Dodaj do ulubionych

Czasem mam pustkę książkową w głowie...

23.11.08, 23:34
I tak jest teraz właśnie. Po okresie intensywnego czytania razem i osobno mamy
przestój. O ile dla Tomka, lat 8, jakoś łatwiej mi zawsze coś znaleźć, bo on
jest w klimacie przygodowo-detektywistyczno-humorystycznym (ostatni zachwyt -
jajeczna seria NK), o tyle wybór lektury dla Mai to prawdziwe wyzwanie. Ona
jakoś nie może sobie znaleźć literackiego świata, z którym by się mogła w
pełni utożsamić. Ma bujną fantazję, podatną na takie wymysły rodem z
koszmarnych, pokemonowych animacji (w ogóle nie ogląda, ale okruchy z
otoczenia zbiera). Jest wrażliwa na krzywdę, ale raczej "diagnozuje" niż
współodczuwa stany bohaterów. Myślę, że jest trochę wyobcowana ze świata. Co
ja jej mogę czytać, żeby to naprawdę "przybiło do brzegu w kraju serca"?
Lindgren przerabiamy na bieżąco, w miarę ukazywania się kolejnych pozycji i
rzeczywiście to Maja lubi (albo raczej docenia - mam takie wrażenie). Ale ja
tęsknię za zachwytem w jej oczach :-) I chciałabym, żeby znalazła książkę, w
której się "zadomowi". I żeby to nie były disnejowskie księżniczki...Czy ja za
dużo chcę?
Obserwuj wątek
    • abepe Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 23.11.08, 23:45
      Oj, Pszczoło, Grześ też jest wyobcowany ze świata. Bardzo go
      ruszyły "Opowieści z Narnii" (przeczytaliśmy 4 części), zachwyt był
      wielki, oczy rozmarzone, zadomowienie pełne. Konieczne było
      przywrócenie do świata realnego.
    • alistar1 Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 07:40
      To, co pieszesz jest mi bardzo bliskie, sama często zachodzę w
      głowę, czym by tu córkę ucieszyć i zachwycić tak "naprawdę". Myślę
      jednak, że to jej wybory, jej sympatie, a zatem to ona musi
      zdecydować. Moja rola w tym poszukiwaniu skromna- podsuwam ksiażki,
      czytamy je sobie, oglądamy ilustarcje, miło spędzamy czas,
      komentujemy. A to, co ją zachwyci, hmmm, pewnie i tak odkryje to
      sama (i zapewnie bez mojego udziału).
    • domil Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 11:55
      A może, idąc w kierunku przeciwnym niż Narnia, coś prostego, kojąco-
      znajomego, nawet jeśli miałyby to być te nieszczęsne disneyowskie
      księżniczki?

      Moje dzieci kochają opowiastki babci, nieskomplikowane, a przy tym
      opowiedziane z wielkim zaangażowaniem. Historyjki w rodzaju - o
      pomidorku i ogóreczku, co to wypadły babci z koszyka.
      I nijak to się ma do oczytania czy możliwości intelektualnych.

      Po prostu - najmądrzejszy nawet 5-latek emocjonalnie na ogół jest po
      prostu pięciolatkiem i Narnia raczej się dla niego nie nadaje.
      Chociaż rozumiem, że zdarzają się wyjątki :)
      • abepe Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 17:59
        domil napisała:

        > A może, idąc w kierunku przeciwnym niż Narnia, coś prostego,
        kojąco-
        > znajomego, nawet jeśli miałyby to być te nieszczęsne disneyowskie
        > księżniczki?
        >
        > Moje dzieci kochają opowiastki babci, nieskomplikowane, a przy tym
        > opowiedziane z wielkim zaangażowaniem. Historyjki w rodzaju - o
        > pomidorku i ogóreczku, co to wypadły babci z koszyka.
        > I nijak to się ma do oczytania czy możliwości intelektualnych.
        >
        > Po prostu - najmądrzejszy nawet 5-latek emocjonalnie na ogół jest
        po
        > prostu pięciolatkiem i Narnia raczej się dla niego nie nadaje.
        > Chociaż rozumiem, że zdarzają się wyjątki :)

        Masz rację. Ja nie miałam w planach Narnii już teraz, ale konszachty
        grzesiowo-ojcowskie doprowadzły do lektury. Ale zgodnie uznaliśmy,
        że 3 części na pewno się nie nadają dla pięciolatka. I G. się też
        zgodził, jakby zrozumiał, że przed nim jeszcze coś naprawdę
        niezykłego (tak samo, jak powtarza, że psa dostanie, jak już będzie
        mógł sam z nim wychodzić na spacery).
        Wielu zawiłości i ogólnego przesłania książki G. w pełni nie
        zrozumiał (choć zmartwychwstanie Aslana chyba tak), ale klimat
        bardzo go zauroczył, z wielkim zaangażowniem wsłuchiwał się też w
        długie opisy.

        Pszczoła pytała o książki, które mają zachwycić, wydaje mi się, że
        powinny to być jakies niezwykłe klimaty. U nas pięciolatek
        zachwycony był jeszcze np. "Baśnią o rumaku zaklętym", też właściwie
        nie dla przedszkolaków.

        Typowałabym jeszcze jakieś inne baśnie - "Gałązkę z drzewa słońca"?

        Domil - miałam ochotę młodszego wychowywać czytelniczo pamiętając o
        naszej dyskusji sprzed ponad roku, ale tych wszystkich książek,
        które wymieniałaś wtedy po prostu nie ma, albo są w kiepskim stanie
        a drogo:(( A nowych podobnych brak.
        • domil Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 19:40
          Nie wiem czy dobrze zrozumiałam - Pszczoło, chodzi o to, żeby
          książka zawładnęła emocjami dziecka? Bo jeśli tak, to według mnie
          trzeba zacząć od czegoś, co z tymi emocjami współgra na najbardziej
          elementarnym poziomie. Czyli od czegoś prostego i bliskiego dziecku.

          Oczywiście emocje może również podgrzać niezwykłość lektury
          (kierunek Narnia), ale - raczej podgrzać, a nie rozniecić.

          Abepe, podobnym czytelnikiem jak Twój Grześ jest moja córeczka. Jest
          w stanie zaciekawić się czymś, co na danym etapie ją przerasta. Jak
          to działa - nie wiem. Tak jak piszesz, chyba koncentruje się na
          poszczególnych scenach, ogólnym klimacie.

          Synek z kolei zdecydowanie odrzuca to, czego nie jest w stanie
          ogarnąć w całości. Lektury mamy zatem dość proste, ale za to
          wyczytane naprawdę gruntownie ;)



          • abepe Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 22:04
            domil napisała:

            > Synek z kolei zdecydowanie odrzuca to, czego nie jest w stanie
            > ogarnąć w całości. Lektury mamy zatem dość proste, ale za to
            > wyczytane naprawdę gruntownie ;)


            Wszystkie z misiowej półeczki? Ja mam cały czas tę jedną jedyną z
            brakującymi środkowymi stronami, więc do czytania się nie nadaje:((
            Chyba znowu zacznę polować na allegro. Mam jeszcze chwilę, bo
            młodszy ma dopiero 19 miesięcy.
            • domil Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 23:12
              No nie, weszliśmy już na kolejny etap. Ostatnio najukochańsze były
              zakamarkowe obrazkowe i "Lotta z ulicy Awanturników", a od dwóch
              dni "Pan Tom buduje dom".
              W sprawie tych brakujących misiowych stron to chyba musimy Iwonę
              pomolestować. Wyślę Ci jutro maila ze strategią ataku :)
              • i2h2 Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 23:21
                Strategia nic tu nie da - skaner od tego nie urośnie ;-P
                Leży ten wyrzut sumienia, bo mnie się wściekło dojście do większego
                skanera :-(
              • abepe Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 24.11.08, 23:26
                Iwona już się, jak widzisz, zgłosiła:)) Czy mogłaby mi przywieźć tę
                książkę, ja wykombinuję jak ją wykorzystać do naprawienia mojej a
                potem Ci odeślę?
                • domil Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 25.11.08, 09:00
                  No jasne :) Właśnie coś w tym rodzaju miałam na myśli.
                  • abepe Re: Czasem mam pustkę książkową w głowie... 25.11.08, 13:50
                    O! Dziękuję!

                    Przepraszam, Pszczoło za zaśmiecanie wątku.
                    Ale poproszę o Twoją definicję zachwytu, żeby wiedzieć jakiego
                    wyrazu twarzy u naszego pięciolatka szukać, bo jeśli miałyby to być
                    rozmarzone oczy to inne książki, niż gdy wtedy, gdy oczy i usta są
                    uśmiechnięte:)
                    • pszczolamaja A jednak księżniczki... 26.11.08, 20:14
                      Musiałam to wszystko przemyśleć...
                      Tak, u mnie zachwyt ma zdecydowanie mocny rys rozmarzenia.
                      Wczoraj zapytałam córkę wprost o ulubione książki. "O królewnach i
                      księżniczkach" - odpowiedziała bez zająknięcia.
                      Chyba rzeczywiście muszę się pogodzić z disnejowskimi księżniczkami...
                      Czy oprócz "Dzisiaj Lucy jest księżniczką" oraz klasycznych baśni znacie coś
                      księżniczkowego, co nie jest kiczem? I co ma interesujące ilustracje?
                      Maja lubi duże i kolorowe, ale w tym opakowaniu można jej również zaserwować
                      sztukę współczesną :-)
                      • zf71 Re: A jednak księżniczki... 26.11.08, 22:07
                        U nas (4,5-latka) też motyw/postać księżniczki jest niezwykle
                        lubiany. Nie boleję nad tym - wolę księżniczki (choćby w filmowej
                        wersji Disneya) niż Barbie i następne szkarady.
                        A czytaliśmy w tym motywie ostatnio „Błękitnego ptaka” z Naszej
                        Księgarni.
                        Niezwykle podobała się też „Firoseta i czary” (zbiór baśni z
                        południa europy – neapolitańska, prowansalska, katalońska itd.)
                        Natalii Gałczyńskiej. Długie, skomplikowane ale bardzo dużo w nich
                        magii.
                        A poza tym trochę ze zbioru Grimmów z ilustracjami Grabiańskiego.
                        Oczarowała też swego czasu „Baśń o rumaku zaklętym” Leśmiana z
                        Wilkoniem ilustratorem (trzeba powrócić do niej), a dalej z nim
                        również „Baśnie z całego świata” Nowej Ery.
                        Ale powiedziałabym, że od fascynacji księżniczkami się zaczęło
                        zgłębianie pełnych wersji baśni a teraz generalnie baśnie cieszą się
                        największym powodzeniem. Andersen, Grimm, itp. Czeka na
                        nas „Śpiewająca Lipka” i „Bajarka”.
                        I chyba jednak bardziej lubiany jest żeński główny bohater (no, może
                        z wyjątkiem Emila).
                        • zf71 Re: A jednak księżniczki... 26.11.08, 22:25
                          I jeszcze o zachwycie.
                          Kiedy byłam dzieckiem nie znosiłam opowieści o rzeczach
                          powszednich/przedmiotach które w bajkach miały swoje pragnienia,
                          żyły swoim życiem. Nie czytałam tych baśni Andersena które były
                          właśnie takie.
                          Nie wiem dlaczego. Może wtedy ta nierealność była mi niepotrzebna.
                          A teraz?
                          Pierwsza zachwyciła mnie „Sznurkowa historia”. A potem „O wiadukcie
                          kolejowym, który chciał zostać
                          mostem nad rzeką”. Kiedy go czytałyśmy obydwie aż pękałyśmy z
                          ciekawości jak potoczą się te historie, a do tego świetny obraz. To
                          był nasz zachwyt.
                          Dzisiaj w takich opowieściach odnajduję magię, i cieszy mnie że
                          razem ją czujemy, że razem często sięgamy po takie opowieści. I
                          właśnie takiego Andersena odkrywamy - obydwie po raz pierwszy.
                          • pszczolamaja Powrót do baśni... 27.11.08, 23:27
                            które znam z dzieciństwa jest pewnie bardzo wskazany, to rzeczywiście szansa na
                            sensowne rozwinięcie wątku księżniczkowego.

                            To ciekawe, co piszesz. Inspiruje mnie to do kolejnych przemyśleń i poszukiwań.
                            To, co budzi mój sprzeciw, taki psychiczny opór, to pisanie o magii w kontekście
                            "klasycznych" baśni. Zwłaszcza Andersen nigdy mi się tak nie kojarzył. W czasach
                            mojego dzieciństwa używało się słowa "czarodziejski" czy "baśniowy" i są mi one
                            zdecydowanie bliższe, bo magia kojarzy mi się albo z magikiem i kapeluszem
                            pełnym królików, albo z okultyzmem (przykro mi, takie skrzywienie). Ale to
                            sprawa słownikowa, rozumiem, że dla Ciebie magia nie ma takich obciążeń.

                            Ja jako dziecko kochałam Andersena i to, co napisałaś o podobieństwie do jego
                            baśni tych współczesnych książek jest dla mnie odkrywcze.W ogóle lubiłam baśnie,
                            wszelkie.

                            Wiem, że baśnie to wielkie bogactwo i można nimi pięknie zachwycić, tylko, kurka
                            wodna, jakoś zupełnie nie mam na nie klimatu. Ciekawe. Czyżbym się wysyciła w
                            dzieciństwie? Bo chyba nie jest tak, że umarło we mnie dziecko. No w każdym
                            razie Andersen był dla mnie tak do 9 roku życia autorem "kultowym", a teraz
                            kurzy się na półce u dzieci (piękne, bibliofilskie wydanie) i nie mogę jakoś po
                            niego sięgnąć.

                            • zf71 Re: Powrót do baśni... 27.11.08, 23:47
                              > To, co budzi mój sprzeciw, taki psychiczny opór, to pisanie o
                              magii w kontekści
                              > e
                              > "klasycznych" baśni. Zwłaszcza Andersen nigdy mi się tak nie
                              kojarzył. W czasac
                              > h
                              > mojego dzieciństwa używało się słowa "czarodziejski"
                              czy "baśniowy" i są mi one
                              > zdecydowanie bliższe, bo magia kojarzy mi się albo z magikiem i
                              kapeluszem
                              > pełnym królików, albo z okultyzmem (przykro mi, takie
                              skrzywienie). Ale to
                              > sprawa słownikowa, rozumiem, że dla Ciebie magia nie ma takich
                              obciążeń.

                              Masz rację :), chyba nadużywam słów "magia i czarodziejski" a tak
                              naprawdę mam wtedy na myśli ten dreszcz zachwutu który towarzyszy
                              chwili. I zupełnie nie ma to nic wspólnego z ani z kapeluszem ani
                              okultyzmem :)

                              > Wiem, że baśnie to wielkie bogactwo i można nimi pięknie
                              zachwycić, tylko, kurka wodna, jakoś zupełnie nie mam na nie
                              klimatu. Ciekawe. Czyżbym się wysyciła w
                              > dzieciństwie? Bo chyba nie jest tak, że umarło we mnie dziecko. No
                              w każdym razie Andersen był dla mnie tak do 9 roku życia
                              autorem "kultowym", a teraz
                              > kurzy się na półce u dzieci (piękne, bibliofilskie wydanie) i nie
                              mogę jakoś po
                              > niego sięgnąć.

                              A ja czuję, że nie doczytałam tego i owego, i może dlatego z wielką
                              przyjemnością nadrabiam, ale i wracam do tego co znam.
                              • abepe Re: Powrót do baśni... 01.12.08, 12:11
                                Cieszę się, że jednak baśnie mogą być. Myślę, że najlepiej wywołują
                                rozmarzenie. Koniecznie "Biała księżna" i "Gałązka z Drzewa Słońca",
                                choć tam jest mało księżniczek, raczej cygańskie piękne panny, ale
                                jest i Król Słońca i Król Chmur i cudowna Siostra Ptaków, a do tego
                                niezwykle pobudzające wyobrażnię ilustracje Srokowskiego.
                                Grzesia oczarowały też opowieści z "Tajemnic Początku".

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka