Dodaj do ulubionych

moja historia... (długie)

30.11.06, 20:13
Mieszkałam i studiowałam zagranicą. Studia zagraniczne były spełnieniem moich
marzeń. Dobrze wiodło mi się też w życiu osobistym - byłam w bardzo
szczęśliwym związku. Dla wszystkich znajomych byliśmy przykładową parą.
Zakochani, tak mocno. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić życia bez siebie.
Pewnym utrudnieniem było mieszkanie w różnych miastach. Oboje studenci –
zawsze jednak jakoś sobie radziliśmy, by być ze sobą. Nawet nieobecności na
zajęciach (bowiem albo on był u mnie albo ja u niego) nie
były dla nas większym problemem, bowiem nawzajem mobilizowaliśmy siebie do
nauki. Oboje ambitni, mieliśmy plany na wspólną przyszłość, dobrą przyszłość.
Pochodziliśmy z różnych krajów, różnych kontynentów, różnych kręgów
kulturowych, lecz byliśmy zdolni zrozumieć siebie, różnice między nami nie
stanowiły dla nas przeszkody, lecz raczej nas ciekawiły.

Wszystko było dobrze aż do momentu, gdy zaszłam w ciążę. To rozpoczęło
problemy między nami. Ja chciałam ciążę utrzymać. On był przeciwnego zdania.
Twierdził, że na dziecko
jest jeszcze za wcześnie, że zdecydujemy się na nie, kiedy oboje będziemy
gotowi. Ja podobnie twierdziłam, póki nie zaszłam w ciążę, lecz gdy już życie
było we mnie – chciałam go. Długo o tym rozmawialiśmy i zdecydowaliśmy się
jednak przerwać ciążę. Najpierw próbowaliśmy za pomocą tabletek poronnych,
ale nie zadziałały. Z powodu ciąży i tej kuracji bardzo źle się czułam – na
dodatek trafiła mi się wtedy sesja bardzo ważnych egzaminów. On wtedy mnie
wspierał, gdy źle się czułam, nawet płakał. Gdy tabletki nie przyniosły
skutku – zdecydowaliśmy się na zabieg. Zabrał mnie do kliniki dla kobiet,
gdzie ginekolog dokonał aborcji. Mój mężczyzna jako student ostatniego roku
medycyny – na moją prośbę – był ze mną w środku w pokoju zabiegowym (później
powiedział mi, że także asystował przy zabiegu). Gdy zasypiałam po otrzymaniu
środka nasennego – trzymał mnie za rękę i patrzył mi się w oczy. Gdy się
wybudzałam się z narkozy – znów mnie trzymał za rękę. Zabrał mnie do domu i
cały dzień się mną opiekował. Cały czas powtarzał, że za kilka lat będziemy
mieli dzidziusia, że jestem jedyną kobietą, z którą chciałby spędzić życie,
jak mocno mnie kocha. Następnego dnia byłam w złym humorze, byłam załamana.
Czułam się winna. Powtarzałam, że zabiliśmy nasze dziecko, powiedziałam mu,
że on je zabił. Później po prostu byliśmy razem w mieszkaniu. Bez mówienia,
po prostu siedząc i patrząc się na siebie. Powiedział, że musi wyjść na 5
minut, by coś dać koleżance. Nie wracał, więc zadzwoniłam. Powiedział, że
poszedł do znajomych i musi przemyśleć różne sprawy. Gdy dalej nie wracał –
wysłałam mu smsa z zapytaniem. Odpisał, że wraca do siebie do swojego
mieszkania, do swojego miasta. Od tamtego dnia się nie odezwał.

Ja bardzo ciężko przechodziłam utratę dziecka i mężczyzny. Chciałam popełnić
samobójstwo – tabletki nasenne. Ale aptekarz nie sprzedał mi tabletek –
polecając mi wypić przed snem ciepłe mleko z miodem. Tym trudno by mi było
osiągnąć cel. Kolejnego dnia zmusiłam się, by pójść na zajęcia. Nie byłam się
jednak w stanie nad niczym skupić. Wróciłam do mieszkania. Płakałam.

Wpadłam na pomysł, że muszę się od tego wszystkiego oderwać. Wyjechać. W
następny dzień przygotowałam wszystko do wyjazdu, pozałatwiałam różne sprawy
i kolejnego dnia wyjechałam za granicę. Zamieszkałam z przyjaciółmi. Jeden z
nich jest pielęgniarzem, więc mną się zajął. Wszyscy się mną zaopiekowali.
Dbali, bym nie miała czasu myśleć o tym, co się stało. Gdy wracałam z
powrotem do domu, byłam już w lepszym stanie, lecz powrót to miejsc, które mi
się kojarzyły z przeszłością był trudny.

Zmieniłam się bardzo. Ścięłam włosy na krótko, zmieniłam styl ubierania się.
Wpadłam w towarzystwo lubujące się w przyjęciach, zaczęłam pić alkohol.
Wiedziałam, że koi ból, ale też czułam, że nie powinnam z nim przesadzać
(dotąd byłam osobą sporadycznie pijącą). Najpierw więc piłam codziennie (po
alkoholu nie czułam bólu, smutku), a następnie coraz rzadziej, rzadziej.
Teraz ponownie jestem osobą pijącą sporadycznie. W momencie, gdy już
świadomie rezygnowałam z alkoholu - zrezygnowałam też z przyjęciowego
towarzystwa (co z mojej strony było nie fair, bowiem oni mi nigdy nic złego
nie zrobili, byli dobrymi ludźmi, lecz żaden z nich nie wiedział, czemu to
robię. Potrzebowałam wówczas czegoś takiego, lecz w momencie gdy zaczęłam
powracać do prawdziwej siebie - zrezygnowałam ze znajomości z nimi).

Następnie nastał czas wyciszenia. Jestem osobą niewierzącą, lecz zaczęłam
jeździć do klasztoru na odludziu, pozostawać tam w ciszy na kilka dni.
Pozwalało mi to się wyciszyć, zastanowić. Jeden z mnichów wiedział ode mnie o
wszystkim. To on mi kazał wtedy wyrzucić test ciążowy, który dotąd miałam
zawsze ze sobą. Przed tym starałam się skontaktować z moim mężczyzną (forma
kontaktu e-mail, nie chciałam rozmawiać), by dostać odpowiedź i następnie
zostawić to wszystko za sobą. Nie odpisywał. Zadzwonił natomiast do mojej
przyjaciółki. Mówiła, że powiedział jej o moim mailu i że chciałby wszystko
wyjaśnić, lecz nie wie jak. Twierdziła, że mówił bardzo chaotycznie, podczas
rozmowy na zmianę był smutny i wesoły (śmiał się). Podejrzewała, że być może
pijany. ). Ona mi powiedziała o tym, a także opowiedziała mi, że od czasu
aborcji on co jakiś czas do niej dzwonił wypytywać się czy ze mną wszystko
jest w porządku (ze mną ani razu się nie skontaktował). W końcu mi odpisał.
Jego odpowiedź bardzo lakoniczna (smsem po dwóch tygodniach) niczego nie
wyjaśniła. Napisał, że to co się stało - tak miało się stać, był
nieodpowiedni czas i tak jest lepiej dla naszych przyszłości. i że życzy mi
jak najlepiej. Tylko, że to to nie była dla mnie odpowiedź - na to dlaczego
odszedł w takim momencie. Ale po takiej odpowiedzi ja już postanowiłam, że
wystarczy mi już kontaktu z nim. Nie chciałam już rozdzierać ran. To miał być
koniec sprawy.

Ja czułam się już coraz lepiej, zaczęłam normalnie funkcjonować, śmiać się,
żyć. Wyjechałam z kraju na wakacje. Wszystko było zupełnie normalnie, dobrze
się bawiłam. Lecz od razu w dzień powrotu miałam missed call od niego.
Później zaczęły się maile i smsy - takie normalne, jak do koleżanki, jakby
nic się nie stało - pytał się co u mnie, jak tam egzaminy, badania naukowe,
wyjazdy itp. Ja swoimi odpowiedziami sprowadzałam go na ziemię - że jak śmie
mnie o to wszystko pytać, po tym co się stało. Bowiem w żadnym z maili czy
smsów nie
wspominał nic o aborcji, jakby nie było ciąży, nie było aborcji. Wspominał
dobre czasy. Prawda, mieliśmy mnóstwo wspaniałych chwil, ale później doszło
do katastrofy. Opisałam mu to co czułam i przez co przechodziłam. Odpisał, że
jest mu przykro i chciał się ze mną spotkać. Nie odpisałam.

Później nawet przyjechał do mojego miasta. I napisał jednego smsa, żebyśmy
się spotkali (cały czas jest kontakt tylko pisany - maile i smsy, bez
dzwonienia). Ja mu tylko odpisałam, że spóźnił się o ponad 7 miesięcy z
propozycją spotkania. Już nie odpisał.

10 dni później ja byłam w jego mieście. Zatrzymałam się u innego kolegi X
(zresztą On X też zna tylko, że X nie wiedział, że byliśmy parą) i jego
rodziny. A Jemu nie powiedziałam, że przyjeżdżam, nic nie wiedział. Natomiast
o 4 w nocy zaczął robić sygnałki komórką (missed calls). Odpisałam mu smsa -
żeby przestał się bawić moim kosztem.

Następnego dnia zadzwonił. Byłam akurat wtedy w muzeum (on nie wiedział, że
jestem w jego mieście. Zdziwił się). Usłyszałam jego głos po raz pierwszy od
8 miesięcy. Dla mnie to był szok. A on znowu zachowywał się jakbyśmy byli
starymi znajomymi, którzy niewiadomo czemu stracili ze sobą kontakt, a teraz
trzeba się wypytać o to wszystko co się działo przez ten cały czas, pytając
się jednak tylko o przyjemne rzeczy, studia, egzaminy, przyję
Obserwuj wątek
    • akzcalis cd moja historia... (długie) 30.11.06, 20:15
      Następnego dnia zadzwonił. Byłam akurat wtedy w muzeum (on nie wiedział, że
      jestem w jego mieście. Zdziwił się). Usłyszałam jego głos po raz pierwszy od 8
      miesięcy. Dla mnie to był szok. A on znowu zachowywał się jakbyśmy byli starymi
      znajomymi, którzy niewiadomo czemu stracili ze sobą kontakt, a teraz trzeba się
      wypytać o to wszystko co się działo przez ten cały czas, pytając się jednak
      tylko o przyjemne rzeczy, studia, egzaminy, przyjęcia, przyjaciół, sposobu
      spędzania wolnego czasu, gdzie i z kim mieszkam. Zadawał najróżniejsze pytania -
      czasem odpowiadałam. Byłam w muzeum oglądałam eksponaty, a łzy spływały mi po
      policzkach, cały makijaż spływał. Jak ja mu o tym powiedziałam, stwierdził, że
      inni zwiedzający pomyślą, że ja tak mocno przeżywam prezentowaną wystawę),
      czasem próbowałam przypomnieć mu ten ważniejszy temat - aborcję. Powiedział, że
      przeprasza jeszcze raz i znowu zaczął nawijać o czymś innym. Zaproponował,
      żebyśmy się spotkali jak za dawnych czasów, pogadali. Nie wytrzymałam i
      rozłączyłam telefon. Za kilka minut napisałam mu smsa - że byłoby dobrze
      spotkać się i wyjaśnić sobie wszystko. Znów zadzwonił, lecz termin, który mu
      zaproponowałam mu nie odpowiadał, a ja później już nie mogłam (Rodzice X
      zaprosili mnie na obiad). Tak więc się rozłączyliśmy, chyba to ja znowu
      rozłączyłam bez pożegnania się.

      Wróciłam do siebie. Znowu rozpoczęły się missed calle i bezsenowne smsy (jakby
      fragmenty wierszy, o samotności, miłości, ale takie w powietrze skierowane,
      niekoniecznie do mnie). (tak przy okazji moja przyjaciółka też w pewnym
      momencie otrzymała od niego smsa w takim stylu - ni to wiersz, ni to wyznane
      miłosne. Przesłała to do mnie - tak naprawdę nie rozumiałyśmy, czemu i ona
      dostała to). Napisałam mu, że nie życzę sobie by do mnie robił missed calle i
      słał smsy (nie wspomniałam mu o smsie do koleżanki) i że nie życzę sobie już
      takiego kontaktu od niego. Odpisał, że mi nie wierzy, że nie chcę kontaktu z
      nim, ale się do tego zastosuje.

      Na kilka dni przed moim wyjazdem z kraju odwiedził mnie X. Powiedział mi wtedy,
      że On go odwiedził w miejscu, gdzie pracuje i zaczął się wypytywać o to, co
      robiłam podczas pobytu w mieście, gdzie chodziłam, ile czasu tam spędziłam, o
      czym rozmawialiśmy itp. W końcu X powiedział mu, że nie rozumie czemu o to
      wszystko pyta. On odpowiedział mu, że byliśmy parą, on ze mną zerwał, ale ja
      próbuję do niego wrócić. X odpowiedział, że po tym jak On go o wszystko
      wypytuje to ma wręcz przeciwne wrażenie na temat tego, kto do kogo chce wrócić.
      Ja Jemu tylko po tym napisałam maila, że nie ma prawa tak wtrącać się w moje
      życie, bowiem już nie jest jego częścią.

      Wróciłam do Polski. Nie odzywał się przez trzy miesiące i w pewnym momencie
      znowu zaczął się ze mną kontaktować. Powiedział, że impulsem, żeby się ze mną
      skontaktować był wywiadzik ze mną w lokalnej gazecie, na który natrafił
      przeglądając czasopisma, czekając na swoją kolej u dentysty. Zaczął
      przepraszać, powtarzać, jakim to jest dupkiem, że wie jak bardzo mnie
      skrzywdził itp. Powiedział, że się załamał. Jak wspomniałam, na moją prośbę
      (był wtedy studentem ostatniego roku medycyny, a teraz jest lekarzem), był on
      obecny w gabinecie podczas zabiegu, trzymał mnie za rękę i wszystko widział, ja
      nie – bo byłam pod narkozą. Widział więc zabijanie swojego dziecka. Powiedział,
      że cierpiał na depresję, że się leczył. Dostałam jednak przeprosiny, przyznanie
      się do winy, ale nie wyjaśnienia. Jego każda próba kontaktu ze mną bardzo mnie
      krzywdzi, niszczy spokój wewnętrzny, który staram się zbudować. Obiecał mi, że
      nigdy już takiego błędu nie popełni, że nigdy nikogo tak nie skrzywdzi.
      Twierdził, że jeździ pod moje dawne mieszkanie i siedzi wpatrzony w moje dawne
      okna, chodzi w miejsca, w które dawniej chodziliśmy. Od czasu do czasu zdarza
      się mu napisać o jakiejś rzeczy, drobiazgu z naszego związku, która mu się
      przypomniała. Gdy ja to czytam też się uśmiecham i strasznie mi żal, że to
      straciliśmy, bo nasz związek był bardzo udany. Oboje stwierdziliśmy, że to
      czego najbardziej byśmy chcieli – to cofnięcie czasu wstecz. Lecz jest to
      niemożliwe. Niestety od czasu, kiedy zaczął się odzywać jest mi o wiele
      trudniej. Po prostu przyzwyczaiłam się do tych miesięcy ciszy. I chyba byłoby
      mi łatwiej zrozumieć, jakby mężczyzna mnie porzucił, gdyby mnie nie kochał. Ja
      na jego próby kontaktu przyjęłam pozycję wypominająco-atakującą. Nie
      odpisywałam na jego smy, maile albo odpisywałam cynicznie albo z prośbą o
      zaprzestanie kontaktu ze mną, a jednocześnie oczekiwałam na te jego próby
      nawiązywania kontaktu, które miały miejsce.

      I tak było do wczoraj, kiedy przeszłam największy szok. Dostałam smsa, w którym
      pyta się, którego ginekologa polecę na aborcję dla jego koleżanki
      (odwiedziliśmy wtedy dwóch ginekologów – i wybraliśmy jednego z nich). Ten sms
      rozbił mnie na drobniutkie kawałki. Byłam w trakcie ważnego spotkania – zaczęły
      mi lecieć łzy po twarzy. Po wyjściu ze spotkania, już na ulicy, wybuchłam
      płaczem. Nie rozumiałam jak mógł mi tak głęboko wbić ostrze i tak sadystycznie
      postąpić. Ten sms tak mi nie pasuje do tej całej układanki, nie pasuje mi do
      tych prób kontaktu, które przez ostatni czas podejmował, nie pasuje mi do jego
      przepraszania. Dodam, że sms jest napisany w bardzo nie jasnym stylu – tj. nie
      wiadomo czy to jest jego dziewczyna czy też tylko koleżanka, a wręcz nie
      wiadomo nawet czy koleżanka czy kolega (sms jest po angielsku, gdzie słowo
      friend pozbawione jest nacechowania płcią), więc może ja nadinterpretuję fakty,
      bowiem sms w przetłumaczeniu na język polski brzmi: „Cześć! Czy pamiętasz tego
      ginekologa, do którego poszliśmy najpierw, czy polecasz raczej tego, u którego
      byliśmy później. Którego z nich bardziej rekomendujesz dla mojej koleżanki (*
      dziewczyny, *kolegi).”

      Jeszcze przedwczoraj przysyłał smsa w swoim stylu – jak to tęskni, jaka byłam
      ważna dla niego, a ja odpisałam mu w moim „spławiającym go” stylu. Dzisiaj
      odpuściłam sobie pójście na zajęcia, bo niczego mi się nie chciało, lecz wiem,
      że już niedługo zmuszę się dalej do nauki, do kończenia pracy magisterskiej i
      do wielu innych rzeczy, bo wiem, że muszę iść do przodu.

      Teraz minął rok od aborcji i jego odejścia. Chyba najtrudniejszy rok w moim
      życiu. Wiele się nauczyłam, próbowałam siebie zrozumieć, ale nie uporałam się
      jeszcze z tym wszystkim. Pewne kroki podejmowałam podświadomie, pewne
      półświadomie, pewne świadomie (próbowałam wszystko racjonalizować, analizować)
      i widziałam, że mi pomagały, że wychodziłam z tego wszystkiego. Do momentu,
      kiedy on zaczął się ze mną kontaktować. Czuję, że ma on teraz problemy z
      zdrowiem psychicznym, że zwariował. Tak naprawdę nie wiem, co dalej z tym
      wszystkim zrobić i chyba dlatego postanowiłam o tym napisać.
      • magneto2000 Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 20:35
        Popełniłaś zbrodnię zabójstwa, zabiłaś dla wygody, choć może bardziej z głupoty,
        ale na pewno nie z nienawiści. Dlatego myślę że jednak masz wyrzuty sumienia,
        więc pewnie będzie Ci wybaczone o ile tego żałujesz. Jeżeli zaś żal Ci tylko
        siebie i życia które mogłaś mieć bez tego "kłopotu", mnie również żal ciebie.
        • maksior5 Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 20:43
          W sumie to popieram przedmówce. A to, że powinnaś zerwać z nim wszelkie kontakty jest chyba oczywiste. TEn człowiek przecież skrzywdził Ciebie, dziecko i jeszcze parę innych osób w mniejszym stopniu. I jak widać wcale nie ma zamiaru się zmieniać.
        • aborcjimowimynie :( 30.11.06, 20:46
          Dlaczego faceci to tacy skur....wiele!!?? ;(
          • maksior5 Re: :( 30.11.06, 20:48
            Bo zupa była za słona, czy może dlatego, że mleka nie pili?
            Krzywdzącym generalizacjom eż mówimi NIE!
          • limka18 Re: :( 30.11.06, 20:49
            A czemu niektore kobiety sa tak bezmyslne ze daja im soba kierowac?? To jest
            dobre pytanie
            • aborcjimowimynie Re: :( 30.11.06, 20:56
              Bo ich kochają i chcą, żeby byli szczęśliwi.
              Poświęcenie?
              Tak.

              Tylko, że ślepe.
              Bo nie można niestety przewidzieć, jak by było gdyby...
            • magneto2000 Re: :( 30.11.06, 21:03
              Tu nie chodzi o płeć lecz o ludzi i o wartości. Jeżeli ulegamy słabości, tracimy
              własny system wartości, ulegamy ludziom złym, wówczas stajemy się nieszczęśliwi.
              Wartości moralne zawsze ewoluują i zmieniają się, ale nie możemy akceptować
              ślepo tych zmian tktóre robią nam krzywdę.
      • nicky44 Re: cd moja historia... (długie) 08.12.06, 16:25
        To prawda on ma problemy ze zdrowiem psychicznym ale to nie jest ważne, ważna
        jesteś ty. Musisz teraz myśleć tylko oo sobie, robić tak żeby tobie było
        dobrze. Wiele przeszłaś i chyba wystarczy. Nie kontaktuj sie z nim pozwol sobie
        zapomnieć, on ci już nic nie wyjaśni, nie wytłumaczy swojego zachowania, no bo
        niby jak można to wytłumaczyć? Przykro mi że trafiłaś na takiego....
    • poprostu_basia Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 21:01
      ja bym Ci doradziła zmiane nr telefonu, adresu mailowego, a jeśli jeszcze
      wrócisz do tamtego miasta-mieszkania. mołabys też poprosic wspólnych znajomych
      zeby nie podawali mu Twoich namiarów. Nie ma sensu tego dalej ciągnąc chyba ze
      chciałabyś mu wybaczyć?
      wiem, ze pytanie jest raczej nie na miejscu, ale z jakiego kręgu kulturowego on
      sie wywodzi?
      gorąco Cie pozdrawiam, jesteś na dobrej drodze do poradzenia z tym sobie,
      trzymaj się!
    • panisiusia Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 21:08
      Piszesz o różnicach kulturowych między Wami, może właśnie tu jest rozwiązanie
      zagadki: on nie rozumie Twojego stosunku do aborcji. On żałuje, że stracił
      Ciebie, a nie dziecko.
      Dziwię się Tobie, ze się zgodziłaś na zabicie dziecka, do którego się nawet już
      przywiązałaś emocjonalnie, ale nie dziw się gościowi, że nie rozumie z czego
      robisz "halo".
      • kasia_ruchasia Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 22:01
        oni nie rozumie tego o czym ty mówisz chodzi o cały wymiar"aborcji" dla niego
        to jest zabieg jak-wycięcie wyrostka. On tego nie rozumie to tak jakby kazać
        krowie latać a przeciez ona nie dostanie skrzydeł!

        inna kultura, jak dla mnie poplątanie z pomieszaniem.


        Nie wiem jak ktoś taki jak ty mógł pokochać i kocha nadal takiego człowieka.
    • baler_inca Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 23:31
      Pamiętam identyczny wątek sprzed około roku. Nie dajcie się.
      • kaktusik0 Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 23:47
        też go pamiętam
      • akzcalis Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 23:50
        baler_inca napisała:

        > Pamiętam identyczny wątek sprzed około roku. Nie dajcie się.

        pisałam na forum też 4 miesiące po aborcji... lecz to wszystko się nie
        skończyło, doszły nowe fakty, więc piszę
      • akzcalis Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 11:14
        baler_inca napisała:

        > Pamiętam identyczny wątek sprzed około roku. Nie dajcie się.

        i co to ma znaczyć - to nie dajcie się

        nawet sama wkleję link do tamtego wątku. wtedy byłam w momencie - skontaktować
        się z nim czy nie, żeby otrzymac jakiekolwiek wyjaśnienia... teraz historia z
        ciągiem dalszym :(((


        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16&w=39754695&a=39754695
        • walutka Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 13:21
          To znaczy-nie dajcie się -zabijajcie życie w sobie jeśli macie ochotę,nie
          bądźcie odpowiedzialne.
          • baler_inca Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 22:47
            Hmm to znaczyło nie dajcie się nabrać na podpuchę.
            Ale jeśli tamto to był twój wątek to ok, pomyłka.
            A co do aborcji - jestem przeciwna.
    • kacperek2231 Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 12:51
      hmm, chciałem coś pisać, ale oprócz epitetów pod adresem autorki jej faceta nic
      mi do głowy nie przychodzi. Temat aborcji jest wciąż żywy, ostatnio na tym
      forum, w telewizji w sejmnie itd. Kontrowersyjny a co za tym idzie i na topie.
      ale do rzeczy.
      Nigdy nie byłem w sytuacji kiedy dowiaduję się że moja dziewczyna jest w ciąży,
      ale gdyby była to napewno nie kazałbym jej usuwac ciąży, ba, mało tego, nawet
      jeśli ona by chciała to zrobić, to bym ją nakłaniał żeby urodziła moje dziecko i
      jeśłi nie chce go wychowywać ja bym sam się nim zajmował. Uważam ze dziecko to
      cud, i napewno chce mieć jedno-dwójkę.
      Powstaje inna kwestia: czemu ludzie gdy dochodzi do sytuacji gdzie w zwiazku
      partnerskim pojawia się dziecko widzą nagle tylko czarną stronę posiadania
      dziecka, mianowicie że dziecko przeszkodzi im w karierze, że pochłania czas,
      pieniądze, zmusza do kompromisów, do wyższych wyborów itd. Tylko że jak już się
      dziecko narodzi to zawsze układa się tak że wszyscy są szczęśliwi, ojciec,
      matka, dziecko, zwłaszcza napewno w takiej rodzinie jaką stworzyłaby autorka -
      jest ze środowiska naukowcow, partner lekarz, napewno daliby sobie radę. Znam
      kilka osób które wpadły , pobrali się, żyją i całkiem dobrze im się wiedzie. A
      skoro pisałaś że byliście dobraną parą, to po co to niszczyć i to tak wielkim
      kosztem - kosztem życia.
      A teraz nie masz fantastycznego partnera, nie masz dziecka, i jestem przekonany
      że kazdego dnia męczą cię wyrzuty sumienia. Chamskie to co teraz powiem, ale
      dobrze że cię męczą, to i tak za mała kara za zabicie życia.
      Feministki - które zazwyczaj zostają starymi lesbami, nie mają facetów, życie
      seksualne z facetami im się nieukłąda - krzycza głośno że kobieta powinna mieć
      prawo do aborcji, że to wybór kobiety - tylko zauwazcie że zazwyczaj te same
      feministki nie współżyją z facetami, nie chcą mieć dzieci, i nie zdają sobie
      sprawy z bezpośredniego bólu psychicznego jaki występuje po dokonaniu aborcji.
      Wiec pytam się po co się ich słuchać?? Po co się słuchać nieodpowiedzialnych
      facetów, z miłości?? z rozsądku?? czemu nie kierować się własnym zdaniem,
      własnym rozumem i uczuciem??
      Wiem że ten post nic nie da, że zaraz znajdzie się mnóstwo osób które mnie
      zjadą, że to co w macicy jest prywatną sprawą kazdej kobiety i nikomu nic do tego.
      Ja mam tylko nadzieję, że kobiety które zdecydują sie na aborcję, mimo że stać
      je na wychowanie dziecka, nawet w samotności, że usunęły je pod wpływem nalegań
      partnera, bo za wczesnie, bo za późno, bo przeszkodzi w karierze itd - mam
      nadzieję, że będą was targały wyrzuty sumienia, że będziecie żałowały swojego
      czynu do końca waszych dni. wiem że to chamskie podejście, ale takie cierpienie
      jest według mnie i tak niewystarczająca karą za zabicie własnego dziecka / płodu
      który miał się stac waszym dzieckiem/ zarodka który miał sie stać waszym
      dzieckiem/ kilku komórek które miały stać się waszym dzieckiem - wybierzcie dla
      siebie odpowiednią formę.
      Nie pozdrawiam autorki !!!
      • walutka Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 13:19
        Mogę się pod tym napisać co napisałeś o aborcji.
        Tylko kąd masz takie wiadoości o feministkach?
        • kacperek2231 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 13:39
          Z Telewizji Trwam, gazety Nasz Dziennik, Radia Maryja oraz z tego co usłyszę od
          moherowych koleżanek mojej babci.

          To oczywiście żart, ale mam taki obraz powstały z własnych obserwacji,
          przemyśłeń i doświadczeń. Obraz który moze być tak samo mylny jak opinie że
          każdy pijak to złodziej, każdy punk to narkoman, każdy projektant to pedał a
          każdy pedał to gej :-) , eeee, zagalopowałem się.
          Nie ukrywam że niekwestionowaną przodowniczką w moim feministycznym panteonie
          gwiazd jest pani Kazia szczuka, która to zawsze ma dużo do powiedzenia, ale
          która też nie jest osobą fair, przykładem mogą być jaja i wyśmiewanie się z
          jakiejś chorej dziewczyny, która występuje w TV Trwam - to już było przegięcie,
          i chyba nikt normalny nie uwierzy że Szczuka - tak jak sie później tłumaczyła-
          nie wiedziałą że ta dziewczynka jest chora. Tak samo jak chyba nikt dziś nie
          wierzy że Wierzejski nie brał udziału w spędzie nazistów tylko uczestniczył w
          przeglądzie pieśni patriotycznej, hehe
      • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 13:54
        Kacperku, jestem feministką, mam męża i dziecko i uważam, że kobieta powinna
        mieć prawo wyboru. Wybacz ale masz jeszcze mleko pod nosem i tacy jak Ty w
        ogóle nie powinni się wypowiadać na takie trudne tematy.
        • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 14:08
          No to zezwólmy na morderstwa. I gwałty, i kradzieże też. W końcu każdy musi mieć prawo wyboru. Tylko, że w tym momencie pozbawimy tego prawa osobę zabijaną, gwałconą, okradaną. A dziecko dodatkowo pozbawiamy chyba najważniejszego prawa. Prawa do życia.
          Zabiłabyś pół rocznego niemowlaka? Nie, a jaką widzisz róznice pomiędzy nim, a płodem? Też nie ma marzeń, planów, prawie żadnych uczuć, też przed nim całe życie.
          • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 14:38
            Ja zrobię co uznam za stosowne. Ty zrobisz co uznasz za stosowne. Każdy
            powinien mieć prawo do decyzji.

            Zakaz aborcji to fikcja i powoduje tyle, że biedne kobiety muszą się mu
            poddawać w warunkach, które narażają ich zdrowie i życie.
            • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 14:55
              Oczywiście, ja będę miał wybór, Ty będziesz miała wybór. Tylko grabaż nie będzie miał wyboru, bo będzie musiał chować potencjalne ofiary tego prawa gdzie popadnie, a i tak się nie nadąży z robotą. oczywiście o ile wcześniej go nikt nie zabije chociażby dla jaj, no bo skoro można tak robić, to dlaczego nie?
              Zakaz aborcji w dużym stopniu ją ogranicza.
              A jeżeli nawet byłoby inaczej to prawo powinno stać na straży moralność (i moim zdaniem w tej kwestii narazie tak robi).
              Prawo autorskie w Polsce to niemal fikcja. I co z tego? CZy oznacza to, że rząd powinien założyć darmowe serwery z pirackim oprogramowaniem, muzyką, czy filmami?
              • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:21
                Zakaz aborcji wcale jej nie ogranicza. Prawo autorskie myślę, że wkrótce się
                zmieni właśnie dlatego, że jest zupełnie nieskuteczne.

                Grabaż nie ma nic do roboty po aborcji bo embrionom nie organizuje się
                pochówków. Nawet jeśli obumarły w wyniku naturalnego poronienia ciężko jest
                odzyskać szczątki ze szpitala a kościół dopiero od niedawna dopuszcza takie
                pogrzeby.

                Łatwo jest mówić o moralności kiedy problem Ciebie nie dotyczy.
                • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:33
                  Co do ograniczania aborcji przez ustawę to ani ja, ani Ty nie mamy wyników badań o tym mówiących, bo takie nie istenieją. Możemy tylko przypuszczać. Grabaż był w odniesieniu do czegoś innego. Prawo autorskie zmienia się cały czas. Ale w którą stronę? Jest zaostrzane. Kilka lat temu obowiązywało przez 15 lat, teraz przez 75. A to jest tylko przykład.
                  --
                  Mój fotoblog:
                  www.kociol.fotolog.pl
                  Zapraszam!
                  • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:37
                    Ja mam jednak jakiś feedback z rzeczywistości. Wiem że aborcje są
                    przeprowadzane. Może 16-latków to nie dotyczy jeszcze albo po prostu Tobie się
                    nikt z takich przeżyć nie zwierza.

                    www.federa.org.pl/publikacje/raporty/aborcja2000/aborcja2000_2.htm#2_2
                    • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:51
                      O tym, że są przeprowadzane wiedzą wszyscy. 16-latkowie rózwnież. Tylko, że tak naprawdę nie wiemy w jakiej liczbie i jak bardzo zmieniło by się to po ponownym pełnym zezwoleniu na aborcje.
                      • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:57
                        A jak Ci się wydaje? Ludzi uprawiają seks tak jak kiedyś, dostęp do środków
                        antykoncepcyjnych się nie zmienił, edukacja w tej sferze jest żadna (dodatkowo
                        kościół zabrania), dzieci się rodzi coraz mniej, więc? Ustawa
                        najprawdopodobniej nie zmieniła w drastyczny sposób liczby przeprowadzanych
                        aborcji a jedynie sprawiła, że biedne kobiety musza je przeprowadzać w gorszych
                        warunkach.
                        • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 16:02
                          A zastanów się, czy jeżeli np. kradzieże byłyby legalne i każdy mógłby brać co by chciał to czy wzięłabyś sobie nowy telewizor z półki i wyszła ze sklepu, czy zapłaciła za niego?
      • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 14:00
        Kacperku, rozumiem, że wziąłbyś na wychowanie dziecko uratowane przed aborcją?
        Albo może przynajmniej obiecasz jakiejś kobiecie w zamian za zrezygnowanie z
        aborcji, że będziesz jej płacił alimenty? Może chociaż od czasu do czasu
        wpadniesz zająć się dzieckiem, żeby mogła wyjść z domu?
        • walutka Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 14:23
          Po co tak stawiasz sprawę,że on miałby bezpośrednio pomóc wszystkim niechcianym
          dzieciom?
          Dlaczego on miałby płacić alimenty, każde dziecko ma ojca więc on musi płacić.
          Poza tym są odpowiednie miejsca ,gdzie opiekują się niechcianymi dziećmi przez
          biologicznych rodziców i jest niemało takich par, które własnych nie mogą mieć
          i z chęcią zaadoptowaliby jakieś.
          Nie wiesz co robi Kacperek, może właśnie zaadoptował jakieś dziecko. Od razu
          stwierdzasz,że on ma mleko pod nosem, też mi coś, z koei Ty nie masz szacunku
          do życia.
          • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 14:36
            Bo tak moim zdaniem trzeba stawiać sprawę. Skoro Kacperek (i Ty zapewne też)
            uważacie, że macie prawo podjąć decyzję o urodzeniu dziecka za kogoś to chyba
            powinniście też ponosić konsekwencje tej decyzji, nie?

            Oczywiście, aborcja to nic dobrego. Ale nie byłabym w stanie wziąć
            odpowiedzialności za życie czyjegoś dziecka i dlatego nie jestem w stanie wziąć
            odpowiedzialności za czyjąś decyzję o aborcji lub nie.
            • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:04
              Zastanów się trochę nad tym co piszesz. Ty uważasz, że masz prawo decydować o czyimś życiu i śmierci. Pomyśl więc czy ważniejsza od jego/jej jest możliwość wyjścia dziewczyny na kolejną imprezę. A poza tym jeżeli nie chcesz/nie masz warunków na wychowanie dziecka to niklt Cię do tego nie zmusza. ALe wcale nie trzeba go od razu zabijać. Po raz kolejny posłużę się pewną analogią do Twojego myślenia. Jesteś niechcianym uchodźcem z kraju X (o warunkach życia zbliżonych do np. dzisiejszej Ukrainy, czyli tylko troche gorszych od polskich) Nie masz pracy, rząd nie może Ci zapewnić środków do życia. Co byś wolała. Deportacje dp kraju X, czy uśmiercenie Cie w Polsce?
              • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:14
                Rozważ konkretny przypadek. Kobieta zachodzi w ciążę w wieku 40 lat mimo
                stosowanej antykoncepcji. Ma już dwoje dzieci, męża. Trochę biedują bo bardzo
                mało zarabiają. Mieszkają w dwupokojowym mieszkanku. Ciąża jest zagrożona bo
                kobieta wiele razy roniła, więc od początku ciąży czeka ją leżenie plackiem,
                najprawdopodobniej w szpitalu. Utrzymanie ciąży oznacza dla niej utratę pracy i
                połowy rodzinnych dochodów, brak możliwości opieki nad starszymi dziećmi,
                konieczność zwiększonej opieki nad nią samą w czasie ciąży. Istnieje ryzyko
                poważnych wad płodu bo kobieta pali i nie jest młoda. Kobieta chce usunąć ale
                spotyka Ciebie. Ty jej to odradzasz - jak jej pomożesz?

                I to nie jest przykład wzięty z sufitu. Leżałam na patologii ciąży z panią,
                która będąc w takiej sytuacji zdecydowała się ciążę utrzymać (lub po prostu nie
                stać jej było na zabieg aborcji). Już w 4 miesiącu hospitalizacja okazała się
                konieczna. Kobieta płakała codziennie bo nawet nie miała jak zobaczyć się z
                dziećmi (na takie oddziały nie wpuszcza się dzieci). Nie mogła wstawać z łóżka
                w ogóle. Raz na jakiś czas przychodził do niej mąż i też płakał, że sobie nie
                radzi, że nie wie co robić. Lekarze nie mogli jej pomóc, nie wiedzieli czy
                ciąża się utrzyma czy nie. Nie chcieli jej wypisać ze szpitala bo jak
                powiedzieli "to byłoby równoznaczne z aborcją, a tego nie możemy zrobić".
                • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:23
                  Istnieje ustawa antyaborcyjna, która wyraźnie dopuszcza ją w takim przypadku. i to oczywiście w cywilizowanych warunkach.
                  A ta pani chyba wyraźnie chciała tego dziecka. I choć nie znam jej, to sądzę, że gdyby abocja była pełni legalna postąpiłaby podobnie.
                  • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:30
                    Ta pani chciała przede wszystkim być dobrą matką dla dzieci, które już
                    urodziła. W jej przypadku nie było wskazań do aborcji bo jej życie nie było
                    zagrożone. Ona chciała po prostu wypisać się ze szpitala na własne ryzyko.
                    Dotrwanie do porodu stawiało na szali funkcjonowanie całej jej rodziny.

                    Ja wiem, że jak się ma 16 lat to wszystko wydaje się proste. Ale tylko się
                    wydaje, uwierz mi. I zawsze używaj prezewatyw - obyś nigdy nie utracił swojego
                    idealizmu.
                    • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:36
                      Pisałaś o wadach genetycznych płodu. Podobno są skuteczne tylko w ok. 90 % przypadków.
                      • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:41
                        Było ryzyko wad płodu ale badań prenatalnych nie wykonano. Trudno jest
                        korzystając z publicznej służby zdrowia zrobić sobie usg a co dopiero badania
                        prenatalne.

                        Tak prezerwatywy nie mają 100 procentowej skuteczności, żaden środek
                        antykoncepcyjny nie ma. Zamierzasz wobec tego w ogóle zrezygnować z seksu?
                        • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:55
                          Nie.
                          • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 15:58
                            No to przygotuj się, że nieplanowana ciąża może się przytrafić i Twojej
                            partnerce. Wtedy sobie przypomnij wszystko o czym tu pisałeś. I rzuć naukę żeby
                            zarabiać na alimenty.
                            • kacperek2231 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 16:10
                              I znowu wszystko się sprowadza do pieniędzy, alimentów itd. Aliemnty się płąci
                              jeśli ojciec nie chce życ z matką dziecka, a czy nei lepiej stworzyć rodzinę?? i
                              nie płacić alimentów tylko stworzyć zwiazek??
                              A wy tylko alimenty, pieniądze, rzuć naukę, bo kariera najważniejsza i wkoło to
                              samo - społeczeństwo pieniądza, w dupę jeża...
                              • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 16:31
                                Popieram kolege. Ja coś pisałem o pieniądzach?
                                Sądzę, że nawet gdy miał tak zrobić to i tak jakoś byśmy (z partnerką) sobie dali radę. Oczywiście z ogromną pomocą rodziców (i ich pieniędzy), na pewno byśmy nie mieli takich możliwości, jakie mamy teraz, ale nie chciałbym nigdy pozbawić kogoś życia (a w szczególności własnego dziecka) dla własnej kariery. CZy tak zrobie nie mogę powiedzieć, bo inaczej się zachowuje ktoś, kogo to nie dotyczy, a inaczej ktoś, kogo dotknął taki problem. Pewnie znacie historię Marty i Zbyszka. mieli 16 i 15 lat. Na wieść o dziecku postanowili się powiesić. Przypadkiem pochodzili z tego samego miasta, w którym ja obecnie mieszkam. I wiem, że mniej więcej w tym samym czasie miał miejsce podobny przypadek. Ale oni zdecydowali, że urodzą to dziecko i będą razem. DZięki ich wytrwałości i pomocy rodziców ono w spokoju rośnie, a jego rodzice niedawno wzięli ślub. Owszem, o karierach o jakich marzyli mogą zapomnieć, ale nie żałują tego. M. in. uważam, że niechciana ciąża nie musi oznaczać czyjeś śmierci.
                                • maksior5 Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 16:34
                                  *Między innymi dlatego uważam...
                                • bri Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 19:06
                                  Ty w kółko o pierwszym dziecku i dyskotekach? A co z trzecim? Ósmym? Czy ja
                                  namawiam kogoś do aborcji? Nie. Najlepiej stworzyć rodzinę. Ale czasem trzeba
                                  mieć wybór.
                        • kacperek2231 Ta dyskusja nie ma sensu 01.12.06, 16:08
                          Wkoło to samo te same durne argumenty.
                          Mi chodzi o to żeby aborcja nie była kolejnym "środkiem antykoncepcyjnym", ok,
                          sa prezerwatywy, pigułki cuda na kiju i inne takie, są nawet jakieś do wzięcia
                          48 po stosunku, żeby uniemożliwić zagnieżdzenie sie zarodka - ok, i ja się z tym
                          zgadzam /może już mnie z tymi pigułkami "po", ale niech już bedą.
                          Chodzi mi o to żeby kobiety, ba, młode dziewczyny - bo tak jak piszesz o tej
                          kobiecie co miała 3 ciążę to ona jest dorosła, ma dwójkę dzieci, trzeci raz jej
                          się trafiło, ok zrozumiem, może miec z ciążą kłopoty, ale głównie problem
                          niechcianych ciąż dotyczy młodych dupeczek - dziewczyn w wieku 18-24 lata,
                          czesto na studiach, niepracujących które nie żyją jeszcze normalnym życiem,
                          wiadomo czas studiuów to jedna wielka zabawa, imprezy, pompa za pompą z
                          przypadkowymi partnerami i tu się pojawia problem. Bo co teraz bedzie, targedia,
                          niezabezpieczyłam sie , a ten Staszek z męskiego akademika taki przystojny wiec
                          się z nim bzyknęłam, tylko niepomyśleliśmy że mogę zajść w ciążę, ale nic, jest
                          na to rada, usunę i dalej się bede mogła bawić.
                          To jest właśnie myśłenie młodych dziewczyn. Dziecko jej zrujnuje karierę i
                          życie. Zaczynając uprawiac seks trzeba się liczyć z możliwoscią wpadki. Ja
                          rozstałem się z dziewczyną po 4 latach, nie zaszła w ciążę, mimo że sex był
                          różny, z gumka, bez itd. Teraz poznałem nowa dziewczynę, niedługo może bedziemy
                          współżyć i licze się z tym, ze mimo zabezpieczenia moze zajśc w ciążę - i co??
                          mam ją namawiać do usunięcia ciąży, do zabicia mojego/naszego dziecka?? dla mnie
                          to chore. Po to jesteśmy młodzi, po to mamy ręcę i mózgi żeby kombinować , żeby
                          żyć jak najlepiej i zapewnić dziecku przyszłosć. A te wszystkei panienki które
                          wpadły na imprezie i usuwają to one nie mają rozumu. bo gdyby miały to by
                          pomyślały wczesniej.
                          Prosta zasada z nurkowań - wchodzisz pod wodę to nie myślisz o sobie - jesteś
                          odpowiedzialny za siebie i partnera, ważysz i kalkulujesz zachowanie i ryzyko bo
                          wystarczy chwila, drobna awaria na 20 metrach może stać się nie lada problemem.
                          Ale jeśli liczysz się z ryzykiem, jeśli wszystko rozsądnie zaplanujesz to
                          nurkowanie jest zajebistym sportem. Tak samo i w seksie - nie masz pojęcia to
                          się za to nie bierz jeśli nie liczysz się z konsekwencjami. Sam sex jest
                          świetnym przezyciem, ale powinien ludzi zbliżać, a nie być zaspokojeniem
                          zwierzecych instynktów byle gdzie i byle z kim, bez względu na konsekwencje
                          Pozdrawiam ozieble :-)
                          • bri Re: Ta dyskusja nie ma sensu 01.12.06, 19:16
                            Kacperku, może gdyby panowie płacili alimenty i byli równie entuzjastycznie jak
                            Ty nastawieni wobec ciąży przypadkowo bzykniętej koleżanki z akademika to
                            aborcji byłoby mniej. Ale panowie często mają w dupie "kłopot" jaki sprawili
                            koleżance bzykając się z nią na imprezce. Dla nich to jedna wielka zabawa, nie
                            chcą używać prezerwatyw bo bez nich jest przyjemniej itp. Aborcje to jest
                            przynajmniej w połowie ich wina.

                            A prawo obowiązuje wszystkich po równo, nieważne pierwsza ciąża czy piętnasta.

                            Gdzie ja piszę, że masz namawiać kogokolwiek do aborcji??? Mi chodzi tylko o
                            to, żebyś jeśli już zabraniasz komuś aborcji brał odpowiedzialność za uratowane
                            przez Ciebie życie.
      • liszu Re: Chore, chore i jeszcze raz chore 01.12.06, 17:15
        mam
        > nadzieję, że będą was targały wyrzuty sumienia, że będziecie żałowały swojego
        > czynu do końca waszych dni. wiem że to chamskie podejście, ale takie
        cierpienie
        > jest według mnie i tak niewystarczająca karą za zabicie własnego dziecka /
        płod
        > u
        > który miał się stac waszym dzieckiem/ zarodka który miał sie stać waszym
        > dzieckiem/ kilku komórek które miały stać się waszym dzieckiem - wybierzcie
        dla
        > siebie odpowiednią formę.


        Masz racje powinny zostać skazane na karę smierci.
      • nicky44 do kacperek2231 08.12.06, 16:36
        Cz ty w ogóle zrozumiałeś coś z tej historii?
    • akzcalis Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 17:20
      wydaje mi się, że wasze odpowiedzi zeszły na zupełnie nieodpowiedni temat
      zwróćcie uwagę na zakończenie mojego postu
      "Tak naprawdę nie wiem, co dalej z tym wszystkim zrobić i chyba
      dlatego postanowiłam o tym napisać."

      to co się stało - już się stało. przeszłam przez straszne rzeczy, lecz ja to
      napisałam, żeby dowiedzieć się co dalej, bo ja próbuję żyć dalej, a on mnie nęka

      niestety z powodów zawodowych nie mogę zmienić numeru telefonu oraz adresu
      mailowego
      i chyba też chciałabym zrozumieć - czemu on to robi...
      • m_buziaczek Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 20:46
        Przeczytałam wszystkie posty i autorka
        została sama. Tak łatwo kogoś oceniać
        i wręcz zlinczować... smutne.
        Wiesz, wpółczuje Tobie i byłemu.
        Popelniliście bardzo duży błąd i oboje
        za niego płacicie do dzisiaj.
        Masz wyrzuty sumienia i depresje, a on
        zachorował psychicznie. Nie przemyśleliście
        tego. Mam wrażenie, że w panice podjeliście
        taką decyzje i później już było za późno.
        Wiesz, masz do niego żal i masz podstawy
        do niego. Może jednak powinnaś zastanowić się
        i się z nim spotkać. KONFRONTACJA??
        Wyrzuć żale, nawet go uderz jak przyniesie
        Ci lub Wam ulgę. Uciekając nie zapomnisz, ale
        przynajmniej rozmowa.. może coś wyjaśni.
        Spróbujecie spojrzeć na to inaczej/ Chociaż
        Ból i wsponienie zostaną na zawsze.
        Smutne...
        • akzcalis Re: moja historia... (długie) 02.12.06, 00:06
          m_buziaczek napisała:

          > Przeczytałam wszystkie posty i autorka
          > została sama.

          niestety masz rację

          > Tak łatwo kogoś oceniać
          > i wręcz zlinczować... smutne.
          > Wiesz, wpółczuje Tobie i byłemu.
          > Popelniliście bardzo duży błąd i oboje
          > za niego płacicie do dzisiaj.

          oboje mamy świadomość popełnienia błędu. była to naprawdę trudna lekcja życia

          > Masz wyrzuty sumienia i depresje, a on
          > zachorował psychicznie. Nie przemyśleliście
          > tego. Mam wrażenie, że w panice podjeliście
          > taką decyzje i później już było za późno.
          > Wiesz, masz do niego żal i masz podstawy
          > do niego. Może jednak powinnaś zastanowić się
          > i się z nim spotkać. KONFRONTACJA??

          dzisiaj jak rozmawiałam z moją mamą (nim przeczytałam twojego posta) - też
          doszłam do wniosku, że przydałaby nam się konfrontacja, ba nawet kłótnia,
          awantura... bo my się nawet nie pokłóciliśmy... a ja bym chciała mu chyba
          wykrzyczeć w twarz to co czułam, może też uderzyć

          ale z drugiej strony nie wiem czy jestem gotowa na tę konfrontację (lecz jeśli
          teraz nie jestem gotowa - to kiedy?), że się rozkleję. Poza tym mieszkamy teraz
          w różnych krajach, a on już niedługo (nie wiem dokładnie, kiedy, bowiem nie
          rozmawiamy normalnie) wyjeżdża do USA, żeby tam robić specjalizację... sama nie
          wiem, ale czuję, że z jednej strony potrzebuję takiej konfrontacji, a z drugiej
          strony chciałabym ucieczki, zapomnienia o wszystkim

          > Wyrzuć żale, nawet go uderz jak przyniesie
          > Ci lub Wam ulgę. Uciekając nie zapomnisz, ale
          > przynajmniej rozmowa.. może coś wyjaśni.
          > Spróbujecie spojrzeć na to inaczej/ Chociaż
          > Ból i wsponienie zostaną na zawsze.
          > Smutne...

          chyba jesteś pierwszą tutaj osobą, która zrozumiała mnie. dziękuję
          • akzcalis Re: moja historia... (długie) 02.12.06, 08:43
            w nocy o tym myślałam... i nie. nie byłabym w stanie zdecydować się taką
            konfrontację, nie chciałabym tam znowu jechać, nie chciałabym go znowu widzieć
        • miauka Re: moja historia... (długie) 08.12.06, 11:06
          Podpisuję się pod wypowiedzią buziaczka. Jakze łatwo przychodzi tym wszystkim
          pożal sie boze moralistom zniszczyc czlowieka... Naprawdę smutne, jak się to
          czyta. Jad aż się sączy z ekranu... brrrr!
          Tobie, autorko wątku, życze żebyś wypłakała swoj ból i żałobę po dziecku i
          mężczyźnie - bo straciłaś oboje w ciągu jednego dnia, a to musi być naprawdę
          straszne :(
          Polecam stronę www.u-zrodla.pl, mają tam specjalną ceremonię "Pożegnać
          nienarodzone" - można opowiedzieć, można posłuchać historii innych kobiet, to
          pomaga...

          Trzymaj się...
    • zuella Re: moja historia... (długie) 02.12.06, 13:11
      Przykre jest to co napisałaś i uważam, że najlepszym wyjściem jest zerwanie
      wszelkich kontaktów z tym człowiekiem.On ma "dar" do zadawania bólu innym
      ludziom.
      Nie będę pisać o tym, że aborcja jest błędem, bo chyba sama to już wiesz.
      Ja tak długo czekam na dziecko i nie mogę się doczekać.
      Znajdź sobie mężczyznę, który cię uszczęśliwi i choć trochę pozwoli zapomnieć o
      przeszłości.Pozdrawiam, trzymaj się dzielnie, pa pa
      • akzcalis Re: moja historia... (długie) 02.12.06, 21:55
        zuella napisała:

        > Znajdź sobie mężczyznę, który cię uszczęśliwi i choć trochę pozwoli zapomnieć

        marzę by ponownie znaleźć kogoś, ale nie widzę żadnego odpowiedniego kandydata,
        chociaż już od roku się nie widzieliśmy - nie wyobrażam sobie, żeby żaden inny
        mężczyzna mógł mnie dotknąć, tzn. dotknąć to jeszcze tak, bo na przykład
        szukając takiej zwykłej czułości lubię się przytulić do przyjaciół, np.
        oglądając film albo rozmawiając - ale to wszystko na przyjacielskiej
        płaszczyźnie, lecz jeśli by miało być coś ponad to - czuję, że potrzebuję, a
        jednak nie umiem sobie wyobrazić siebie z innym mężczyzną... ciekawe jak długo
        będę miała takie skrzywienie psychiki :)))
        • direta Re: moja historia... (długie) 07.12.06, 23:51
          > jednak nie umiem sobie wyobrazić siebie z innym mężczyzną... ciekawe jak długo
          > będę miała takie skrzywienie psychiki :)))

          Aż przeżyjesz do końca czas żałoby. Aż pożegnasz się z dzieckiem, które umarło.
          Znalazłam Twój wątek dopiero dzisiaj na forum ABORCJA i dotarłam aż tu. Może
          wróc jeszcze na tamto forum, zapal swojemu dziecku światełko, nadaj mu imię,
          przeproś... Musisz te sprawy uporządkować. Blizna zostanie do końca ale ważne
          byś z tego zła wyprowadziła tez dobro. Popatrz na Tygrysią sukę (założycielkę
          forum aborcja) ból pozostał, ale teraz stara się pomagać innym dziewczynom, aby
          nie popełniły takiego błędu jak ona. Wiele jest takich dziewczyn. Pewne rzeczy
          straciłaś na zawsze, ale nie jest prawdą, że nic juz Cię w życiu nie czeka.
          Pozdrawiam ciepło. Ty już wiesz czym jest aborcja i do czego prowadzi. pomóż tym
          którzy jeszcze nie wiedzą i na własne życzenie chcą sobie zafundować takie
          piekło, jakie Ty już przeszłaś. Nie pozwól by ktoś je w takie bagno wmanewrował.
          • akzcalis Re: moja historia... (długie) 08.12.06, 09:43
            direta napisała:

            > > jednak nie umiem sobie wyobrazić siebie z innym mężczyzną... ciekawe jak
            > długo
            > > będę miała takie skrzywienie psychiki :)))
            >
            > Aż przeżyjesz do końca czas żałoby. Aż pożegnasz się z dzieckiem, które
            umarło.
            > Znalazłam Twój wątek dopiero dzisiaj na forum ABORCJA i dotarłam aż tu. Może
            > wróc jeszcze na tamto forum, zapal swojemu dziecku światełko, nadaj mu imię,
            > przeproś... Musisz te sprawy uporządkować. Blizna zostanie do końca ale ważne
            > byś z tego zła wyprowadziła tez dobro. Popatrz na Tygrysią sukę (założycielkę
            > forum aborcja) ból pozostał, ale teraz stara się pomagać innym dziewczynom,
            aby
            > nie popełniły takiego błędu jak ona. Wiele jest takich dziewczyn. Pewne rzeczy
            > straciłaś na zawsze, ale nie jest prawdą, że nic juz Cię w życiu nie czeka.
            > Pozdrawiam ciepło. Ty już wiesz czym jest aborcja i do czego prowadzi. pomóż
            ty
            > m
            > którzy jeszcze nie wiedzą i na własne życzenie chcą sobie zafundować takie
            > piekło, jakie Ty już przeszłaś. Nie pozwól by ktoś je w takie bagno
            wmanewrował
            > .

            nie mam prawa decydować za inne kobiety. ja osobiście wiem, że nigdy tego kroku
            nie powtórzę, natomiast nadal jestem za prawem kobiet do wyboru, do decyzji
            podejmowanej po przemyśleniu, może nawet rozmowie z psychologiem. Jest to
            ciężki wybór, ale kobieta powinna mieć prawo go dokonać
            • direta Re: moja historia... (długie) 08.12.06, 22:48
              akzcalis napisała:

              > nie mam prawa decydować za inne kobiety.

              Wybacz, to co napisze będzie brutalne, ale kto w takim razie dał Ci prawo
              decydować za dziecko? Jesli było płci żenskiej, to było takze kobietą, za którą
              zadecydowałaś. Więc trochę się tu plączesz.
              Stań w prawdzie. To pomoże Ci pokonać ból.

              Pozdrawiam ciepło

              direta
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka