tawnyroberts
03.04.08, 12:44
Spokojnie, chodzi tu o zdarzenie z II wojny światowej,
zresztą "Liberatory" od dawna już nie latają.
2 grudnia 1944 roku w okolicach Sufczyny rozbił się amerykański
bombowiec B-24 "Liberator". Jedenastoosobowa załoga zdążyła się
wcześniej ewakuować w pobliżu Ulucza oraz Birczy i Korzeńca.
Dziesięciu pilotów przeżyło katastrofę, jedenasty zaginął gdzieś na
Pogórzu Dynowskim. Skąd się tam wziął w tym czasie amerykański
samolot i jakie były losy ostatniego pilota - tego się można
dowiedzieć z artykułu Mariusza Godosa w "Życiu Podkarpackim".
www.zycie.pl/informacje.php?region=Dyn%F3w&nr=561&page=1
"Gdzie jesteś, Józefie Gorczyco?"
DĄBRÓWKA STARZEŃSKA (gm. Dynów): Historia zaginionego w 1944 roku
amerykańskiego lotnika polskiego pochodzenia, którego losy do tej
pory były nieznane.
Przez dziesiątki lat nikt o niego nie pytał. Pamięć o nim była
jednak skrzętnie przechowywana przez kilku mieszkańców Dąbrówki
Starzeńskiej. W styczniu br. do drzwi starego, drewnianego domku
jednego z nich – Jana Hniłki – zapukało pięciu mężczyzn i kobieta.
Przyjechali specjalnie z Waszyngtonu! Trafili na dobry trop, pan Jan
jest jedną z dwóch osób, która dokładnie wie, gdzie spoczywają
szczątki jedenastego (jedynego, który nie ocalał) pilota
amerykańskiego samolotu bojowego B-24 „Ditney Hill” – porucznika
Josepha Gorczycy.
Było to nad górą Czerteż w okolicach miejscowości Ulucz (powiat
brzozowski) 2 grudnia 1944 r. Z zachodu od strony Mrzygłodu i Dydni
leciał olbrzymi srebrny samolot. Wyglądał jakby był uszkodzony,
widać było, że z dwóch silników wydobywa się dym. Na wysokości około
100 m nad ziemią wyskoczyło z niego sześciu lotników. Skakali w
rozproszeniu. Dwóch z nich było bez kombinezonów. Potem, nad
Korzeńcem i Birczą, wyskoczyło pięciu kolejnych. Ludzie z Huty
Brzuskiej powybiegali z domów, bojąc się, że potężny, nisko lecący
samolot spadnie im na głowy. Ale on skręcił w okolice Sufczyny,
obniżył lot jeszcze bardziej i zaczepił o wysoką sosnę. Spadł w
dolinę potoku. Słychać było olbrzymi huk, uniosła się duża chmura
dymu, ale nie było pożaru. Resztki maszyny porozrzucane były po
okolicznym terenie. Miejscowa ludność wyzbierała je, by przetopić na
metal. W jednych z prywatnych zbiorów do dzisiaj znajduje się forma
do wypieku wielkanocnego baranka, zrobiona właśnie z tego samolotu.
*Ostatni z „Ditney Hill”*
To był amerykański samolot bombowy typu B-24 „Liberator”. Przez
wiele lat bez odpowiedzi pozostawało pytanie, skąd na Podkarpaciu
wziął się amerykański samolot, skoro tutaj jednostki ze Stanów
Zjednoczonych nie operowały. Na tym terenie dominowały oddziały
Armii Czerwonej. Amerykanie i Rosjanie byli wówczas sojusznikami.
15. Powietrzna Armia Stanów Zjednoczonych prowadziła ze swoich baz w
okolicach włoskiej Foggii regularne operacje bombowe przeciwko
niemieckim celom położonym na Śląsku. Tam znajdowały się rafinerie
paliwowe produkujące syntetyczne paliwa. Niepisane porozumienie
między wspomnianymi sojusznikami mówiło, że uszkodzone podczas
bombardowań samoloty, które nie mogły wrócić przez Tatry do Włoch,
powinny kierować się na wschód. Jednym z nich był „Ditney Hill”, na
pokładzie którego znajdowało się 11 lotników. Drugim pilotem był
porucznik Joseph Gorczyca. Polak spod Kielc, którego rodzice w
latach 20. ubiegłego wieku wyemigrowali do USA. Uratowało się 10 z
nich. Przewiezieni zostali do Połtawy, a stamtąd do Włoch.
Jedenasty – 23-letni porucznik J. Gorczyca – zaginął w rejonie
Pogórza Dynowskiego, między Borownicą, Jawornikiem Ruskim, a
Dąbrówką Starzeńską.
*Jedna ekshumacja już była*
Sprawę zaginięcia J. Gorczycy rozwikłał dr Andrzej Olejko z
Uniwersytetu Rzeszowskiego. To on doprowadził prywatne śledztwo do
parku dworskiego w Dąbrówce Starzeńskiej. Również dzięki niemu 22
listopada 2000 r. na terenie parku przeprowadzono ekshumację pod
kierownictwem prokurator z rzeszowskiego oddziału IPN. Jednak ze
względu na zmiany w drzewostanie, świadkowie nie wskazali właściwego
miejsca pochówku lotnika. Być może dlatego, że zaprosili nie tego
świadka co trzeba...
Całą historię znakomicie pamięta mieszkaniec Dąbrówki Starzeńskiej
Jan Hniłka. Pamięta, bo widział na własne oczy J. Gorczycę! – Miałem
wówczas 8 lat. W naszym domu stacjonowali Rosjanie. Mieli tutaj
radiostację i swoją kancelarię. Pamiętam jak dziś, kiedy zerwali się
na równe nogi, widząc dymiący samolot nad naszymi głowami. Wsiedli
na konie i gdzieś pognali. Potem dowiedziałem się, że maszyna
rozbiła się pod Sufczyną. To nie tak daleko od nas. Będzie jakieś 20
kilometrów. Przywieźli tutaj jakiegoś młodzieńca w skórzanej kurtce.
Nie mówił ani po polsku, ani po rusku. Tylko po angielsku. No to
posłali po krewną mojego ojca, która była przez kilka lat w Stanach.
Ale babka Rolińska nie dogadała się z nim. W końcu wzięli go do
dworu, gdzie był ich sztab. Przebywał tam z pięć dni. Szóstego dnia
Rosjanie musieli jednak wyruszyć na front. Jak sami między sobą
mówili – nie chcieli mieć piątego koła u wozu, więc wyprowadzili go
do parku, rozebrali i rozstrzelali. Zastrzeliła go jakaś rosyjska
oficerka. Straszna franca, urodę miała Tatarki, na koniu bardzo
sprawnie jeździła. Potem kazali braciom Wilczyńskim wykopać dół i go
pogrzebać – wspomina pan Jan.
*Delegacja z Waszyngtonu*
Po wojnie przez wiele lat nikt por. J. Gorczycy nie szukał. – Po raz
pierwszy ten temat poruszyła moja kuzynka Krysia Dżułowa, kiedy była
burmistrzem Dynowa. Gdzieś na przełomie wieków. Ale pomylili
Hniłków. Prosili o wskazanie miejsca ojca mojej stryjenki. Ale on
nic o tym nie wiedział, bo go tu nie było wtedy. Dopiero po kilku
latach zwrócili się do mnie. Pokazałem im. No, nie konkretne
miejsce, że to tu. Park został zdewastowany, zarośnięty. Potrafię
zlokalizować w kwadracie dziesięć metrów na dziesięć metrów. Na
pewno tutaj leży, bo nikt go nie wygrzebał – zapewnia pan Jan,
pokazując to miejsce. Miejsce, gdzie po raz pierwszy szukano
szczątków J. Gorczycy, znajduje się w zupełnie innym punkcie parku.
W styczniu br. do pana Jana przyjechali przedstawiciele
Stowarzyszenia Lotników 460. Grupy Bombowej 15. Armii Powietrznej
Stanów Zjednoczonych, którzy zajmują się poszukiwaniami zaginionych
podczas II wojny światowej amerykańskich lotników. – Byli już drugi
raz. Wypytali mnie o wszystko. Powiedziałem, co wiedziałem. Byli
zadowoleni, bo potwierdziłem to wszystko, co o młodym Gorczycy
wiedzieli. Przyjadą tutaj po raz trzeci. Prawdopodobnie w lipcu.
Przyjadą po swojego lotnika – kończy opowieść Jan Hniłka.