domil
16.12.08, 10:24
Wkurzyli i rozbawili mnie dziś w przedszkolu.
Ale najpierw kilka słów o moim 5-latku: drobny i chudziutki,
ubranie - rano całe i czyste (przyznaję się, nie zawsze
wyprasowane), później różnie bywa. Szmateks, ale w najlepszym
gatunku ;) Poza tym ostatnio strzygła go siostra, ale fryzjer
naprawił już szkody.
Nie zabiera zabawek do przedszkola - bo nie chce, poza jakimiś
drobizgami i książką o kosmosie. Zresztą nie pozwoliłabym mu zabrać
ani geomagów, ani lego, ani teleskopu, ani tym bardziej
zestawu "Mały chemik". Na reszcie specjalnie mu nie zależy. Poza tym
jest na bakier z wszelkimi modami.
Ja - ostatnio trzymam się za portfel, jak muszę płacić za kolejną
książeczkę pani Ciemskiej. Spotkania autorskie mamy średnio raz w
miesiącu i wydaje mi się, że już naprawdę wystarczy. Mam co czytać
dziecku.
Chcąc wspomóc przedszkolne czytelnictwo, zaniosłam w zeszłym roku
stos książeczek - zakamarkowych, Janoscha, Grufalla, Findusy...
Nikt do nich nie zajrzał, pani kontynuowała realizację programu "365
bajek na każdy dzień roku".
No i doczekałam się. Dziś rano wychowawczyni wręczyła mi torbę z
butami i ubrankami, bo mają takie prezenty od sióstr "dla niektórych
dzieci". Próbowałam tłumaczyć, że NAPRAWDĘ nie potrzebujemy, pani
nie ustępowała. Miałam starsze dziecko w samochodzie i kilka minut
na dotarcie do szkoły. Poza tym mam niestety problem z odmawianiem
osobom, które chcą być dla mnie miłe. No i zostałam z tym prezentem.
Radźcie, co dalej??? Odwieźć i tłumaczyć? Przekazać dalej, a do
przedszkola zawieźć "w rewanżu" książki i zabawki?