mamalgosia
03.09.07, 16:27
Nie, nie będzie o tym, jak usamodzielnić dziecko.
Będzie pytanie do Was: jak usamodzielnić rodzica?
Czy jest jakiś moment, w którym poczuliście, że czas na to, by
dziecko żyło swoim życiem? Wiem, że nie jest to konkretny moment:
kończy 3 lata, czy idzie do przedszkola. Wiem, że u różnych dzieci
różnie, że różne jest też tempo. Że może czasem nawet wraca.
Dziś pierwszy dzień przedszkola. Mój Starszy chodzi już drugi rok,
więc nie było to dla mnie jakimś niebywałym szokiem, że dziś
wyruszył. Ale jednak przez długi czas byliśmy dzień w dzień razem i
było nam dobrze. Nie ukrywam: tęsknię za nim. Ale poszedł bez
marudzenia, wrócił zadowolony - czuję więc, że to juz czas, kiedy
zaczyna wyfruwać. Młodszy niestety płakał dziś cały dzień - mimo
tego, że został w domu, czyli w meijscu znanym mu. Nic nie mówi,
pewnie sam do końca nie wie, co się dzieje - z nim i wokół niego -
płacze chyba nie tylko za mną, ale też za bratem (który mu strasznie
daje w kość). Czy więc dla niego jeszcze nie czas? A może czas,
tylko trzeba przetrwać ból? Może on sam nie wie, że to już jego
czas? A skąd ja mam to wiedzieć?
W pracy mamy dwie kobiety, które dziś posłały swoje trzylatki
pierwszy raz do przedszkola. Jedna z nich chciała dzwonić, jak
synkowi tam jest, czy nie płacze, cała nerwowa. Druga - spokojna.
Zapytałam, jak jej z tym, że córeczka w przedszkolu, na co
ona: "Cieszę się, będę miała wreszcie więcej czasu na realizowanie
swoich pasji".
A ja myślę o Chłopakach ciągle. Nawet niekoniecznie z troską czy
martwiąc się - po prostu tęsknię za kimś, kogo kocham.
Problem pępowinowy?
Czy ogólnie problem z tym, że w miejscu mózgu mam serce? I to
głupie, głupie jak but...
Ach, gdybyście widzieli i słyszeli ismę... Raz tylko miałam okazję
obserwować jej relację z Córką - i chyba jest to wzór. I to, co isma
powiedziała - nie wiem, czy mogę tu przytoczyć. No po prostu wzór i
ideał (i za to jej w dalszym ciągu nie lubię). Przy czym nie mam na
myśli tego, jak isma odnosi się do dziecka, bo wiele z nas odnosi
się do swoich dzieci cudownie, z miłością, z czułością, z dozą
koniecznej ironii. Ale to, jak ona w ogóle traktuje więź matki z
dzieckiem.
No, napisałam, co wiedziałam, czyli jak zwykle: dużo słów, mało
treści. Piszcie, jak jest u Was? Czy wizja pustego gniazda jest dla
Was nadzieją na weselsze życie wypełnione realizacją pasji? Kiedy
gniazdo pustoszeje? Czy moze czymś, czego się boicie? Czy może po
prostu naturalną koleją rzeczy, którą należy przyjąć, bo przecież
innego wyjścia nie mamy, a dzieci są nam wypożyczone, a nie dane?