kontrkultura
22.02.05, 17:32
Mnie tam najbardziej przerażają te zapewnienia Iwanowa i jak dla mnie to
trudno zrozumiałe zapotrzebowanie na milionową armię.
======
200 gram w rocznicę klęski
Wacław Radziwinowicz, Moskwa 22-02-2005, ostatnia aktualizacja 22-02-2005
16:57
Rosjanie obchodzą dziś [ jutro - adm. ] najbardziej chyba na świecie
paradoksalne święto. Cały kraj, nawet matki, które za wszelką cenę bronią
swych synów od służby w armii, kupują swoim chłopcom prezenty w rocznicę
klęski w bitwie, którą jeszcze Stalin, fałszując historię, kazał uznać za
zwycięstwo
Tatiana B. zadzwoniła do mnie z samego rana. Rozgorączkowana od razu
przystąpiła do rzeczy. - Ty zawsze rano chodzisz do kiosku po gazety. Czy w
twojej okolicy mają pocztówki, bo u mnie ich nie ma? A co ja wyślę Andriejowi
na jego święto? Nie dbają o was, chłopaków - pożaliła się.
Pocztówka z czołgiem
Pocieszyłem ją, że w moim kiosku widziałem kartki i z myśliwcami, i z
rakietami. I nawet takie ogromne z rozpędzonym czołgiem podnoszącym za sobą
chmury kurzu na górskiej, kaukaskiej chyba drodze.
- Świetnie, kupię mu taką z czołgiem - zapaliła się.
Przypomniałem jej nieśmiało, że dwa lata temu rozdała z siedem tysięcy
dolarów łapówek, byle tylko wybronić syna przed wysłaniem w góry Czeczenii w
takim właśnie malowniczym czołgu.
- Nie puściłam go do armii, ale życzenia mu złożę. Jedno z drugim nie ma nic
wspólnego. Wy, Poliaki i Bałtijcy, ciągle się nas czepiacie - natarła na mnie.
Ale czepiać się jest o co. Już we wtorek w Rosji był tak zwany krótki dzień,
co znaczy, że personel firm w całym kraju około godz. 13 przystąpił do
zakąszania. Kobiety zaczęły składać życzenia nieznajomym nawet mężczyznom "w
związku ze zbliżającym się świętem". A wszystko to z okazji tego, co
oficjalnie zgodnie z ustawą o dniach chwały wojennej nazywa się "dniem
zwycięstwa Armii Czerwonej nad Niemcami kajzerowskimi (1918 rok) - dniem
obrońcy ojczyzny".
Nieudany chrzest bojowy
Historycy już od kilku lat nie spierają się o to, co zaszło 23 lutego 1918
roku na froncie bolszewicko-niemieckim. Doszli do wniosku, że akurat tego
dnia - nic. Dopiero dwa dni później oddziały Robotniczo-Chłopskiej Armii
Czerwonej poszły w bój pod Narwą i Pskowem. Chrzest bojowy armii nazywanej
potem "niezwyciężoną", skończył się jednak porażką - Niemcy przerwali front,
zajęli Psków. Wódz bolszewików Władimir Lenin napisał wtedy w "Prawdzie",
że "wojska w ogóle nie chciały się bić". Klęska była na tyle dotkliwa, że
dowodzącego wtedy pod Narwą Pawła Dydienkę aresztowano i postawiono przed
sądem.
Jakoś się wtedy wywinął i nawet robił potem niezłą karierę w armii robotniczo-
chłopskiej. Przerwał ją dopiero w 1937 roku Stalin, który w rozpoczynającej
się wtedy wielkiej czystce zlikwidował Dydienkę tak samo jak setki innych
dowódców swoich sił zbrojnych.
Ten sam Stalin zapewnił jednak komisarzowi Dydience i jego frontowym wyczynom
nieśmiertelność. W swym "Krótkim kursie WKP(b)", który pełnił funkcję biblii
bolszewików, w roku 1938 napisał, że pod Pskowem i Narwą "postawiono
zdecydowany opór niemieckim okupantom. Ich marsz na Piotrograd był
zatrzymany. 23 lutego, dzień powstrzymania wojsk niemieckiego imperializmu
stał się dniem urodzin młodej Armii Czerwonej".
Słowo Stalina na zawsze
Po słowach Stalina historycy już nie przypominali, że decyzję o powołaniu
Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej Rada Komisarzy Ludowych podjęła 28
stycznia 1918 r. Zwracanie uwagi na taki detal byłoby równoznaczne z prośbą o
wyrok śmierci. Komisarzem, który zakładał bolszewickie siły zbrojne, był
przecież Lew Trocki, w stalinowskiej Rosji wróg publiczny nr 1.
Jeszcze kilka lat temu rozmawiałem o sensie obchodzonego 23 lutego święta z
jednym z najbardziej zagorzałych obrońców tradycji radzieckich gen. Albertem
Makaszowem. Przypomniałem, że historycy powszechnie uważają, że to rocznica
nie zwycięstwa, lecz klęski wojsk bolszewickich.
- Stalin uznał, że to było zwycięstwo. Bo było. Wielkie! - wykrzyknął
rozeźlony generał.
Dziesięć lat temu, kiedy w Rosji - jak dziś to się określa - "szalała
demokracja jelcynowska", demokratyczny deputowany Siergiej Juszenkow próbował
namówić swoich kolegów z Dumy, by choć zmienili nazwę święta i wykreślili z
niej słowa "dzień zwycięstwa Armii Czerwonej nad Niemcami kajzerowskimi (1918
rok)". - Świętowanie rocznicy klęski własnej armii to głupota - dowodził
Juszenkow, sam w przeszłości pułkownik Armii Radzieckiej.
Nic jednak nie wskórał. Deputowani przyznali rację nie jemu, lecz Stalinowi,
który raz na zawsze orzekł, że bolszewicy zwyciężyli pod Narwą i Pskowem.
Dziś o prawdę historyczną, której nie obronił zastrzelony dwa lata temu
Juszenkow, próbuje walczyć w parlamencie deputowany Władimir Owsiannikow. Nie
ma szans. Dwa lata temu Putin zrobił podarunek Rosjanom, postanawiając, że 23
lutego ma być dniem wolnym od pracy. Dzisiejsza podporządkowana Kremlowi Duma
w żadnym wypadku nie zechce się zajmować wywodami Owsiannikowa
argumentującego, że Stalin sfałszował historię. Rosjanie dziś oburzają się na
swych sąsiadów z krajów bałtyckich, którzy chcą im zepsuć 60. rocznicę
zwycięstwa nad Hitlerem, grożąc, że nie przyślą swoich prezydentów do Moskwy
9 maja, jeśli Rosja nie potwierdzi prostej prawdy, że po 1945 roku okupowała
swoich sąsiadów. Te emocje na pewno nie pozwolą na to, by parlament rosyjski
zaczął teraz sam rewidować prawdę o historii swego kraju.
Łapanki na uczelniach
A zwykli Rosjanie też nie dadzą odebrać sobie ulubionego święta, które
powszechnie nazywają "dniem mężczyzny". Mieszkańcy wszystkich dużych miast
rosyjskich czekają na wieczorny pokaz sztucznych ogni - wspanialszy nawet od
pierwszomajowego. Wszystkie chyba kobiety kupują prezenty, wysyłają pocztówki
z czołgami, rakietami. Mężczyźni w biurach i fabrykach w przeddzień święta
wypijają obowiązkowe "frontowe sto gram".
Młode dziewczyny składają życzenia swoim chłopakom, "obrońcom ojczyzny",
zapominając, że oni stają na głowie, byle nie dać się zawlec do komisji
wojskowej i pod dźwięki "Pożegnania Słowianki" (nasze "Rozszumiały się
wierzby") nie pomaszerować do koszar, skąd można trafić w góry Czeczenii i
gdzie szaleje "nieustawszczina", czyli powszechna i szczególnie okrutna
rosyjska "fala".
Moja znajoma Tatiana też kupiła swojemu "obrońcy" nie tylko pocztówkę z
czołgiem, lecz także wodę po goleniu i krawat. I nie chce, by jej
przypominać, że dwa lata temu, zanim popłaciła lekarzom wojskowym wszystkie
łapówki niezbędne do uznania Andrieja za niezdolnego do służby, bała się
wypuszczać chłopaka z domu na uczelnię. Bo akurat był pobór do armii (w Rosji
trwa on od 1 kwietnia do 30 czerwca i od 1 października do 31 grudnia) i
wojsko urządziło na uniwersytecie najprawdziwszą brankę. Łapali wszystkich
chłopców w wieku poborowym. Nikogo nie powiadamiając, zabierali ich do
komisji, a stamtąd pod grane przez orkiestry wojskowe "Pożegnanie Słowianki" -
prosto na dworce czy lotniska i dalej do koszar na Kamczatkę, Sachalin czy
pod Kaliningrad.
Patriotyzm przez okrągłą dobę
Obchodzone 23 lutego święto najbardziej cieszy jednak samych wojskowych.
Wczoraj Putin nadał 60 oficerom rangi generalskie (generałów w Rosji jest
dziś 1440).
W tym roku armia dostała też wspaniały prezent - zaczęła pracować należąca do
ministerstwa obrony telewizja "Zwiezda" ("Gwiazda"). - Dziś uruchamiamy nie
tylko nowy nadajnik, nie tylko nowy kanał, dzięki któremu wkrótce dowie się o
nas cały świat. To będzie głęboko państwowo-patriotyczna telewizja. A
patriotyzm trzeba szerzyć przez okrągłą dobę. Głęboko wierzę w to, że nasza
ojczyzna jest najpiękniejsza, najbardziej zwycięska, a nasza historia -
najbardziej bohaterska - powiedział na uroczystości inauguracji "Gwiazdy"
Iwan Kononow, jeden z szefów nowego ka