Dodaj do ulubionych

...i Krystyna Kurczab-Redlich

13.02.05, 11:03
WOBEC AUSCHWITZ

Ludobójstwo i oklaski

Ból nie przechodzi. Zakorzeniony od dawna ból oświęcimskiej śmierci, która
dosięgła także mojej rodziny. I ból śmierci, którą oglądałam nieraz na własne
oczy, nie tak dawno, nie tak daleko stąd. Historia niczego nie uczy,
niesprawiedliwość dziejowa jest normą, a odstępstwa od niej rzadkie.

Świat - nieodmiennie głuchy i ślepy - pławi się w grzechu zaniechania pomocy
tak długo, jak to możliwe. Wiedział i wie o mordowaniu całych narodów - i
milczy. Pochylające się w styczniu w Auschwitz-Birkenau głowy prezydentów i
królów wyrażały nierzadko - miejmy nadzieję - prośbę o przebaczenie za
bezczynność. O koszmarach obozów koncentracyjnych wiedzieli politycy Anglii,
Francji czy USA i nie reagowali. Wiedzieli też o łagrach sowieckich - i nie
reagowali. Wiedzieli o masakrze milionów w Kambodży - i milczeli. Dziś dusze
zakatowanych tam ludzi zazdroszczą zakatowanym Żydom świec, pieśni i
powszechnego współczucia.

Patrząc pod Groznym na zwłoki dwóch mężczyzn i jednej kobiety uduszonych
szczelnie zawiązanymi workami nylonowymi nadzianymi im na głowy, nie mogłam
pozbyć się natarczywego, niemądrego pytania: czy łatwiej dusić się w łaźni z
cyklonem B, czy w worku nylonowym? Bardzo wielu Czeczenów uduszono takimi
workami. I czy dół wypełniony wodą z odchodami albo gaszonym wapnem, w którym
trzyma się Czeczenów, wytrzymuje porównanie z lodowatą oświęcimską celą
napełnioną wodą? Dlaczego łamanie kości dzisiaj jest mniej ważne od łamania
kości wczoraj? I czy uśmiercenie 150 - 200 tysięcy obywateli z
półtoramilionowego narodu jest ludobójstwem, czy też brakuje jeszcze paru
tysięcy do statystyki?

Kiedy Hitlera przyjmowano w salonach Europy, a George Bernard Shaw zachwycał
się inteligencją Stalina - nikt nie słyszał o tym, że Hitler i Stalin
zamierzają budować fabryki śmierci. Zło było jednak dostrzegalne, choć w
zalążku. Dlaczego dzisiaj znowu politycy udają głuchych i ślepych, podczas
gdy cierpienia w czeczeńskich "obozach filtracyjnych" niczym nie ustępują
cierpieniom Auschwitz? Uroczystości w Auschwitz potwierdziły banał, że nawet
w kolejce do Ostateczności są "równi i równiejsi", a torturowani dzisiaj
muszą poczekać na przeprosiny świata jakieś pół wieku.

Prezenter rosyjskiej stacji państwowej RTR, komentując obchody rocznicowe w
Auschwitz, mówi: - Nawet po stu latach nie uda się odpowiedzieć na pytanie,
jak jedni ludzie mogli coś takiego robić z innymi ludźmi. Mówi to spokojnie,
bo wie, że żadna z koronowanych i prezydenckich głów nie zwróci się z
podobnym pytaniem do gospodarza Kremla. Ból się zaostrza, gdy prezydent Putin
przekonująco mówi: - Niedawno kanclerz Niemiec powiedział, że mu wstyd za
przeszłość. Ja go rozumiem. Ale to przeszłość.

Świat długo odrzucał prawdę o niemieckich obozach koncentracyjnych, bo była
zbyt straszliwa dla normalnego umysłu. Do dziś są tacy, którzy nie mogą
uwierzyć. Ale Auschwitz jest dowodem. Dowodem, przed którym skłaniają dziś
głowy prezydenci i królowie. Czeczeni nie dostarczą takiego dowodu: nie ma
czeczeńskiego Oświęcimia; miejsca tortur tożsame są z rozmieszczeniem
rosyjskich jednostek wojskowych. A każdy Czeczen w każdej chwili może mieć
swój Auschwitz: 13-letni Rasuł Muschadżijew 21 sierpnia 2003 r. płonął jak
pochodnia po strzale wymierzonym przez rosyjskiego żołnierza w bak motocykla,
w którego koszu siedział. Zwozili z dziadkiem siano z pola. Czeczeni nie
dostarczą dowodu, bo nie mają komu: żaden polityk światowego znaczenia, który
naprawdę chciałby bodaj odkopać rowy z setkami trupów, do Czeczenii nie
przeniknie. Wjazd wzbroniony. Długoletni przewodniczący Komisji do spraw
Czeczenii w Parlamencie Europejskim lord Jadd, który głośno powiedział Rosji:
nie! - zdesperowany osamotnieniem, podał się do dymisji. I zostawił puste
pole harcownikom politycznie poprawnych batalii.

Jeśli więc nie ma dowodów zbrodni, spokojnie odrzuca się i fakty, nazywając
je pomówieniami. Bo cóż z tego, że pokażę straszliwie poparzonego Rasuła,
który przebywa w jednym z domów dla uchodźców w Warszawie, jeśli amatorzy
nieskalanej pamięci wzruszą ramionami, mówiąc, że chłopak sam się gdzieś
wpakował w ogień? Ci, którzy gromko oklaskiwali prezydenta Putina w Teatrze
Słowackiego, nie chcą faktów, nie chcą zaśmiecać sobie pamięci. Klaszczący
nie chcą pamięci, z którą porządny człowiek powinien coś zrobić, bo pamięć
staje się sumieniem. Uspokaja ich kremlowska propaganda, tak zręczna, że
można jej wierzyć. I nie weryfikować faktów, które zaciążyłyby na ich pamięci
ołowiem sumienia. I przekazywać naszej globalnej wiosce dokładne kopie
informacji Itar-Tass, nie dopuszczając do głosu drugiej strony. Jest OK: w
świecie bez pamięci kłamstwo jest bezkarne. Możemy klaskać.

Tak więc głównodowodzący, ten, z czyjego rozkazu posyłane są do Czeczenii od
lat, jeden za drugim, najokrutniejsze oddziały specnazu, może do nas mówić
godnie i spokojnie: - Musimy pamiętać okrutne lekcje przeszłości, musimy znać
ich przyczyny i zrobić wszystko, żeby niczego podobnego nie powtórzyć. I
królowie, królowe oraz prezydenci i premierzy składali ręce do oklasków.

Mniej więcej w tym czasie na zimnym i zaśnieżonym Rynku krakowskim policja
przez trzy godziny blokowała ścisłym okrążeniem ponadstuosobową grupę
młodych, protestujących przeciw obecności prezydenta Putina na
uroczystościach w Auschwitz. Na ich transparentach napis: "Putin, morderca
Kaukazu", itp. Biedni młodzi: zajęli się kwadraturą koła. Bo głównodowodzący
armii państwa wyzwoliciela zdecydowanie ma prawo do uczestnictwa w święcie
upamiętniającym to wydarzenie. A "kat Kaukazu" takiego prawa nie ma.
Zdecydowali się jednak na protest, dając pierwszeństwo swemu sumieniu
dzisiaj, odsuwając na dalszy plan cudze rozprawy z sumieniem wczorajszym.
Dostali za to po łbie, dosłownie i w przenośni. Wielu aresztowano, m.in. "za
obrazę głowy państwa".

Wielka Rocznica minęła, emocje przeszły w stan spoczynku. Zwolennicy
nieskalanej pamięci będą nadal odrzucać fakty, o których krzyczą zwolennicy
czystego sumienia. Pierwsi mają do dyspozycji najznamienitsze trybuny świata,
drudzy - ulotki, plakaty i policję za plecami. Ale dzięki nim ból jest
mniejszy.

Gdy patrzyłam na obwieszony orderami aż po pas mundur radzieckiego oficera,
który pierwszy uchylił oświęcimską bramę, jego twarz była mi sympatyczna,
ordery - mniej. Między tymi orderami a policją demokratycznej Polski
rozpędzającą najzupełniej pokojową manifestację przędzie się ciągle jeszcze
nierozerwana nić.

Najnieszczęśliwsi dzisiaj mogą poczekać. Za jakieś 60 lat historia sobie o
nich przypomni. I zaklaszcze.

KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH

www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_050212/plus_minus_a_8.html
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka