Dodaj do ulubionych

mąż i teście

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.09.03, 12:22
jak uwolnić męża od wpływu teściów - nadmieniam, że ma 32 lata i nadal robi
to co mamusia z tatusiem kazali,teście systematycznie robią mu pranie mózgu a
wtedy np przez 2 tygodnie nie mogę się z nim dogadać
proszę o sprawdzone sposoby
Obserwuj wątek
    • tralalumpek Re: mąż i teście 04.09.03, 12:29
      A są to twoi teście czy teściowie
      (to tylko tak, w ramach ćwiczeń z j. polskiego)
    • pajdeczka Re: mąż i teście 04.09.03, 12:33
      Gość portalu: alinka napisał(a):

      > jak uwolnić męża od wpływu teściów - nadmieniam, że ma 32 lata i nadal robi
      > to co mamusia z tatusiem kazali,teście systematycznie robią mu pranie mózgu a
      > wtedy np przez 2 tygodnie nie mogę się z nim dogadać
      > proszę o sprawdzone sposoby

      To trzeba Dosię zapytać. Ona ma sposoby ma pranie mózgów i nie tylko.
      Czy jesteś pewnia , że to są "teście", a nie "teściowie"? Bo jeśli to pierwsze
      to zaczynam tych Twoich teściów nawet rozumieć.
      • aguszak Paj, please... 05.09.03, 10:31
        pajdeczka napisała:

        > Czy jesteś pewnia , że to są "teście", a nie "teściowie"? Bo jeśli to
        pierwsze
        > to zaczynam tych Twoich teściów nawet rozumieć.

        Nie czepiaj się kobiety, bo jej naprawdę trzeba współczuć. Tego jej męża, to
        niestety już się chyba nie da naprawić...
    • Gość: qq1 Re: mąż i teście IP: *.zgora.dialog.net.pl 04.09.03, 12:40
      A może rodzice Twego męża dostrzegli Twój charakter(ek)?
      I dlatego czujesz się zagrożona?
    • Gość: alinka Re: mąż i teście IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.09.03, 12:58
      ja prosiłam o sprawdzone sposoby na maminsynka a nie na ocenę stylistyczną
      mojego zapytania(mimo to dziękuję za korektę-rzeczywiście powinno być teściowie)
      • brader_lui Re: mąż i teście 04.09.03, 13:06
        No wiesz w wieku 32 lat zmienic chłopa to cokolwiek za późno wiec albo:
        - sie przyzwyczaisz - chyba niewykonalne??
        - zastosujesz terapiepe wstrząsową - typu skoro we wszystkim przytakujesz
        mamusi idź dzis spac do mamusi
        - zastosujesz srodek radykalny - zmiana chłopa

        Brzmi to może ........, ale widzisz inne wyjście ???
      • pajdeczka Re: mąż i teście 04.09.03, 13:09
        Gość portalu: alinka napisał(a):

        > ja prosiłam o sprawdzone sposoby na maminsynka a nie na ocenę stylistyczną
        > mojego zapytania(mimo to dziękuję za korektę-rzeczywiście powinno być
        teściowie
        > )

        Ja do stylu, broń panie, nic nie mam, ino czepiam grama i tyki.
        A co do meritum, to cóż - dupa a nie chłop. I tyle, bo mam mało czasu.
    • Gość: Lena Re: mąż i teście IP: 80.48.96.* 05.09.03, 10:14
      "Uwolnienie męża" od wpływu jego rodziców nie jest sprawą prostą o ile w ogóle
      możliwe. Na to by dziecko było bezwolne i posłuszne oni mieli sporo lat na -
      często - wymuszenie tego. Bo rodzice potrafią za pomocą szantażu emocjonalnego
      sterować swoim dzieckiem /"poświęceniem", "własnymi ciężkimi chorbami i groźbą
      pogorszenia się zdrowia", niezadowoleniem i zadowoleniem na zmianę/. W rodzinie
      mojego męża takie wychowanie jest normą - jak mówię "poszło w pokolenia".
      Kuzynki mojego męża są albo bezwolne i sterowane przez swoje matki albo z
      matkami skłócone. Widzę dwa sposoby sterowania : pozytywny i negatywny,
      niestety obydwa tak samo wiążące sprawcę i ofiarę ale z negatywnego troszkę
      łatwiej jest ofiarę wyciągnąć /jeśli poczuje się ofiara pokrzywdzoną/. W
      przypadku pozytywnego sterowania ofiara zawsze będzie czuła się krzywdzicielem.
      Na podstawie stosunków w rodzinie mojego męża mogłabym doktorat z psychologii
      napisać.
      Jeżeli Twój mąż tylko przynosi do domu "dobre rady" rodziców i próbuje
      dopasować Ciebie do tego by oni byli zadowoleni - masz szansę, że da się coś
      zmienić. Jeśli on wynosi do rodziców Wasze sprawy /czyli ma do nich zaufanie/ i
      Wasze problemy próbuje rozwiązywać z ich pomocą - widzę to czarno. Jestem
      zwolenniczką metod szokujących, mówienia prawdy w oczy, rozwiązań radykalnych.
      Dzięki temu przetrwało i układa się moje małżeństwo.
      Jeszcze jedno - nie uważaj, że jego rodzice Ciebie nie lubią, że ich traktownie
      ma cokolwiek wspólnego z Twoją wartością. Oni po prostu swoim zachowaniem
      próbują zmusić Ciebie do zachowań takich jak oczekują. Są przekonani, że na ich
      akceptację będziesz pracowała. Gdy już będziesz taka jak Twój mąż /sterowalna/
      okażą Ci tą akceptację.
      Powodzenia.
      • adam.67 Re: mąż i teście 05.09.03, 11:30
        Lena,
        podpisuję się oburącz pod Twoimi słowami.
        U mnie jest sytuacja odwrotna: to moja żona jest b.silnie, wręcz patologicznie
        uzależniona od swoich rodziców. I zgadzam się z tym, co napisałaś - "mieli dużo
        czasu na wymuszenie". Dużo więcej niż trwa nasze małżeństwo.
        U nas problem ma inne podłoże - jako mąż i ojciec dziecka poczuwam się do
        psiego obowiązku, aby zapewnić godziwe warunki życia. Zamierzam kupić
        mieszkanie w mieście, podczas gdy żona wywodzi się ze środowiska wiejskiego.
        Presja mojej teściowej na moją żonę polega na tym, że żona jak papużka powtarza
        argumenty, które mają uzasadnić postawę żony, że ona nie chce mieszkac w
        mieście i JA JĄ SZANTAŻUJĘ i DOPROWADZAM DO CIĘŻKIEJ DEPRESJI tym, że zamierzam
        normalnie żyć z żoną i rodziną w mieście, a żona nieprzywyczajona i "będzie się
        dusić w mieście". A to szanowna teściowa chciałaby mieć córeczkę dosłownie "za
        miedzą", i jakoś nie rozumie, że teraz jej córka ma nieco inną rolę społeczną -
        jest żoną i matką, a dopiero potem córką. No ale to problem mentalności,
        frustracji z powodu "utraty" córki, a przecież to normalne, że małżeństwo
        powinno żyć razem ze sobą ale osobno od rodziców.
        Ja natomiast doznaję z tego tytułu przykrości, bo wychodzi na to, że ja "się
        stawiam" wobec woli teściów, kategorycznie odmówiłem budowania domu w pobliżu
        teściów, a więc "szantażuję żonę", zmuszam, terroryzuję itd.
        Ktoś powie: potrzebna jest rozmowa, dialog, kompromis... tak, to prawda - ale
        nie za wszelką cenę. Ja nie mogę patrzyć na marnowanie czasu na dojazdy,
        chciałbym być z moim dzieckiem jak najdłużej, widzę że ono tego potrzebuje.
        To jest tragedia, gdy dziecko (dorosłe!!!) jest manipulowane przez swoich
        rodziców, niezaleznie od płci i innych spraw. Moja żona czuje się zobowiązana
        wobec rodziców (no bo niby przypilnują dziecka, zrobią jakiś tam obiad itede).
        A spirala zobowiązań się nakręca... to krąg, z kórego potem nie da się wyrwać.
        Ja chcę wyrwać żonę z tego zaklętego kręgu, pokazać jej, że można i trzeba żyć
        osobno, razem walczyć z przeciwnościami losu, zmagać się z obowiązkami, a nie
        liczyć na "pomoc rodziców". Rodzice takiej osoby wyrządzają straszliwą krzywdę
        swojemu dziecku, bo potem taka osoba jest niesamodzielna, boi się obowiązków i
        odpowiedzialności, podejmowania decyzji, staje się bezwolnym "plastusiem"
        bojącym się własnego cienia.

        Popieram Twój pogląd: też stosuję rozwiązania radykalne. Co nie zabije to
        wzmocni. Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys (tak mawiają górale). Ale za
        od żony to mam "ciche dni", "tygodnie kwaśnych min" a od teściów cichą, choć
        trudno skrywaną niechęć (no bo facet okazał się facetem a nie plastusiem i nie
        da się wodzić na postronku). Na szczęscie mam zaplecze finansowe tego rodzaju,
        że mogę sobie pozwolić na zakup mieszkania bez kredytu. Gdyby tak nie było, to
        niestety byłbym parobasem u moich teściów, którym zawdzięczałbym wtedy wszystko.

        Reasumując, potrzebna jest żelazna konsekwencja. Inaczej nie da rady.
        Ja też mógłbym pisac pracę doktorską...
        • Gość: jendza Lena i Adam IP: *.w193-251.abo.wanadoo.fr 05.09.03, 11:46
          No to jest nas troje...
          A i w doktoraciku moglabym pare cegielek, he, he..
          Dodam tylko, ze mam szczescie do dojrzalego meza -
          szczesliwie nie ma 'kwasnych min' ani 'cichych dni',
          choc bol pozostaje...
          Bo swiadomosc - swiadomoscia, ale bol - bolem...
          Czasem zdarza mi sie zamyslec nad ta rodzicielska
          'miloscia', ktora - poprzez swa niedoskonalosc, delikatnie
          rzecz ujmujac - wyrzadza dzieciom takie morze bolu...
          Dzieciom, wnukom... jesli sie tego nie ustawi wlasciwie,
          w ktoryms momencie, tak, jak robia to Lena z mezem, czy
          Adam z zona...
          A ja sie staram tylko troche memu mezowi tego bolu ujmowac...
          Wiecie? - paradoksalnie - trzeba w zwiazku z tym starac
          sie mozliwie najmniej ranic tych nieszczesnych rodzicow...
          Tak, wiem, wiecie....

          pozdrawiam!
          jendza
        • pajdeczka Żona i teściowa mają rację 05.09.03, 11:53
          Urodziłam się i żyję od 40 lat w wielkim mieście. Rzygam już tym miastem. Do
          tego mam mieszkanie w najbardziej zanieczyszczonej spalinami dzielnicy, bez
          szans na zamianę. Hałas mnie dobija i ogłupia. Kiedy wracam po weekendzie z
          działki letniskowej nie mogę przez parę godzin wytrzymać smrodu i hałasu. Przez
          teściową przemawia doświadczenie i mądrość życiowa, a jej córka, instynktownie
          czuje, że to będzie dobre dla jej dziecka, a więc Twojego również. Tak więc,
          nie zawsze wygląda to na buntowanie. Trzeba czasami rozważyć racjonalne
          argumenty, nawet jeśli są argumentami teściowej.

          adam.67 napisał:

          > Lena,
          > podpisuję się oburącz pod Twoimi słowami.
          > U mnie jest sytuacja odwrotna: to moja żona jest b.silnie, wręcz
          patologicznie
          > uzależniona od swoich rodziców. I zgadzam się z tym, co napisałaś - "mieli
          dużo
          >
          > czasu na wymuszenie". Dużo więcej niż trwa nasze małżeństwo.
          > U nas problem ma inne podłoże - jako mąż i ojciec dziecka poczuwam się do
          > psiego obowiązku, aby zapewnić godziwe warunki życia. Zamierzam kupić
          > mieszkanie w mieście, podczas gdy żona wywodzi się ze środowiska wiejskiego.
          > Presja mojej teściowej na moją żonę polega na tym, że żona jak papużka
          powtarza
          >
          > argumenty, które mają uzasadnić postawę żony, że ona nie chce mieszkac w
          > mieście i JA JĄ SZANTAŻUJĘ i DOPROWADZAM DO CIĘŻKIEJ DEPRESJI tym, że
          zamierzam
          >
          > normalnie żyć z żoną i rodziną w mieście, a żona nieprzywyczajona i "będzie
          się
          >
          > dusić w mieście". A to szanowna teściowa chciałaby mieć córeczkę
          dosłownie "za
          > miedzą", i jakoś nie rozumie, że teraz jej córka ma nieco inną rolę
          społeczną -
          >
          > jest żoną i matką, a dopiero potem córką. No ale to problem mentalności,
          > frustracji z powodu "utraty" córki, a przecież to normalne, że małżeństwo
          > powinno żyć razem ze sobą ale osobno od rodziców.
          > Ja natomiast doznaję z tego tytułu przykrości, bo wychodzi na to, że ja "się
          > stawiam" wobec woli teściów, kategorycznie odmówiłem budowania domu w pobliżu
          > teściów, a więc "szantażuję żonę", zmuszam, terroryzuję itd.
          > Ktoś powie: potrzebna jest rozmowa, dialog, kompromis... tak, to prawda - ale
          > nie za wszelką cenę. Ja nie mogę patrzyć na marnowanie czasu na dojazdy,
          > chciałbym być z moim dzieckiem jak najdłużej, widzę że ono tego potrzebuje.
          > To jest tragedia, gdy dziecko (dorosłe!!!) jest manipulowane przez swoich
          > rodziców, niezaleznie od płci i innych spraw. Moja żona czuje się zobowiązana
          > wobec rodziców (no bo niby przypilnują dziecka, zrobią jakiś tam obiad
          itede).
          > A spirala zobowiązań się nakręca... to krąg, z kórego potem nie da się
          wyrwać.
          > Ja chcę wyrwać żonę z tego zaklętego kręgu, pokazać jej, że można i trzeba
          żyć
          > osobno, razem walczyć z przeciwnościami losu, zmagać się z obowiązkami, a nie
          > liczyć na "pomoc rodziców". Rodzice takiej osoby wyrządzają straszliwą
          krzywdę
          > swojemu dziecku, bo potem taka osoba jest niesamodzielna, boi się obowiązków
          i
          > odpowiedzialności, podejmowania decyzji, staje się bezwolnym "plastusiem"
          > bojącym się własnego cienia.
          >
          > Popieram Twój pogląd: też stosuję rozwiązania radykalne. Co nie zabije to
          > wzmocni. Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys (tak mawiają górale). Ale za
          > od żony to mam "ciche dni", "tygodnie kwaśnych min" a od teściów cichą, choć
          > trudno skrywaną niechęć (no bo facet okazał się facetem a nie plastusiem i
          nie
          > da się wodzić na postronku). Na szczęscie mam zaplecze finansowe tego
          rodzaju,
          > że mogę sobie pozwolić na zakup mieszkania bez kredytu. Gdyby tak nie było,
          to
          > niestety byłbym parobasem u moich teściów, którym zawdzięczałbym wtedy
          wszystko
          > .
          >
          > Reasumując, potrzebna jest żelazna konsekwencja. Inaczej nie da rady.
          > Ja też mógłbym pisac pracę doktorską...
          • adam.67 Re: Żona i teściowa mają rację 05.09.03, 12:34
            Wiesz, masz sporo racji. To Ci muszę przyznać. Ale chciałbym też wnieść nieco
            polemiki. Bo masz rację i jej nie masz zarazem (ale to wynika z tego, że nie
            wiesz wszystkiego).
            Ja też żyję niemal 40 lat w mieście, mam za sobą kilka etapów życia na tzw.
            prowincji (bez urazy, nie chcę nikogo tu obrażać, są prowincje, o których sobie
            mogę tylko pomarzyć...).
            Przez moją teściową przemawia ten rodzaj mądrości, który każe wymagać
            bezwzględnego podporządkowania się, spełniania woli rodziców przez osoby
            dorosłe (to podkreślam). Jakaż to więc mądrość, która nakazuje tłamsić dążenia
            innego człowieka do samostanowienia o swoim losie i zyciu? i nie tylko o
            jednego człowieka tu chodzi, ale de facto o zupełnie nową rodzinę.
            Córka takiej teściowej czuje więc instynktowny lęk przed przecięciem pępowiny,
            co jest konieczne i co jest tym bardziej bolesne, im później nastąpi. Przecież
            ja absolutnie nie mam zamiaru dążyć do zerwania więzi rodzinnych mojej żony,
            przeciwnie - chciałbym uregulowac je w normalny sposób. Przywrócić normalność,
            na której nam wszystkim wszak zależy...
            Argument, jaki przedstawiam mojej żonie nie jest przejawem oslego uporu i
            zacietrzewienia, należę do ludzi którzy wyznają zasadę "never say never".
            Niestety, ale to za moimi argumentami kryje się rozsądek konieczny w danej
            sytuacji. Przecież nie twierdzę, że kiedyś nie zdecydujemy się na "emigrację" z
            miasta, mieszkanie jak się kupiło to też można potem sprzedać (kto wie czy nie
            korzystniej?). A tu i teraz chodzi mi o to, że oboje pracujemy w mieście,
            jesteśmy jednak z nim silnie związani. Dojazdy zajmują zbyt dużo czasu, który
            możnaby lepiej wykorzystac dla dobra rodziny i dziecka, wieś jest piękna dla
            ludzi z miasta, którzy nie wiedzą co może się dziać w zimie, i przy wrednej
            pogodzie. Chciałbym zapewnić dziecku bezpieczne przedszkole, bez kilometrów
            wleczenia dziecka do przedszkola na wsi wzdłuż ruchliwej drogi (zginęło tami
            kilkoro dzieci, w tym dwoje podczas mojego zamieszkiwania tam!), opiekę
            lekarską na miejscu.
            Widzisz, wszystko wydaje się piękne, jeśli patrzy się z dystansu. Życie
            zazwyczaj jednak jest brutalne i raczej nie pieści idealistów-marzycieli. Moja
            żona i jej rodzina nie bierze pod uwagę tego, że jakkolwiek stać nas na kupno
            mieszkania, to nie stać nas na budowę domu. Nie sztuką jest rozgrzebać budowę
            domu, a potem - wzorem wielu wiejskich rodzin - mieszkać w przyziemiu, czy
            garażu, i zasypiać z iluzją, że może w przyszłym roku uda się położyć parkiet w
            jednym pokoju. Mierzi mnie życie wędrowniczo-koczownicze, i w zamian chcę
            zaproponowac żonie i swojej rodzinie skromne, choć godziwe warunki, jakiś
            kompletny, sensowny i spójny wariant życia, a nie życie na budowie. Daruj, ale
            nie odpowiada mi to w żaden sposób. Jeśli nasza sytuacja rodzinna nie daj boże
            pogorszyłaby się, to ciekawe kto wtedy pospieszy z pomocą finansową na
            skończenie budowy? bo wtedy z reguły kończy się na deklaracjach z
            przeproszeniem g...o wartych, choć takich wzruszających. No ale jeśli ktoś
            wyobraża sobie jedynie, jakby to było pięknie, to niestety - ktoś inny musi
            sprowadzić taką osobę na ziemię. Teściowej się wydaje, że tak jak oni
            budowali "systemem gospodarczym" to i teraz ja będę czynił tak samo. A ja
            niestety muszę !!! pilnować pracy, i żona też musi. Powtarzam, że teściowa
            wyrządziła mojaj zonie (a pośrednio także i mojej rodzinie) krzywdę, licząc na
            to, że córeczka będzie w zasięgu ręki, ot tak na pstryknięcie palcami
            przybiegnie do pomocy. A to niestety byłoby śmieszne, gdyby nie dotyczyło mnie
            osobiście. Niestety, w mentalności wiejskiej dalej funkcjonuje pogląd, że
            dzieci są przede wszystkim tanią siłą roboczą obojętne czy to Ci się podoba czy
            nie. Tak po prostu jest. A widzisz, ja się nie żeniłem z "gospodarką" lecz z
            moją żoną, i tu jest diametralna różnica. Ustaliliśmy to przed ślubem, że
            ponieważ oboje mamy pracę w mieście, to nie będziemy zajmowac się rolnictwem.
            Notabene, byłaby to ciekawa kombinacja - chłopointeligent ;)
            Tymczasem gdy teściowie patrzą na to, że ubyła im jedna para rąk, zięć też nie
            wykazuje zainteresowania, to pojawia się trauma "co dalej będzie z
            ojcowizną???".
            Droga Pajdeczko, z całym szacunkiem dla Ciebie, nie mogę się do końca z Tobą
            zgodzić. No ale to jest forum, a forum ma swoje prawa.
            Pozdr.


            • pajdeczka Re: Żona i teściowa mają rację 05.09.03, 13:41
              A może lepiej zużyć siły na budowanie harmonijnego związku niż rozstrząsać wady
              teściowej? Zabrałam głos w tylko w jednej kwestii Was różniącej, w resztę nie
              wnikam. Pewnych spraw nie jesteś w stanie zmienić. Tego, że Twoja żona jest
              kochającą córką i ma również kochającą, może zbyt apodyktyczną matkę.
              Mój mąż w chwilach złości zarzuca mi np. że to przez moją matkę mamy tylko
              jedno dziecko (na drugie już za późno), bo kiedyś matka coś chlapnęła do mnie
              żebym nie dała sobie więcej dzieci zrobić. Sorry, ale w tej kwetii naprawdę
              nikogo się nie słucham. Rozsądek mi podpowiadał, że w naszym burzliwym dość
              związku i w czasach tak niepewnych (przy niezaradności mojego męża) będziemy
              mieli tylko jedno dziecko. Ale jak chce się komuś przyłożyć, to się zawsze
              znajdzie kij. A w kogo najlepiej uderzyć w matkę żony. Nie zapominaj też, że
              Twoja żona częściowo jest kopią Twojej teściowej.
              adam.67 napisał:

              > Wiesz, masz sporo racji. To Ci muszę przyznać. Ale chciałbym też wnieść nieco
              > polemiki. Bo masz rację i jej nie masz zarazem (ale to wynika z tego, że nie
              > wiesz wszystkiego).
              > Ja też żyję niemal 40 lat w mieście, mam za sobą kilka etapów życia na tzw.
              > prowincji (bez urazy, nie chcę nikogo tu obrażać, są prowincje, o których
              sobie
              >
              > mogę tylko pomarzyć...).
              > Przez moją teściową przemawia ten rodzaj mądrości, który każe wymagać
              > bezwzględnego podporządkowania się, spełniania woli rodziców przez osoby
              > dorosłe (to podkreślam). Jakaż to więc mądrość, która nakazuje tłamsić
              dążenia
              > innego człowieka do samostanowienia o swoim losie i zyciu? i nie tylko o
              > jednego człowieka tu chodzi, ale de facto o zupełnie nową rodzinę.
              > Córka takiej teściowej czuje więc instynktowny lęk przed przecięciem
              pępowiny,
              > co jest konieczne i co jest tym bardziej bolesne, im później nastąpi.
              Przecież
              > ja absolutnie nie mam zamiaru dążyć do zerwania więzi rodzinnych mojej żony,
              > przeciwnie - chciałbym uregulowac je w normalny sposób. Przywrócić
              normalność,
              > na której nam wszystkim wszak zależy...
              > Argument, jaki przedstawiam mojej żonie nie jest przejawem oslego uporu i
              > zacietrzewienia, należę do ludzi którzy wyznają zasadę "never say never".
              > Niestety, ale to za moimi argumentami kryje się rozsądek konieczny w danej
              > sytuacji. Przecież nie twierdzę, że kiedyś nie zdecydujemy się na "emigrację"
              z
              >
              > miasta, mieszkanie jak się kupiło to też można potem sprzedać (kto wie czy
              nie
              > korzystniej?). A tu i teraz chodzi mi o to, że oboje pracujemy w mieście,
              > jesteśmy jednak z nim silnie związani. Dojazdy zajmują zbyt dużo czasu, który
              > możnaby lepiej wykorzystac dla dobra rodziny i dziecka, wieś jest piękna dla
              > ludzi z miasta, którzy nie wiedzą co może się dziać w zimie, i przy wrednej
              > pogodzie. Chciałbym zapewnić dziecku bezpieczne przedszkole, bez kilometrów
              > wleczenia dziecka do przedszkola na wsi wzdłuż ruchliwej drogi (zginęło tami
              > kilkoro dzieci, w tym dwoje podczas mojego zamieszkiwania tam!), opiekę
              > lekarską na miejscu.
              > Widzisz, wszystko wydaje się piękne, jeśli patrzy się z dystansu. Życie
              > zazwyczaj jednak jest brutalne i raczej nie pieści idealistów-marzycieli.
              Moja
              > żona i jej rodzina nie bierze pod uwagę tego, że jakkolwiek stać nas na kupno
              > mieszkania, to nie stać nas na budowę domu. Nie sztuką jest rozgrzebać budowę
              > domu, a potem - wzorem wielu wiejskich rodzin - mieszkać w przyziemiu, czy
              > garażu, i zasypiać z iluzją, że może w przyszłym roku uda się położyć parkiet
              w
              >
              > jednym pokoju. Mierzi mnie życie wędrowniczo-koczownicze, i w zamian chcę
              > zaproponowac żonie i swojej rodzinie skromne, choć godziwe warunki, jakiś
              > kompletny, sensowny i spójny wariant życia, a nie życie na budowie. Daruj,
              ale
              > nie odpowiada mi to w żaden sposób. Jeśli nasza sytuacja rodzinna nie daj
              boże
              > pogorszyłaby się, to ciekawe kto wtedy pospieszy z pomocą finansową na
              > skończenie budowy? bo wtedy z reguły kończy się na deklaracjach z
              > przeproszeniem g...o wartych, choć takich wzruszających. No ale jeśli ktoś
              > wyobraża sobie jedynie, jakby to było pięknie, to niestety - ktoś inny musi
              > sprowadzić taką osobę na ziemię. Teściowej się wydaje, że tak jak oni
              > budowali "systemem gospodarczym" to i teraz ja będę czynił tak samo. A ja
              > niestety muszę !!! pilnować pracy, i żona też musi. Powtarzam, że teściowa
              > wyrządziła mojaj zonie (a pośrednio także i mojej rodzinie) krzywdę, licząc
              na
              > to, że córeczka będzie w zasięgu ręki, ot tak na pstryknięcie palcami
              > przybiegnie do pomocy. A to niestety byłoby śmieszne, gdyby nie dotyczyło
              mnie
              > osobiście. Niestety, w mentalności wiejskiej dalej funkcjonuje pogląd, że
              > dzieci są przede wszystkim tanią siłą roboczą obojętne czy to Ci się podoba
              czy
              >
              > nie. Tak po prostu jest. A widzisz, ja się nie żeniłem z "gospodarką" lecz z
              > moją żoną, i tu jest diametralna różnica. Ustaliliśmy to przed ślubem, że
              > ponieważ oboje mamy pracę w mieście, to nie będziemy zajmowac się rolnictwem.
              > Notabene, byłaby to ciekawa kombinacja - chłopointeligent ;)
              > Tymczasem gdy teściowie patrzą na to, że ubyła im jedna para rąk, zięć też
              nie
              > wykazuje zainteresowania, to pojawia się trauma "co dalej będzie z
              > ojcowizną???".
              > Droga Pajdeczko, z całym szacunkiem dla Ciebie, nie mogę się do końca z Tobą
              > zgodzić. No ale to jest forum, a forum ma swoje prawa.
              > Pozdr.
              >
              >
    • pajdeczka W jakim miescie żyją twoi teście? 05.09.03, 12:05
      Ha,ha!
      • Gość: monik Re: W jakim miescie żyją twoi teście? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 05.09.03, 15:40
        tak jak u Ciebie jest i u mnie , moja teściowa kobieta o wielkim sercu bardzo
        lubiana , WTRYNIA SIE POPROSTU W NASZE ŻYCIE , do tego stopnia ma wpływ na
        mojego męża że ten zmienia swoje decyzje których ja żadną siłą nie mogłabym
        zmienić gdybym chciała.

        np. my nie trzymamy kontaktu z dawną jego sasiadką z dzieciństwa bo wiele razy
        pokazała nam że nas delikatnie olewa , a moja teściowa powiedziała mojemu
        mężowi zeby pierwszy sie do niej odezwał i on to zrobił pomimo że ja sie
        sprzeciwiałam , skutek jest taki ze ta sasiadka nie odezwała sie do nas od tego
        czasu a minęło już prawie 4 miesiące a mieszkamy w tym samym mieście .

        no i cóż nic dodać nic ując poprostu ręce mi opadły .

        a tydzień wcześniej zarzekał sie że sie do niej nie odezwie .

        no cóż nie da sie wyleczyć tej "choroby" - nadmiernego i bezgranicznego
        słuchania mamusi

        pozdrowienia

        monik

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka