci a twoja zona to czuje i bedzie razem
          zyc w takim fajnym udawaniu wesolej i szczesliwej rodziny. Masz racje do
          decyzji rozwodu trzeba dojrzec. trzeba miec kupe odwagi aby chciec zmienic
          swoje zycie i naprawic wielka pomylke. Wiesz nie zyjemy za kare. Malzenstwo to
          nie wiezienie czy karaz dozywotnia. Ty mogles byc szczesliwy z danuta i pewnie
          twoja zona znalazlaby kogos kto dalby jej prawidziwa milosc i szczescie. ale po
          co? prawda? lepiej sie poswiecac tylko w i czego??????????? nasmieszniejesze
          jest to ze nikt od ciebie tego poswiecenia nie oczekuje. Nikt ani zona ani
          dzieci.Nie ma nic gorszego niz dom rodzice ktorzy udaja ze jest super. Szoda ze
          tego nie rozumiesz. Moja mama byla bardzo nieszczeliwa z ojcem ale przez dlugie
          lata chcieli byc razem bo sa dzieci. Choc udawali przed nami ze sie kochaja tak
          naprawde to bylo cos okropne. te wymuszone usmiechy i sztuczne szczescie. kiedy
          zdecydowali sie na rozwod byl to najlepszy krok w ich zyciu. Kiedy poznala
          mojego ojczyma byla narszczie naprawde szczesliwa i ja bylam szczesliwa bo to
          bylo prawdziwe i mialam waspanialy kontakt z ojcem. Nie rozumiem tego dlaczego
          ludzie sa takimi tchorzami. smialo moge cie nazwac matka polka.
    • Gość: Kaga Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 30.10.01, 16:18
      Jestem kochanką, choć wcale nie chę nią być. Od dwóch lat żyję z partnerem,
      który dawno już złożył pozew o rozwód. Od tego czasu minęło ponad półtora roku,
      może nawet więcej. Odbyły się trzy rozprawy, a właściwie dwie i pół. Ostatnia
      bowiem trwała 15 minut. Pani sędzia zażądała jakiegoś papierka. Pomiędzy jedną
      a drugą rozprawą mija przecietnie pół roku. Proces rozwodowy przeciąga się,
      właściwie nie ma szans na przyspiesznie orzeczenia i następnej rozprawy. Z moim
      obecnym partnerem bardzo chcemy się pobrać, mieć dzieci, żyć normalnie.
      Niestety, to polskie sądownictwo, państwo w państwie, skazuje mnie na bycie
      kochanką, a mojego partnera na zdradę wciąż jeszcze "papierkowej" żony. Czy
      ktoś miał może podobne doświadczenia? Jeśli tak, to niech się podzieli,
      poradzi, co robić, aby zakończyć ten koszmar?
    • Gość: Alfina Do Macally IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 31.10.01, 20:19

      Witaj Macally!
      Pisałaś o żałosnych żonach dzwoniących do kochanek swoich mężów. Zgodzę się z
      Tobą, że to niezbyt elegancka forma załatwiania sprawy. Bo jeśli z kimś należy
      rozmawiać, to tylko z facetem, który od nas się oddala. Albo nie rozmawiać,
      tylko sobie znanymi sposobami próbować go odzyskać. Tak, aby wydawało mu się,
      że jest akurat odwrotnie. Że to on coś traci i musi podjąć wysiłek, aby „to
      coś” zachować. Pisałam o niedawnej wizycie żony mojego Przyjaciela. W progu
      stanęła niewiele ode mnie starsza, zaniedbana kobieta. Z widoczną nadwagą.
      Początek rozmowy był bardzo przykry. Zażądała abym całkowicie ZNIKNĘŁA z jego
      życia. To, że łączą nas sprawy zawodowe, to nic...mam sobie poszukać pracy
      gdzie indziej. Najlepiej w innej miejscowości. Miałam także obiecać, że nigdy
      więcej nie zadzwonię do niego, nie wyślę sms-a (przyznała, iż udało jej sie
      poznać treść wielu, dzięki swojemu sprytowi, czytaj - kontrola telefonu podczas
      chwilowej nieobecności właściciela), nie popatrzę w jego kierunku. Jeśli nie
      podporządkuję się jej wymaganiom, w następnej kolejności będzie rozmawiała z
      moim mężem i ...moimi rodzicami!!!!! Czy ja zdaje sobie sprawę, że ich dzieci
      patrzą jak ojciec zamyka się w swoim świecie? Czy wiem, że zamiast myśleć o
      wspinaczce powinien więcej pracować, bo dzieci dorastają i są większe potrzeby?
      Gdzie moja godność? To przecież ŻONATY mężczyzna? Czy wiem, że to GRZECH? Na
      koniec dodała, że jestem tylko kolejną kobietą, która zawróciła mu w głowie, a
      on taki nieodporny...Bezbronny...Czyli, reasumując, okazałam się wiedźmą i
      uwodzicielką bez honoru i wyobraźni. Idealnie pasuje to, co napisałaś: On jest
      jej, On musi, On powinien...Wiem, że jesteśmy zupełnie różne. Ona nigdy nie
      pracowała poza domem, ja żyję aktywnie zawodowo i w dodatku mam pasję. Ciągle
      się czegoś uczę. Też gotuję, sprzątam i moje dłonie są zniszczone od prac w
      ogrodzie. Ale nie zamykam się w domu i świecie brazylijskich seriali a także
      popołudniowych plotek z sąsiadkami. Nie wieszam się także na moim mężu i jego
      pieniądzach. Dbam o ciało, co nie znaczy, że wydaję tysiące na kosmetyki.
      Czytam i interesuję się tym, co dzieje się na świecie. Czuję się kobietą...Dla
      swoich potrzeb nie oceniam ich małżeństwa, nie cieszą mnie opinie
      znajomych...oni wcale do siebie nie pasują...Trzymam się, na razie, póki
      starczy mi sił swojego planu. Psychicznie wracam do domu. Może nazwiesz to
      tchórzostwem, strachem przed nowym życiem. Może będę żałowała. Podziwiam
      postawę Nataschy i dokładnie tak wyobrażam sobie swoją drogę, jeśli tlącej się
      iskierki miłości w moim małżeństwie nie da się uratować. Życie w obłudnym
      układzie, nie wiedzieć dla czyjego dobra jest smutną wegetacją. A przecież nasz
      pierwszy, zaślubiony partner ma także prawo do szczęścia z innym człowiekiem.
      Do szczerości i uczciwości z naszej strony. Natascha napisała:...jeśli miłość
      umiera, przysięga jest nieważna...To prawda. Tylko tak trudno to zastosować w
      życiu! Tak naprawdę nie wiem, co przyniesie przyszłość. Wracając do
      niespodziewanej wizyty...Uspokoiłam żonę mojego Przyjaciela, trochę wbrew
      sobie. To, co usłyszała ode mnie odnośnie przeszłości było najzwyklejszym
      kłamstwem. Bo to nie był epizod, ot, przelotne zauroczenie. Sprawy służbowe
      tylko...Ale widziałam, jak bardzo tego minięcia się z prawdą potrzebuje.
      Szczera byłam w związku z teraźniejszością. Przyszłość zręcznie pominęłam.
      Uścisnęła mnie serdecznie ( albo tak mi się wydawało) na pożegnanie. Miałam
      wrażenie, że widzę na jej twarzy coś w rodzaju triumfu...On jest moim mężem,
      jest mój, wrócił do mnie. Dzisiaj spotkałam Go przypadkowo. Obserwowałam
      niezauważona, jak idzie z opuszczoną głową. Miał takie smutne oczy...Kąciki
      ust opuszczone w dół. A ja...Nie ma dnia, godziny, żebym nie myślała, nie
      wspominała. Ciągle walczę. Nie wiedziałam, że powrót do przyjaźni będzie taki
      bolesny...
      Alfina
      • Gość: JASIO Re: Do Macally- IP: 213.98.114.* 31.10.01, 21:37
        A ja kocham Iwone i reszta swiata mnie nie interesuje
    • Gość: Romantyk Re: Małżeństwo to nie porcja lodów IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 02.11.01, 00:28

      Zauważyłem, że wielu „odważnych” uczestników forum traktuje małżeństwo jak
      bardzo prostą sprawę: np. pójście na lody (!). A jeśli już nie smakują – to do
      kubła na odpadki. Czy równie beztrosko można potraktować swoją matkę, ojca,
      rodzeństwo bądź przyjaciół, bo w czymś tam się nam nie spodobali? Wiele
      zarzucamy rodzicom czy innym bliskim, ale z tych powodów zaraz nie wykreślamy
      ich z naszego życia. A prawdziwą miłość widać dopiero najwyraźniej, kiedy nasi
      rodziciele potrzebują pomocy i troski. Wtedy, kiedy są starzy i niedołężni i
      nie mamy już żadnych z nich korzyści, dopiero wówczas widać, czy ich naprawdę
      kochamy. Podobnie w małżeństwie - o miłości na dobre i złe możemy się przekonać
      dopiero w chwilach prób i doświadczeń.
      A jak z naszymi żonami czy mężami? Przecież oni są czymś więcej niż wszyscy
      inni. Gdyby tak nie było, nie podjęlibyśmy z nimi wspólnego życia. To
      pragnienie tej specjalnej wspólnoty, gdzie „ja” i „ty” staje się wspólnym „my” –
      jedną rodziną, jednym domem, jedną teraźniejszością, przyczyniło się do
      decyzji życia we dwoje.
      Szkoda jednak, że to pragnienie wspólnoty i jedyności udaje się osiągnąć tylko
      nielicznym parom, wchodzącym na kobierzec ślubny. Niech nikt się nie łudzi, że
      ceremonia zaślubin jednocześnie oznacza dla każdego całkowite połączenie
      duchowe z partnerem i szczęśliwą wspólnotę od tego momentu.
      Większości nie udaje się dobrać najlepiej. W przeważającej mierze młodzi
      kandydaci do małżeństw są niedojrzałym materiałem do tworzenia szczęśliwej
      rodziny. W efekcie duża większość młodych małżeństw to związki daleko
      odbiegające od swego idealnego startu całkowitej duchowej wspólnoty. Dlatego
      najczęściej czeka ich długa droga do szczęścia i zadowolenia z życia. I wtedy
      niektórzy tracą cierpliwość jak ja i sięgają po skróty typu druga miłość -
      kochanka, kochanek. Jest to możliwe, kiedy spotyka się kogoś o dużych
      podobieństwach i predyspozycjach do stworzenia wymarzonej wspólnoty. I gdybyśmy
      tylko byli wolni, wszystko można by zacząć od nowa…
      Resztę znacie z autopsji. W myślach pojawia się żal, że się pomyliło co do
      dotychczasowego związku i gorączkowe poszukiwanie sposobów na
      spełnienie „Największej miłości”. Jakoś dziwnie szwankuje też pamięć, że
      przecież w przeszłości nasze małżeństwo, to był to nasz najdojrzalszy wybór i
      decyzja o życiu. Postąpiliśmy jak najinteligentniej tylko umieliśmy.
      Założyliśmy rodzinę na jaką było nas stać. Włożyliśmy w to całą energię i
      wiedzę o życiu. Osoba, której obiecaliśmy życie na dobre i złe wzięła to
      wszystko na poważnie i zaufała nam całkowicie. Powstała niezwykła wspólnota
      rodziny, małżeństwa, bliskości i jedności.
      Ale nawet po kilkunastu latach małżeństwa można odkryć, że jesteśmy partnerami
      o bardzo dużych różnicach i nie możemy już ze sobą wytrzymać lub nie łączy nas
      nic bliższego. Są wtedy kłótnie, obrzucanie się winą, ale to jeszcze nie koniec
      małżeństwa. Pojawia się też w skryciu druga miłość, ale kochanka i kochanek
      również nie oznaczają zakończenia małżeństwa. Wciąż można je uratować i
      odbudować. Oczywiście powstaje pytanie, czy warto?
      Padło już wiele zrzutów pod moim adresem, że zmarnowałem moją „największą
      miłość”, że brakło mi odwagi, że się poświęcam a jednocześnie zamęczam siebie,
      żonę i kochankę. Co dziwne, w większości wypływają one z ust płci pięknej. Ale
      myślę, że w głębi duszy każda kobieta pragnie mężczyzny, który oparłby się
      wszystkim pokusom innych rywalek a Was potrafiłby akceptować i kochać takimi,
      jakimi jesteście.
      Dlaczego zrezygnowałem z mojej „największej miłości” i nie jestem tchórzem?
      Mógłbym odpowiedzieć tylko jednym zdaniem: Bo wolę być bohaterem niż zdrajcą.
      Ale spróbuje napisać coś więcej następnym razem.

      PS.: Widzę Alfino, że jesteś w poważnych tarapatach. Żona przyjaciela dobiera
      Ci się na dobre do skóry. Chce Cię w samoobronie obnażyć przed rodziną.
      Szczerze Ci współczuję, bo przeżywałem podobne szantaże. Przydałby Ci się teraz
      doświadczony mediator, który uratowałby sytuację i pomógł wyjść na prostą.
      Póki co, jeśli masz możliwość jakiegoś urlopu, to weź nogi za pas i uciekaj
      jak najdalej od „przyjaciela”. Ale prędzej czy później czeka Cię rozmowa
      pokutna, jeśli chcesz zachować przyjaźń i wspólną pracę z przyjacielem.
      Obowiązuje tu bardzo ścisły scenariusz. Jeśli jednak nie masz na ten temat
      właściwej wiedzy, to nawet nie próbuj. Możesz tylko zepsuć relacje na wiele
      lat. I nie trzeba wiele, wystarczy pomylić choćby jedno słowo.
      • unhappy Re: Do Georgii,Miki,Alfiny,Natashy,Macally,Luizy i 02.11.01, 12:35
        Dawno nie odzywałem się ponieważ wydawało mi się, że moje uczuciowe sprawy
        kierują się w pożądanym przeze mnie kierunku i nie chciałem "zapeszyć" ciesząc
        się na Forum rozwojem sytuacji. Po pierwszym namiętnym spotkaniu, o którym
        napisałem 19.10 spotkałem się ze swoją Ukochaną kolejny raz i znów namiętnie
        kochaliśmy się; potem wieczorem spotkaliśmy się u niej w domu niestety w jego
        towarzystwie ale były przelotne uściski dłoni z jej inicjatywy. Wróciły
        codzienne telefony...Wróciła do mnie nadzieja. I niestety, życie nie jest bajką
        i zdarzyło się nieszczęście. Ukochana pojechała ze swoim dodatkiem na rodzinną
        imprezę. Przygotowywała się do niej od dłuższego czasu, liczyła na dobrą
        zabawę...Od fryzjera zadzwoniła do mnie. A potem ja wysłałem do niej sms-a. Jak
        ja teraz przeklinam tą chwilę. Otóż okazało się, że mojego sms-a przechwycił
        jej mąż. I po imprezie zgotował Jej piekło. Wymógł na niej przyznanie się do
        zdrady, zmusił do opowieści jak, co, gdzie, kiedy...Chyba nie użył wobec Niej
        siły. Sam wpadł w histerię, zadzwonił do mnie w nocy ok. 4 rano. Na
        wyświetlaczu telefonu wyświetlił się jej numer więc jak zwykle odebrałem
        rozmowę i nie wiedząc, że to nie ona jak zwykle zapewniłem o swoim wielkim
        uczuciu. Wtedy usłyszałem jego głos...Zaczął potem wydzwaniać i nagrał się
        kilkakrotnie na sekretarkę. Noc miałem już z głowy. Następnego dnia zadzwonil
        do mnie i po "rutynowych" obelgach i wyzwiskach oddał słuchawkę mojej
        Ukochanej, która w jego obecności powiedziała mi, że podjęła decyzję i zostaje
        z nim. Ja jej tylko odpowiedziałem, że nadal ją kocham i nadal będę czekał. Z
        kolei ponownie on wziął słuchawkę i zaczął mi grozić co się ze mną stanie jeśli
        pojawię się koło niej lub jeśli mnie spotka. Ja takich gróźb nie boję się, bo
        z "niejednego pieca chleb jadłem", interesuje mnie tylko aby Jej nie zrobił
        krzywdy ani Jej nie zadręczał. Zadzwoniłem do Niej do pracy, rozmawiała ze mną
        normalnie i spokojnie. Opowiedziała jak to wszystko przebiegło. Poprosiła aby
        do Niej nie dzwonić, aby sprawa przycichła. Powiedziała mi, że sytuacja u niej
        w domu jest spokojna a jego interesuje tylko to czy nikt się o Jej "zdradzie"
        nie dowie. Czy nie powie o tym swojej rodzinie, jego matce, koleżance...Nawet o
        dziwo nie zadzwonił do mojej żony. Zależy mu tylko na utrzymaniu naszego
        romansu w tajemnicy. W domu stał się dla niej nadzwyczaj dobry. Obawiał się
        pojechać do Jej koleżanki, którą podejrzewa o wiedzę o naszym związku.
        Obserwuję ich z oddali i sprawiają wrażenie nadzwyczaj zakochanej pary, zmiana
        o 180 w ciągu zaledwie kilku dni. Mam wrażenie, że będzie starał się być dla
        niej dobrym, kochającym i czułym w najbliższym czasie zaś nigdy nie zapomni
        o "zdradzie" i wcześniej czy później zacznie się nad Nią znęcać psychicznie. Co
        robić ? Dzisiaj miała do mnie zadzwonić. Cały czas jak na szpilkach czekam na
        Jej telefon. Adresatki mojego postu ! Powiedzcie mi co może dziać się w Jej
        duszy ? Każda z Was przeżyła czy przeżywa podobne związki . Pomóżcie mi poznać
        co może czuć kobieta w takiej sytuacji ? Może rubrykę tą czyta jakiś psycholog,
        który pomoże mi przewidzieć co będzie robił Jej mąż, ktorego uważam za
        niezrównoważonego psychicznie ? Boję się aby nie zrobił jej krzywdy nie tylko
        fizycznej ale i psychicznej. Z drugiej strony czuję ,że moja Ukochana jest
        jakaś odprężona ,że przyznała się przed nim do naszego związku. Czy ja jeszcze
        mam jakieś u niej szanse ? Alfino ! Napisałaś, że kobiety nie są aby je
        rozumieć ale aby je kochać . Ja chciałbym Ją zrozumieć dlaczego w takiej
        sytuacji nie zdecydowała się na zdecydowany krok i nie odeszła od niego. Miko !
        Piszesz, że faceci w moim wieku dostają pierdolca a to co dzieje się w ich to
        czysta chemia. Pozwolę się niezgodzić z twoją tezą bo przecież chemia działała
        i wtedy kiedy pierwszy raz całowałem się, kiedy pierwszy raz kochałem się kiedy
        decydowałem o małżeństwie. Myślę, że w twoim związku ze starszym mężczyzną
        właśnie nie było uczucia tylko działała zwykła chemia zaś twój partner obdarzył
        cię nieodwzajemnioną miłością. Macally ! Chciałbym aby moja Ukochana
        przemyślała swoją decyzję i aby w przyszłości nie męczyła się każdego dnia i
        nie cierpiała za tę idiotyczną decyzję podjętą dla ratowania rodziny. Jak Jej
        to uświadomić ? Podobnie proszę ciebie Luizo w ogrodzie . Pomóż mi i powiedz
        jak można przekazać Jej twoje bardzo życiowe przemyślenia . Alfino ! Na tobie i
        na mnie zemściła się "nowoczesność". Zdradziły nasze uczucia sms-y. Uważajcie
        wszyscy kochankowie i nieszczęśliwie zakochani . Jeden sms może narobić
        problemów na niespotykaną skalę . Napiszcie do mnie proszę . Może wasze rady
        wynikające z doświadczenia uspokoją moje rozkołatane serce ?
        • Gość: Jasio Re: Do Georgii,Miki,Alfiny,Natashy,Macally,Luizy i IP: 213.98.114.* 02.11.01, 16:19
          Po 1-e koniec z sms-ami.Wiadomosci zostawiac pod lawka na cmentarzu lub w
          damskiej toalecie ,w zbiorniku na wode lub na zuzyte podklady.Po 2-e podeslac
          mezowi ukochanej -swoja zone .Moze on okaze sie lepszy w lozku.Po kilku
          miesiacach-rozwod i zmiana kochanki.Za jednym zamachem uzyskujemy swobode!
          Pozbywajac sie zony i juz nudnowatej kochanki
          • Gość: mika Re: Do Georgii,Miki,Alfiny,Natashy,Macally,Luizy i IP: *.acn.waw.pl 02.11.01, 17:35
            Twoja ukochana nareszcie wie, co ma robić. Ktoś nią potrząsnął, kazał się
            zdecydować i taką decyzję podjęła. Skoro zgodziła się powiedzieć Ci przez
            telefon, że zostaje z mężem, no to chyba jasne? Myślę, że nie zrobiła tego pod
            lufą pistoletu. A swoją drogą, ciekawe, jak załatwiałeś te nocne,niespodziewane
            telefony od swojej ukochanej przy swojej żonie? i te wyznania miłosne o 4 nad
            ranem...Coś mi tu pachnie kitem.
      • Gość: Natascha Re: Małżeństwo to nie porcja lodów . Do Romantyka IP: *.proxy.aol.com 02.11.01, 18:13
        Drogi Panie Romantyku, az mnie szlag trafia jak czytam, co pan pisze!!!! Jaki
        to wszystko szlachetne i wznisle!!! Szkoda, ze nie przed faktem zdradzenia
        zony!!! Czego Pan sie wyrzekl?? I w imie czego, zapytam grzecznie?
        najpierw kochal Pan Danute miloscia wzniosla i wielka a zony sie nie liczyla.
        Ani przysiega, ani obraczka ani nic. Potem pokochal Pan swoja zone , jakby na
        nowo i teraz ma pan usta pelne wznislych idei!! Malzenstwo to nie porcja lodow,
        zgadza sie i nie mozna jej kupic na nowo jak sie poczuje ochote na lody!!
        MIalabym do Pana ogromny szacunek, gdyby Pan to PRZED zdrada glosil i
        gloryfikowal, ale PO ???? Mnie sie wydaje, ze Panska kochanka miala pana po
        prostu dosc, czemu nie ma sie co dziwic. A pan z obawy pozostania na lodzie,
        bez zony i bez kochanki, wrocil skruszony do malzenskiego loza i teraz nam tu
        opowiada jak szlachetne byla i sa Pana pobudku!!! Na miejscu Panskiej zony,
        wystawilabmy Panu walizki za drzwi i ciao! Nie za zdrade o nie!!! Za brak
        kregoslupa moralnego!!! Po co komu taki maz, ktory jak dlugo zdradza, to kocha
        inna a potem pieje poematy moralne!!! A ta Panska kochanka, ta wielka milosc,
        miala szczescie niewyslowione, ze nie zostala z Panem. Bo albo sie ma zasady,
        albo nie. A Pan, Panie Romantyku ma tylko usta pelne szczytnych hasel nic
        wiecej!!!
    • macally Do Jasia 02.11.01, 20:00
      Super!!!
      To jedyny radosny promyk na tym forum!
      Czytając Twoje wypowiedzi najzwyczajniej w świecie rośmiałam się. Dawno tego
      nie robiłam. Dziękuję. Poważnie
    • Gość: Alfina Re: Do Romantyka IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 02.11.01, 20:37

      Witam!
      Nie, Romatyku, nie wezmę nóg za pas i nigdzie nie ucieknę. Jestem dorosła i
      poniosę teraz konsekwencje swojego postępowania. Przeprosiłam już żonę mojego
      Przyjaciela za treść sms-ów. To wszystko, co mogę dla niej zrobić. Jest mi
      przykro, że sprawiłam jej ból. Ale sama miała na to ochotę, czytając je wtedy,
      kiedy zasypiał. Gdyby przypadkiem wiedziała, jakie były z jego strony na owe
      sms-y gorące odpowiedzi...Z jej punktu widzenia tylko ja jestem winna. Bo on
      taki słaby, podatny na wpływy innych ludzi...Zamierzam dalej chodzić z
      podniesioną głową. Liczy się tu i teraz. A niedawno właśnie świadomie
      skończyliśmy dokładać do naszego ogromnego ogniska. Każdy z nas powoli wraca do
      domu. I nie potrzebuję mediatora. Sama będę załatwiać swoje sprawy. Nie
      chciałam i nie chcę zabrać Go rodzinie. Nie wskoczyłam mu do łóżka i nie
      uprawialiśmy seksu w naszych domach pod nieobecność któregoś z współmałżonków.
      Nigdzie zresztą. Po prostu byliśmy dla siebie...To było przenikanie, zespolenie
      dusz. Dyskusje i wymiana poglądów. Wspólna pasja. Coś, co unosi się w
      powietrzu, czego nie można udowodnić. Coś, co zostaje w sercu na zawsze. Nikt
      nie zabroni mi darzyć go uczuciem. Jakimkolwiek. Pracować z nim i przyjaźnić
      się. Dopóki on sam nie zdecyduje inaczej. Nie zechce zmienić czegokolwiek. Nie
      zechce odsunąć się ode mnie. Pisałam już kiedyś o zabijaniu nie uczucia, ale
      chęci posiadania. Zawsze będę Go w myślach nazywała moją największą miłością.
      Moim niespełnionym marzeniem. Ciepło i czule. Ale życie toczy się dalej. Jest
      mi ciężko, bo tęsknię, tak zwyczajnie...ale coś sobie postanowiłam.
      Zamieniliśmy dzisiaj kilka zdań podczas przypadkowego spotkania. Słowa nigdy
      nie były nam potrzebne, dlatego wystarczyło mi jedno Jego spojrzenie. TO
      CIĄGLE ŻYJE W NAS! Mam świadomość, że byłam i nadal jestem kimś wyjątkowym dla
      niego. Nazywał mnie inspiracją, muzą...To mi wystarczy na pamiątkę. Bo
      ustaliliśmy żelazne ramy naszej przyjaźni. Dzięki temu wracamy do swoich domów
      bez wyrzutów sumienia. Jeśli próba, a raczej walka nie powiedzie się, już
      pisałam co zrobię. Było mu przykro z powodu wizyty, którą złożyła mi jego żona.
      Chciała to zachować w tajemnicy przed nim, prosiła mnie o dyskrecję, niestety
      akurat przejeżdżał w pobliżu i zobaczył jej samochód. Wolałby, aby porozmawiała
      najpierw z nim. Odpowiedziałam, że to znak iż nie stoi biernie z boku, tylko
      zwyczajnie walczy o niego. Rzuciłam się w wir pracy, podwoiłam obowiązki.
      Zaczęłam uczyć się kolejnego języka. Nie pozwolę się zniszczyć. Ani tej
      cudownej zamkniętej już miłości, ani osobom trzecim. Jeszcze długo moje serce
      na Jego widok będzie biło mocniej. Ale to akurat nie zależy od mojej woli i
      postanowień. Jestem ciągle sobą...szaloną wariatką, pozbawioną
      rozumu...Pozdrawiam!
      Alfina
      • Gość: natascha Re: Do Alfiny!! IP: *.proxy.aol.com 02.11.01, 23:06
        Nie daj sie!!! Nie daj sie zastraszyc, nie daj sie oszukac o cos, co jest dla
        ciebie wazne i wielkie. Nie daj sie!!! Nie mowie tu o walce nie fair o ciosach
        ponizej pasa. Pomysl tylko, co ty chcesz i idz do tego z uporem, wytrwaloscia i
        sila. Ty nie masz sie czego wstydzic! wstydzic powinna sie ona, ta ktora w
        ukryciu i pospiechu przeglada SMSy swojego meza i sklada ci wizyte w tajemnicy
        przed nim. jakby byla pania niewolnika, jakbys jej zabrala jej wlasnosc,
        bezwolny przedmoit. Nikt, ale to nikt nie jest niczyja wlasnoscia i nie mozna
        kogos "zabrac" komus. Ona powinna najpierw z mezem porozmawiac, ale na to
        pewnie jej zabraklo odwagi. Bo moze by uslyszala to, czego wlasnie bala sie
        uslyszec. I popatrz jak ona go kocha!!! Kocha go tak bardzo, ze opowiada o nim
        rzeczy nieprzyjemne, zeby cie do niego zrazic, zebys nie pomyslala, ze jestes
        jedyna. Ty a nie ona. ja tego nie rozumiem!! I ona, ta do ktorej maz wrocil,
        ta, przy ktorej maz zostal, bo ona uzyla wszelkich srodkow jest zadowolona? Z
        czego???? bedzie przy kolejnym akcie obowiazkow malzenskich wierzyla, ze on to
        robi z milosci??? kto moze byc tak obludny??? Taki obowiazek malzenski jest
        goraszy od skoku na bok, bo przy skoku jeszcze przynajmniej jest troche pociagu
        do drugiej osoby. Co czuje taki "wywalczony! maz w trakcie
        spelniania "obowiazku "lepiej nie myslec. Ale niech o tym pomysla te oddajace
        sie w obowiazku zony, ktore swoich mezow wywalczyly. Niech im bedzie jasno i
        wyraznie, ze ich maz w trakcie aktu milosnego z nia, myslami jest przy tej
        innej, ktora w imie tego obowiazku opuscil. I niech mi ktos powie, ze to jest
        mniejsze zlo, niz odejscie od tej niekochanej i zycie w harmonii duszy i
        ciala. Ze ta zona nie uprawia prostytucji malzenskiej, ze jaj milosny akt
        jest "lepszy" bo w malzenskim lozku, niz spelnienie z milosci i woli dwojga
        zwiazanych ludzi. I ona jest lepsza, niz ta trzecia? ja w takie cos po prostu
        nie wierze!
        • Gość: Alfina Re: Do Nataschy IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 03.11.01, 04:21
          Natascho!
          Trochę jednak się wstydzę. Przez długi czas nie byłam w porządku. Mimo
          wszystko, nie boję się życia, podobnie jak Ty. I nie dam się. W walce, jaką
          jest życie wszystkie chwyty są dozwolone. Ale ich dobór zależy od stanu ducha,
          przekonań i wartości wyznawanych przez zawodnika. Żona mojego Przyjaciela
          zrobiła zapewne to, co akurat podyktowało jej serce. Tak to już u nas kobiet
          funkcjonuje. Rozsądek najczęściej jest gdzieś na uboczu. A mężczyźni chyba nie
          przepadają za taką formą pomijania ich w sprawie. Jestem skłonna nawet
          powiedzieć, że odczuwają coś na kształt wstydu z powodu tak specyficznego
          podejścia do tematu. Kiedy „rozstawaliśmy się”, a raczej formułowaliśmy nowe
          zasady funkcjonowania naszego przyjacielskiego związku, nie było mowy o
          powrocie psychicznym do domu, aby wypełniać swoje obowiązki. Raczej każdy z nas
          chciał podjąć próbę dmuchania na żarzący się coraz słabiej ogieniek. Aby dać
          pierwszeństwo związkowi dawno temu zaślubionemu. Przekonać się spokojnie i bez
          emocji. Jeśli o mnie chodzi, dołożę wszelkich starań, aby ten, brzydko nazwę
          eksperyment był obiektywny. Kto wie, może odkryję jakieś zupełnie nowe oblicze
          mojej szczenięcej miłości? Nauczę się cenić to, co mam? Jeśli to nie będzie
          możliwe, odejdę. Mój życiowy partner zasługuje na szczerość. Nie będę gotować
          obiadów i kochać się z nim myśląc o innym mężczyźnie. To nie fair! I na dłuższą
          metę w moim przypadku zwyczajnie niemożliwe! A żony mojego Przyjaciela jest mi
          zwyczajnie żal. Wydaje się być absolutnie zależna od niego. Dlatego broni się
          na oślep. Mnie wystarczą tylko moje, najcudowniejsze wspomnienia, które
          przechowuje serducho i ciepłe spojrzenie bliskich mi oczu. I nauczka na
          przyszłość: żadnych zwierzeń w formie sms-ów!!! Choć to takie ekscytujące!!!
          Pozdrawiam Cię serdecznie. Miło jest „pogadać”.
          Alfina
          • Gość: Natascha Re: Alfiny IP: *.proxy.aol.com 03.11.01, 07:52
            Alfino, ja rozumiem co mowisz i jesli taka jest twoja decyzja, to w porzadku.
            Rozne sa oblicza szczescia i jesli twoje jest takie jest, to jaknajbardziej w
            porzadku i ja to rozumiem. Widzisz, pisalam to juz gdzies wyzej, ja nie
            odeszlam od mojego meza, bo byl ktos inny. Trwanie w tym zwiazku nie dawalo mi
            szczescia, nie wypelnialo mnie i to bylo jak umieranie za zycia. Mozesz sobie
            to wyobrazic? teoretycznie moj maz byl bardzo dobrym mezem. Nie pil, nie palil,
            pracowal i zarabial pieniadze. Ale widzisz Alfino my zylismy tak dokladnie
            obok, ze jak juz przecielam ten zwiazek, to nie zostaly zadne blizny i nie
            krwawily rany. Nie bylo nic. Mozesz sobie wyobrazic moj szok jak to odkrylam?
            Ale sie staralam, chcialm zeby bylo inaczej i przegralam. Nie z tym tzrecim,
            czy ta trzecia, bo w moim zyciu nie bylo nikogo innego. Bylam tylko ja sama.
            Dla siebie to zrobilam. I wiesz co Alfino? Uczciwie ci powiem, ze jestem bardzo
            szczesliwa. Ale do tego potrzeba byc niezaleznym duchowo, finansowo i silnym
            jak nie wiem co. trzeba wiedziec co sie w zyciu chce a czego nie i umiec sobie
            to samemu powiedziec. I do tego dazyc. Mnie sie udalo. Jestem szczesliwa a
            reszta przyjdzie sama. Zycze ci z calego serca, zaby twoj eksperyment sie udal.
            Zebys byla szczesliwa i nie zalowala niczego. Zebys sobie mogla powiedziec, ze
            zrobilas dobrze i nie zalujesz. A jesli nie, to zebys miala sile na szukanie
            innej drogi do szczecia. Zycze ci tego, bo szczescie to jest cos, za czym wielu
            goni a tylko niewielu osiaga. A inni w ogole nie wiedza, ze takie cos jest. Ale
            szczescie mozemy tylko w nas samych znalezc. Inny czlowiek moze nam to
            szczescie tylko uzupelnic, dopelnic. A szczescie, to jest moim zdaniem zycie w
            zgodzie z soba sama. Wszystko jedno jak to jest. ten wewnetrzny spokoj i
            rozumienie siebie samej. Reszta jest tylko dodatkiem. Zycze ci szczescia Alfino!
    • lejdidi Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? 02.11.01, 23:45
      Ten temat wywołał taką lawinę odpowiedzi, że niestety nie mam możliwości ich
      przeczytać. Być może któraś z forumowiczek była w sytuacji podobnej do mojej -
      mianowicie byłam zdradzaną kochanką. Po tym zwiazku pozostała mi sympatyczna
      czteroletnia pamiątka. Nie ubolewam specjalnie, bo - prawdę mówiąc - czułam, że
      pakuję się w coś niewłaściwego, no więc cóż - z pokorą znoszę konsekwencje
      sojej decyzji. Brak mi tylko oparcia w problemach rodzicielskich, bo synek jest
      chorowity. A moje romantyczne uczucia? No cóż - spadały kolejne zasłony z oczu,
      choć tych zasłon nie było za wiele, jestem dorosła, widzę, myślę...... Może
      jeszcze kiedyś, coś? Rany są już chyba zabliźnione.
      • Gość: Jasio Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: 213.98.114.* 03.11.01, 19:03
        lejdidi napisał(a):

        > Ten temat wywołał taką lawinę odpowiedzi, że niestety nie mam możliwości ich
        > przeczytać. Być może któraś z forumowiczek była w sytuacji podobnej do mojej -
        > mianowicie byłam zdradzaną kochanką. Po tym zwiazku pozostała mi sympatyczna
        > czteroletnia pamiątka. Nie ubolewam specjalnie, bo - prawdę mówiąc - czułam, że
        >
        > pakuję się w coś niewłaściwego, no więc cóż - z pokorą znoszę konsekwencje
        > sojej decyzji. Brak mi tylko oparcia w problemach rodzicielskich, bo synek jest
        >
        > chorowity. A moje romantyczne uczucia? No cóż - spadały kolejne zasłony z oczu,
        >
        > choć tych zasłon nie było za wiele, jestem dorosła, widzę, myślę...... Może
        > jeszcze kiedyś, coś? Rany są już chyba zabliźnione.

        Ha ha ha ! Ale pech ! Zdradzana kochanka-pewnie cie zdradzal ze swoja zona ?Jest
        mi ciebie zal,nie przez "zawod" ale przez twoja glupote!!! Jak jestes kochanka
        to licz sie z konkurencja-jak cie zdradzil,to bylas marna kochanka.A marna
        kochanka to gorsze od zony !!!Dalas se zrobic dzieciaka to miej pretensje do
        siebie.Na cholere komu kochanka z dzieckiem-to sie ma w malzenstwie!Widze ,ze
        masz nadzieje na nowego chlopa 1 To sobie zapamietaj:kochanka to relax,sex
        sex ,sex,przyjemne romantyczne wieczorki z posmakiem ryzyka.Zadne to co sie ma w
        domu.Kochanka typu "zona" to dla frajerow,ktorzy wpadaja z jednej rutyny w
        druga!.Z drugiej strony :kochanka to luxus,na kochanke trzeba miec duzo
        pieniedzy.Biedny kochanek to gorsze od meza !Kochanka ma byc piekna -ladniejsza
        od zony.Bo brzydsza od zony wybiera sobie tylko masochista by sie pokarac za
        swoj glupi rozum.Oczywiscie jest tez druga wersja-ona stara i brzydka on mlody i
        piekny.Ale bez iluzji to ona ma kupe kasy a on swoja mlodosc.Zycze wszystkim
        kochanka i kochankom duzo sily w lozku i pogody ducha.Innaczej to won spowrotem
        do stadla i gotowac zupke-patrzec na TV-serie i marzyc,marzyc.
        • Gość: aniutek Re: Czy by?as´ kochanka˛ lub zdradzana˛ z˙ona˛? IP: *.c3-0.nyw-ubr2.nyr-nyw.ny.cable.rcn.com 04.11.01, 04:33
          hej ty- jasiu, skonczony glupku sam spadaj na szczaw ze swoimi teoriami,
          zakladaj kapcie otwieraj expres wieczorny, uwazaj zupa stygnie ale czy aby
          nie przesolona i zonie nie nalezy sie w ucho ?
          ech palant z ciebie, az przykro czytac. wlasnie tyle wiesz o zyciu- cienki sex,
          jeszcze cienszy portfel za to gruba oblesna zona az nie chce sobie
          wyobrazac jaki ty jestes - ochyda brrrrrrrrrrr
          mam nadzieje, ze w twoim zyciu zdarzy sie cos co nauczy cie szacunku do
          kobiet i do ludzi w ogole bo ty na razie na szacunek nie zaslugujesz , maly
          jestes oj jaki maly
          • Gość: Jasio Re: Czy by?as´ kochanka˛ lub zdradzana˛ z˙ona˛? IP: 213.98.114.* 06.11.01, 01:54
            Gość portalu: aniutek napisał(a):

            > hej ty- jasiu, skonczony glupku sam spadaj na szczaw ze swoimi teoriami,
            > zakladaj kapcie otwieraj expres wieczorny, uwazaj zupa stygnie ale czy aby
            > nie przesolona i zonie nie nalezy sie w ucho ?
            > ech palant z ciebie, az przykro czytac. wlasnie tyle wiesz o zyciu- cienki sex,
            >
            > jeszcze cienszy portfel za to gruba oblesna zona az nie chce sobie
            > wyobrazac jaki ty jestes - ochyda brrrrrrrrrrr
            > mam nadzieje, ze w twoim zyciu zdarzy sie cos co nauczy cie szacunku do
            > kobiet i do ludzi w ogole bo ty na razie na szacunek nie zaslugujesz , maly
            > jestes oj jaki maly

            Oj Aniutka,troche humoru nie zaszkodzi.Obok mnie w tej chwili siedzi moja
            kochanka i smieje sie z twoich idiotyzmow.Pomylilas sie we wszystkim.Co do
            portfela bys sie zdziwila ,szacunek to akurat nie to co ty myslisz.A tak miedzy
            nami -zdziwila bys sie gdybys wiedziala skad stukam! Trzeba umiec czytac co ktos
            pisze a nie to co chcesz poczytac.Pozdrawiam Cie smutna smiertelnie nudna
            kobieto.
        • georgia Re: Czy byłaś.... - do Jasia 06.11.01, 19:38
          Gość portalu: Jasio napisał(a):

          > Ha ha ha ! Ale pech ! Zdradzana kochanka-pewnie cie zdradzal ze swoja zona ?Jes
          > t
          > mi ciebie zal,nie przez "zawod" ale przez twoja glupote!!! Jak jestes kochanka
          >
          > to licz sie z konkurencja-jak cie zdradzil,to bylas marna kochanka.A marna
          > kochanka to gorsze od zony !!!Dalas se zrobic dzieciaka to miej pretensje do
          > siebie.

          Uważasz więc, że że to było dowcipne? Dla kogo?
          Wybacz, ale mamy inne poczucie humoru.
          Ja wolę smiać się DO INNYCH a nie Z INNYCH!
          Współczuję twojej narzeczonej.
          • Gość: Jasio Re: Czy byłaś.... - do Jasia IP: *.uc.nombres.ttd.es 06.11.01, 21:51
            georgia napisał(a):

            > Gość portalu: Jasio napisał(a):
            >
            > > Ha ha ha ! Ale pech ! Zdradzana kochanka-pewnie cie zdradzal ze swoja zona
            > ?Jes
            > > t
            > > mi ciebie zal,nie przez "zawod" ale przez twoja glupote!!! Jak jestes koch
            > anka
            > >
            > > to licz sie z konkurencja-jak cie zdradzil,to bylas marna kochanka.A marna
            >
            > > kochanka to gorsze od zony !!!Dalas se zrobic dzieciaka to miej pretensje
            > do
            > > siebie.
            >
            > Uważasz więc, że że to było dowcipne? Dla kogo?
            > Wybacz, ale mamy inne poczucie humoru.
            > Ja wolę smiać się DO INNYCH a nie Z INNYCH!
            > Współczuję twojej narzeczonej.

            Kobieto,jasne,ze to dowcipne!Sama instytucja kochanki to zycie w niepewnosci
            (zreszta zycie w jakimkolwiek zwiazku) Jak ktos chce pic szampana musi
            ryzykowac.Albo:milosc wymaga ofiary.PS.To nie moja narzeczona,to kochanka-jestem
            zonaty.Jak na dzisiaj mozesz jej tylko zazdroscic!
            • georgia Re: Czy byłaś.... - do Jasia 07.11.01, 12:21
              No dobra, daj pan spokój.
              A może Jasiu, wzorem innych uczestników tego wątku, napisałbyś coś o sobie?
              I może szczerze, bez pozowania na zgrywusa i cynika.
              Pozdrowienia.
      • georgia Re: Czy byłaś ... do Ciebie - lejdidi 06.11.01, 19:59
        lejdidi napisał(a):

        > Po tym zwiazku pozostała mi sympatyczna
        > czteroletnia pamiątka. Nie ubolewam specjalnie,

        Nie ma nad czym ubolewać, powinnaś się cieszyć! To wspaniałe, że masz synka,
        którego możesz kochać jedyną nieprzemijającą miłością. Na razie jest ci może
        ciężko, bo synek choruje, na pewno poszedł wcześnie do przedszkola, to normalne,
        ale zobaczysz już za kilka lat przestanie chorować i stanie się dla ciebie
        partnerem życiowym, takim małym mężczyzną twojego życia.
        Przynajmniej możesz go wychowywać konsekwentnie, bo nikt ci się nie wtrąca.
        Bo mój nadpopiekuńczy mąż musi mieć zawsze akurat przeciwne zdanie niż ja, jak ja
        pozwalam, to on zabrania i odwrotnie.
        A prawdziwa miłość do mężczyzny? Przyjdzie sama, zobaczysz, poczekaj tylko na
        tego właściwego, który zaakcetuje zarówno ciebie, jak i synka.
        Jeżeli byś chciała kiedyś z kimś "pogadać" napisz do mnie (adres widać). Nie
        chwaląc się, myślę że mam duże kwalifikacje do rozumienia ludzi, bo mam wiele
        doswiadczonych koleżanek w pracy, ostatnio też często wyjeżdzam, no i te seriale
        wenezuelskie (żartowałam).
        Trzymaj się, niektórzy mogą ci pozazdrościć!
    • alfina Re: Do Nataschy 03.11.01, 18:51
      Natascho!
      Zastanawiam się, czy rozstałaś się ze swoim mężem w zgodzie? Czy może
      rozdzieraliście szaty? Walczyliście o wychowywanie dzieci? Jak podzieliliście
      obowiązki ? Czy wasze relacje teraz są poprawne? Jak przyjęła to rodzina,
      najbliższe środowisko? Jak sądzisz, czy byłaś dla swojego męża kimś ważnym,
      wyjątkowym? Czy tylko gosposią i matką jego dzieci? Czy kiedy postanowiłaś
      odejść walczył o Ciebie? Naprawiał, szalał? Czy spokojnie patrzył jak zamykasz
      ten Wasz wspólny etap w życiu? I czy kiedy wychodziłaś za mąż, to wydawało Ci
      się, że to właśnie jest „to”? Czy byłaś zakochaną panną młodą, szaloną,
      wniebowziętą? Zapatrzoną w swojego partnera i przyszłość? Jeśli tak, to jak
      sądzisz, dlaczego to wszystko gdzieś się po drodze zapodziało? Jeśli pytania
      nie wydają Ci się zbyt odważne, napisz proszę, jak wyglądała Twoja droga do
      szczęścia.
      Alfina
      • Gość: Natascha Re: Do Alfiny IP: *.proxy.aol.com 03.11.01, 21:21
        Odpowiem na twoje pytania jak umiem najlepiej. Wychodzilam za maz nie jako
        siusiumajtka, mialam swoje lata i trocze za soba. Mialam wiele dobr
        materialnych, mialam wszystko z samochodem wlacznie. Szczesliwym zbiegiem
        okolicznosci odziedziczylam to wszystko i moje zycie bylo wygodne i bez
        klopotow finansowych. Moj maz nie mial nic. Ale to mi nie przeszkadzalo, ja
        chcialm mu dac to, co mam, zeby i on mial latwe i przyjemne zycie. Wszystko
        bylo nasze od dnia i godziny, przynajmniej dla mnie.Pamietam dokladnie jak
        stalam przed oltarzem, moje slowa wyplywaly z glebi serca i wierzylam w to, co
        przysiegalam. Z czasem zaczelo nam narastac naszego wspolnego majatku a to co
        bylo moje powoli sie zuzywalo. I nawet nie wiem kiedy to sie zaczelo, ale nasze-
        moje powoli przechodzilo nie w nasze-nasze, tylko jego-nasze.Moj maz naprawde
        jest zbiorem cnot wszelakich. Nie pije, nie pali, dobry w lozku i wszystkie
        inne cechy jakie tylko mozna posiadac, on posiada. Pozytywne oczywiscie. Ale
        ten zbior cech wszelakich zatacil cos, co ma czlowiek. Myslacy, kochajacy i
        bliski. On byl i jest tak zajety pielegnowaniem tych cnot, ze na ludzkie
        odruchy juz nie bylo miejsca. Zrobil sie jak dobrze naoliwiona maszyna, automat.
        Znikly gdzies rozmowy i radosc. Ale to nie nastapilo z dnia na dzien i nie
        moglam tych zmian rejestrowac. Po prostu coraz bardziej mi czegos brakowalo.
        Raz stwierdzilam, ze nie rozumiem z czego on sie wlasciwie smieje jak
        ogladlismy wspolnie film. Jego muzyka ktorej sluchal stala sie dla mnie
        nieznosna, jego sposob odzywiania mnie mierzil. I tak coraz wiecej i wiecej
        bylo tych spraw, ktore staly miedzy nami. Drobnostek, ktore denerwowaly. Coraz
        mniej bylo wspolnych spraw. W takim okresie urodzilo sie dziecko. Bardzo
        chciane i dla niego spelnienie marzen. Ale po co sie mam rozwlekac. ja bylam
        coraz bardziej nieszczesliwa, nic sie nie dzialo, co by mnie do tego zmuszalo,
        sama nie wiedzialam co to jest. U czasem zrobilam sie agresywna nawet dla
        dziecka i kazdy raz bylo mi przykro i nie wiedzialam dlaczego taka jestem. I
        zaczela sie moja analiza. Rozkladanie na czynniki pierwsze, siebie i swoich
        reakcji. I z przerazeniem stwierdzilam, ze to nie przeciwko mojemu dziecku sa
        moje agresje skierowane, to juz najmniejsze nawet podobienstwo do ojca wywoluje
        u mnie wybuch. Mozesz sobie wyobrazic co sie we mnie dzialo? zaczelam myslec i
        myslec i jasne sie dla mnie stalo, ze nie znajduje zadowolenia w moim zyciu, ze
        to nie jest to, czgo chcialm, ze czlowiek przy moim boku jest mi wlasciwie
        obcy.A potem musialm sobie zdac sprawe co jest dla mnie w zyciu najwazniejsze.
        I wymyslilam, ze takie zycie na pewno nie, ze sie nie boje samotnosci, ze nie
        moge na dziecku wyladowywac agresji skierowanych przeciwko mezowi. Rozstanie
        bylo tylko konsekwencja tego stwierdzenia. I porosilam meza, zeby sie
        wyprowadzil, bo jak nie to ja to zrobie a chodzi o to, ze dziecko jest glownie
        pod moja opieka i lepiej byloby dziecko zotawic w domu. tak sie stalo, moj maz
        upuscil nasz dom. I jakby wszystko sie ulozylo. jakbym nabrala nowej sily,
        jakby osobne zamieszkanie wykluczylo te wszystkie nieprzyjemnosci dnia
        codziennego. To jednak trwalo krotko. Bylo tak, jakbym sie tylko ja starala o
        to nasze razem, choc osobno.I spasowalam. Odechcialo mi sie, poddalam sie i
        poprosilam o formalny rozwod.Moj maz nawet nie zapytal dlaczego. Nie walczyl,
        nie staral sie, nie zalezalo mu. Dzis przychodzi tu regularnie do dziecka,
        czasem tu nocuje, ale niczego miedzy nami nie ma. Rozmawiac ze soba nie
        potrafimy. ja juz nie mam potrzeby rozmowy. Dziecko sie przyzwyczailo do
        sytuacji, ja jestem radosna i szczesliwa. Agresje minely bez sladu. I choc
        finasowo zyje mi sie o wiele gorzej,nie zaluje mojej decyzji. zaluje tylko ze
        tak pozno ja podjelam.Gdybym miala wiecej odwagi juz duzo wczesniej moglabym
        sobie i dzicku zaoszczedzic wiele stresu. A moj maz? nie wim jak ma sie moj
        maz. Nie pytam, on nie mowi i nie intersuje mnie to. Naprawde mnie nie
        interesuje. Umarlo to, co kiedys bylo miedzy nami juz dawno pewnie. Tylko ja
        nie umialam sobie tego powiedziec prosto w oczy. Pozdrawiam.
    • Gość: alfina Re: Do Nataschy IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 03.11.01, 23:01
      Natascho!
      Zastanawiam się, czy rozstałaś się ze swoim mężem w zgodzie? Czy może
      rozdzieraliście szaty? Walczyliście o wychowywanie dzieci? Jak podzieliliście
      obowiązki ? Czy wasze relacje teraz są poprawne? Jak przyjęła to rodzina,
      najbliższe środowisko? Jak sądzisz, czy byłaś dla swojego męża kimś ważnym,
      wyjątkowym? Czy tylko gosposią i matką jego dzieci? Czy kiedy postanowiłaś
      odejść walczył o Ciebie? Naprawiał, szalał? Czy spokojnie patrzył jak zamykasz
      ten Wasz wspólny etap w życiu? I czy kiedy wychodziłaś za mąż, to wydawało Ci
      się, że to właśnie jest „to”? Czy byłaś zakochaną panną młodą, szaloną,
      wniebowziętą? Zapatrzoną w swojego partnera i przyszłość? Jeśli tak, to jak
      sądzisz, dlaczego to wszystko gdzieś się po drodze zapodziało? Jeśli pytania
      nie wydają Ci się zbyt odważne, napisz proszę, jak wyglądała Twoja droga do
      szczęścia.
      Alfina
      • Gość: Romantyk Przemijanie IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.01, 03:07
        Przemijanie

        Mija kolejne święto zmarłych. Nastraja to do refleksji. Kończę 42 rok życia.
        Moja matka zmarła kilka lat temu. Ojciec ma już bardzo siwą głowę. Ile mi
        zostało wigoru i życia? Mój najmłodszy syn ma 10 lat a najstarszy 15 – razem
        mam troje dzieci. Co mogę zacząć od nowa w tym wieku? Drugą rodzinę i drugą
        trójkę dzieci? Dlaczego nie, ale co z tymi pierwszymi?
        Święto zmarłych przypomina, że wszystko przemija – największe miłości też. Czy
        więc warto za wszelką cenę dążyć do spełnienia spóźnionej miłości? A nad to
        spotkałem w czasie mojego małżeństwa przynajmniej kilka kobiet, które uczyniły
        by moje życie bardziej udanym niż z moją obecną żoną. Jedną z ostatnich była
        Danuta. Z nią otworzyłem wszystkie możliwe potencjały. Przekonałem się
        naprawdę, że życie z nią we dwoje było by rajem i największym szczęściem jakie
        sobie można wymarzyć. I czyżbym miał po kolei z każdą lepiej dopasowaną kobietą
        do mnie od mojej żony zaczynać życie od nowa? Czy nie graniczyło by to z
        głupotą?
        A może powiecie, że najlepszą rzeczą byłoby czekać na Danutę. Powiedzcie
        jednak, jak byłoby to możliwe, skoro spotkaliśmy się o kilkanaście lat za
        późno? Kilkanaście lat wcześniej szukałem żony i znalazłem, jak umiałem
        najlepiej. Kilkanaście lat później spróbowałem poprawić los i okazało się już
        na starcie, że jestem zdrajcą, Danuta kochanką, nasza miłość w wymiarze
        moralnym jest cudzołóstwem, dla sumień cierpieniem, dla przyjaciół wstrząsem a
        dla dzieci tragedią. Jak długo można się łudzić, że robi się coś dobrego, kiedy
        tak naprawdę rozwala się dom i rodzinę. I gdzie bym znalazł na świecie takie
        miejsce dla mojej Danuty, gdzie by ją nie nazwano kochanką i tą, która odebrała
        innej kobiecie męża? Czy Danuta z takim piętnem była by kiedykolwiek spełniona?
        Chyba musiałbym zabić w niej sumienie albo ona się go sama wyrzec.
        Pewnie, że chciałoby się odmienić los, mieć lepszego partnera, większą miłość,
        czuć się spełnionym jak najgłębiej, doświadczać niezwykłego posiadania i
        jedności. Chciałem tego bardzo i chyba bardziej niż Wy wszyscy razem wzięci.
        Myślałem, myślałem i mało nie zawarowałem z pragnień i poszukiwania sposobów na
        spełnienie mojej „największej miłości”. Każdy jednak sposób wiązał się z
        czyjąś krzywdą a raczej nas wszystkich, począwszy od dzieci a na dorosłych
        skończywszy. Na gruzach krzywd nie da się zbudować pałacu prawdziwego szczęścia
        nawet i „największej” zakazanej miłości.
        Święto zmarłych i myśl o przemijaniu budzi we mnie jeszcze jedną refleksję.
        Jakoś nikt nie porusza w kwestii miłości i małżeństwa aspektów udziału
        najwyższej istoty – Boga. To przecież On stworzył miłość dla nas i ustalił jej
        zasady. Im lepiej je poznaję, tym bardziej wraca do mnie spokój i tym łatwiej
        naprawiać mi jest moje zagmatwane życie. To również odbudowuje moją wartość i
        moralność. Przecież przez mój chcąc niechcąc romans straciłem w dużym stopniu
        moją wiarygodność i jak pisze Natascha, żona powinna mi spakować walizki i mnie
        kopnąć. I tu ma w zupełności rację. Zdradziłem żonę nie tylko cieleśnie ale i
        duchowo. Podważyłem wszystko. Chciałem być tylko z Danutą. Całe szczęście
        jednak, że Bóg wymyślił również przebaczenie…
        • Gość: mika Re: Do Romantyka IP: *.acn.waw.pl 04.11.01, 12:50
          Napisałeś, że w czasie swego małżeństwa spotkałeś kilka kobiet, które byłyby
          lepsze od Twojej żony. Skąd wiesz? Żeby ocenić i rzetelnie porównać trzeba
          spędzić kilka lat razem. Mam Przyjaciela, który ma w tej chwili 48 lat.
          Poznaliśmy się jeszcze w czasie studiów i nasza przyjaźń trwa do tej pory.
          Nigdy nic oprócz niej nas nie łączyło. Otóż mój przyjaciel ma w tej chwili
          czwartą żonę. Każdą poprzednią opuszczał, bo wydawało mu się, że spotkał tę
          jedną jedyną swoją drugą połówkę. Że to już na zawsze. Że nie mógłby bez niej
          żyć. Mijało kilka lat i okazywało się, że ta nowa, to ta jedna, jedyna ...
          A jak wyglądało to od strony kobiet? Każda z nich uważała, że jest tą jedną
          jedyną, że poprzednia żona go nie rozumiała, że od dawna nic ich nie łączyło.
          Kiedy przed ślubem z ostatnią, 26-letnią dziewczyną zapytałam się delikatnie
          czy nie ma obaw wychodząc za mąż za człowieka choć niewątpliwie niezwykle
          błykotliwego, czułego i przystojnego, ale również z takimi doświadczeniami? Czy
          nie obawia się,że ją może spotkać to samo? Odpowiedziała mi, że tamte trzy żony
          były zwykłą pomyłką, że ona jest absolutnie przekonana, że tylko ona może dać
          mu szczęście...
        • Gość: natascha Re: Do Romantyka IP: *.proxy.aol.com 04.11.01, 16:20
          Drogi Romantyku, Bog powiedzial:"kochajcie sie" reszte stworzyl czlowiek.
          Malzenstwo, jego uwarunkownia i wybaczenie tez. Bog dal nam rozum i wolna wole.
          Bog pokazuje nam nasza droge w zyciu, reszte musimy zrobic sami. I lepiej Boga
          tu nie mieszac. Bog chcialby nas widziec szczesliwymi a nie miotajacymi sie po
          zyciu. Tak mysle. Inaczej nie byloby tej doskonalosci jaka podobno jest raj.
          Podobno. Mowisz o przemijaniu milosci. Milosc jest jedna. Milosc nie przemija a
          w twoim zyciu to byly milostki. Przygody. I nie masz zadnej pewnosci, ze za
          jakis czas przyjdzie nowy Danuta, jeszcze doskonalsza i jeszcze bardziej
          pasujaca do ciebie. Masz juz doswiadczenie w tym wzgledzie. To nie jest
          przytyk. To jest logiczne rozumowanie. I zastanow sie tylko w imie czego
          przebaczyla ci twoja zona? ten ostani raz, ten przedostatni raz i te inne tez?
          Przebaczyla, czy nie ma wyboru? Jest slaba, nie ma srodkow do zycia, czy boi
          sie samotnosci? I czy ona o tym nie wie? Mozna przebaczyc raz, ale nie stale,
          wybacz! sponiewierales ja, zdradzales, chciales odejsc, ale zabraklo ci sily. W
          imie czego taka kobieta zostaje? STRACHU!!! ze strachu!!I wszystko jedno przed
          czym jest ten strach. Strach przed utrata dobr materialnych. Stach przed
          brakiem pieniedzy. Strach przed samotnoscia. Ciekawe do jakiego stopnia moze
          sie ponizyc czlowiek? A dzieci? tej moj drogi, pojda kiedys swoja droga. Nie
          zatrzymasz ich przy sobie. Dzieci sie na swiat nie prosily, prawda, trzeba im
          dac jaknajlepszy start w ich zycie, ale rezygnowac z siebie? Nie! I teraz
          lepiej rozumiem te cala historie z Danuta. To byla jedna z wielu
          pozamalzenskich kobiet w twoim zyciu. twoja zona po prostu mussiala to
          przeczekac. Ty swoja rezygnacje z milosci ubrales we wzniosle slowa, ale tak
          naprawde sam nie byles siebie pewny. I miales racje. I nic sie nie martw, zanim
          cie calkiem sily witalne opuszcza spotkasz jeszcze niejedna Danute. Bo pomimo
          pokory jaka ci sie wydaje odczuwac w tej chwili, bedziesz dalej szukal tej
          jednej milosci. tak juz nas stworzyl Bog. pozdrawiam.
          • Gość: EF Re: Do Natasche IP: *.fnet.pl 05.11.01, 00:06
            Gość portalu: natascha napisał(a):
            Mowisz o przemijaniu milosci. Milosc jest jedna. Milosc nie przemija a
            w twoim zyciu to byly milostki. Przygody. I nie masz zadnej pewnosci, ze za
            jakis czas przyjdzie nowy Danuta, jeszcze doskonalsza i jeszcze bardziej
            pasujaca do ciebie.
            A dzieci? tej moj drogi, pojda kiedys swoja droga. Nie zatrzymasz ich przy sobie.
            Dzieci sie na swiat nie prosily, prawda, trzeba im dac jaknajlepszy start w ich
            zycie, ale rezygnowac z siebie? Nie! I teraz lepiej rozumiem te cala historie z
            Danuta. To byla jedna z wielu pozamalzenskich kobiet w twoim zyciu. twoja zona po
            prostu mussiala to przeczekac. Ty swoja rezygnacje z milosci ubrales we wzniosle
            slowa, ale tak naprawde sam nie byles siebie pewny. I miales racje. I nic sie nie
            martw, zanim cie calkiem sily witalne opuszcza spotkasz jeszcze niejedna Danute.
            Bo pomimo pokory jaka ci sie wydaje odczuwac w tej chwili, bedziesz dalej szukal
            tej jednej milosci. tak juz nas stworzyl Bog.
            ***Oj ładnie to napisałaś.Mądre i prawdziwe spostrzeżenia.Życiowa prawda,aż miło
            się czyta.Pozdrawiam.***

            • macally Do Alfiny i innych 05.11.01, 08:36
              Droga Alfino!
              Piszesz ,że wracasz do domu. Życzę Ci więcej szczęścia niz mam go ja. Niestety
              w każdej minucie , w każdej godzinie widzę do , myślę o nim.Ja wcale tego nie
              chcę, nie rozdrapuję , postanowiłam, że skoro już zabrakło mi odwagi ( oj tak !
              aż wstyd się przyznać) to muszę teraz jakoś zacząć w miarę normalnie żyć.
              Staram się być jak najlepsza dla męża, jakoś mu to wynagrodzić. Ale niestety,
              jak to powiedział kiedyś mój ukochany: Pamiętaj, że już nigdy nie pokochamy
              swoich współmałżonków. Tak jest w moim wypadku. Trzymam się tak dzielnie kilka
              dni a potem puszczają nerwy i płączę jak małe dziecko, serce rozrywa ból i
              tęsknota za tym jedynym, ukochanym i za szczęściem u jego boku. Kiedyś ktoś
              mnie przestrzegał: W co Ty się pakujesz dziewczyno , zobaczysz jak przyjdzie
              szara rzeczywistość, A ja co ? My najbardziej na świecie pragnęliśmy tej szarej
              rzeczywistośći, wspólnych powrotów z pracy, wspólnego sprzątania i robieniu
              tylu zwykłych prozaicznych rzeczy , za które dalibyśmy się pokroić. Niestety ,
              robimy to osobno. Dlatego Alfino życzę Ci mnóstwo szczęścia, bo ja coraz
              częściej myślę, o tym co zrobiła Natasha. Jestem coraz bardziej gotowa na bycie
              samą, ja po prostu odpoczywam i to mi jest najbardziej potrzebne.
              Do unhappy : Chłopie jesli Ci choć troszkę na niej zależy nie rób nic, tylko
              ona MUSI wiedzieć, że czekasz na nią , że ma w Tobie oparcie, że w każdej
              chwili może na Ciebie liczyć.Nie przejmuj się jakimiś telefonami pod dyktando
              męża, tego nie da się wytłumaczyć, to po prostu trzeba pominąć.
              Jeśli chodzi o Romantyka............... Ja już nawet nie czytam tych jego
              bredni. To jest tak żałosne jak on i jego żona , która podobnież bierze czynny
              udział w terapii na forum , swojego męża. Serdecznie współczuję . W tym
              momencie polecam nie psychologa ale psychiatrę.
              • Gość: noe byłam kochanką....... IP: 10.10.129.* 05.11.01, 12:44
                Moja historia jest pewnie jedną z wielu, chociaz dla mnie jest jedyną i
                niepowtarzalna. Nie będę opisywała szczegółów, bo nie o to w tym liście chodzi.
                Z moją Miłością poznaliśmy się całkiem przez przypadek, w momencie, gdy
                straciłam nadzieję na szczęście, takie tylko moje....
                Byłam ( a właściwie jeszcze jestem ) mężatką, On-żonaty, oboje po jednym
                dziecku. Po jakims czasie (całkiem niedługim) zdecydowaliśmy się odejść ze
                swoich "dobrych" domów, od swoich małżonków i byc razem.
                Nie było miło, nie było mądrze, nie było wystarczająco dobrych argumentów....
                Jesteśmy razem, wbrew całemu światu, a jedyne do czego czujemy niesmak to to,
                że przez pół roku oszukiwaliśmy by móc się spotykać, by czuć smak, by zauważać
                kolory.
                Jeszcze długa droga przed nami, trudniej jest budować dobre, spokojne życie,
                gdy prawie wszyscy dookoła są przeciwni i wiedzą lepiej, ale warto.....
                • kathy Re: byłam kochanką....... 05.11.01, 13:25
                  Gość portalu: noe napisał(a):

                  > Moja historia jest pewnie jedną z wielu, chociaz dla mnie jest jedyną i
                  > niepowtarzalna. Nie będę opisywała szczegółów, bo nie o to w tym liście chodzi.
                  > Z moją Miłością poznaliśmy się całkiem przez przypadek, w momencie, gdy
                  > straciłam nadzieję na szczęście, takie tylko moje....
                  > Byłam ( a właściwie jeszcze jestem ) mężatką, On-żonaty, oboje po jednym
                  > dziecku. Po jakims czasie (całkiem niedługim) zdecydowaliśmy się odejść ze
                  > swoich "dobrych" domów, od swoich małżonków i byc razem.
                  > Nie było miło, nie było mądrze, nie było wystarczająco dobrych argumentów....
                  > Jesteśmy razem, wbrew całemu światu, a jedyne do czego czujemy niesmak to to,
                  > że przez pół roku oszukiwaliśmy by móc się spotykać, by czuć smak, by zauważać
                  > kolory.
                  > Jeszcze długa droga przed nami, trudniej jest budować dobre, spokojne życie,
                  > gdy prawie wszyscy dookoła są przeciwni i wiedzą lepiej, ale warto.....

                  Piękna historia, a zwłaszcza jej finał- koniec z zyciem w kłamstwie. Niepokoi
                  mnie tylko jedno. Piszesz, że byłaś w małżeństwie nieszczęśliwa- po co w takim
                  razie wychodziłaś z a mąż i do tego miałaś jeszcze dziecko z niekochanym facetem?
                  Jeśli moja ciekawość jest nie na miejscu, nie odpowiadaj, chociaż nie jest to
                  czysta ciekawość, a jedynie chęć zrozumienia tego, co dla mnie jest
                  niezrozumiałe.
                  Pozdrawiam
                  • Gość: noe Re: byłam kochanką....... IP: 10.10.129.* 05.11.01, 13:55
                    Gdy wychodzilam za maz, to kochalam tego mezczyzne, nic innego nie moglo
                    sklonic mnie do malzenswa, poniewaz ani nie bylam w ciazy, ani oboje nie
                    mielismy pieniedzy dla ktorych "warto byloby sie wiazac". Oboje bylismy mlodzi
                    i byc moze nie przygotowani na dorosle zycie z calym jego bagazem.
                    Chociaz pewne watpliwosci z mojej strony zaczely pojawiac sie juz przed slubem.
                    Cos na co nie mamy wplywu skonczylo sie, wazne chyba jest to dlaczego sie
                    skonczylo, a wydaje mi sie ze powodem konca byl brak checi utrzymania uczucia.
                    Brak szczerych rozmow, okazywania sobie nawzajem uczucia, ciepla - zwykly
                    egoizm.
                    Chec dominacji, manipulanctwo, i najgorsze - poczucie bezwzglednej wlasnosci -
                    takie rzeczy niszcza zwiazek.
                    Nie mysl moja droga, ze byla to decyzja jednego wieczoru, bo kto tak mysli to
                    niewiele wie na ten temat, ja w kazdym badz razie zycze Ci abys nigdy nie byla
                    zmuszona do podejmowania takowych.
                • Gość: Natascha Re: Do Noe.... IP: *.proxy.aol.com 05.11.01, 17:51
                  Ciesze sie, ze napisalas len list. Po Romantyku i jego zafajdanym zachowaniu,
                  cieszy fakt, ze pomimo tylu sprzeciwow jednak sa ludzie i milosc, ktora nie boi
                  sie niczego. Cieszy to, ze nie tylko tycy sie odezwali, ktorzy dla obraczki i
                  przysiegi podeptali milosc, ale i ty, ktory mowie, ze warto. Zycze wam wiele
                  szczescia i wytrwania. I na stare lata wielu zabawnych wspomnien z tego
                  trudnego okresu. I waszy odwaga jest o niebo godniejszy podziwu, niz Ronamtyk
                  ze swoja terapia i milostkami: Pozdrawiam cie.
                  • macally Re: Do Noe.... 06.11.01, 12:33
                    Podpisuję się pod wszystkim co napisała Natasha.Taka otucha. Nam nie starczyło na
                    tyle odwagi? A może dzieci były za duże? Nie przejmuj się pisaniem Kathy! Z listu
                    wynika,że ma jakieś naście lat i stąd jej pytania. Chyba , że nie zna życia, nie
                    ma męża, albo krótko go ma, albo jest szczęśliwą mężatką, takim szczęściem, które
                    my gdzieś tam zagubiłyśmy. Jedno jest śmieszne i jakże odkrywcze. Będąc w takim
                    dojrzałym związku człowiek wie jakie błędy zniszczyły jego poprzednie małżeństwo
                    i na pewno będzie się ich wystrzegał. Stąd może takie piękno tych nowych
                    związków. Ja po prostu zaczęłam czuć, zaczęłam widzieć, zaczęłam oddychać. jakże
                    piękny był ten ścisk w dołku, ten przejmujący ból tęsknoty. Kocham Go i zawsze
                    będę kochać.Pozdrawiam was serdecznie
                  • unhappy Re: Do Macally i innych 06.11.01, 13:43
                    Dzięki Macally za słowa otuchy. Odnoszę wrażenie, że mówiąc mi abym nic nie
                    robił tylko czekał, przemawia za twymi słowami doświadczenie i zrozumienie
                    kobiecej psychiki
                    • unhappy Re: Do Macally i innych 06.11.01, 14:05
                      przepraszam za przerwę ale niechcący nacisnąłem niewłaściwy klawisz. Wracając
                      do moich wcześniejszych słów o znajomości kobiecej psychiki postaraj się pomóc
                      mi zrozumieć moją Ukochaną. Ja ze swoim ścisłym umysłem pomimo trwania w
                      irracjonalnym stanie miłości mam trudności z ze zrozumieniem mojej ukochanej
                      Kobiety. Otóż wbrew zakazowi dzwoni do mnie prawie codziennie. Jednocześnie nie
                      chce abym ja dzwonił do niej do pracy ponieważ jest pod dozorem
                      swojego "dodatka". Mówi mi,że gdybym zadzwonił może zachować się nieswojo i on
                      może zorientować się. Dzisiaj powiedziała mi, że chce mnie traktować jak
                      przyjaciela i rozmawiać o sprawach codziennych a nie o mojej do niej miłości, a
                      mnie aż cisną się na usta słowa wyrażające moje uczucie. Wiem, że jej "dodatek"
                      planuje w najbliższym czasie dłuższy wyjazd do swojej rodziny. Kiedy Jej o tym
                      wspomniałem, mówiąc , że pragnę spotkać Ją odparła, że na razie jest to
                      niemożliwe ponieważ Ona musi byc lojalna wobec niego. Jak pisałem wcześniej z
                      oddali obserwuję ich. To niesamowite patrzec na tę "gruchającą" parę, na to jak
                      trzymają się za ręce, patrzą sobie w oczy... Jak jest możliwa taka metamorfoza
                      w ciągu zaledwie kilku dni? Ukochana stwierdziła, że w tej chwili jest
                      szczęśliwa, może spokojnie spać ( ja tego o sobie nie mogę powiedzieć )i na
                      razie nie myśli o żadnej zmianie status quo. Z drugiej strony mówi : "na razie"
                      Pytam : czy Ona jest ślepa ? Podobnie on postępował przed ślubem. Też grał czym
                      Ją omamił. Co musi się wydarzyć aby otworzyła oczy ? Kiedy Jej o tym
                      powiedziałem, że nie wierzę w taką nagłą zmianę i z czasem pokaże ponownie
                      swoje prawdziwe oblicze odparła, że wtedy problem się rozwiąże sam. Przecież
                      właśnie dlatego związała się ze mną, że on nie spełniał jej oczekiwań.
                      Macally ! Doradź mi co mam robić ? Ja stary chłop wariuję. Moje myśli są Nią
                      wypełnione...Muszę teraz przerwać. Odezwę się jeszcze później. Odpowiem teraz
                      tylko jednej z uczestniczek, która stwierdziła, że moje wyznania pachną kitem.
                      Otóz moja miła nie sypiam razem z żoną a telefon komórkowy ma dzwonek
                      wibracyjny włączony na stałe od kiedy komunikuję się z Ukochaną. Tak że telefon
                      o 4 rano był możliwy i nie jest to "kit"
                      • georgia Re: Do Unhappy - pilne 06.11.01, 18:44
                        Oj, Unhappy, chyba to ty powinieneś otworzyć oczy, bo sprawa wydaje sie prosta.
                        Twoja ukochana telefonuje do ciebie, bo obawia się, że gdyby tego nie robiła,
                        mogłaby cię utracić i pozostałoby jej tylko szare i nudne życie z mężem.
                        A w tej sytuacji?
                        Oto: sielankowy związek z małżonkiem (któremu stan lekkiego zagrożenia dodał
                        pewnie atrakcyjności) a jednocześnie możliwość czułych i zmysłowych kontaktów z
                        tobą. Ona chciałaby pewnie taki stan utrzymywać tak długo, jak się da.To bardzo
                        ekscytujące, zapewniam cię, wiem coś o tym.
                        Drogi Unhappy, nie próbuję szydzić.
                        Zastanów się czego naprawdę chcesz i co jest możliwe w twojej sytuacji. Czy
                        możliwe jest, że zostaniecie razem? Z tego co już napisałeś wynika, że ani ty
                        nie mozesz zostawić żony (nie poradzi sobie materialnie) ani ona nie jest
                        zainteresowana odejściem od męża, przynamniej teraz (może nie uwierzysz ale
                        można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie, zapewniam cię).
                        A więc dajcie sobie trochę czasu na analizę czego naprawdę oboje chcecie, a ty
                        weź się w garść i przestań wreszcie myśleć wyłącznie o swej wielkiej miłości.
                        A w pracy - myśl przede wszystkim o pracy, bo gdzie jest powiedziane że twoj
                        szef kiedyś nie będzie miał dość nieobecnego duchem personelu ?
                        Zamiast Unhappy masz być Happy!!! Zobacz jaki świat jest piękny w listopadzie
                        kiedy zaświeci słońce! Pozdrawiam
                        • Gość: saarna Re: Do Unhappy - pilne IP: *.chello.at 06.11.01, 21:22
                          Zastanawiam sie nad taka rzecza:dlaczego nie uporzadkujesz swoich spraw
                          najpierw unhappy? Moze rzeczywiscie zrob to ( tak przeciez chciales!! )a sie
                          okaze ,ze latwiej bedzie Twojej Ukochanej podjac decyzje. Z tego co pisales,
                          wywnioskowalam,ze tamten zwiazek nie ma przyszlosci.Ale co by bylo gdyby
                          wlasnie Twoja zona sie o tym dowiedziala?Postaw sie w odwrotnej sytuacji...Jak
                          Ty bys sie wtedy zachowywal,bo w tej chwili jestes odwazny ale zastanow sie
                          przez chwile.Tylko badz szczery.

                          Do Romantyka:rozczarowalam sie bardzo (zreszta jak wiele osob tutaj)Jak Twoje
                          malzenstwo moglo byc szczesliwe,jezeli juz wczesniej(przed Danuta) miales
                          milostki.I jeszcze jedna bardzo wazna uwaga:jak bardzo upadlasz swoja zone
                          kazac jej to wszystko czytac....Dla mnie by to bylo jeszcze bardziej bolesne
                          niz ta pseudo milosc.




                        • luiza-w-ogrodzie Re: Do Unhappy - pilne 07.11.01, 00:55
                          Unhappy, prosiles o moja opinie, a ja sie wahalam, czy odpisac, ale zrobila to
                          za mnie Georgia. Mysle tak jak ona: rowniez wydaje mi sie, ze Twoja ukochana
                          stara sie podtrzymac wasza wiez, zeby miec odskocznie w razie konfliktow czy
                          nudy w malzenstwie.

                          Zapewniam Ciebie, ze nic tak nie dodaje smaczku malzenstwu, jak swiadomosc, ze
                          gdzies w poblizu zawsze krazy wierny wzdychacz (niewazne jest, czy platoniczny,
                          czy "skonsumowany"), szczegolnie, jezeli maz wie o jego istnieniu. Maz wowczas
                          robi wszystko, zeby utrzymac zone przy sobie i cierpi, kochanek robi wszystko,
                          zeby ja zdobyc i tez cierpi, a ona cierpi... z przyjemnoscia. I do tego jest
                          pania sytuacji! Od kazdego z was otrzymuje cos, co jest jej potrzebne, a do
                          tego nie musi sie (na razie) decydowac na zadnego. Jak pisze Georgia, jest to
                          bardzo upajajaca sytuacja.

                          Unhappy, przestan szalec, podejrzewam, ze jak zamilkniesz i wylaczysz telefon,
                          twoja ukochana nagle zacznie sie toba interesowac. Badz niezalezny, bo dopoki
                          bedziesz bluszczem czepiajacym sie jej sukni i scielacym u stop, bedzie zawsze
                          ciebie trzymac w poczekalni, skad bedziesz wyciagany tylko w razie potrzeby.
                          Zajmij sie soba, jak madrze radzi Georgia!

                          Luiza-w-Ogrodzie

                          PS Ja rowniez miewalam wzdychaczy, o ktorych co prawda moj maz nie wiedzial...
                          Nic nie robi tak dobrze na cere, jak swiadomosc, ze gdzies tam ktos mysli i
                          cierpi z mojego powodu. ;-)
                      • macally Re: Do Macally i innych 07.11.01, 22:59
                        Drogi Unhappy!
                        Wszyscy Ci radzą tak jak myślą, więc ja też Ci poradzę. Byłam w podobnej
                        sytuacji. Sam dokładnie nie wiesz jak chciałbyś aby było, prawda? Najbardziej
                        odpowiadałoby Ci aby ona była sama, rozstała się z mężem i czasem spotykała się
                        z Tobą.Otóż nie! Powiedz sam sobie co jej możesz zaoferować? Czy Ty również
                        odejdziesz od żony? Przecież mógłbyś jej pomagać finansowo aby stanęła na nogi?
                        Ale pomyśl sobie!Już byś był z tą ukochaną i jedyną? Czy nie warto by było? Ale
                        na te pytania musisz odpowiedzieć sam przed sobą , szczerze i wtedy zobaczysz,
                        że niestety nie jest to wszystko takie proste! I być nie musi!!!! Bo jeśli chce
                        się coś w życiu osiągnąć to trzeba o to powalczyć.Jeśli uznasz, że warto i że
                        chcesz to walcz! Ja myślę, że warto, ale zrozumiałam to za późno. Swojej
                        ukochanej albo daj bezgraniczne oparcie i wiarę w to, że chcesz być z nią albo
                        zachowuj się tak jak się zachowujesz. Ty Kochany nic nie robisz. Oczekujesz od
                        niej jakiejś konkretnej postawy nie miejąc nic konkretnego do zaoferowania. A
                        cóż by to było gdyby dowiedziała się o wszystkim Twoja żona? Jeżeli tu się
                        przestraszyłeś, to marny z Ciebie kochaś, a jeżeli poczuł byś ulgę to chłopie
                        znak ,że warto zakonczyć tę farsę zwaną twoim małżeństwem. Wiem, że wielu
                        osobom tu się narażę, ale coż, nie szukam sympatyków. Unhappy!!!! Nie wiń i nie
                        osądzaj swojej ukochanej po jej zachowaniu. Oni teraz grają teatr zwany życiem,
                        a wierz mi to bardzo trudne role a w rezultacie spektakl z tego żaden. Więc po
                        prostu daj jej odczuć, że ją bardzo kochasz i poważnie chcesz być z nią a w
                        innym przypadku daj jej i sobie spokój. Przepraszam za taki ton wypowiedzi
                        • unhappy Re: Do Macally 08.11.01, 06:42
                          Dzięki Macally ! Odebrałem twój post, tak jak i poprzednie, jako najbliższy
                          moim galopującym myślom. Bardzo kocham moją Ukochaną i bardzo chciałbym z nią
                          razem żyć. Pisałem już o tym wcześniej i z mojej strony nic się nie zmieniło.
                          Postanowiłem po rozwiązaniu swoich problemów i zabezpieczeniu finansowym żony i
                          dzieci odejść od żony niezależnie od tego czy moja Ukochana będzie ze mną w
                          przyszłości i czy zdecyduje się opuścić swojego męża. Problem jest w zasadzie
                          jeden. Czy moja Ukochana będzie chciała być ze mną, czy jej uczucia do mnie nie
                          wygasły czy nie wygasną ? Czy teatr życia jak go nazwałaś nie zmieni jej na
                          tyle, że o mnie przestanie myśleć w kategoriach potencjalnego życiowego
                          partnera. Mówisz, że powinienem walczyć o swoją Ukochaną. Tylko jak ? Na razie,
                          przy jej stosunku do rzeczywistości , brak mi pomysłu. Ciągle czekam na Jej
                          telefon i cierpię jak , tak jak wczoraj ,kiedy nie usłyszałem Jej głosu.
                          Próbowałem zapomnieć, tłumaczyłem sobie, że to ona , po tym co się stało ,
                          wybrała sposób postępowania dla swego dobra, dla swego szczęścia . Wydawało mi
                          się, że Jej szczęście będzie i dla mnie szczęściem . Niestety ! Nie jestem w
                          stanie zdrowym rozsądkiem zagłuszyć krzyku mego serca . Moja wizja szczęścia
                          jest przynajmniej na razie chyba inna od Jej . A może jest to określony przez
                          Nią okres próby dla Jej związku i kiedy przekonan się , że ta nagła metamorfoza
                          jej "dodatka" jest tylko grą w teatrze życia , że po tej kolejnej próbie dla
                          swgo związku da sobie spokój z próbami jego reanimacji ( wcześniej pisałem, że
                          ten Jej "dodatek" już raz zawiódł Ją tuż po ślubie - może kiedyś zdradzę Wam
                          więcej szczegółów ) Oby tak się stało i aby było to jak najszybciej. Na razie
                          muszę kończyć. Pozdrawiam Ciebie i wszystkich uczestników Forum .
                          • macally Drogi Unhappy 08.11.01, 07:41
                            Drogi Unhappy!
                            wiem jakie rozterki Tobą targają. Musisz się zdobyć na chwilę spokoju,
                            zastanowienia.
                            > Pisałem już o tym wcześniej i z mojej strony nic się nie zmieniło.
                            Na pewno z jej strony też się nic nie zmieniło, tylko w jakże innej sytuacji jest
                            teraz, prawda?
                            > Postanowiłem po rozwiązaniu swoich problemów i zabezpieczeniu finansowym żony i
                            > dzieci odejść od żony niezależnie od tego czy moja Ukochana będzie ze mną w
                            > przyszłości i czy zdecyduje się opuścić swojego męża. Problem jest w zasadzie
                            > jeden. Czy moja Ukochana będzie chciała być ze mną, czy jej uczucia do mnie nie
                            > wygasły czy nie wygasną ? Czy teatr życia jak go nazwałaś nie zmieni jej na
                            > tyle, że o mnie przestanie myśleć w kategoriach potencjalnego życiowego
                            > partnera.
                            Otóż to wszystko zależy tylko od tego kiedy nastąpi Twoje odejście z domu i
                            gotowość na podjęcie wspólnego życia, zaproponowanie jej siebie.
                            Czy będzie chciała być z Tobą? To będzie zależało od tego jak wytrwacie teraz, w
                            najtrudniejszym dla niej okresie. Pamiętaj , nie oceniaj jej po tym co zobaczysz,
                            nawet nie wiesz jak ona może się czuć. Ty zaoszczędź jej wyrzutów i pretensji, u
                            Ciebie musi znaleźć oparcie.Mój Ukochany powiedział kiedyś: Pamiętaj, już nigdy
                            nie pokochamy swoich współmałżonków, nie jest możliwy powrót emocjonalny. To jest
                            prawda. Jakże inaczej mówi się Kocham - nie kochając. Jest to straszne, wiem. Ja
                            właśnie gram w takim teatrze, proszę niech nikt mnie nie osądza. Łatwiej mi jest
                            trwać w domu doszukując się wszelkiego rodzaju wad Mojego Ukochanego, chciałam
                            jakoś zobrzydzić sobie ten związek aby zapomnieć, bo zapomnienie jest najlepszym
                            chyba lekarstwem, niestety nie mogę. Myślę o nim w każdej minucie.
                            Mówisz, że powinienem walczyć o swoją Ukochaną. Tylko jak ? Na razie,
                            > przy jej stosunku do rzeczywistości , brak mi pomysłu.
                            Unhappy, nie chodzi mi o walkę o osobę tylko o walkę o swoje szczęście, własne
                            życie z nią , nazwij to jak chcesz. Nazywam to walką , bo takie decyzje nie
                            przechodzą bez echa. O nią walczyć nie musisz. Jeżeli będziesz dla niej tym kim
                            byłeś a nie kolejnym mężczyzną z pretensjami to po prostu niczego innego nie
                            będzie chciała niż być z Tobą. Ona ma w istocie komfortową sytuację, bo nie ma
                            dzieci. Oczywiście nie znaczy to, że osoby mające dzieci powinny odczuwać jakiś
                            dyskomfort. Po prostu ciężko jest zmienić dzieciom dom, otoczenie, znajomych.
                            Dlatego było mi tak cieżko. Czy dobrze zrobiłam zostając?? Tak, ale czy dla
                            Siebie i dla męża? Tego nie wiem. Wiem, że jakbym nie miała dzieci , to nie
                            zostałabym w domu nawet pięciu minut, nie zależało nam na oszukiwaniu
                            współmałżonków, nie szukaliśmy chwil miłosnego uniesienia, my znaleźliśmy Siebie.
                            Pozdrawiam
                • Gość: Sandra Re: byłam kochanką....... IP: *.miasto.gdynia.pl 07.11.01, 14:35
                  Droga noe,
                  strasznie, okropnie trzymam za was kciuki i życzę ogromnie duzo szczęścia i
                  żeby wasza miłość i namiętność przetrwala wszystkie złe czasy.
                  to bardzo odwazne co zrobiliście i podziwiam Was za to. Tez jestem kochanka
                  pewnego żonatego faceta, sama żyje w tzw. "konkubinacie" - okropne słowo.
                  Niestety mój meżczyzna swojej biednej oszukiwanej żony nie zostawi nigdy. Za
                  dobrze mu jest. w domu bezpieczna zakochana w nim po uszy wierna żona. A na
                  boku ja namietna, sexowna i szalona kochanka, z którą może kochać sie bez
                  żadnych granic. Nie stać by go było na wyjście z tego układu i zaryzykować...
                  Coraz bardziej mnie to wszystko obrzydza, a jednak trwam w tym wszystkim. Sama
                  nie wiem dlaczego. Dlatego jeszcze raz - wszystkiego dobrego!
                  • Gość: Romantyk Re: Miłość nikogo nie krzywdzi IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 08.11.01, 00:31
                    W moim ostatnim poście chyba niezbyt precyzyjnie się wyraziłem o spotykanych
                    kobietach w czasie mojego małżeństwa, które były lepszymi potencjalnymi
                    partnerkami niż moja żona. Z żadną z nich nie romansowałem. Jedyną otworzoną
                    miłością była moja „Największa przygoda romantyczna” z Danutą. I widzę, że
                    większość negatywnie ocenia mój wybór pozostania z żoną, z dziećmi i rodziną i
                    nazywa to tchórzostwem, poświęceniem czy – jak nazwała Natascha – zafajdanym
                    zachowaniem.
                    Wiem doskonale, że czasem są niszczące czy patologiczne związki i tylko osoba
                    tkwiąca w czymś takim może podjąć decyzję o przerwaniu go. Nieraz jest to
                    konieczne by przetrwać. Jednak po moich przejściach z romansem wypracowałem
                    sobie pogląd i sens o silnej trwałości małżeństwa. Nie czuję się już mężczyzną,
                    który na problemy małżeńskie reaguje ukrytą myślą: nie pasujemy do siebie,
                    pomyliłem się, żałuję, mogłem poczekać i wybrać lepiej, mamy zbyt dużo różnic.
                    To jest infantylne jak sprzeczki dzieci w piaskownicy, którzy przy pierwszych
                    nieporozumieniach wszczynają „wojnę” lub od razu zmieniają partnerów do zabawy.
                    W moim małżeństwie było po prostu warto zostać, by je odbudować. Nie, źle
                    powiedziałem – by je zbudować w całości na nowo, bo przecież zburzyłem
                    wszystko zupełnie. I nie ma tu już dla mnie znaczenia, czy będzie to mniejsza
                    czy większa miłość i czy zostawiam moją „Największą - cudzołożną”. Zbudować
                    życie od nowa i na nowo i przywrócić w związku stałość, wzajemne zaufanie,
                    wierności i komfort bliskości emocjonalnej to duże wyzwanie. Nie przyjmuję
                    więc zrzutów o tchórzostwo. Nie mam absolutnie natury zająca, którego
                    paraliżuje strach w wkraczaniu na nowy teren a jeśli wybiera marchewki, to
                    zostawia mniejszą i goni do większej.
                    Moja żona nie jest mniejszą marchewką, którą mogę zostawić dla większej i w
                    dodatku kradzionej. Moja żona jest człowiekiem.
                    Dużo prościej było by zostawić moją żonę, wziąć Danutę i zacząć drugie
                    małżeństwo i nie liczyć się z całym światem dokoła. Ale to było by niemoralne,
                    niegodne, nieludzkie i szczeniackie. Nie chcę miłości i życia zbudowanych na
                    takich podstawach. Może wielu z Was ma w nosie moralność, Boga, uczciwość i
                    los swoich partnerów, ale ja nie. Może wielu z Was stawia na pierwszym miejscu
                    przeżywane uczucia i wypełniane emocjonalne pragnienia, ale ja już nie.
                    Prawdziwa miłość jest w zgodzie z moralnością, Bogiem, uczciwością,
                    przyjaciółmi i całą resztą świat. Nie trzeba jej ukrywać już od pierwszych jej
                    objawów i chwalić się ją można przed wszystkimi bez żadnych obaw.

                    Kilka tysięcy lat temu temat był już aktualny. Szkoda, że mądrość z tamtych lat
                    dotarła do mnie za późno. Na pewno ominąłbym moje „Największe uczucie”. Nie
                    dlatego, że było najpiękniejszym przeżyciem mojego życia, ale dlatego, że
                    prowadziło w moim przypadku do niszczenia życia. Prawie trzy tysiące lat temu
                    takie ostrzeżenie dawał facetom jeden z najmędrszych ludzi świata, Salomon:

                    „…wyszłam, aby cię spotkać; gorliwie cię szukałam i znalazłam.
                    Moje łoże okryłam kobiercami, barwnymi prześcieradłami z płótna egipskiego,
                    moje posłanie skropiłam mirrą, aloesem i cynamonem.
                    Chodź! Upoimy się miłością aż do rana, użyjemy pieszczot do syta,
                    gdyż męża nie ma w domu, udał się w podróż daleką.
                    Wziął z sobą kiesę z pieniędzmi, wróci dopiero w dzień pełni.
                    Uwiodła go wielu zwodniczymi słowami; swoją gładką mową usidliła go.
                    Omamiony poszedł tuż za nią jak wół, który idzie na rzeź, jak jeleń, którego
                    spętano powrozem,
                    aż strzała przeszyje mu wątrobę; jak ptak, który leci prosto w sidło, nie
                    przeczuwając, że chodzi o jego życie”.

                    Ps.
                    rotyk@poczta.gazeta.pl
                    • natascha Re: Do Romantyka 08.11.01, 21:25
                      Drogi Romantyku, juz sie nie bede denerwowala twoimi wypowiedziami. Mam tylko
                      nadzieje, ze ta twoja "Wielka Milosc", Danuta, czyta Twoje wypowiedzi, rozpozna
                      sie sama i dziekuje niebiosom, ze ja przed Toba uchronily!! Nie wiem jaka jest
                      Twoja zona, ale zyczylabym Ci z calego serca, zeby ktoregos pieknego dnia,
                      twoja poslubiona malzonka trafila na jej wielka milosc i urzadzila Tobie ten
                      caly cyrk jaki ty jej serwujesz. Zasluzyles na to bez dwoch zdan!! A tak z
                      drugiej strony, co masz tu pisac jak wiesz, ze Twoja malzonka czyta slowo w
                      slowo? Podstawa malzenstwa powinna byc MILOSC a nie budowanie czegos tam dla
                      idei. No a ty, po wielkiej milosc , kochasz zone. Ze tak powiem: z odzysku.
                      Zycze ci z calego serca szczescia, choc takowego z cala pewnoscia nie bedziesz
                      mial. A lezac na lozu smierci bedziesz plakal gorzkie lzy, ze nie kochales jak
                      mozna, nie byles kochany jak mozna, ale ta to budowales od podstaw. Pomyslnosc!!
    • Gość: Miśka Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: *.supermedia.pl 08.11.01, 16:29
      Byłam kochanką. Poznałam Go na tydzień przed Jego ślubem. A w noc poślubna był
      ze mną. Fajne nie. Potem trwało to z drobnymi przerwami prawie rok. Okropne
      były dni wolne bez Niego, wyjścia do kona itp. W końcu doszłam do wniosku, że
      jestem wartościową osobą i nie muszę być tą trzecią. Udało się chociaż nie
      obyło sie bez łez. Ale teraz lepiej się czyję, bo mam wspaniałego faceta za
      którego niedługo wyjdę za mąż. Tamten czasami pojawia się w myślach. Teraz wiem
      na co patrzeć kiedy facet Cię zdradza. Z tego powodu, że nauczyłam sie to
      rozpoznawać rozpadły sie moje dwa związki. Teraz nareszcie mam spokój.
      • Gość: Jasio Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: 213.98.114.* 08.11.01, 22:26
        Gość portalu: Miśka napisał(a):

        > Byłam kochanką. Poznałam Go na tydzień przed Jego ślubem. A w noc poślubna był
        > ze mną. Fajne nie. Potem trwało to z drobnymi przerwami prawie rok. Okropne
        > były dni wolne bez Niego, wyjścia do kona itp. W końcu doszłam do wniosku, że
        > jestem wartościową osobą i nie muszę być tą trzecią. Udało się chociaż nie
        > obyło sie bez łez. Ale teraz lepiej się czyję, bo mam wspaniałego faceta za
        > którego niedługo wyjdę za mąż. Tamten czasami pojawia się w myślach. Teraz wiem
        >
        > na co patrzeć kiedy facet Cię zdradza. Z tego powodu, że nauczyłam sie to
        > rozpoznawać rozpadły sie moje dwa związki. Teraz nareszcie mam spokój.

        ha ha ha ha ,ale lipa-slaby scenariusz !
      • Gość: Jasio Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: 213.98.114.* 08.11.01, 22:26
        Gość portalu: Miśka napisał(a):

        > Byłam kochanką. Poznałam Go na tydzień przed Jego ślubem. A w noc poślubna był
        > ze mną. Fajne nie. Potem trwało to z drobnymi przerwami prawie rok. Okropne
        > były dni wolne bez Niego, wyjścia do kona itp. W końcu doszłam do wniosku, że
        > jestem wartościową osobą i nie muszę być tą trzecią. Udało się chociaż nie
        > obyło sie bez łez. Ale teraz lepiej się czyję, bo mam wspaniałego faceta za
        > którego niedługo wyjdę za mąż. Tamten czasami pojawia się w myślach. Teraz wiem
        >
        > na co patrzeć kiedy facet Cię zdradza. Z tego powodu, że nauczyłam sie to
        > rozpoznawać rozpadły sie moje dwa związki. Teraz nareszcie mam spokój.

        ha ha ha ha ,ale lipa-slaby scenariusz !
        • macally Do Jasia 08.11.01, 22:34
          Ja tu piszę o Tobie i niespodzianka!
          Proszę Jasio na forum!
          Życzę zachowania tego uśmiechu i radości na każdy dzień.
          Naprawdę Twoje posty są tu chyba najlepsze!
          Pozdrawiam
        • luiza-w-ogrodzie Nie bojmy sie smiac z bycia kochanką / zdradzaną 09.11.01, 00:05
          Jasiu, serce mi sie rozdziera miedzy potrzeba niesienia pomocy potrzebujacym a
          tlumionym rechotem, gdy czytam Twoje majle. Ot, rozterki przestrzeni
          wirtualnej...

          A teraz STRASZNIE serio: jak sie dobrze z siebie posmiac, to duzo sercowych
          problemow okazuje sie byc kompletnie humorystycznymi.

          Pozdrawiam wszystkich, chichoczac nad wlasnymi kleskami z cyklu "Czy byłaś
          kochanką lub zdradzaną żoną?"

          Luiza-w-Ogrodzie
    • macally Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? 08.11.01, 22:30
      Dziękuję Natasha!!!!
      To wszystko właśnie chciałam napisać do Romantyka ale po prostu szkoda mi było
      czasu. Szczerze współczuję jego żonie. A jego listów już nie czytam, bo po
      prostu są nudne. Erotoman gawędziarz. Rzygać się chce. Tak w ogóle to
      współczuję wszystkim , którzy mają z nim styczność. Okropny facet. Pozdrawiam
      Natashę, i oczywiście Jasia, którego posty były jak promyki słońca, ale cóż się
      dziwić, jest on w tym wspaniałym stanie.
      • Gość: Jasio Re: Czy byłaś kochanką lub zdradzaną żoną? IP: 213.98.114.* 09.11.01, 02:10
        macally napisał(a):

        > Dziękuję Natasha!!!!
        > To wszystko właśnie chciałam napisać do Romantyka ale po prostu szkoda mi było
        > czasu. Szczerze współczuję jego żonie. A jego listów już nie czytam, bo po
        > prostu są nudne. Erotoman gawędziarz. Rzygać się chce. Tak w ogóle to
        > współczuję wszystkim , którzy mają z nim styczność. Okropny facet. Pozdrawiam
        > Natashę, i oczywiście Jasia, którego posty były jak promyki słońca, ale cóż się
        >
        > dziwić, jest on w tym wspaniałym stanie.

        Jestem zazenowany (widac to ?)milo jest poczytac ,ze sa ludzie z humorem i
        trzezwym spojrzeniem na siebie i innych.Jak mozna robic lzawo-mydlane historie z
        czegos co bylo jest i bedzie.Zawsze byli zdradzani i obiekty zdrady.Zawsze mozna
        potepic kochankow i wylewac litrami lzy nad losem zdradzonych.Pewnie istnieje
        wiele dysertacji na te tematy-temat wdzieczny i sprzedaje sie dobrze !.Ktos
        proponowal bym napisal o sobie -bez cynizmu itd.Ha ha az takim exhibicjonista
        nie jestem.Prawda jest jaka jest !Nie napisze z detalami ,bo i tak nikt nie
        uwierzy.Kazdy "przypadek j3est inny i "jedyny"Wiekszosc ma jakies urojone
        pretensje do calego swiata.Ale tak prawde powiedziec takie posty czytaja panie
        i panowie z mentalnoscia hieny-zerujacy na cudzych szczesciach i
        nieszczesciach.Duzo postow to z daleka smierdzi lipa i tania grafomania.Ale
        kazdemu wolno pisac co chce i jak chce.Ludzie kochajcie sie,zdradzajcie
        sie,zdradzajcie podwojnie i potrojnie.tylko nie dajcie sie przylapac zona lub
        mezowi.Zabawa trwa.Zdradzajcie tak by nie przysparzac nikomu bolu i strat
        materialnych!Pamietajcie !!Zona lub maz ,ktorych zdradzacie tez zasluzyli na
        kwiatek lub prezent.Jak nie masz baranie na kochanke i zone to zostan przy starej!
        Oczywiscie najwygodniej zdradzac z tzw.dobrze sytuowana-tylko one sa w wiekszosci
        stare lub ty jestes za stary.Ale cuda sie zdarzaja i przyprawic rogi bogatemu
        majacemu piekna zone to prawdziwa satysfakcja-wysoko ceniona w rankingu
        kochankow.Najnizej na listach rankingowych stoja durne prowincjonalne gosposie
        domowe.Miec taka kochanke to zniewaga dla normalnego mezczyzny.Co mowia kobiety o
        kochankach to wiemy !Cos napisalem by pisac-kazdemu sie to zdazy.pozdrawiam
        wszystkich kocha nkow i kochanki -jestescie dla nas zonatych ,zameznych napewno
        potrzebni ,bo innaczej by tej kategorii nie bylo.Glowa do gory jeszcze ostatni
        skok w bok nie zostal ujawniony!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka