Dodaj do ulubionych

jak Wam sie podoba pomysl Rokity

01.03.05, 21:39
A przzede wszytkim co oznacza "jednostronne przyjecie euro"? Jakos
nieprzyjemnie kojarzy mi sie ten pomysl z Argentyna.

Rokita/ Rząd PO rozważy jednostronne przyjęcie euro

01.03.2005 Warszawa (PAP) - Przyszły rząd tworzony przez Platformę Obywatelską
rozważy jednostronne przyjęcie euro aby zapobiec nadmiernej aprecjacji złotego
- poinformował lider partii Jan Maria Rokita na spotkaniu z amerykańskimi
przedsiębiorcami.

"Nie zamierzamy prowadzić polityki wzywającej prezesa NBP do tego i owego.
Drugi sposób, który w pewnych warunkach byłby możliwy, to próba
ustabilizowania złotego po dokonaniu dostosowania fiskalnego przez
jednostronną euroizację. Nie chcę tego zapowiadać, ale moi eksperci traktują
poważnie ten projekt przeciwdziałania aprecjacji, gdyby NBP nie chciał
działać" - powiedział Rokita.

"Stabilizacja gospodarki wywołuje stan aprecjacji złotego a stan ciągłej
wywołuje pewne zagrożenie dla eksportu i PKB" - powiedział.

Lider PO powiedział, że prowadzenie polityki dostosowania fiskalnego do
wymogów strefy euro i obniżenie podatków prawdopodobnie spowoduje dalszą
aprecjację złotego.
Obserwuj wątek
    • przycinek.usa Re: jak Wam sie podoba pomysl Rokity 02.03.05, 04:09
      to jakis kolejny interwencjonizm.

      Uwazam, ze wkrotce dojdzie do powstania jakiegos uniwersalnego wynalazku, ktory
      wyeliminuje pieniadz z obrotu. Byc moze powstanie jakis nowy bank, ktory bedzie
      poza kontrola panstwa i pozwoli na przejscie do szarej strefy 90% firmom.
      Rola fiskalna panstwa zostanie wyeliminowana, stopa procentowa spadnie, bo nikt
      sie nie bedzie przejmowal bankami centralnymi i bedzie ogolny dobrobyt wolny od
      interwencji politycznej debili w rzadach wybieranych przez kretynow wyborcow.
    • vice_versa Re: jak Wam sie podoba pomysl Rokity 02.03.05, 05:27
      Zamiast peggu trzeba drukowac wiecej obligacji, zaciagac wiecej dlugu i
      dystrybuowac go rentownie. Tylko do tego trzeba miec wlasne komercyjne banki,
      zeby zaciagniety dlug nie szedl w biurwokracje ale by go wprost przelozyc to na
      wzrost cen nieruchomosci i obnizki podatków.
      Robi masz racje z ta Argentyna, niebezpieczny pomysl.

      Po tej wypowiedzi Rokity nie wiem czy pójde na wybory! Serio! To jest
      napedzenie sobie ogromnej kabzy ten pomysl, na krótka mete, na strasznie krótka
      mete, straszliwy populizm brrrr... jesli pozwolilibysmy sobie na myslenie, ze
      UE sobie nie odbije tego przy negocjowaniu kursu wymiany i to z nawiazka za
      nieposluszenstwo, to tez bylibysmy chyba niepoprawnymi marzycielami.
      Jednak na wybory pójde, nie wierze ze Rokita i Tusk zrobiliby taka glupote.
      Wybieg polityczny swietny, ale jesliby przystapili do realizacji, to dla
      wiekszosci ogarnietej goraczka zlota taki walutowy rollercoaster skonczylby sie
      fatalnie. Ale by bylo... Na prawde po amerykansku i z przytupem.

      Co istotniejsze: pegg jest doskonalym mechanizmem promocji eksportu, tj MY
      zaiwaniamy, oni nam placa i wypoczywaja. W dodatku placa nam w ICH walucie sami
      trzymajac w szafie drukarki. STRASZNE. Znowu p.przony dogmat o prymacie
      eksportu nad popytem. Co za socjalistyczne podejscie.

      Pegg jest mechanizmem zlym, bo administracyjnym i nieplynnym. Daje kopa
      gospodarce, tyle ze problem z peggiem jest taki, ze przypomina narkotyk: potem
      juz sie nie daje z niego zrezygnowac a politycznie zerwanie z nim jest
      niewygodne. Nikt nie podejmie sie bowiem dewaluacji w okresie gdy gwaltownie
      wzrasta popyt na papiery skarbowe, czyli eksportuje sie najwieksza ilosc
      papierów skarbowych a dostaje umacniajaca sie walute. Wstrzymanie importu
      twardych walut musialoby wtedy spowodowac koniecznosc dodrukowania, bo przeciez
      nie mozna sobie z dnia na dzien wyobrazic zakrecenia kurka z twarda waluta,
      czym zastapionoby brak mozliwosci dokonywania dotychczasowych rozchodów? To
      jest dokladnie casus dzisiejszych Chin. Jesli chcialyby nawet przestac
      utrzymywac pegg, to nie moga, bo musialyby sprzedac rezerwy o 30% taniej niz je
      kupowaly, dodrukowac juana i wpompowac go na rynek wewnetrzny co odbiloby sie
      taka inflacja jak jasna cholera. Wiec mamy dalsze dekretowanie peggu. A
      wstrzymanie importu walut i idaca zaraz potem sprzedaz rezerw, a pózniej
      drukowanie i inflacja i tak z reszta nastapia, bedzie piszczec jak jasny gwint.
      Gdyby taki scenariusz widziec w Polsce to USA powinny nam wtedy zaczac duze
      partie broni sprzedawac, tak jak teraz EU chce umocnic chinskich przywódców.
      Teraz w USA na ten chinski scenariusz analitycy ukuli takie niewinne
      enigmatyczne sformulowanie np. "untill something brake". Po prostu co chwila to
      slysze. Syndrom "sth brake".


    • plopli To nie Argentyna 02.03.05, 12:24
      Kiedy usłyszałem pomysł Rokity, też pierwszy pomysł jaki miałem, to skojarzene z
      Argentyną. Ale szybko dostrzegłem błąd tego rozumowania.

      Przede wszystkim w Argentynie wprowadzenie sztywnego kursu spowodowało, że
      zahamowany (a raczej zatajony) został proces deprecjacji tamtejszej waluty.
      Tymczasem złoty aprecjuje i można przypuszczać, że ten proces bedzie trwał aż do
      przystąpienia do strefy euro.
      W takiej sytuacji, gdyby miało kiedyś nastąpić urealnienie wartości waluty, to
      nie skutkowałoby ono utratą wartości zgromadzonych oszczędności, ale raczej jej
      wzrostem. Skutkiem takiego urealnienia byłby natomiast radykalny spadek
      konkurencyjności gospodarki np. przez 50% wzrost wynagrodzeń (liczonych w euro).
      To odbiłoby się fatalnie na eksporcie o ile eksport nadal opierałby się - jak
      teraz - głównie na różnicach w wartości siły roboczej.
      Z punktu widzenia konsumentów, przynajmniej krótkookresowo, takie urealnienie
      byłoby fantastyczne, z dnia na dzień staliby się krezusami (znaczny spadek cen
      towarów importowanych i np. turystyki).

      Wogóle taka operacja byłaby ciekawym doświadczeniem ekonomicznym. Tylko czy
      chcemy być królikami doświadczalnymi?
      Inna sprawa, że jeśli zrobimy coś takiego, to do prawdziwej strefy euro nas nie
      wpuszczą.
      • przycinek.usa NIE 02.03.05, 20:11
        Aprecjacja jest pozorna. Jest bowim tylko zmiana kursu w relacji wymiany
        zagranicznej. To jest dokladnie wariant Argentyny tylko wczesne stadium. Wlasnie
        taki jest zamysl pegg. Przywiazac sie do innej waluty aby nie dochodzilo do
        wahan w tym aprecjacji. Jednostronnie. He he he.

        Oczywiscie deprecjacja wartosci wystepuje caly czas, co powoduje wzrost wartosci
        towarow wewnatrz rynku i kompensacje importem. Ja uwazam, ze szkoda takie tematy
        rozpatrywac. Szkoda czasu na to.

        Nie ma bledu w rozumowaniu. To jest wariant Argentyny. Bo po okresie czasu,
        kiedy wystepuje przeplyw dodatni (naplyw kapitalu), nastepuje zwrot wektora
        przeplywu i zaczyna sie odwrot. To jest jak fala. I to powoduje krach. A
        wszystko zaczyna sie od dlugu i mozliwosci dokonania arbitrazu.
    • bush_w_wodzie balon probny 02.03.05, 12:58
      pomysl jest mocno niekonkretny. jednostronna euroizacja to nie jest peg
      to jest wycofanie zlotowek i placenie w euro. stosowane (chyba?) w estonii.
      mowiac szczerze uwazam ze ten pomysl jest raczej elementem presji na nbp

      jest to ryzykowna operacja ale moze byc lepsza niz czekanie z zalozonymi rekami
      na to jak wysoko moze poszybowac wartosc polskiego dlugu publicznego wyrazona w
      euro...

      jednostronna euroizacja moglabymiec sens pod dwoma warunkami:
      -ze jestesmy pewni ze wejdziemy do strefy euro wkrotce
      -ze jestssmy pewni ze kurs przy ktorym to mialoby nastapic bedzie korzystny (zl
      nie bedzie przewartosciowany) ewentualnie ze nbp nie bedzie chcial/mogl
      powstrzymac aprecjacji zl


      • przycinek.usa Re: balon probny 02.03.05, 20:13
        To jest dodatkowo wprowadzanie Euro na sile zanim sie o to zapyta spoleczenstwa.
        Taki POowy wariant "im szybciej tym lepiej"

        • vice_versa Re: balon probny 02.03.05, 20:33
          bush w wodzie napisal:
          > pomysl jest mocno niekonkretny. jednostronna euroizacja to nie jest peg
          > to jest wycofanie zlotowek i placenie w euro. stosowane (chyba?) w estonii.
          > mowiac szczerze uwazam ze ten pomysl jest raczej elementem presji na nbp

          Uwazam ze jest pomyslem dla tych którzy twierdza jak Ty bush i robi, ze stopy
          sa za wysoko a waluta za mocna. To banka mydlana, piekne marketingowe zagranie.
          Mozesz cos blizej powiedziec o tej euroizacji? Jak to nie pegg? To czym sie
          rózni jednostronna od dwustronnej? Sami sobie kurs wymiany administracyjnie
          ustalimy a bilon bedziemy sciagac eksportem? Nie rozumiem.

          W kwestiach walutowych odwolywanie sie do demokratycznego werdyktu jest mocno
          watpliwe. Takie kwestie ustala sie na poziomie rzadowym i juz. Tylko oni nas
          jeszcze chca troche podoic i pozwlekac im dluzej tym lepiej. Taki europejski
          solidaryzm. Kretyni, chyba tylko gdybysmy gwaltownie zbrojenia przyspieszyli to
          by zdanie szybciej zmienili. Intelektualnie i logistycznie taka operacja jest
          prosta jak drut, tyle ze politycznie oni tego nie chca.
          • lastboyscout Re: balon probny 02.03.05, 22:11
            Kiedys widzialem zdjecie z czasow studenckich, chyba gdzies z wycieczki,
            czterech panow: Balcerowicza, Belki, Kolodki i Bauca.
            Straszne sierscie wtedy jeszcze byli ale juz bylo widac po buzkach takie
            unikalne partyjno-akademickie nadecie ...
            Mimowoli poustawialem sobie ich wtedy wedlug ..."wielkosci rozumu" rozliczanego
            w mojej prywatnej skali, na podstawie tego poczym dali sie poznac ci najlepsi
            polscy ekonomisci (wątpiacych w fakt, ze byli najlepsi uprzytamniam fakt, ze
            TYLKO najlepszych wybiera sie na premierow, w dodatku od finansow !).

            Wyszlo wiec mi tak:
            Balcerowicz.... Bauc ....Kolodko ....Belka.

            Potem w Polsce nie skonczyly sie dochody z wyprzedazy polskiego majatku i
            przyszedl czas na zaciaganie pozyczek.
            Pierwszy z premierostwa (i odpowiedzialnosci za splaty pozyczek) zrezygnowal
            Balcerowicz ... pozornie zupelnie bez przyczyny!
            Zastapil go Bauc bo mial pomysl na budzet.
            Zrezygnowal i wlasnie brak mozliwosci realizacji swojego budzetu podal jako
            powod dyzmisji.
            Nastepny byl Kolodko ze swoimi orginalnymi ideami.. Tez mu nie wyszlo.
            Odszedl.
            Teraz jest Belka czy jak ktos woli Hausner, ktory potrafil nawet zmniejszyc
            deficyt! Wlasnie sie zegna.
            Sprawdzilo sie wiec, najmadrzejszy zrezygnowal na poczatku, najglupszy na koncu.
            Logiczne.
            Uzmyslowilem jednak sobie , ze kogos mi w tym obrazku brakuje......
            Wiem! Fotografa - ktos musial bowiem robic zdjecie naszym czterem orlom
            ekonomii!
            Kto to byl ? Domyslacie sie? Oczywiscie , ze Maria! smile
            I wlasnie Maria przedstawil nam swoj genialnypomysl na deficyt budzetowy.
            Bardzo akademicki bo wszystko sie teoretycznie zgadza a nawet bedzie podobno
            duzo lepiej!
            Bez ciezkiej pracy, wyrzeczen i ryzyka!
            Sam geniusz Marii (nie myslic z geniuszem populisty)

            .....Przytoczyc jeszcze raz "Wyspianskiego" Czecha? He?



    • robisc Bratkowski i Rostowski 02.03.05, 21:09
      POLITYKA MONETARNA
      Wprowadzając euro, obniżymy inflację, deficyt budżetowy i stopy procentowe,
      wzrosną inwestycje zagraniczne, spadnie bezrobocie

      Zlikwidować złotego
      ANDRZEJ S. BRATKOWSKI JACEK ROSTOWSKI
      Celem strategicznym Polski jest przystąpienie do Unii Europejskiej (już w 2002
      r. ), a następnie w możliwie krótkimterminie, tzn. w 2004 r. , do strefy euro.
      Czyli, jeśli spełnią się nasze plany, to już za pięć lat złoty nie będzie
      istnieć
      • robisc Bratkowski i Rostowski cd 02.03.05, 21:10
        Czy żałować suwerenności monetarnej
        A jakie by były koszty? Na pewno utrata jednego z symboli narodowych
    • robisc Rybinski i Orlowski - polemika 02.03.05, 21:12
      Recepta na kryzys walutowy
      WITOLD M. ORłOWSKI, KRZYSZTOF RYBIńSKI

      Dr Andrzej Bratkowski i prof. Jacek Rostowski deklarują, iż wierzą w euro
      ("Rzeczpospolita" z 26 kwietnia) i już po raz drugi proponują wczesne
      wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej w Polsce. Autorzy przedstawiają
      pozytywny scenariusz zaadoptowania euro w 2001 r. , niestety nie wspominają
      oryzyku negatywnego scenariusza.
      Przedstawiony przez obu Autorów scenariusz pozytywny można streścić następująco.
      Jednostronna deklaracja wprowadzenia euro będzie postrzegana jako poprawa
      wiarygodności polityki makroekonomicznej. Spadnie premia za ryzyko inwestowania
      w Polsce, a wraz z nią stopy procentowe. To z kolei obniży koszty obsługi długu
      publicznego ipozwoli na obniżenie deficytu budżetowego, co dodatkowo podniesie
      wiarygodność polityki makroekonomicznej. Samo wprowadzenie euro skokowo obniży
      oczekiwania inflacyjne, i po kilku miesiącach inflacja, a wraz z nią
      długoterminowe stopy procentowe spadną do poziomu eurolandu. Polska poprzez
      import wiarygodności z unii monetarnej bezboleśnie i w krótkim czasie osiągnie
      parametry gospodarek zachodnich: niską inflację i niskie stopy procentowe przy
      jednoczesnym szybkim wzroście gospodarczym i relatywnie luźnej polityce
      fiskalnej. Polska spełni wszystkie kryteria Maastricht i stanie się pełnoprawnym
      członkiem unii monetarnej w 2003 roku.
      Gdzie tkwi błąd w rozumowaniu
      Andrzej Bratkowski i Jacek Rostowski proponują, aby wprowadzić euro w celu
      drastycznego iszybkiego obniżenia inflacji, a następnie stóp procentowych.
      Według nas, euro można wprowadzić dopiero, gdy inflacja i stopy procentowe będą
      zbliżone do poziomu unii monetarnej. W przeciwnym razie, choćbyśmy dokładali
      największych nawet starań i maksymalnie skracali okres wprowadzenia euro, nigdy
      nie zdołamy zrobić tego tak szybko, by nie dać spekulantom szansy
      zdestabilizowania gospodarki.
      Proponowanej przez Autorów operacji nie da się przeprowadzić w sposób, z którym
      nie wiązałoby się poważne ryzyko. Załóżmy jednak, że to się udało. Czy
      rzeczywiście skala korzyści byłaby tak wielka, jak sądzą? Raczej nie, bowiem w
      naszym odczuciu propozycja szybkiego wprowadzenia euro opiera się na nadmiernie
      optymistycznych założeniach dotyczących szybkości dostosowań polskich
      przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, oraz na przesadnych oczekiwaniach wpływu
      wprowadzenia euro na funkcjonowanie naszej gospodarki.
      * Autorzy zakładają, że w warunkach wprowadzenia w Polsce jednolitej waluty
      oczekiwania inflacyjne i inflacja szybko spadną do poziomu
      zachodnioeuropejskiego (w wyniku działania tzw. prawa jednej ceny) . Sami
      zwracają jednak uwagę na fakt, że dotyczy to tylko dóbr handlowych, podczas gdy
      ceny w sektorze usług, stanowiących ogromną część koszyka wydatków
      konsumpcyjnych
      • robisc Rybinski i Orlowski - polemika cd 02.03.05, 21:13
        Oznacza to jednak, że w propozycji Autorów tkwi racjonalne jądro. Jak najszybsze
        wprowadzenie euro wiązałoby się z utwardzeniem warunków konkurencji i wymusiłoby
        przyspieszoną restrukturyzację polskich przedsiębiorstw. Rzecz tylko wtym, że z
        głębokością szoku nie należy przesadzić. Szybka ścieżka do euro nie jest bajkową
        receptą na natychmiastowe rozwiązanie wszystkich naszych kłopotów, jest jednak
        na pewno drogą idącą we właściwym kierunku (choć związaną ze sporym ryzykiem) .
        Realne problemy gospodarki można bowiem rozwiązać tylko za pomocą realnych
        dostosowań.
        W naszej opinii, propozycja natychmiastowej jednostronnej akceptacji euro
        przekracza granice dopuszczalnego ryzyka. Z drugiej jednak strony, deklaracje
        odsuwające członkostwo Polski w eurolandzie za rok 2005 działają demobilizująco
        i eliminują potencjalne korzyści, jakie rzeczywiście mógłby przynieść "import
        wiarygodności" z Zachodu. Znacznie lepsze wyniki dałby zapewne realistyczny
        program dojścia do unii walutowej w latach 2003
    • robisc Belce sie nie podoba 03.03.05, 19:10
      Belka skrytykował pomysł lidera PO Jana Rokity o jednostronnym przyjęciu euro. W
      opinii szefa rządu, byłoby to niezgodne z prawem europejskim. "Jednostronne
      przyjęcie euro oznacza wojnę z Unią Europejską, która od zawsze mówi, że takie
      działanie jest wbrew prawu europejskiemu" - przestrzegał.

      www.pb.pl/content.aspx?sid=2284&guid=2D4C2090-ED46-4A0F-B566-CB83739D9484
      • plopli No nie do końca. 04.03.05, 13:10
        robisc napisał:

        > Belka skrytykował pomysł lidera PO Jana Rokity o jednostronnym przyjęciu euro.
        > W
        > opinii szefa rządu, byłoby to niezgodne z prawem europejskim. "Jednostronne
        > przyjęcie euro oznacza wojnę z Unią Europejską, która od zawsze mówi, że takie
        > działanie jest wbrew prawu europejskiemu" - przestrzegał.

        W wykładzie w Batorym Belka przypomniał cytowanę przez ciebie (dzięki!) debatę,
        która toczyła się w latach '90 i stwierdził, że wówczas być może byłoby to dobre
        rozwiązanie. NIe wypowiedział się więc jednoznacznie. Natomiast rzeczywiście
        podkreślił, że obecnie taka operacja jest niemożliwa do przeprowadzenia z uwagi
        na regulacje unijne.
    • robisc Gadomski 05.03.05, 10:16
      gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33211,2583206.html
      Do euro na skróty - felieton Witolda Gadomskiego


      Witold Gadomski 03-03-2005 , ostatnia aktualizacja 03-03-2005 16:56



      Przedstawiony niedawno przez Jana Rokitę pomysł Platformy Obywatelskiej
      przywiązania złotego do euro poprzez mechanizm currency board ("zarządu walutą")
      wywołał liczne komentarze, a kto wie, czy nie stał się przyczyną zaobserwowanego
      ostatnio osłabienia polskiej waluty.

      Sztywny kurs miałby być remedium na trwającą od roku aprecjację złotego, która
      niepokoi część przedsiębiorców.

      Pomysł doradców Rokity ma pewne zalety, ale i wiele wad. Największą jest to, że
      wprowadzenie currency board może być potraktowane przez polskich polityków jako
      cudowny sposób na rozwiązanie trudnych problemów makroekonomicznych i
      alternatywa wobec wejścia Polski do strefy euro. Publiczna dyskusja, zamiast
      skupiać się na sprawie najważniejszej - zastąpienia złotego przez euro -
      koncentrować się będzie na tematach ubocznych.

      Currency board zwiększa wiarygodność waluty powiązanej tym mechanizmem z walutą
      stabilną. Kraj, który go przyjmuje, godzi się na to, by całość własnych
      pieniędzy będących w obiegu miała pokrycie w rezerwach walut zagranicznych - w
      tym wypadku w euro. Teoretycznie złoty stałby się niemal tak samo wiarygodny jak
      waluta europejska - przecież w każdej chwili można byłoby go na euro wymienić po
      stałym kursie. "Zarząd walutą" wprowadzały kraje mające problem z własną
      wiarygodnością lub też obowiązywał on na terytoriach niebędących niepodległymi
      państwami (w brytyjskich koloniach, w Archangielsku okupowanym w 1919 r. przez
      wojska brytyjskie, w Wolnym Mieście Gdańsku). W 1983 r. currency board
      wprowadził Hongkong, a w latach 90. Argentyna oraz kilka krajów
      postkomunistycznych - Estonia, Litwa, Bułgaria.

      Emisja pieniądza w takim wypadku zależy od napływu lub odpływu walut
      zagranicznych, więc polityka makroekonomiczna musi być prowadzona rozważnie.
      Currency board przyczynia się do szybkiego stłumienia inflacji oraz obniżki stóp
      procentowych. "Zarząd walutą" działa bez zarzutu, jeśli kraj utrzymuje
      zrównoważony budżet, nie zadłuża się nadmiernie, a bank centralny nie próbuje
      jakimiś sztuczkami uciec od zobowiązań, jakie sam na siebie nałożył. Litwa i
      Estonia prowadziły odpowiedzialną politykę fiskalną i dziś mają zrównoważone
      finanse i niski poziom długu publicznego (Estonia z długiem publicznym
      wynoszącym 5 proc. PKB jest rekordzistą w Unii Europejskiej). Kryzys w
      Argentynie pokazał jednak, że wiarygodność waluty powiązanej mechanizmem
      currency board z walutą silniejszą nie jest wcale tak duża, jakby się wydawało.
      Rząd i bank centralny mogą przecież podjąć decyzję o odstąpieniu od tego
      mechanizmu. Inwestorzy, obawiając się tego, żądają wyższej rentowności od swych
      lokat, tym samym stopy procentowe utrzymują się na wysokim poziomie. Sztywny
      kurs z jednej strony przyczynia się do spadku inflacji (tak jak działo się to w
      Polsce w roku 1990, gdy kurs złotego był sztywny), z drugiej naraża gospodarkę
      na rozmaite szoki zewnętrzne, których nie można rekompensować osłabianiem
      własnej waluty. Nie jest jednak cudowną receptą na realną aprecjację, dokuczliwą
      dla eksporterów. Innymi słowy - nie sposób związać waluty krajowej z zagraniczną
      na poziomie stale "opłacalnym" (cokolwiek to słowo znaczy) dla eksporterów.

      Przez dłuższy czas inflacja w kraju goniącym czołówkę jest wyższa, co znaczy, że
      szybciej rosną koszty produkcji. Obawiam się jednak, że dla polskich polityków,
      którzy opowiadają się za sztywnym kursem, najistotniejszy jest właśnie argument,
      że pozwoli to wyeliminować "szkodliwą aprecjację". Warto pamiętać, co jest jej
      przyczyną. Oprócz powodów fundamentalnych (szybszy wzrost produktywności w
      polskim sektorze eksportowym niż w sektorze nieeksportowym oraz w krajach Unii
      Europejskiej) przyczyną jest konieczność finansowania długu publicznego emisją
      papierów zakupywanych przez zagranicznych inwestorów. Jeżeli wprowadzilibyśmy
      sztywny kurs, a jednocześnie polityka fiskalna pozostała tak luźna jak obecnie,
      byłaby to prosta droga do kryzysu w stylu argentyńskim. Jeżeli natomiast udałoby
      się radykalnie zacieśnić politykę fiskalną, zmalałaby presja aprecjacyjna, która
      - jak sądzę - jest dziś głównym motywem rozważań o związaniu złotego z euro
      mechanizmem currency board.

      Można było rozważać celowość związania złotego z ecu lub z marką niemiecką przed
      kilkunastu laty. Byłby to alternatywny sposób prowadzenia polityki dezinflacji,
      bardzo bolesny dla gospodarki, powodujący szybszą restrukturyzację i upadłość
      nierentownych firm, ale być może skuteczny. Dziś musimy po prostu skupić się na
      działaniach, które pozwolą wprowadzić Polskę do strefy euro. To powinien być cel
      numer jeden polityki przyszłego rządu. Przyjęcie tego celu jest decyzją
      polityczną. To od polityki rządu (wspieranego przez parlament) zależeć będzie,
      czy cel zostanie zrealizowany, czy nie. Nowy premier powinien zerwać z ulubioną
      manierą Jerzego Hausnera - wyznaczania celów, za które odpowiedzialny byłby już
      kolejny rząd. Trzeba zatem uznać, że 1 stycznia 2009 r. to data nieprzekraczalna
      - złoty zostanie zastąpiony przez euro. Taki ambitny program (jak na dzisiejsze
      czasy, bo w roku 2000 wydawało się, że realnym terminem przejścia na euro jest
      rok 2006) zdeterminuje politykę makroekonomiczną. Polska będzie musiała już w
      roku 2007 spełnić kryteria z Maastricht, a przede wszystkim poważnie obniżyć
      deficyt fiskalny i to bez żadnych sztuczek. Wówczas będzie można "zaczopować"
      złotego wobec euro, pozostawiając szersze lub węższe dopuszczalne pasmo wahań.
      Premią za odpowiedzialną (choć konfliktującą pewne grupy społeczne) politykę
      fiskalną będzie napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych i szybszy wzrost
      gospodarczy. Drogi na skróty nie ma.
    • robisc Jeszcze kilka arykulow z archiwum Rzepy 06.03.05, 00:52
      bo warto. Okazuje sie, ze NBP i najwazniejsi z w tym kraju ekonomisci zdawali
      sobie sprawe, z tego, co nas czeka po akcesji i przez te wszystkie lata nie
      zrobiono nic, aby ochronic zlotego przed atakami spekulantow, czego wlasnie
      doswiadczamy. Artkuly te sa dowodem na to, ze wszyscy na gorze wiedza, iz obecna
      gwaltowna aprecjaca zlotego jest wywolana naplywem krotkoterminowego kapitalu
      portfelowego, a nie inwestycji bezposrednich. Wystarczy pogrzebac w archiwach,
      aby pograzyc dzisiejsze wyczyny RPP i Gronickiego. Pozostaje otwarta kwestia,
      czy wprowadzajac pare lat temu currency board nie podzielilibysmy juz losow
      Argentyny.
      • robisc artykul I 06.03.05, 00:53
        Seminarium Jak szybko przyjmować wspólną walutę
        Euro ochroni przed kryzysem
        Czy krajom naszego regionu opłaca się w okresie transformacji gospodarczej
        jednostronnie przyjmować euro? Argumenty zwolenników i przeciwników tej opcji są
        przedstawiane od kilku lat. Wczoraj ekonomiści dyskutowali na ten temat na
        konferencji naukowej zorganizowanej przez Fundację CASE.
        Pomysł jednostronnego przyjęcia wspólnej waluty przez Polskę zgłosili trzy lata
        temu na łamach "Rzeczpospolitej" ekonomiści Andrzej Bratkowski i Jacek
        Rostowski. Pierwszy z nich jest teraz wiceprezesem NBP, drugi - doradcą prezesa
        i jednocześnie profesorem Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego w Budapeszcie.
        UE niechętna
        Właśnie Rostowski przedstawił wczoraj w podwarszawskich Falentach argumenty na
        rzecz jednostronnej euryzacji. Jego zdaniem, pomysł jest dziś tak samo dobry jak
        kilka lat temu. Gwałtowny napływ kapitału zagranicznego, zachęconego stabilną
        walutą, przyczyniłby się do wzrostu inwestycji. Możliwość obniżenia stóp
        procentowych dałaby budżetowi oszczędności na kosztach obsługi długu
        publicznego. Zmusza kraj do przeprowadzenia reform strukturalnych i likwiduje
        groźbę kryzysu walutowego. Jest bowiem mało prawdopodobne, żeby inwestorzy
        spekulowali przeciwko euro. Zdaniem Rostowskiego, szybko przeprowadzona
        euryzacja jest korzystniejsza niż czekanie na wejście do unii walutowej, które
        może nastąpić najwcześniej dwa lata po wejściu do UE. Te kilka lat więcej
        obniżania inflacji prowadzą do nominalnej aprecjacji złotego i mogą mieć
        niszczące skutki dla polskiego eksportu.
        Sam Rostowski zauważa gospodarcze minusy takiej decyzji, ale zwracali na nie
        uwagę również inni ekonomiści. Charles Wypłosz mówił o problemach politycznych.
        Jednostronna euryzacja nie wymaga, co prawda, spełnienia kryteriów z Maastricht,
        ale powinny być jednak przeprowadzone negocjacje z UE, choćby przy ustalaniu
        kursu zamiany złotego na euro. Współpraca z UE może być też niezbędna w
        przypadku jakiegokolwiek kryzysu bankowego: polski bank centralny nie będzie
        wtedy w stanie zapewnić płynności bankom. Sama Unia Europejska może być
        niechętna pomysłowi jednostronnej euryzacji, bo to może osłabić wiarygodność
        wspólnej waluty.
        Polska jak Francja
        Uczestnicy seminarium zastanawiali się także, co zrobić, aby chronić istniejące
        już miejsca pracy, a jednocześnie nie niszczyć gospodarki zbyt dużą ingerencją
        państwa. Jako wzór rozwiązań sprzyjających rozwojowi rynku pracy wskazywano
        regulacje z USA, Danii, Holandii, Szwecji, Austrii i Portugalii. Na drugim
        biegunie znalazły się m.in. Polska, Francja i Niemcy. - Każdy z tych przypadków
        jest inny, trzeba więc szukać indywidualnych rozwiązań - przekonywał Juan F.
        Jimeno z uniwersytetu w Madrycie. Jednym z narzędzi służących rozwiązaniu tego
        problemu może być pensja minimalna. Olivier Blanchard wykazywał, że to dobre
        rozwiązanie, chociaż dalekie od doskonałości.
        - Czego się spodziewacie, kiedy koszty zabezpieczenia socjalnego sięgają w tym
        regionie 40-50 proc. pensji, a pracownik musi zapłacić od niej 30-40 proc.
        podatku dochodowego - pytał jeden z uczestników spotkania.
        Wśród prelegentów pojawiały się głosy, że na tle innych państw naszego regionu w
        Polsce wcale nie jest trudno zwolnić i zatrudnić pracownika. - Pod wieloma
        względami zaskakuje mnie duża elastyczność polskiego rynku pracy w porównaniu z
        innymi państwami w regionie. Z drugiej strony, wysoka stopa bezrobocia pokazuje
        jednak, że trzeba usunąć wszystkie błędne regulacje powodujące wzrost liczby
        osób bez pracy - mówił Jan Svejnar, profesor z Uniwersytetu Michigan i
        współautor reform gospodarczych w Czechach. M.P., A.Sł
      • robisc artykul II 06.03.05, 00:54
        Polityka pieniężna Jednostronne wprowadzenie euro spowodowałoby rozwiązanie
        części obecnych problemów gospodarczych
        Sposób na pogodzenie rządu z RPP

        RYS. ANDRZEJ JACYSZYN
        ŁUKASZ RAWDANOWICZ
        W ostatnim roku obserwowaliśmy liczne ataki na Radę Polityki Pieniężnej zarówno
        ze strony polityków, jak i ekonomistów. Rada oskarżana jest o zbyt restrykcyjną
        politykę monetarną, która doprowadziła do wyhamowania dynamiki wzrostu
        gospodarczego. Niewykluczone, że rozwiązanie tej sytuacji mogłaby przynieść
        rezygnacja z prowadzenia polityki pieniężnej - na przykład przez jednostronne
        wprowadzenie euro.
        Obecnie wysokie stopy procentowe utrudniają prowadzenie polityki budżetowej -
        zmniejszają wpływy podatkowe w związku z niższą aktywnością ekonomiczną i
        zwiększają koszty obsługi zadłużenia. W związku z tym pojawiają się naciski na
        RPP, aby te stopy obniżyć. Spektrum argumentów za obniżką jest szerokie: od
        ekonomicznych rozważań (niska dynamika inflacji, "niedostrzelenie" celu
        inflacyjnego w tym roku, nadchodząca światowa recesja) do populistycznych haseł
        - skoro w Stanach Zjednoczonych stopy obniżają, to dlaczego u nas nie? Pojawiają
        się też głosy, aby ograniczyć niezależność NBP lub zobligować RPP nie tylko do
        realizacji celu inflacyjnego, ale także do wspierania wzrostu gospodarczego.
        Jeśli nawet ostatniego pomysłu nie uznać za absurdalny, to i tak jest on prawie
        niemożliwy do wyegzekwowania w praktyce.
        Cel inflacyjny i rzeczywistość
        W świetle ogólnego niezadowolenia z działalności RPP, warto się zastanowić, czy
        obowiązujący system polityki monetarnej w Polsce zdaje egzamin. Od 1999 r.
        wprowadzono system bezpośredniego celu inflacyjnego. Ustalanie i wypełnianie
        corocznych celów inflacyjnych, a także ustalenie celu średniookresowego (4 proc.
        inflacji na koniec 2003 r.) miało sprzyjać budowaniu wiarygodności NBP i
        obniżaniu oczekiwań inflacyjnych. Jak dotąd, radzie nie udało się zrealizować
        krótkookresowych celów inflacyjnych - w latach 1999-2000 cel był przestrzelony
        (istotną role odgrywały szoki podażowe), a w tym roku będzie "niedostrzelony".
        Nieosiąganie ustalonego celu może być tłumaczone nieudolnością RPP w prowadzeniu
        polityki, ale trudno tu nie zauważyć obiektywnych przeszkód. W sytuacji, gdy
        inflacja w dużym stopniu zależy od kursu walutowego (którego wartość jest
        podatna np. na przepływy prywatyzacyjne) oraz od czynników podażowych (ceny
        żywności i paliw) i gdy nie do końca poznane są mechanizmy transmisji
        instrumentów polityki pieniężnej, trudno się dziwić takiemu stanowi.
        Czy zmiana waluty jest droga
        Czy w Polsce można rozwiązać dylematy polityki pieniężnej? Na pewno tak. Jednym
        ze sposobów jest zrezygnowanie z niej całkowicie - np. przez jednostronne
        wprowadzenie euro lub ustanowienie zarządu walutą (ang. currency board).
        Te rozwiązania są oczywiście bardzo złożone i wymagają głębokiej dyskusji o
        wszystkich "za" i "przeciw". Nowy reżim kursowy, likwidujący politykę pieniężną,
        będzie miał ogromny wpływ nie tylko na kształtowanie się innych typów polityki
        makroekonomicznej, ale także na warunki, w jakich działają przedsiębiorstwa.
        Takiej dyskusji nie sprzyja jednak posługiwanie się niesprawdzonymi argumentami.
        Na przykład Olgierd Bagniewski ("Rz" z 10 listopada) uważa, iż jednostronne
        przyjęcie euro będzie zbyt kosztowną inwestycją, która nie ma szans zwrotu.
        Autor wyliczył, iż zakup euro za polskie rezerwy walutowe (w wysokości około 11
        mld euro - w przybliżeniu pokrycie gotówki w złotych z początku października
        tego roku) może się zwrócić przy założeniu, że wystąpią pozytywne efekty w
        postaci wyższej efektywności gospodarczej, wzrostu zatrudnienia oraz efektów
        mnożnika i akceleratora szacowane na 5,5 mld euro. Kolejne 5,5 mld euro
        musiałoby pochodzić z wpływów podatkowych powiązanych z inwestycjami
        zagranicznymi, które w tym celu musiałyby wynieść 400 mld euro, czyli jak
        zauważa autor, sumę astronomiczną.
        Raczej zarobimy
        Przyjmując założenie, że Polska przystąpi do Unii Europejskiej, a następnie do
        Unii Gospodarczej i Walutowej, rozważania Bagniewskiego nie mają sensu. Andrzej
        Bratkowski i Jacek Rostowski wyjaśnili tę kwestię na październikowej konferencji
        NBP.
        W momencie przystępowania do strefy euro i wymiany w Europejskim Banku
        Centralnym (EBC) gotówki w złotych na banknoty i monety euro Polska będzie
        zobligowana do odprowadzania do EBC dochodów z własnych rezerw stanowiących
        równowartość wymienianej gotówki. W gruncie rzeczy jest to równoważne z
        przekazaniem EBC tych rezerw. Jednocześnie Polsce przysługiwać będzie udział w
        zyskach EBC. To, ile dostaniemy, zależne będzie od naszego udziału w kapitale
        EBC, ustalanego proporcjonalnie do zaludnienia i PKB, bez względu na ilość
        otrzymanej z EBC gotówki w euro.
        Różnica w wariancie jednostronnej euroizacji polegać będzie tylko na tym, że
        tracąc dochody z rezerw nie uzyskamy w tym samym momencie prawa do dochodów z
        zysku EBC. Natomiast wykupując wcześniej euro na pokrycie bazy monetarnej Polska
        wejdzie do Unii Gospodarczej i Walutowej bez żadnych zobowiązań pieniężnych. Nie
        będzie wówczas musiała odprowadzać dochodu z rezerw, a jednocześnie nabędzie
        prawo do zysków EBC.
        Tak więc naprawdę tracimy nie 11 mld euro, tylko dochód z tej sumy w okresie od
        jednostronnej euroizacji do uzyskania członkostwa w Unii Gospodarczej i
        Walutowej. Należy pamiętać, iż dochód odsetkowy z rezerw jest niewielki -
        średnio kształtuje się na poziomie stawki LIBOR. Przy założeniu, że jednoroczna
        stopa LIBOR będzie średnio na poziomie 5 proc. (obecnie wynosi ok. 2,3 proc.),
        kupując 11 mld euro pozbawiamy się rocznie dochodu ok. 550 mln euro (tj. ok. 0,3
        proc. PKB).
        Oczywiście, jeśli przyjmiemy, że Polska nigdy nie przystąpi do strefy euro, to
        można by się zastanawiać nad sensownością takiej inwestycji. Nie wydaje się
        jednak, że inwestycja 11 mld euro (ok. 6 proc. tegorocznego PKB) jest aż tak
        kosztowna i że nie ma szans, aby była rentowna.
        Już sama potencjalna korzyść dla budżetu państwa z niższych stóp procentowych w
        związku z euroizacją może wynieść, według szacunków Bratkowskiego i
        Rostowskiego, 2,6-2,8 proc. PKB rocznie. Ponadto, jak przyznaje Bagniewski,
        można liczyć na pozytywne efekty w gospodarce oraz napływ kapitału zagranicznego
        (niekoniecznie wartości 400 mld euro!). Niższe będą także koszty działalności
        przedsiębiorstw w związku z eliminacją ryzyka kursowego i kosztów wymiany walut.
        Tak więc, może się okazać, iż już po dwóch, trzech latach inwestycja w
        euroizację może przynieść nam wymierne korzyści. Wówczas nie będziemy mieć też
        problemów z ustalaniem stóp procentowych przez nieposłuszną rządowi Radę
        Polityki Pieniężnej.
        Euro nie rozwiąże wszystkich problemów
        Należy jednak podkreślić, iż rezygnacja z polityki monetarnej nie rozwiąże
        wszystkich problemów gospodarczych Polski. Niższe koszty obsługi długu skarbu
        państwa w związku z niższymi stopami procentowymi nie zwolnią rządu z obowiązku
        przeprowadzenia gruntownej reformy finansów publicznych. Jeśli okazałoby się, że
        oczekiwania inflacyjne nie wygasną szybko, to tempo wzrostu wydajności może
        okazać się zbyt niskie, by zapobiec spadkowi konkurencyjności polskich
        producentów. Ponadto wszelkie szoki zewnętrzne będą musiały być neutralizowane
        przez dostosowania w cenach na rynku krajowym. Ale i tak nie wiadomo, jak w
        obecnych warunkach polityka kursowa mogłaby skutecznie takie szoki neutralizować.
        Kluczowym zagadnieniem przy jednostronnej euroizacji pozostaje ustalenie kursu
        wymiany. Niestety, zarówno teoria, jak i praktyczne doświadczenia nie dają
        jednoznacznej odpowiedzi, jaki jest odpowiedni kurs równowagi, który byłby
        korzystny dla Polski w dłuższym okresie. Niezależnie od tych problemów, rzeczowa
        dyskusja o jednostronnej euroizacji jest nadal potrzebna. -
        Autor jest ekonomistą w Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE)
      • robisc artykul III 06.03.05, 00:55
        Polityka kursowa Kiedy wspólna waluta zastąpi złotego
        Euro wymusi reformy
        Kurs walutowy do dyskusji - komentarz
        O tym, jak Polska powinna dochodzić do euro, dyskutowali wczoraj ekonomiści na
        konferencji zorganizowanej przez NBP w podwarszawskich Falentach. Zdaniem
        prezesa Leszka Balcerowicza, odsuwanie w czasie przyjęcia wspólnej waluty nie
        przyniesie nam żadnych korzyści.
        Kraje kandydujące do Unii Europejskiej mają różne systemy kursu walutowego.
        Jedna grupa, do której należą m.in. Bułgaria, Litwa czy Estonia, powiązała swoją
        walutę sztywno z euro (tzw. currency board). Kraje drugiej grupy, do której
        należą Polska, Czechy i Węgry, mają płynny kurs walutowy. W przypadku tych
        pierwszych przyszłość jest jasna: kurs pozostanie sztywny aż do momentu
        członkostwa w unii walutowej, kiedy to lokalne waluty zostaną zastąpione przez euro.
        Problem dotyczy przyszłości takich krajów jak Polska. Jedna możliwość
        przewiduje, że płynny kurs obowiązuje do momentu przyjęcia kraju do Unii
        Europejskiej, czyli w wariancie optymistycznym do 2004 r. Potem Polska wprowadza
        swoją walutę do europejskiego systemu walutowego (tzw. ERM2), gdzie przez
        przynajmniej dwa lata jej kurs może się wahać w granicach dopuszczonych przez
        inne kraje członkowskie: obecnie +/-15 proc. wokół tzw. parytetu. Wreszcie złoty
        jest zastępowany przez euro.
        Pojawiły się jednak propozycje, żeby zmienić ten scenariusz. Polska mogłaby
        wcześniej jednostronnie - nie we współpracy z UE - przyjąć euro zamiast złotego,
        co byłoby formą systemu tzw. currency board. Zdaniem pomysłodawców tego
        projektu, wśród których jest nowy wiceprezes NBP Andrzej Bratkowski,
        likwidowałoby to groźbę kryzysu walutowego: nie będzie waluty narodowej, nie
        będzie przeciwko czemu spekulować. Wprowadzenie euro mogłoby też zmusić Polskę
        do szybkich reform strukturalnych. Przyznał to wczoraj w rozmowie z
        dziennikarzami Jan Krzysztof Bielecki, dyrektor w Europejskim Banku Odbudowy i
        Rozwoju. - Wprowadzenie euro teraz obnażyłoby słabość polskiej gospodarki i
        zmusiło do szybkich reform - stwierdził Bielecki.
        Prezes NBP w swoim wystąpieniu nie wykluczył takiej możliwości. Stwierdził, że
        różne opcje: wcześniejsze wprowadzenie euro czy też pozostawienie obecnego
        systemu kursowego, powinny być rozważane. Powiedział jednak, że nie widzi
        argumentów za opóźnianiem przyjęcia euro.
        O możliwości wcześniejszego przyjęcia wspólnej waluty wypowiadał się Dariusz
        Rosati, członek Rady Polityki Pieniężnej. - W ciągu dwóch lat taki wariant jest
        godny rozważenia - stwierdził Rosati. Przeciw wypowiedział się inny członek RPP,
        Grzegorz Wójtowicz. Jego zdaniem, Polska powinna iść do unii walutowej normalnym
        trybem: najpierw wejść do UE, potem spełnić pięć kryteriów z Maastricht,
        wprowadzić złotego do ERM2, wreszcie zmienić na euro. A.Sł.

        KOMENTARZ
        Kurs walutowy do dyskusji
        Bank centralny powoli zmienia swoje nastawienie do kursu walutowego.
        Organizowana pod egidą NBP dwudniowa konferencja naukowa na temat dochodzenia
        Polski do wspólnej waluty jest znamienna. NBP nie tylko nie wykluczył pomysłu
        jednostronnego wcześniejszego wprowadzenia euro, ale nawet zwołał uznanych
        polskich i międzynarodowych ekonomistów, żeby posłuchać ich argumentów. Leszek
        Balcerowicz stwierdził, że żadna opcja nie jest wykluczona. To pozornie tylko
        zwykła konferencja naukowa. Ekonomiści w kuluarowych rozmowach podkreślali, że
        zmiana w nastawieniu banku centralnego jest wyraźna. Wcześniej argumenty
        zwolenników szybszego przyjęcia euro oficjalnie odrzucano. Była prezes NBP
        uważała, że taki scenariusz jest wykluczony i od kiedy bank centralny upłynnił
        złotego w kwietniu 2000 r., wydawało się, że przyszłość została wyraźnie
        określona. Żadnych zmian nie będzie przed przyjęciem Polski do Unii Europejskiej
        i usztywnieniem kursu złotego wobec euro w ramach tzw. europejskiego systemu
        kursowego. Teraz poważnie zaczyna się rozważać argumenty zgłoszone po raz
        pierwszy w marcu 1999 r. na łamach "Rzeczpospolitej" przez Andrzeja
        Bratkowskiego i Jacka Rostowskiego, którzy zaproponowali szybką likwidację
        złotego. Pierwszy z ekonomistów od kilku tygodni jest nowym wiceprezesem NBP
        odpowiedzialnym m.in. za pion analiz i badań. A propozycja, która wtedy
        uchodziła za egzotyczną, zaczyna mieć poparcie wśród różnych ekonomistów, w tym
        członków Rady Polityki Pieniężnej.
        Anna Słojewska
      • robisc artykul IV 06.03.05, 00:55
        Seminarium CASE
        Euro szybciej i wolniej
        Nad propozycją szybkiego, jednostronnego wprowadzenia euro, przedstawioną po raz
        pierwszy na łamach "Rz", dyskutowali wczoraj ekonomiści na seminarium
        zorganizowanym przez Fundację Naukową CASE.
        Andrzej S. Bratkowski i Jacek Rostowski są autorami odważnej koncepcji
        rezygnacji ze złotego - i przyjęcia euro - jeszcze przed wejściem do Unii
        Europejskiej. Ich zdaniem, tradycyjna droga do unii walutowej, a więc najpierw
        członkostwo w UE, potem wejście do europejskiego mechanizmu kursowego, wreszcie
        po kolejnych 2-3 latach - wprowadzenie euro, jest zbyt długa i kosztowna.
        Powodowałaby utrzymywanie się przez lata presji na wzmocnienie waluty,
        długotrwały przypływ kapitału zagranicznego i niebezpieczeństwo kryzysu walutowego.
        Szybkie wprowadzenie euro likwiduje ryzyko kursowe, sprowadza stopy procentowe w
        Polsce do poziomu zbliżonego (choć nie identycznego) do europejskiego, wreszcie
        zmusza przedsiębiorstwa do wzrostu konkurencyjności. Dodatkowo, przez brak
        możliwości dewaluacji, dyscyplinuje politykę gospodarczą.
        Krytyków tej propozycji można podzielić na umiarkowanych i zdecydowanych. Do
        tych pierwszych zaliczają się Witold Orłowski, szef Niezależnego Ośrodka Badań
        Ekonomicznych, i Krzysztof Rybiński, główny ekonomista ING Barings w Warszawie.
        Wymienili oni kilka słabych punktów koncepcji, na przykład ryzyko gwałtownego
        napływu kapitału zagranicznego w krótkim czasie. Zamiana złotego na euro, która
        dokonywana tradycyjną metodą zabrałaby 8-10 lat, w propozycji Bratkowskiego i
        Rostowskiego potrwa znacznie krócej. Inwestorzy zagraniczni będą chcieli
        wykorzystać ten czas na ulokowanie w Polsce funduszy w oczekiwaniu na silną
        walutę. I to mogłoby doprowadzić do kryzysu.
        Orłowski zwrócił natomiast uwagę, że inflacja nie zniknie, a przedsiębiorstwa
        mogą mieć poważne kłopoty w dostosowaniu się do nowej sytuacji. Mimo tych
        zastrzeżeń Orłowski poparł jednak koncepcję szybszej zamiany złotego na euro,
        zaznaczając tylko, że nie powinna ona być dla gospodarki zaskoczeniem.
        W możliwość szybkiego wprowadzenia euro wątpił natomiast Bogusław Grabowski z
        Rady Polityki Pieniężnej. Według niego, najpierw trzeba uczynić gospodarkę
        bardziej konkurencyjną, a dopiero potem można myśleć o wprowadzaniu wspólnej
        waluty. Poza spełnieniem tzw. kryteriów z Maastricht, dotyczących poziomu
        inflacji, stop procentowych, deficytu budżetowego i długu publicznego, kluczowe
        jest - jego zdaniem - ograniczenie deficytu obrotów bieżących bilansu
        płatniczego. A. Sł.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka