tuberfit
11.01.10, 23:57
Newsweek 3/2010
(...) Już kiedyś znęcałem się nad partyjnym aparatczykiem PiS-owskim Jackiem
Sobalą. Wygląda to na niską zemstę za to, że kilka lat temu, gdy PiS panował w
radiu, dał mi program na żywo w Jedynce, a potem w wielkiej panice go zabrał.
Gdyby mi wtedy powiedział: boję się o moją karierę, że pan mi zaszkodzi –
tobym mu wybaczył, ale mówił, że sobie nie radzę... Jestem krytyczny wobec
siebie, byłem więc skłonny nawet mu uwierzyć, nie rozumiałem tylko, czemu
Tomasz Sakiewicz, szef PiS-owskiej „Gazety Polskiej”, chociaż dukał i bredził
na antenie, tak świetnie sobie radził. Oświecili mnie szybko ludzie radia, dla
których Sobala był tylko kolejnym namiestnikiem karłowatego imperium.
Moja radiowa kariera skończyła się więc gwałtownie po programie, do którego
zaprosiłem terapeutę i psychiatrę. Mówili o naszych politykach. O ich
psychicznych odchyleniach. Nie wiem, czy mieli na myśli braci K., nazwisk nie
było, ale ilekroć uderzali w stół, odzywały się nożyce, a one, jak wiadomo,
mają dwa bliźniacze ostrza... W gabinecie Sobali stał gęsty papierosowy dym, a
on miotał się w jego oparach. Miałem wrażenie, że zawsze jest w stanie
przedzawałowym. Identyczni byli partyjni aparatczycy, którzy ganiali jak kot z
pęcherzem po tym samym gabinecie w latach 70. I te roztrzęsione, zawsze
spocone dłonie.
Wredne liberalne media właśnie doniosły, że Jacek Sobala wrócił teraz do
radia, by pacyfikować liberalną Trójkę. Powodzenia. To, co zrobili politycy z
publicznymi mediami, jest niebywałym łajdactwem. To próba dobrania się do
świadomości i nieświadomości zbiorowej.