stokrotka.35
19.12.08, 10:41
15 lat temu,moja teściowa odwołała nasz ślub kościelny,byliśmy po
cywilnym...powód - noga w gipsie mojego męża ( co to za wesele na którym on
nie zatańczy)zrobiła to bez mojej wiedzy,dowiedziałam sie dzień przed
ślubem,mąż dupa jedna nie umiał sie jej postawić.Odbyło sie przyjęcie z moimi
gości(gości ze swojej strony odwołała)bo cóż było robić z całą masą
jedzenia.Było mi bardzo smutno,ale jakoś przebrnełam przez ten okres,urodziłam
córkę,podałam męża o alimenty..próbowaliśmy jakoś z mężem odnaleść sie w tej
sytuacji,ale nie dało sie...ja mu nie wybaczyłam,a on ciągle stawał po stronie
matki.Wzieliśmy rozwód.Po paru latach znów zaczeliśmy sie
spotykać,zamieszkaliśmy razem,jakoś zaczeło sie układać,nawet przełamałam lody
i jeździłam do teściowej.Jak było trzeba,jechałam z nią do lekarza,robiłam jej
zastrzyki(jestem pielęgniarką),jak była w szpitalu,odwiedzałam ją...sprawiało
to wrażenie jakiejś normalności.Tylko niezmiernie mnie drażniło zachowanie
męża,co 2 - 3 dni musiał być u matki, mój sprzecił powodował kłótnie,nie
mieszkała sama,ma teścia,wtedy jeszcze mieszkali z nią 2 synowie...ale mój mąż
MUSIAł u niej być.Postanowiliśmy wziąśc ślub,przyjęcie tylko rodzice i
świadkowie,ale oczywiście ona nie przyszła,bo nie mogła zostawić kur samych w
domu(naprawde nie żartuje)tak samo miała sie rzecz z chrztem młodszej córki,z
komunią starszej.Kiedyś zrobiłam wigilie u siebie,postanowiliśmy zaprosić
teściów,mąż po nich pojechał -oczywiście przyjechali,zasiedli,ale zaraz przy
pierwszym daniu teściowa oznajmiła że nie będą jeść,bo zrobiła wigilie u
siebie i nie są głodni,o mało mnie szlag nie trafił,ale przemilczałam to nie
chciałam kłótni w ten dzień.Takich"drobnych"przykrości nazbierało sie dość
sporo...ale miarka sie przebrała,gdy olali moją córke i nie przyszli na dzień
babci i dziadka do przedszkola,dziecko przez miesiąc sie uczyło
wierszyków,tańca,miała przygotowane laurki,a one po prostu nie
przyjechali,dobrze że moja mama była(mieszka ok.20 km,a oni 5 km. od nas)ale i
tak córce było bardzo przykro.Tłumaczyła sie że po południu mieli pogrzeb,tzn
5 godz. po tej uroczystości w przedszkolu.Nie chcę jej teraz po prostu widzieć
na oczy,mąż tam zajeżdża,ale nawet nie wspomina bym z nim jechała,wie że
byłaby konkretna kłótnia,a on dupa nie umiałby stanąć po stronie mojej i
dzieci.Odkąd ją znam udaje choroby,nie wychodzi na zakupy-bo chora,nie chodzi
do kościoła-bo chora,do sąsiadek lata,bo tam można obgadać innych,autobusem
nie jeździ-bo chora,ale jak wsadzi dupsko do auta to może jechać na drugi
koniec Polski.Zaden lekarz nie znalazł w niej żadnej choroby,nie ma renty,bo
nie jest chora,ale każdemu opowiada jaka to ona jest słaba,ile to objawów
chorobowych ma itd.Nie wiem jak teraz mam ułożyć relacje z nimi,wolałabym tam
już nigdy nie jeździć,ale to raczej nie jest możliwe,a z drugiej strony
wyczerpała sie moja do niej cierpliwość,a na męża w tej sprawie nie mam co
liczyć,bo podejrzewam że zawsze opowie sie za matka....
Już prawie rok jak nie zajeżdżam do nich,mąż tam bywa,młodsza córka rzadko
chce do dziadków a starsza nawet nie chce słyszeć o jechaniu tam.
To taka mała historyjka o tym,jak może wyglądać życie gdy teściowa jest
jędzą,mąż to mamisynek....uffff