alcine
21.09.06, 10:03
Kiedyś, dawno temu pisałam tu że mąż po rozpoczęciu terapii zrobił się po
prostu obcy dla mnie. Jak komuś się chce, niech zajrzy tutaj (uwaga- dość
długie)
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=176&w=10239166
Teraz mijają trzy lata. Mąż nie pije. Zmienił swoje życie, przyjął do siebie
nauki AA (w co bym nigdy nie uwierzyła że to możliwe, ale widać działanie
Siły Wyższej- i nie piszę tego wcale ironicznie, naprawdę przeszedł przemianę
duchową. Odnosi same sukcesy, dobrze dzieje się w jego firmie, dobrze wygląda
(ćwiczy, schudł, dba o siebie), znajomym bez żenady mówi o tym ze jest
niepijącym alkoholikiem, naprawdę bardzo się zmienił. Wobec mnie jednak
schronił się za wysokim murem obojętności, a nawet jawnej wrogości.
Wytrzymałam cały ten czas, poddałam się biegowi wydarzeń, odpuściłam,
przestałam walczyć. Zaczęłam chodzic na AlAnon, na terapię do ośrodka
uzależnień jako współuzależniona, zajęłam się sobą. Myślę że wykonałam kawał
pracy nad sobą. Nawet jestem w pewiem sposób wdzięczna losowi za to, że dał
mi możliwość tej przemiany, której w normalnych okolicznościach pewnie bym
nie wykonała. Wiem, to brzmi strasznie "sekciarsko", ale naprawdę tak myślę.
Pod wpływem tych wszystkich zdarzeń jednak postanowiłam, że tkwienie w takim
stanie w jakim jesteśmy jest złe, więc napisałam list (bo powiedzieć nie
miałam odwagi). Napisałam w nim, że go kocham i chcę być jego żoną, ale nie
mogę zaakceptować sytuacji kiedy jesteśmy sobie tak obcy i proszę o
rozważenie czy możemy coś z tym zrobić.
W odpowiedzi usłyszałam, że owszem, on chce rozwodu. Od rozpoczęcia terapii
wie, że to jedyne rozwiązanie. Czemu do tej pory czekał? Bo nie jest łatwo
podjąć taką decyzję, ale teraz ją podjął i mu z nią dobrze.
I w związku z tym za tydzień wyjeżdża na tygodniowe wakacje do Egiptu... Sam.
Rozmawialiśmy wczoraj bardzo długo w nocy, właściwie pierwszy raz od wielu
wielu lat szczerze i bez ogródek. Nie wie czy mnie kiedykolwiek kochał, być
może tylko sobie coś uroił na mój temat, a ja okazałam się kimś zupełnie
innym niż to sobie wyobrażał. Aha, nie ma nikogo "na boku", po prostu nie
chce już być razem.
Moim zdaniem szkoda, że dojście do tego zajęło mu całe 17 lat (czyli tyle ile
jesteśmy małżeństwem). No cóż, nie mogę ukrywać że mnie to strasznie, ale to
strasznie boli. Pozwolę mu odejść, jeśli tego chce. Tylko, że rozmawiałam z
moją teraputką i usłyszałam od niej, że być może to że to wszystko tak długo
trwa świadczy o tym, że tak naprawdę on nie chce odejść. Że te sygnały są
takim jakimś wołaniem o pomoc.
Sama już nie wiem, na ile to ma związek z jego alkoholizmem i moim
współuzależnieniem. Wiem, że po terapii czasem ludzie się rozstają. Nie
zamierzam z tym walczyć, zamierzam się temu poddać i zadbać o siebie. Będzie
co ma być. Ale i tak to boli jak jasna cholera. Jakieś uwagi od ludzi
znających problem? Będę bardzo wdzięczna.
**************************************
Nic nie uczyni cię szczęśliwym bez twojej zgody. Nic nie uczyni cię
nieszczęśliwym bez twojej zgody.