janulodz
03.07.07, 07:42
Stałem w kolejce do kasy w markecie. Na wysokości moich oczu za szybą w odległości 30 cm. stałą butelka brandy, dość dobrego gatunku. I szereg innych. Ale ta pierwsza mnie zahipnotyzowała.
Myśl I:
- kupię, odkręcę, napiję się z gwinta zaraz za sklepem. Często tak robiłem. Już czułem ten zapach i smak, ciepło rozchodzące się od przełyku do żoładka, błogość i myśl, że za chwilę nadejdzie ten szmerek i życie stanie się fajniejsze.
Myśl II:
- a po cholerę mi to. Zanim by nadszedł ten szmerek walnąłbym następnego gul, gula, szmerek by się zrobił szmerem i szukałbym następnej flaszki. Wróciłbym do tego, czego nienawidziłem. Bólu trzeźwienia, klina, potów zlewnych, bezdechu, serca stawania i tych myśli obłędnych i tego strachu panicznego, co mnie dopadał najczęściej nad ranem, jak ię budziłem i nie wiedziałem, czy to dzień, czy noc i gdzie ja jestem i co tu robię i gdzie byłem, co robiłem, co mówiłem i komu jakie kolejne świństwo zrobiłem.
Nie kupiłem.
W drodze do domu dorwała mnie burza i ulewa jak potop. Miałem za swoje :)))