Dodaj do ulubionych

mam problem....

12.05.05, 14:03
Czy smierc Waszych Dzieci wplynela negatywnie na Wasz zwiazek.Ja mam takie
wrazenie,ze mimi ze moj Maz jest przy mnie i wspiera ja jestem taka jaka
jestem i nasz zwiazek sie rozpoda.On sie stara,pociesza mnie a ja wciaz
jestem smutna,nic mnie nie cieszy,wciaz jestem zla,mowie ze nie chce zyc (na
co On odpowiada,ze go pewnie nie kocham bo wtedy chcialabym zyc dla Niego).Co
robic...Jak sobie z tym poradzic,zeby nie stracic tez Jego?ylyscie w podobnej
sytuacji....?????
Obserwuj wątek
    • ewamonika1 Re: mam problem.... 12.05.05, 14:23
      był już kiedyś taki wątek, pewnie pora go odświeżyć:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16556&w=14236676&a=14236676
      e.
    • ela2225 Re: mam problem.... 12.05.05, 14:39
      w podobnej to chyba nie ale mój mąż ale czasami rozmawiamy o tym że wcale nie
      jest lepiej wręcz przeciwnie jest codzień gorzej ion twierdzi to samo nawet
      miałam wrażenie że po śmierciPawełka to on bardziej płakał i było mi mi z tym
      żle przynajmniej narazie wiem że czujemy podobnie spróbuj zrozumieć swojego
      męża może on też cierpi tylko w ciszy i tego nie okazuje mój jest ze mną raz w
      tygodniu na cmentarzu
      • agusia514 Re: mam problem.... 12.05.05, 14:42
        Wiem,ze cierpi.Rzadko chodzi ze mna na cmentarz,bo mowi ze go to przerasta a
        bol wedy jest jeszcze silniejszy.On sie stara,gospodaruje Nma czas,wyciaga mnie
        na spacery,do kina a ja mam wrazenie ze robie to jak zaprogramowany
        komputer,ktory nie wiaze z tym zadnych emocji.Najlepiej zamknelabym sie w domu
        i plakala....
        • misiunia99 Re: mam problem.... 12.05.05, 15:26
          Mój związek prawie się rozpadł po śmierci synka. Właściwie sama jestem
          zdziwiona, że tak się nie stało. Ja byłam nie do życia, wiecznie smutna, na
          każdym kroku powtarzałam, że życie sensu nie ma i mieć już nie będzie, nie
          chciałam wychodzić, spotykac się z kimkolwiek, a mężowi zarzucałam, ze on tak
          nie cierpi jak ja, że się usmiecha, że nic nie czuje, że nic go to nie obeszło,
          że... Sama nie wiem, jak to przetrwaliśmy. W sumie ja chciałam rozstania i on
          też chciał w pewnym momencie, ale... jesteśmy nadal razem i już jest dobrze.
          • agusia514 Re: mam problem.... 12.05.05, 15:29
            Czytam, czytam i jakbym czytala o sobie.W niedziele,mialam spakowane walizki i
            chcialam wracac do domu...czasami juz mylse,ze sie nie uda....
            • misiunia99 Re: mam problem.... 12.05.05, 15:49
              Mój mąż pakował się nie raz. Sam z siebie lub dlatego, że ja go wyrzucałam.
              Padały miedzy nami straszne słowa, sama się wstydze, ze w ogóle przechodziły mi
              przez gardło. Wigilia była straszna. Sylwester był straszny. 1 stycznia
              chciałam popełnić samobójstwo. Czekałam tylko aż on w końcu wyjdzie. Mimo
              strasznej awantury nie wiedzieć czemu - został. Siedział w drugim pokoju, ale
              był. Jak ja go nienawidziłam wtedy. Teraz wiem, ze uratował mi życie. On o tym
              nie wie...
              Ja nie myślałam, ze się nie uda, ja byłam PEWNA, że nasze rozstanie jest tylko
              kwestią czasu. A jednak powoli zaczęło się układać. Ja dostrzegłam, ze on też
              cierpi i to nawet podwójnie: raz, bo TEŻ stracił dziecko, dwa, bo cierpię ja, a
              on nie umie mi pomóc. Nie dostrzegałam tego, bo u mężczyzn tego nie widać, ja
              dopiero teraz to wiem. Dopiero po jakimś czasie przypomniałam sobie, jak się
              zachowywał w szpitalu, jak wspaniale się zachowywał, jak płakał na pogrzebie,
              jak zdejmował maskę dopiero przed naszymi wspólnymi znajomymi (od nich wiem, że
              też cierpiał), bo dla mnie chciał byc silny i pogodny... A ja go wtedy
              nienawidziłam. W naszym przypadku potrzebny był czas. Teraz wierzę, ze nasz
              synek bardzo by nie chciał, abyśmy się rozstali, że teraz usmiecha się do nas
              ze swojej chmurki, szczęśliwy, że my znów sie kochamy. Pewnie głupio to brzmi,
              ale ja w to wierzę.
              • wustyle Re: mam problem.... 12.05.05, 17:33
                ciezka sprawa moje Panie
                prawdobodobnie moj glos bedzie jednym z wyjatkow
                otoz po smierci naszej coreczki zblizylismy sie z zona jeszcze bardziej
                duzo rozmow, placzu, smutku i przytulania w spazmatycznym szlochu potwierdzilo,
                ze nic nie jest w stanie zlamac naszej milosci

                bardzo chcialbym zyczyc Wam tego samego
              • agusia514 Re: mam problem.... 13.05.05, 13:58
                O Boze to moej zycie...Tak to wlasnie wyglada...Wczoraj byl kryzys...Nawet
                wielki...Ale ciagle wierze,ze sie uda...Ciagle wierze...Dzieki Twojej
                odpowiedzi wiem,ze nie tylko ja tak reaguje i nie jestem jakas nenormalna.Mam
                nadzieje,ze i umni zaswieci kiedys slonce...Dzieki za podniesienie mnie na
                duchu....Naprawde dzieki....
                • wustyle Re: mam problem.... 13.05.05, 14:18
                  musi sie udac
              • agusia514 Re: mam problem.... 13.05.05, 15:19
                O Boze to moej zycie...Tak to wlasnie wyglada...Wczoraj byl kryzys...Nawet
                wielki...Ale ciagle wierze,ze sie uda...Ciagle wierze...Dzieki Twojej
                odpowiedzi wiem,ze nie tylko ja tak reaguje i nie jestem jakas nenormalna.Mam
                nadzieje,ze i umni zaswieci kiedys slonce...Dzieki za podniesienie mnie na
                duchu....Naprawde dzieki....
    • fibo1 Re: mam problem.... 13.05.05, 02:48
      Przed wypadkiem, przed śmiercią Marty, w naszym związku układało się
      przeciętnie. Przyzwoicie, ale bez wielkich nadziei na polepszenie. Jakoś tak się
      poszarpaliśmy we wzajemnych oczekiwaniach, że już chyba straciliśmy nadzieję na
      głębokie i pełne porozumienie. Przynajmniej ja straciłem. Ale byliśmy tzw. "
      porządnym małżeństwem" z dwójką dzieci. Pełnia szczęścia i sens życia to były
      moje relacje ze starszą córką.
      Po jej odejściu mój świat runął z trzaskiem i siedząc niemo na jego gruzach
      czułem jak w środku umieram wraz z nią. Zupełnie nie było we mnie miejsca na
      przejmowanie się tym, czy ktoś jeszcze cierpi ze mną, co sobie myślą ludzie,
      jakie miny robi żona, czy ktokolwiek mnie rozumie, czy ktoś jeszcze cierpi i jak
      to wyraża, co na to rodzina etc. Na cmentarzu spędzałem długie godziny
      codziennie i tylko tam czułem się na miejscu. Tylko tam normalnie oddychałem,
      blisko mojej córci.
      Ten stan trwał długo bardzo. Warczałem na wszystkich i mieszkałem na strychu,
      żeby nikogo nie oglądać. Dla drugiego dziecka robiłem tylko wyjątek, ale też bez
      zaangażowania. Odpuściłem wszystko i wyłem do księżyca. Żyłem w innym świecie.
      Zupełnie nie interesowało mnie cokolwiek, hierarchia wartości rozsypała się w pył.
      Moja "niezaradna" żona w cudowny jakiś sposób wzięła na siebie dowodzenie domem.
      Chyba miała pewność, że dotychczasowy kierownik wycieczki się zepsuł z kretesem.
      I zaczęła robić to wszystko, co ja przez poprzednie lata. Jak na to znajdowała
      siłe sama cierpiąc straszliwie? Sam nie wiem... Teraz twierdzi, że zafundowałem
      jej terapię zajęciową a sobie celę klasztorną.
      Po dobrym roku nastąpił taki poranek, w którym ze zdumieniem zauważyłem deszcz
      za oknem, porę roku z grubsza, porządek w domu i dziecko układające klocki. I
      moją towarzyszkę życia w żałobie, z siwizną na skroniach i ścierką w dłoni.
      Odkurzała kuchnię. Zauważyłem również, że herbata już była dla mnie przygotowana
      jak zwykle, a ona miała ślady łez jak zwykle. A ja miałem popiół w sercu. Ale
      ponieważ to był inny dzień, więc bez emocji skonstatowałem tylko w myślach:
      kurczę, to jest ta kobieta. To nie cienias, to mama mojej Marty. Moja żona,
      dzielna, odważna i twarda. A może by tak zmyć podłogę?
      Od tego dnia już cierpieliśmy razem, już znowu zaczęliśmy działać jako rodzina.
      Małżeństwo się scementowało, zwarliśmy szyki, jesteśmy bardzo dorośli, poważni,
      raczej smutni, ale i kochający się mocno. W dalszym ciągu nieczęsto rozmawiamy o
      Marcie, każde z nas ją kocha po swojemu w swojej duszy, ale mam absolutną
      pewność- tak żywą jak i umarłą kochamy ją najmocniej jak potrafimy. Przecież
      zawsze tak było. Może paradoksalnie to kompletne oddalenie i izolacja psychiczna
      pozwoliły nam nie mieć wzajemnych oczekiwań, pretensji o niezrozumienie,
      histerii i oskarżeń? Nie wiem, nie wiem.
      Moje doświadczenie jest , jak myślę, skrajnie niedydaktyczne i bez morału. Nic z
      niego chyba nie wynika dla innych. Poza tym ja jestem facet i chyba inaczej
      reagowałem na to co się stało. Więc jeśli admin mnie wytnie, to nie będę miał
      pretensji- sam się długo zastanawiałem, czy wysłać ten post.
      • alina30 Re: mam problem.... 13.05.05, 14:15
        Przejmujące to i bardzo smutne, ale ja Ci Fibo poniekąd zazdroszcze, że miałeś
        ten czas żałoby tylko dla siebie. Wiem, że to egoistyczne, ale ja nieustająco
        duszę w sobie potrzebę czasowego wyalienowania, bardzo chciałabym móc
        zamieszkać na jakimś strychu...
        ściskam cie mocno
        • fibo1 Re: mam problem....(do aliny30) 13.05.05, 19:00
          Alinko droga!
          Problem chyba w tym, że ja wcale nie chciałem zamieszkać na strychu, doprowadzić
          firmy do upadku, czy pozostawić remontu domu w stanie pełnego rozgrzebania na
          kilka lat... Nie myślałem w kategoriach "lepiej byłoby", "chciałbym", "ulży mi
          trochę jeśli" itp. Po prostu tylko to mogłem zrobić. To nie był wybór,
          przemyślana opcja, oczekiwanie. Myślę, że gdyby ktokolwiek usiłował naciskać, to
          bym sobie poszedł w inny kąt, bo nie mogłem inaczej. Jeśli to przymus, to po
          prostu robisz co musisz. Nie ma opcji.
          Często czytając posty ludzi rozważające różne zachowania i reakcje, oczekiwania
          i niespełnienia, wyobrażenia o swoim lub cudzym zachowaniu i reakcjach na nie -
          widzę, że miałem wielką łatwość jednak. Nie było alternatyw. Musiałem żyć jak w
          ciasnej rurze, więc żyłem niezależnie od innych. I od siebie trochę też. Jeśli
          naprawdę czegoś nie chciałem i nie mogłem, to koniec tematu. To tak jakby ktoś
          usilnie mnie prosił, żebym zaczął fruwać. Nie da się pomimo próśb. I nie ma
          rozterek. Wcale nie jestem z siebie dumny, musiałem bliskich nieźle nastraszyć,
          ale ten zapis choroby to nie świadome wycofanie się w celu przeżycia żałoby.
          Życzę Ci Twojego strychu jeśli go potrzebujesz z całego serca. Tylko
          jaśniejszego i mniej porażającego niż mój. Terapeutycznego poddasza a nie
          mrocznej trumny bez powietrza.
          Chodź z drugiej strony jak historia poucza i z mojego można kiedyś wyleźć na
          światło. Tyle, że na to też nie mamy wpływu- kiedy i do kogo...
          Pozdrawiam bardzo serdecznie, życzenia najcieplejsze
    • sylwusia77 Re: mam problem.... 13.05.05, 21:05
      nie wiem co ci poradzic...ale ja sie zachowuję podobnie i mysle ze moj zwiazek
      sie rozpada,minęło 2,5 miesiaca od smierci naszego synka a my nawet nie umiemy
      ze soba o tym rozmawiac,zyjemy jakby sie nic nie stało (ja rozpaczam w ukryciu,
      a mąz nawet nie umie mnie przytulic,a tak bym tego potrzebowała)Jakbym bardzo
      chciała aby moj maż wspierał mnie i umiał ze mna rozmawiac.Doceń wiec to ze maz
      jest przy Tobie...
    • igga-81 Re: mam problem.... 14.05.05, 09:32
      mój się rozpadł, zabrakło zainteresowania z mojej strony sprawami codziennymi
      (obiad, sprzątanie...) i z jego strony - zainteresowania mną. Ale to nie jest
      reguła, trafiłam na nieodpowiednia osobę, która mnie nie rozumiała poprostu.
      • wustyle Re: mam problem.... 14.05.05, 10:58
        boze, przeciez po takiej wlasnie tragedii powinno byc calkiem odwrotnie!
        skoro moga nas wszystkich laczyc powodzie, katastrofy, smierc Papieza, to jak powinien wygladac
        zwiazek po smierci najukochanszej nam osoby?

        mezczyzni to tchorze

        niektorzy z nich sa tak egoistyczni, ze dramat smierci dziecka potrafia wykorzystac aby umiejetnie
        wyslizgac sie ze zwiazku, ktory byc moze kiedys chcieli juz opuscic
        nadarza sie swietna okazja, no bo: zmarlo mi dziecko, jestem zalamany, nie wiem co sie ze mna dzieje,
        musze odejsc...
        a po kilku miesiacach znajduja sobie nowa partnerke, znow sie smieja, bawia itd

        juz kilka razy przepraszalem za cala meska rase tutaj

        znowu musze...
    • sylwusia77 Re: mam problem.... 14.05.05, 12:19
      (w odpowiedzi) czytałam wcześniej twój post, tylko że Twój mąż się stara być
      przy Tobie, pociesza itp, a mój nie!nie robi nic zeby mi było lepiej,a tak
      bardzo bym tego potrzebowała

      sylwusia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka