monos_
14.10.02, 01:04
Miałam wczoraj (wątpliwą) przyjemność obejrzeć "spektakl" zatytuowany Krew [
rezyserowany przez Grazynę Kanię].
Totalnie zdesperowana, pełna oczekiwań jakich nabawiłam się czytając różne
zapowiedzi i recenzje dotyczące tego...przedsięwzięcia, wpadłam do kasy
Teatru Polskiego w Poznaniu o godzinie 22:55 [ przedstawienie zaczynało sie o
23:00] błagając o bilet....i w takim euforycznym stanie zasiadłam w kąciku
Malarni. Maleńka wobec tego co ma się za chwilę zdarzyć. Wyposzczona
intelektualnie. Nastawiona na odbiór......i [!]... nie stało się nic.
Kompletnie nic.
"Krew porównywane jest do filmów Quentina tarantiono..." [?!!!]
"Sztuka pełna jest makabrycznego humoru która wywołuje u widzów
konsternację.."[?!!!!!]
No cóż. W tym momencie wracają do mnie pytania, które zadałam sobie na
wstepie.....
Czy ze mną jest aż tak źle? Czy ja nie rozumiem współczesnej sztuki?
Muszę przyznać że:
1. Przedstawinie nie miało żadnej treści [ tak, tak...oczywiście chodziło o
uniwerslaną myśl...że krew wszystkich łączy itp itd etc.]
2. Fabuła przypominała tani serial amerykański z lat 80' "Miami Vice" - na
przykład...,
3. Nie było ani starej dobrej sztuki, ani awangardowego powiewu świeżości,
4. Dialogi były sztuczne, nienaturalne....pseudointelektualne, tendencyjne,
trywialne [ na przykład te dotyczące Sorena Kierkegaarda, czy J-P.
Sartre'a ....
5. ......i co najgorsze trwało to prawie 3 godziny......
Bardzo żałuję że nie miałam okazji przeczytać tego osławionego dramatu na
podstawie którego powstało przedstawienie [ celowo nie nazywam tego
przedstawienia sztuką - bo to nie była żadna sztuka...]. Dopuszczam bowiem do
siebie myśl,iż być może to Pani Reżyser tak podle spłyciła ten szlachetny
tekst.
Do dziś mam intelektualnego kaca - czuję ten charakterystyczny niesmak w
ustach. I nie ma on nic wspólnego ze słodko-kwaśnym lepkim posmakiem ciepłej
krwi.......bliżej mu do goryczy przetrawionego taniego wina.
Czuję sie uprawiona do wyrzucenia z siebie tych paru kropli jadu ... zwłaszca
że wszyscy z usmiechem na twarzy piją ten żur który ktoś im podsuwa.
Czuję się uprawiona do krytyki i chciałabym wyjaśnić że nie jestem
wystraszoną konformistką która nie toleruje zmian zachodzących w świecie.
Chciałabym wyjasnić że kocham sztukę [ i własnie z tej miłości do sztuki mam
ochotę twórcom tego czegoś tak klapsa], Do kina chodzę częściej niż
statystyczny Polak ( i nie tylko na amerykańskie producje). Do teatru
również. Kończę właśnie studia filozoficzne na uniwersytecie Mickiewicza w
Poznaniu [ czego akurat nie uważam już za nobilitacje, eh...]. Słucham
ekstremalnej muzyki - digital hardcore, Marilyn Manson etc.[ co ma świadczyć
o tym że "szokowanie " w sztuce mnie nie razi]. Znam dzieła Sartre'a i
Kierkegaarda ..nie tylko ze streszczeń. I staram się do wszytkiego podchodzić
ROZUMNIE.
Właściwie cały ten mój wywód mogłabym podsumowac tak, jak zrobił to kiedyś
Julian Tuwim [ ten Tuwim] - nie jestem pewna czy dokładnie w tych słowach;
ale chodzi o sens - "Najlepszym brakuje odwagi, a najgorszym umiaru"........