Dodaj do ulubionych

Wątyk typowu przymyski

26.02.07, 21:50
Marzy mi si , uczywiści, typowu przemyski forum, na którym ludzi wyppuwiadajum
si typowu pu przymysku, kultywujunc w tyn sposób naszy tradycji. Zwracam si
równiż du posła naszego Marka Kuchcińskiegu, żeby si ni wstydził mówić pu
przymysku w uficjalnych wypuwiedziach, żądam tyż wpruwadzenia jynzyka
przymyskiegu jaku przydmiotu ubuwiunzkuwegu, w szkułach pudstawowych,
gimnazjach, szkułach śrydnich uraz na wyższych uczelniach. I pamintajci, żeby
sztempu ni byłu.
Obserwuj wątek
    • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 22:19
      raczej watyk typowo lwowski :) pamietacie Szczepcia i Toncia,polskich lwowiakow
      z krwi i kosc?:))
      • jobrave Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 22:25
        Tak mówiono nie tylko we Lwowie ale i w Stanisławowie, Tarnopolu, Drohobyczu,
        Przemyślu i innych miastach i miasteczkach południowo-wschodnich kresów RP, choć
        oczywiścia, całe to "bałakanie" przyszło ze Lwowa.
        • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 22:32
          brawo jobrave, tak bylo, teraz ta mowa smieszy,ale... jest ciepla i przjazna dla
          ucha :)))
    • Gość: Jerry vel Tońku Re: Wątyk typowu przymyski IP: *.internetdsl.tpnet.pl 26.02.07, 22:34
      Ta ty tu żadny Ameryki ni udkrył bu na tym forum pary razy ludzi jusz pisali pu
      naszemy. Inu,naserumatyr,za chulery ni moge sy przypumnieć u czym uni pisali. A
      tak woguli moży mi si wszysku pokiełubasiłu i ja Zygmunta Majgiera słyszał. Ta
      niech tu nagła krew zaleji, nic a nic jusz ni pamintam. Trza bedzi jakijś
      mikstury si napić ta bu faktyczni sztemp na cały kamienicy.
      • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 22:45
        cala kamienica smichym sie zarywa i nich tu jasna kryw zaleji,bez mikstury, bo
        sztemp na calu ulicy bedzie a ni kamienicu, ot :)
      • jobrave Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 22:45
        Ta czegu ni, ta Zygmunt Majgier je stary batiar, bałaku ni zapumniał ali ni
        tylku un, bu jak ja słyszał w radiu, jak si naszy kandydaty na prezydenta
        Przymyśla wypuwiadali, to uni tyz batiary, każdyj bałakał pu naszemu, nu Choma
        si troszku wyłamał ali jak by mu nakazać, że pryzydynt naszegu miasta ma bałakać
        pu naszemu, to moży by pusłuchał a jak mu trudnu, tu niech si hardygały napiji
        ta i bedzi. A Szczepciu i Tońciu załugujum na swoje ulicy ni tylku u Lwowi ali i
        u Przymyśliu.
        • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 23:02
          A Szczepciu i Tońciu załugujum na swoje ulicy ni tylku u Lwowi ali i
          u Przymyśliu.

          Teraz to dales popis!!!,
          glosujemy: KTO JEST ZA ULICA IMIENIA SZCZEPCIA I TONCIA W PRZEMYSLU?
          • Gość: Agnieszka M Re: Wątyk typowu przymyski IP: *.ptvk.pl 26.02.07, 23:11
            Ta ja!! Naj was jasna krew zalyji. taki szac fajowy pomysł.
            Mam jeszcze jeden, dla Przemyśla i jego kultury duże zasługi miał Kazimierz Kiju
            Galikowski. Uważam że ulica o takiej nazwie to też niezły pomysł. Oczywiście to
            tylko taki pomysł. jeśli ktoś nie wie o kim pisze to odsyłam do strony
            www.ta-joj.tawerna.art.pl/ramki.html
        • Gość: Jerry Re: Wątyk typowu przymyski IP: *.internetdsl.tpnet.pl 26.02.07, 23:02
          Ja dzińkuji wam panowi.Wypił ja kiliszeczyk ćmagi i zara mi si ruzjaśniłu na
          rozumi.Mi si tysz wydaji za słuszny,zeby mu tu w Przymyślu gwaru naszom
          bałakali i tu wszyskie,pryzydyn tysz.Tak samu jak te Byrcyny w Zakupanem abu te
          Tuski i inny Kaszuby. A co, my tu jakies gorszy czy parszywy ud nich. Żeby my
          mieli ulicy Szczepcia i Tońcia,toby nasi rajcy i ty urzendniki w magistraci
          musieli miec duży puczucie humoru. Nu ja nie wim???Moji uszanuwani, ronczki
          całuji i du nóżyk padam - uczywiści tu tyczy si inu do Szanownych Pani.
          • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 23:14
            nu tu pacalycha calu geba
          • jobrave Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 23:28
            Całuj rączki Pani Agnieszku,
            ta ja ja Kija nie znam jak ja z tyj samy parafii co Kiju i jegu rudzina. Ta ja z
            Kilińskiegu a Galikowskie z Puszkina. Ta ja si z jegu synym Dunkim (Adaśkim)
            bawił, na welucypedzi mi razym jezdzili. A raz jak my si bawili to un mi
            szufrygum palic przycisnuł, tak, ży du dzisia mam na nim sznita. Joj, co to si
            działu wtenczas! Ta my straszne batiarygi byli...
            Naszy radne moży i puczucia humoru ni majum ali majum zajoba na punkci L'wowa,
            ta i krysów tyż, to moży by po tym szljaku próbować?
            • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 26.02.07, 23:37
              Dworzec Główny był chlubą każdego lwowianina. Doskonale pamiętam, jak się
              budował na początku naszego kochanego, dwudziestego stulecia. Pędrakiem
              chodziłem w towarzystwie tzw. bony doglądać robót przy wznoszeniu tego cudu
              techniki i architektury, który miał zaćmić samą nawet Panoramę Racławicką. I
              zaćmił. Bo w całej ówczesnej Galicji i Lodomerii z Wielkim, itd. nie było równie
              bogato i rzęsiście oświetlonego gmachu. W późniejszych latach Dworzec Główny
              służył mi nieraz za refugium przed matematyką i fizyką. Jesteśmy zaś refugies
              przez całe życie: od kołyski do grobu zawsze przed czymś uciekamy. Podówczas
              wiałem tylko „poza szkołę" lub, wyrażając się bardziej po lwowsku, chodziłem hinter.
              • wook1 Re: super wspomnienia 26.02.07, 23:41
                Tramwajem ŁD jeździłem z Łyczakowa na Gródek i zamiast brać dwóje w którejś tam
                klasie c.k. VII gimnazjum przy ulicy Sokoła, spędzałem bardzo mile poranne
                godziny w wytwornej poczekalni II klasy kolejowej. Nie była to poczekalnia, lecz
                istny salon pełen kandelabrów, luster, złoceń oraz miękkich, pachnącą skórą
                obitych kanap i kozetek. Pachniała ponadto dalekością świata, czarem obczyzny.
                Czekało się tu nie tylko na odejście pociągu, lecz jak gdyby na samo szczęście,
                do którego kasy dworcowe biletów w owym czasie nie sprzedawały. Poczekalnia
                pierwszej klasy w ogóle nie była dostępna śmiertelnikom poniżej ekscelencji lub
                Baczewskiego. A zatem w poczekalni II klasy, pod opiekuńczym, naturalnej
                wielkości portretem arcyksięcia Karola Ludwika w paradnym mundurze oficera
                ułanów i z blond brodą, czytałem sobie tzw. szerloki, czyli zeszytowe edycje
                arcydzieł piśmiennictwa detektywnego. Nabywało się tę, jak mawiali rodzice i
                wychowawcy, „niezdrową lekturę" bądź w koleżeńskim handlu wymiennym, bądź u
                samych kastalskich źródeł wszelkich we Lwowie lektur, czyli w antykwariatach
                ojca Bodeka, syna Bodeka, ojca Menkesa, syna Menkesa, tudzież ojca, syna i wnuka
                Iglów. Ach, wy ojcowie, synowie i wnuki lwowskich antykwarzy, godnie rozsiadłych
                dynastiami wzdłuż całej parzystej strony ulicy Batorego! Jakąż nieludzką
                śmiercią przyszło wam ginąć w haniebnych latach masakry Żydów polskich. (...)

                Dziwna rzecz, ile miejsca w folklorze tego miasta zajmuje policja, sąd i
                kryminał. Bo też nigdzie chyba morderstwa, kasiarstwa, a nawet drobniejsze,
                bardziej kieszonkowe delikty nie były owiane takim romantycznym czarem, jak w
                tej śpiewającej stolicy batiarów i nadradców, co żyli, choć nie najlepiej, ze
                wsadzania batiarów do kozy. Istota lwowianizmu, którą usiłuję tu z grubsza
                naszkicować, to przedziwna mieszanina wzniosłości i łobuzerii, mądrości i
                kretynizmu, poezji i pospolitości. Cierpki jest smak lwowszczyzny i przypomina
                smak tego niezwykłego owocu, co dojrzewa jakoby jedynie na przedmieściu Kleparów
                i zowie się: czerecha. Ni to wiśnia, ni czereśnia. Czerecha. Nostalgia lubi
                fałszować także i smak, każąc nam dziś odczuwać samą tylko słodycz Lwowa. Znam
                jednak ludzi, którym Lwów był czarą goryczy. (...)

                II
                • wook1 Re: dlugie ale warte przeczytania 26.02.07, 23:45
                  Obok batiara zasłynął także lwowski kołtun. Typ to, jak wszystko co lwowskie,
                  złożony i trudny do zdefiniowania. Bo co to jest kołtun? Dosłownie: choroba
                  uwłosienia spowodowana brudem. Po łacinie: plica polonica. W przenośni —
                  człowiek nieoświecony, nieokrzesany, zacofany. Skrzywdzilibyśmy lwowską
                  kołtunerię tą definicją. Albowiem nasz kołtun — to przede wszystkim członek
                  Bractwa Kurkowego „Strzelnica". Większość braci stanowili, co prawda, nie bardzo
                  biegli w humaniorach majstrowie i starsi różnych cechów, nie wyłączając
                  rzeźnickiego, lecz obok nich należeli do „Strzelnicy" także ludzie wykształceni,
                  delikatni, a nawet — jak się przekonamy — uczeni. Na ogół lwowski kołtun — to
                  poczciwy gbur, niewybredny łyk, bohater sztuk Gabrieli Zapolskiej. Przy tym
                  patriota, przeważnie lokalny, z odcieniem tromtadracji. W patetycznych momentach
                  bywał kołtun skłonny do wielkich ofiar — z cudzego życia i mienia. Niekiedy
                  nawet z własnego. Dużą rolę za mojej pamięci odegrała kołtuneria strzelnicowa na
                  lwowskim Ratuszu, dostarczając miastu kuliku wybitnych burmistrzów, jak: kowal
                  Michał Michalski, blacharz Stanisław Ciuchciński i drukarz Józef Neumann. (...)

                  Z wszystkich specymenów klanu kołtunów kurkowych najlepiej utkwił mi w pamięci
                  radny — Walery Włodzimierski. Z zawodu chemik, miał swoje laboratorium na
                  piętrze starej kamienicy przy ul. Jagiellońskiej — naprzeciw „pawilonu
                  szampańskiego". Chodziłem tamtędy do szkoły i nieraz ulegałem pokusie zajrzenia
                  przez niskie okna — do środka. To, com widział, po dziś dzień kojarzy mi się
                  raczej z alchemią niż z chemią. Była to bowiem pracownia Fausta. Olbrzymia, nie
                  pamiętam już czy sklepiona sala, zapchana stołami, szafami, półkami, na których
                  gęsto połyskuje szkło najfantastyczniejszych kształtów. Dziwacznie poskręcane
                  rury, leje, naczynia połączone, brzuchate banie, butle, metalowe zbiorniki,
                  retorty i probówki puste lub napełnione cieczą najrozmaitszych barw. A w
                  tajemniczej głębi dymią piece, piecyki, sapią miechy, a wszystko — w
                  nieziemskim, płowym świetle gazu. Czasem buchną jakieś niesamowite ognie i
                  odbiją się wielokrotnie w bateriach szkła. Kłęby pary na moment wszystko
                  zakryją, aby następnie odsłonić całe to czarno-księstwo, wśród którego uwija się
                  jedyna ludzka postać — niskiego wzrostu, w tużurku, o twarzy rumianej,
                  ozdobionej dużymi, czarnymi, carskimi bokobrodami. (...) Tak, radny Walery
                  Włodzimirski był niewątpliwie lwowskim Faustem. A to, że często pokazywał się
                  publicznie w czarnym kołpaku z piórkiem, w kontuszu z karabelą i z dużym,
                  pozłacanym kogutem na piersi — przydawało mu podobieństwa do polskiego
                  czarnoksiężnika Twardowskiego. Zwłaszcza ten kogut. Czar prysnął, kiedy pewnego
                  dnia kazano mi zanieść do Włodzimirskiego zawiniętą w papier butelczynę z nader
                  osobistym płynem. Bo co tu dłużej ukrywać? Nasz Faust niemal wszystkim pacjentom
                  tej dzielnicy miasta robił analizy, zanim nie wzięli się do tego aptekarze,
                  czyli — jak ich w dawnych nazywano wiekach — aromatariusze.

                  Skoro już mowa o aptekach, wspomnijmy przynajmniej te, co przyczyniły się
                  zarówno do zdrowotności lwowian, jak i do malowniczości lwowskiego pejzażu.
                  Prawie każda miała swojego patrona, pięknie uwidocznionego na szyldach i
                  wywieszkach. Dobór patronatu nad tymi arsenałami zdrowia świadczył niekiedy o
                  dużej wyobraźni magistrów farmacji, których, nie wiedzieć czemu, pomawiano o
                  brak wyobraźni. Bo jeśli np. apteka u zbiegu ulic: Zielonej i Wincentego Pola
                  polecała swe preparaty czy klientów opiece Matki Boskiej — wszystko w porządku.
                  Nie tylko we Lwowie modlili się do Niej ludzie o uzdrowienie. Tak samo nie
                  trzeba tłumaczyć nazwy apteki „Pod Duchem Świętym" lub „Pod Opatrznością Boską"
                  (wywieszka: olbrzymie oko w trójkącie). Dlaczego jednak pan „aromatariusz",
                  Antoni Ehrbar, wybrał na patrona swej apteki na dolnym Łyczakowie, vis-a-vis
                  kościoła Klarysek, akurat rzymskiego cesarza Tytusa? Chyba nie na złość Żydom,
                  którym ten cezar zburzył Jerozolimę? Owal jego widniał z obu stron wejścia do
                  apteki na kolorowych, na szkle malowanych medalionach, ponadto samo wejście
                  wieńczyło popiersie imperatora z jakiejś imitacji brązu czy z gipsu po
                  farbowanego na brąz. Żeby zaś żadnych nie było wątpliwości, czytaliśmy aż w
                  trzech językach, że to jest apteka „Pod rzymskim cesarzem Tytusem"; Zum
                  romiischen Kaisej: Titus; Sous (!) l'Empereur Titus (!). (...)

                  Apteka i kryminał — to na ogół dość odległe pojęcia, lecz nie na placu
                  Bernardyńskim. Bo od apteki (Piepes) Poratyńskiego do Sądu Karnego, z przyległym
                  doń więzieniem, jest tylko parę kroków. Wystarczy przejść plac i udać się tam,
                  gdzie stoi studzienka z nagą i skrzydlatą nimfą. Więc podumajmy sobie chwilkę
                  nad specjalnością Lwowa, jaką były tzw. sensacje, czyli zabójstwa, „względnie"
                  morderstwa. Piękne to były czasy, gdy parę razy na rok ktoś kogoś w naszym
                  mieście przenosił do wieczności. Dla wyznań chrześcijańskich wieczność mieściła
                  się przeważnie na Cmentarzu Łyczakowskim. Lubiano u nas mordować bądź członków
                  własnej rodziny, bądź też cudzej. Zdarzały się jednak morderstwa niedoszłych
                  członków rodziny własnej i to wcale nie z nienawiści do nich, lecz wprost
                  przeciwnie. Krwią płaciły te ofiary za odmowę czy niemożność połączenia się
                  węzłami krwi z osobą zabójcy. Taki właśnie wypadek przeszedł do potomności na
                  skrzydłach pieśni o Lewickim. (Z tych prawdziwych, pacykowskich Lewickich.) Z
                  miłości zamordował on jedną zamężną aktorkę. Całej pieśni już nie pamiętam, lecz
                  strzępy jej, chodzące, a raczej tańczące mi po głowie, na nutę „Hajda trojka"
                  też zasługują na przytoczenie. Np.:

                  Widzisz Lewicki, co miłość może:
                  W mogile ciemnej kochanki trup,
                  Tobie na szyję kat stryczek włoży
                  I szubienicy wnet ujrzysz słup.

                  lub:

                  Nie trza ci było kochać mężatki,
                  To byś ty teraz wolny był,
                  Nie widziałbyś tej więziennej kratki
                  — I cieszyłbyś się zdrowiem w pełni sił1

                  Kto się krzywi na moje zamiłowanie do lwowskiej pieśni batiarsko-kryminalnej,
                  niech raczy pamiętać, że w pierwszych latach naszego kochanego wieku — w
                  gimnazjum przy ulicy Sokoła — miałem zaszczyt być uczniem śp. Adama Zagórskiego,
                  największego w Polsce znawcy literatury i muzyki tego gatunku. Kto by mi zaś
                  wyrzucał, że jeno w imponderabiliach się lubuję, błahostki wyolbrzymiam, a lekce
                  sobie ważę szacowną tradycję, historię, geografię, architekturę, słowem —
                  kulturę Leopolis semper Fidelis, że nic nie mówię o Lwowie „pomnożycielu
                  polskości", o Lwowie „troistym" — jak go nazwał prześwietny burmistrz tego grodu
                  w XVII w., a przy tym niezgorszy, choć od brata Szymona gorszy poeta Józef
                  Bartłomiej Ozimek, zwany Zimorowiczem — kto by mi brał za złe, że jakoby
                  milczeniem pokrywam „Śluby Jana Kazimierza", Ossolineum, Colosseum, Muzeum
                  Dzieduszyckich. Lubomirskich, Stauropigię, Panoramę Racławicką — ten, po
                  pierwsze: nie ma racji, a po wtóre: zapewniam go, parafrazując Terencjusza, że:
                  leopoliensis sum et nihil leopoliensis a me alienum puto. Lecz wyznaję, iż dla
                  dziecięcej mej wrażliwości przyjazd cyrku Buffalo Billa (w roku 1905, jeśli mnie
                  pamięć nie myli) lub wieszanie mordercy Czabaka — to wydarzenia równie epokowe,
                  jak przyjazd cesarza Franciszka Józefa, zabójstwo namiestnika, hrabiego Andrzeja
                  Potockiego, lub obrzucenie jajami jego następcy. Michała Bobrzyńskiego. Stało
                  się to w czasie promocji Juliusza Kleinera, promocji sub auspiciis Imperatoris.
                  (...)

                  1 Ostatni wiersz sam wymyśliłem, bo zapomniałem, jak brzmi w oryginale i nawet
                  znakomity lwowiak i znakomity malarz. Zygmunt Menkes, nie mógł mi go przypomnieć.

                  III

                  Starsi ludzie oraz geografowie utrzymują, co prawda, że Lwów leży nad rzeczką
                  Pełtwią. Ale kto ją widział? Ja i moje pokolenie już jej nie oglądało, co
                  najwyżej wąchało. W paru bowiem miejscach północne
            • Gość: Agnieszka M Re: Wątyk typowu przymyski IP: *.ptvk.pl 26.02.07, 23:45
              Ta Kiju szac chłopaka był i batiar ugromny. Ta daj nam Boży takich wielu
              jeszczy. Trza by si tym zainteresowac bo pomyślunek dobry a mogliby my po tyj
              ulicy hulać i wspominac naszygo Kijunia. dobry Nocy wszystkim batiarom
              • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 27.02.07, 00:50
                Nu aj lwowiacy z gwara si odezwali, du boju moi mili,zainteresuje sie tym i
                dobry pomyslunek poczynie cu poczac tu dalsze, a batiary ugromne nam wspumnic i
                hulac racza :))
                • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 27.02.07, 01:01
                  Starsi ludzie oraz geografowie utrzymują, co prawda, że Lwów leży nad rzeczką
                  Pełtwią. Ale kto ją widział? Ja i moje pokolenie już jej nie oglądało, co
                  najwyżej wąchało. W paru bowiem miejscach północne

                  ta rzeczka obecnie plynie pod Lwowem, miedzy innymi dokladnie pod NAJBARDZIEJ
                  ZNANYM TEATREM LWOWSKIM
                  www.lwow.com.pl/teatrwielki.html
                  • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 27.02.07, 01:12
                    proponuje wejsc na ta stronke i osobiscie sie przekonac kto mieszkal we Lwowie i
                    kto ten wspanialy teatr budowal:)mam zdjecia z teatru i ze spektakli z 2003r.
                    ale troche to potrwa jak wam pokaze:(, bo sa w Polsce a ja... troszke
                    zabladzilem w swiecie:))))
                    • wook1 Re: Wątyk typowu przymyski 27.02.07, 01:52
                      opis ktory przeczytaliscie jest odzwierciedleniem rzeczywistosci,proponuje tam
                      sie wybrac,naprawde za niewielkie pieniadze i to przezyc na wlasnej
                      skurze,oplaci sie ,wrazenia niesamowite,polecam !!! :))
    • Gość: Agnieszka M Re: Wątyk typowu przymyski IP: *.ptvk.pl 01.03.07, 14:06
      Taki fajny klimat był na tyj strunce, kużdyn chyba to przyzna. A tu nagli cisza
      jak w kosciole. Ta bałakajci cusik bo mi smutyk wielki.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka