stoje_i_patrze
18.06.10, 11:47
U was źle, jak w Hiszpanii
Wiceszef agencji Moody’s: Polska musi wziąć się za reformy
ROZMOWA
JĘDRZEJ BIELECKI:
Niebezpiecznie wysoki deficyt budżetowy, strajki, niekonkurencyjna gospodarka,
wręcz ryzyko bankructwa: Hiszpania w ostatnich miesiącach ma niemal równie złą
prasę jak Grecja. A mimo to jej ocena ryzyka spłaty długu pozostaje
zdecydowanie wyższa niż Polski. Dlaczego?
KENNETH ORCHARD*:
Przygotowując naszą ocenę, zwracamy uwagę na wiele czynników. Ale
najważniejsze są perspektywy rozwoju gospodarczego. To prawda, że Polska
nieźle sobie poradziła w trakcie światowego kryzysu. A Hiszpania przechodzi
trudności. Ale uważamy, że w ciągu 5 – 10 lat hiszpański rząd przeprowadzi
niezbędne reformy strukturalne i kraj znowu zacznie się szybko rozwijać. A
właśnie taki jest okres zapadalności większości obligacji.
Polska będzie się rozwijała wolniej?
Nie. Ale Hiszpania ma szereg innych atutów. Jej gospodarka jest o wiele większa.
Sama wielkość gospodarki oznacza, że dla inwestorów jest ona bezpieczniejsza?
Tak, bo im większa gospodarka, tym dochody fiskalne rządu są bardziej
stabilne. Po prostu kraj opiera swój rozwój na większej liczbie gałęzi
gospodarki, eksportuje do większej liczby krajów, jest mniej uzależniony od
jednego rynku czy sektora. Poza tym jego gospodarka w większym stopniu polega
na usługach, a w mniejszym np. na rolnictwie, które ze swojej natury ma
charakter mniej stabilny.
Ale zdaniem Moody’s także notowania Portugalii są wciąż wyższe od Polski. A to
przecież mały kraj.
Tu różnica notowań jest już niewielka, a dodatkowo rozważamy obniżenie oceny
Portugalii. Portugalska gospodarka globalnie jest oczywiście mniejsza od
polskiej. Jednak w przeliczeniu na mieszkańca to wciąż bogatszy kraj. I stąd
stabilniejszy.
Polska gospodarka jest bardziej konkurencyjna od hiszpańskiej. Nasze produkty
z uwagi na cenę i jakość lepiej sprzedają się na rynkach europejskich niż
hiszpańskie. To nie ma znaczenia?
Z pewnością to atut Polski. Ale my oceniamy nie konkurencyjność gospodarki,
tylko zdolność władz do spłacenia długu. Oczywiście umiejętność produkowania
towarów i oferowania usług, które są konkurencyjne, jest ważna, bo dzięki temu
rząd może liczyć na stałe dochody podatkowe. Jednak nawet w okresie szybkiego
wzrostu gospodarczego Polska miała deficyt budżetowy, podczas gdy Hiszpania
nadwyżkę. A to kluczowy punkt. Bo jeśli władze nie potrafią nawet przy
korzystnej koniunkturze zrównoważyć finansów, to znaczy, że są mało skuteczne.
W mediach wciąż mówi się o kłopotach finansowych Hiszpanii, nie Polski.
W tym roku deficyt budżetowy Polski wyniesie około 7 proc. PKB, a Hiszpanii –
9,3 proc. To niewielka różnica, biorąc pod uwagę, że polska gospodarka rozwija
się szybciej od hiszpańskiej. My wolimy zresztą odnosić dług nie do dochodu
narodowego, tylko do wielkości przychodów fiskalnych danego kraju. To bowiem
pokazuje, czy będzie on miał kłopoty ze spłatą swoich zobowiązań, czy nie. W
2010 roku dług Hiszpanii odpowiadał 179 proc. jej dochodów podatkowych. Czyli,
gdyby teoretycznie przeznaczyć wszystkie dochody państwa na uregulowanie
pożyczek, udałoby się spłacić całość długu w nieco mniej niż dwa lata. Polski
dług to 139 proc. dochodów fiskalnych. Jak widać różnica nie jest kolosalna.
Co więcej, Hiszpania przeznacza mniej na regulowanie bieżących odsetek od
długu (6,1 proc. w 2010 roku) niż Polska (7,5 proc.). Po prostu może oferować
niższe stopy procentowe tym, którzy kupią jej obligacje, bo jest postrzegana
jako mniej ryzykowny kraj.
Po części to wina takich agencji jak Moody’s. Inwestorzy kierują się waszymi
ocenami ryzyka inwestycyjnego.
Tylko po części. Patrzą też, jaka jest struktura długu: czy jest on
długoterminowy, czy określony w pewnej walucie. Wielkim atutem Hiszpanii jest
przynależność do unii walutowej. Mimo ostatnich kłopotów rynki postrzegają
euro jako wielką, rezerwową walutę o znaczeniu międzynarodowym. Dodatkowo w
unii walutowej obowiązują niskie stopy procentowe. To wszystko powoduje, że
Hiszpania nie musi płacić dużo, aby znaleźć nabywców na obligacje.
Złoty jest mniej pewny?
To stosunkowo stabilna waluta, ale niewielka. A więc z natury rzeczy mniej
pewna. Także inflacja w Polsce jest przeważnie wyższa niż w strefie euro. Co
prawda Polska emituje aż 85 proc. swojego długu w złotych, przez co ryzyko, że
rząd nie spłaci zobowiązań z powodu gwałtownych zmian kursu, jest ograniczone.
Ale Hiszpania ma 100 procent długu w euro.
Pańskim zdaniem atutem Hiszpanii jest przynależność do strefy euro. Jednak
Polskę przed recesją uratowało właśnie to, że byliśmy poza unią walutową. Jak
to jest: lepiej być w Eurolandzie czy poza nim?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Deprecjacja złotego w minionym roku wsparła
polski eksport i pomogła przetrwać kryzys. Z drugiej strony, gdyby osłabienie
złotego poszło dalej, wówczas wiele przedsiębiorstw i osób prywatnych nie
byłoby w stanie spłacać kredytów, bo są one zwykle zaciągane we frankach
szwajcarskich i euro. A to mogłoby doprowadzić do wstrząsów w gospodarce.
W dzisiejszych czasach inwestorzy bardzo uważnie przyglądają się bilansowi
płatniczemu. Uważają, że państwo, które ma niewielką walutę, jest bardziej
narażone niż to, które jak Hiszpania, działa w ramach Eurolandu. Polska ma co
prawda mocne bufory: linie kredytowe EBC, MFW. Ale mimo wszystko jest
postrzegana jako kraj bardziej ryzykowny.
Głównymi czynnikami ryzyka inwestycyjnego w Polsce są pańskim zdaniem
narastający dług i wysoki deficyt budżetowy. Rząd twierdzi, że to w znacznym
stopniu wina tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który blokował
przez ostatnie lata kluczowe reformy. Ma rację?
To jest bardziej skomplikowane, niż chciałby tego rząd. Nie można obwiniać
jednej osoby. Problemem jest cały układ polityczny. Przez ostatnie 20 lat
żaden polski rząd nie przeprowadził kompleksowej reformy systemu wydatków
państwa. Stąd nawet w okresie najlepszej koniunktury utrzymywał się deficyt.
Co należałoby zrobić?
Premier musi resort po resorcie zbadać, jakie tak naprawdę powinny być zadania
państwa, a co jest niepotrzebne. Należy się zastanowić, gdzie kończy się rola
rządu w gospodarce. A jeśli już zapadnie decyzja, że dany obszar powinien
pozostać w kompetencji władz publicznych, to należy rozważyć, jak władze mogą
najtaniej i najskuteczniej działać. Tego żaden polski rząd nie zrobił, bo taka
reforma uderzyłaby w interesy wielu grup społecznych, rozzłościłaby znaczną
część społeczeństwa. Dobrym przykładem jest tu system emerytalny rolników –
KRUS. Kolejne rządy twierdzą, że jest on bez sensu, że przyznaje nadzwyczajne
przywileje rolnikom w stosunku do pozostałych grup społeczeństwa. A jednak
wszelkie zmiany, z powodów politycznych, są niemożliwe. Podobnie jest z
radykalnym ograniczeniem liczby osób przechodzących na wcześniejszą emeryturę,
reformą systemu ochrony zdrowia i edukacji. Jest sporo prawdy w tym, że to
relikt socjalizmu. Ale także wynik pewnych cech kulturowych. No bo przecież
Czesi też przeszli przez komunizm. A jednak lepiej sobie radzą od Polski z
zaciskaniem pasa. Są ze swojej natury bardziej „niemieccy”.
Kraje Europy Zachodniej radzą sobie z tym lepiej? Związki zawodowe ciągle
strajkują, a rządy wcale nie są takie odważne.
Przykładów zdecydowanych działań władz jest wiele. Niemiecki rząd podjął
decyzję o ograniczeniu w ciągu czterech lat wydatków o 80 mld euro kosztem
wielu przywilejów socjalnych. Rząd Hiszpanii zrobił to samo. Wielka Brytania w
przeszłości kilka razy udowodniła, że potrafi skutecznie uzdrawiać finanse.
Dlatego bierzemy na poważnie plany obecnego, konserwatywnego rządu w tym
względzie.
Stan polskich finansów nie jest jednak tak zły jak wymienionych przez pana państw.
Rzeczywiście Polska nie musi podejmować tak pilnych działań. Jednak jeśli od
lat 2011 – 2012, kiedy gospodarka pow