no.ga
12.07.09, 01:58
Jesteśmy małżeństwem niecały rok. Znamy się i jesteśmy razem ponad 5 lat. Mąż
nigdy nie stronił od alkoholu, ale to co ma miejsce od prawie roku to już
przekracza granice mojej wytrzymałości. Potrafi pić przez kilka tygodni i
potem tyle samo czasu potrzebuje na wytrzeźwienie.
Kiedy pracował w swoim mieście problem nie był tak widoczny, ale zawsze po
sobotniej imprezie leczył się wieczornym piwkiem, nawet jeszcze w ciągu
tygodnia. W końcu firma przestała płacić i wyjechał do innego miasta (ok. 500
km od domu). Pracował tam prawie dwa lata, aż w końcu dopadł go ciąg
tygodniowy. Codziennie dzwonił i bełkotał do telefonu. Zawsze miał wymówkę, że
imieniny urodziny itp. Potem tydzień trzeźwiał. Pojechałam do niego. Wyszedł z
tego. Po dwóch miesiącach dokładnie tak samo, z tym że pił dwa tygodnie. Nie
czekając na czas wytrzeźwiania pojechałam do niego, spakowałam wszystko i
przywiozłam do domu. Kurował się dwa tygodnie. Z wielkimi obietnicami
trzeźwości szukaliśmy dla niego pracy ma miejscu. Niestety z marnym skutkiem
do dnia dzisiejszego. Po drodze nasz ślub, który opijał (se stresu jak
twierdził) już miesiąc przed.. Po weselnych wojażach nie zdążył wytrzeźwieć i
pożółkły mu oczy i skóra. Wylądował w szpitalu. Przez może dwa miesiące 100%
abstynencji. Ale nadarzyła się okazja (czyjeś urodziny) i znów się zaczęło.
Znów dostał "żółtaczki". Teraz nawet się nie przejął żółtymi oczami i dalej pije.
Zawsze ma wymówkę, stres, nerwy, a to jakaś sprawa z przeszłości go męczy. Jak
pije już długo to ma doła i obiecuje, że nie będzie, że wie co się dzieje i
wie że ma problem. Jak to jest dopiero początkowe stadium to jak tylko
powiem, że znów jest pijany, czy nawet zapytam co wypił (zawsze poznam po
głosie, że pił) to włącza agresora, że go kontroluję, że się napić nie może..
Dzisiaj wyrzucił mnie z pokoju, dla własnego świętego spokoju. W odwecie
przelałam wszystkie pieniądze ze wspólnego na moje drugie konto, żeby nie miał
za co kupić alkoholu. On nie pracuje a chcieliśmy zacząc w tym roku budowę domu.
Pomóżcie mi jak mam do niego dotrzeć, żeby zaczął się leczyć. Mówienie wprost
działa na niego jak płachta na byka, ze skutkiem nieodzywania się przez kilka
dni. Raz zagroziłam rozwodem to nawet go nie ruszyło.
Mam stresującą pracę, do domu wracam i tu kolejny stres, garściami wypadają mi
włosy, zajadam problemy..
Jak się kłócimy to ja od razu w płacz i nie potrafię wydusić z siebie słowa i
tak przegrywam każdą wojnę na argumenty. Wiem, że sama mu nie pomogę, tak jak
on sam sobie.
Nie wiem nawet czego zacząć?