robisc
26.03.04, 21:45
Jeden ze znajomych, który Rybińskiego zna osobiście, powiedział mi rok temu:
Ryba zrobi wielka karierę i zobaczysz, ze niedługo zostanie Ministrem
Finansów. Całkiem możliwe. Na początek fotel wiceszefa NBP też nie jest zły.
Śledźcie pilnie karierę tego człowieka, bo jak na mój gust, to najlepszy
ekonomista w tym kraju.
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040326/ekonomia/ekonomia_a_28.html
Wyznania ekonomisty bankowego
KRZYSZTOF RYBIŃSKI
W styczniu 1997 roku rozpocząłem pracę jako główny ekonomista banku ING w
Warszawie. W zasadzie ta profesja jeszcze wtedy nie istniała w Polsce, w
Pionierze był Krzysztof Błędowski, ale zajmował się głównie rynkiem akcji, a
wcześniej w ING głównym ekonomistą był Maciej Krzak, który właśnie wyjeżdżał
na stypendium naukowe. Teraz każdy bank ma głównego ekonomistę i zespół
ludzi, który ciężko pracuje, aby przewidzieć, w jakim kierunku podążają kursy
walutowe i stopy procentowe, co będzie z gospodarką, jakie zmiany mogą się
wydarzyć na scenie politycznej. W Polsce i na świecie jest prawdopodobnie
powyżej setki ekonomistów w bankach, którzy regularnie śledzą wydarzenia
gospodarcze i polityczne w naszym kraju i wydają rekomendacje kupna lub
sprzedaży złotego, obligacji czy akcji.
W 1997 roku pisałem raport miesięczny, a potem tygodniowy dla klientów i
inwestorów, który był wysyłany pocztą i faksem. Teraz każdy z ekonomistów
bankowych wysyła codziennie kilka, a czasami kilkanaście tysięcy e-maili,
które docierają w ciągu kilku sekund zarówno do firm w Polsce, jak i do
funduszy w Nowym Jorku, Londynie czy Singapurze. Pamiętam, jak w 1997 roku
dzwonili do mnie inwestorzy zagraniczni, zaniepokojeni wypowiedzią Mariana
Krzaklewskiego, że Polska może zawiesić spłaty zadłużenia zagranicznego, co
zresztą potem było dementowane. Dzwonili, bo czuli się zaniepokojeni i
potrzebowali pilnie analizy sytuacji. Teraz w kilka-, kilkanaście minut po
takiej wypowiedzi ekonomiści bankowi wysyłają komentarze do klientów z oceną
sytuacji i możliwym dalszym rozwojem wydarzeń, a inwestorzy natychmiast
otrzymują wskazówki, którymi mogą się kierować przy podejmowaniu decyzji.
W 1997 roku dane ekonomiczne ukazywały się nieregularnie, na przykład ING
otrzymywał dane o bilansie płatniczym faksem, czasami trzeba było dobrze się
nachodzić, żeby jakieś dane uzyskać. Teraz dane są publikowane tak jak na
Zachodzie, o określonych godzinach w serwisach i w Internecie. Tak jak na
dojrzałych rynkach, przed 16:00 w dniu publikacji danych zamiera handel i
wszyscy wstrzymują oddech na minutę.
W 1997 roku był bardzo mało komentatorów wydarzeń gospodarczych i
politycznych, którzy na co dzień funkcjonują na rynkach finansowych. Teraz
jest co najmniej kilkadziesiąt "gadających głów", które na gorąco w mediach
komentują wydarzenia i prognozują, jak te wydarzenia mogą wpłynąć na kurs
złotego czy na stopy procentowe. W ciągu zaledwie kilku lat pojawiła się
zupełnie nowa grupa osób, w olbrzymiej większości młodych i dobrze
wykształconych, według zasad współczesnej ekonomii rynkowej, która wpływa na
opinię publiczną. To nowy, bardzo ważny głos w publicznej debacie na takie
tematy, jak finanse publiczne, prywatyzacja czy deregulacja gospodarki. To
głos grupy osób, która jak nikt inny rozumie zasady funkcjonowania rynków
finansowych i reakcje tych rynków na wiarygodną lub pozbawioną wiarygodności
politykę gospodarczą.
Muszę przyznać, że żaden rok z minionych siedmiu lat nie był spokojny na
rynku finansowym w Polsce. Była powódź w 1997 roku, podczas której na rynku
walutowym została zawarta transakcja poza dozwolonym pasmem wahań, ale rynek
się wystraszył i kurs wrócił do kroczącego korytarza, tak że bank centralny
nie musiał interweniować. Były kryzysy w Czechach, Azji, Rosji i Argentynie.
Były liczne rezygnacje ministrów finansów, były wielkie prywatyzacje, które
umacniały złotego, oraz ich brak i wielka dziura budżetowa, które
doprowadziły do osłabienia złotego. Złoty był i jest najbardziej zmienną
walutą wśród krajów wchodzących 1 maja do Unii Europejskiej. Były serie
znacznych obniżek, podwyżek i znów obniżek stóp procentowych, przeżyliśmy
boom gospodarczy i recesję. A to wszystko w ciągu siedmiu lat. Wiele wskazuje
na to, że najbliższe lata będą również emocjonujące. Olbrzymi deficyt sektora
finansów publicznych, niestabilna scena polityczna, wejście do systemu ERMII
i potem do strefy euro, wszystko to spowoduje, że ekonomiści bankowi będą
mieli pełne klawiatury roboty.
Spędziłem te siedem lat z okładem, pracując jako główny ekonomista bankowy,
codziennie obserwując rynki finansowe, działania polityków, dane
makroekonomiczne. Po tych wszystkich latach jestem pewien trzech rzeczy. Po
pierwsze, rynki finansowe mają większe znaczenie dla gospodarki niż się
powszechnie sądzi. One nie tylko oliwią koła napędowe gospodarki, one często
same są kołem napędowym. Po drugie, rynek ma zawsze rację, na rynek nie można
się obrażać i rynkiem nie da się sterować na dłuższą metę. Bardzo wielu
decydentów gospodarczych w wielu krajach poniosło porażkę, bo nie zrozumieli
tego prostego faktu. Po trzecie, rynki finansowe są wielką globalną wioską, w
której ktoś kichnie, a ktoś inny łapie grypę, mimo że jest oddalony o tysiące
kilometrów. W tej wiosce bez przerwy trwa konkurs piękności, która chata jest
najładniejsza, a która najbrzydsza, do której chaty zawita w gości kapitał, a
z której będzie uciekał drzwiami i oknami po podaniu czarnej polewki. Trzeba
dbać o wygląd swojej chaty i być przyjaźnie nastawionym do gości pukających
do drzwi.
Autor do wczoraj był głównym ekonomistą Banku BPH. Od dzisiaj jest
wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego.