kogucik.2872
13.07.14, 17:07
rozmowa z rodzicami ofiarami chazana - rozmowa z Agnieszką i ojcem dziecka opublikowana w tygodniku "Wprost" (wydanie 23/2014 z 9 czercwa)
z samego tylko tekstu widać w jakim złym stanie psychicznym jest kobieta i jej mąż. Widać też bezgraniczną rozpacz, wycofanie, pogodzenie z losem, żal, początki traumy.
komentować tragedię tej rodziny, w sposób uwłaczający człowieczeństwu może tylko zimna psychopatyczna ryba.
pierdolona zimna ryba
cyniczna, parszywa zasrana zimna ryba
brak słów. Nie wyobrażam sobie jakielkowiek matki, normalnej matki - która czytając to - mogłaby pisać cynicznie o dotowaniu przez państwo in vitro i "pośpiechu matki" która przeżyła traumę - usunąć żeby znowu zajść.
tylko pierdolona zimna ryba
Rozmowa z Agnieszką i ojcem dziecka opublikowana w tygodniku "Wprost" (wydanie 23/2014 z 9 czercwa)
W którym tygodniu ciąży pani jest?
Agnieszka: W 32. Początek 32. tygodnia.
To pani pierwsza ciąża?
Agnieszka: Nie. Piąta. Staramy się o dziecko od prawie 13 lat. Trzy ciąże poroniłam w bardzo wczesnym okresie – zarodki się zagnieżdżały, ale się nie rozwijały.
To było in vitro?
Agnieszka: Tak, in vitro. Odkryto, że w moim ciele jest jakiś problem immunologiczny, przeciwciała, które blokują rozwój zarodków. Dostałam odpowiednie leki i zaszłam w kolejną ciążę. I wszystko było dobrze. Dziecko się świetnie rozwijało. Do 20. tygodnia, kiedy to szyjka macicy się niebezpiecznie skróciła – tak, jak to się dzieje przed porodem. Próbowano ratować, założono szew. Nie udało się. Dziecko było zdrowe, ale za małe, żeby żyć. Urodziłam je. Umarło. Nie wiem, jak to przetrwałam. Nie pamiętam. Potem kolejna ciąża. Ta, w której jestem.
Chora.
Agnieszka: Chora. Chore dziecko. Bardzo chore. Nieuleczalnie. Śmiertelnie. Bez szans na życie. Urodzę pewnie za kilka tygodni. A miało być inaczej.
Jak?
Agnieszka: W klinice, w której przeprowadzono zabieg in vitro, polecono, bym się skontaktowała z dr. Maciejem Gawlakiem, ordynatorem patologii ciąży w Szpitalu Św. Rodziny na Madalińskiego w Warszawie. On miał prowadzić moją ciążę. Świetny lekarz. Profilaktycznie założył mi szew na szyjkę macicy, żeby nie doszło do poronienia. Na początku 22. tygodnia ciąży doktor zrobił badanie USG. I widziałam po jego minie, że coś się dzieje. Po chwili zaczął mówić. Najpierw powiedział, że jest wodogłowie. Potem dodał, że są jakieś zaburzenia w rozwoju twarzoczaszki, że nos jest przesunięty, że jest tylko jego kawałek.
Mógł się pomylić. Nie chciała pani biec do innego lekarza?
Agnieszka: Nie musiałam, bo dr Gawlak ściągnął zaraz dwóch ginekologów specjalizujących się w ultrasonografii. Nic im nie mówił. Poprosił tylko, żeby mnie zbadali. Potwierdzili. Dowiedziałam się jeszcze, że dziecko ma nieprawidłowe podniebienie, że mózg jest bardzo mały.
Powiedzieli, co to za wada?
Agnieszka: Nie potrafili jej określić. Nie znali też przyczyny. Wiedzieli, że przed zabiegiem in vitro zrobiono mnie i mężowi badania genetyczne, badania kariotypu, i one wyszły prawidłowo. Od dr. Gawlaka usłyszałam, że dziecko jest w bardzo ciężkim stanie i według niego nie będzie w stanie żyć. A jeżeli będzie, to wegetatywnie.
Pani Agnieszce drżą ręce. Płacze. Jej mąż siedzący obok odwraca się, chowa głowę w ramionach.
Poprosiłam doktora, czy jeszcze możemy to wszystko raz sprawdzić, upewnić się. Zaczął dzwonić po szpitalach, sprawdzać, gdzie w ekspresowym tempie mogą zrobić rezonans magnetyczny. Następnego dnia zostałam przewieziona karetką do Instytutu Matki i Dziecka. USG zrobiła dr Jaczyńska, a rezonans dr Bekiesińska- -Figatowska. Potwierdziła poprzednie diagnozy. Dodała też, że moje dziecko nie ma ciągłości kości głowy w części potylicznej, czyli po prostu nie ma czaszki. Mówiła też o niedorozwoju podniebienia, o brakach w rozwoju mózgu, o tym, że niektórych części nie widać. Czyli po prostu, że tego mózgu prawie nie ma.
Dlaczego nie wykonano tych badań w szpitalu na Madalińskiego?
Agnieszka: Teraz myślę, że dlatego, że dyrektor szpitala, prof. Chazan, zasłania się klauzulą sumienia, a ostatnio deklaracją wiary. W IMiD lekarze nie umieli przypisać choroby naszego dziecka żadnemu znanemu zespołowi wad. Usłyszałam, że będę musiała podjąć decyzję, bo stan jest bardzo ciężki.
Naciskali?
Agnieszka: Nie, byli troskliwi, wiedzieli, że to ja muszę być pewna, co chcę zrobić. Rozmawiałam z psychologiem, z lekarzami. Nikt nie ukrywał, że stan jest na tyle ciężki, że nie ma perspektyw leczenia. Tyle że ja już wtedy podjęłam decyzję. Już to dziecko pożegnałam, pochowałam...
Wiedziała pani, jak to przerwanie ciąży się odbywa?
Agnieszka: Zapytałam. Powiedziano mi, że dostanę leki wywołujące poród. I będę musiała urodzić dziecko.
Martwe?
Agnieszka: Nie wiem.
Pytam, bo chciałam wiedzieć, jak panią przygotowano do przerwania ciąży.
Agnieszka: Powiedziałam lekarzom o mojej decyzji, usłyszałam, że musi się zebrać komisja etyczna, i tego samego dnia zostałam odesłana do szpitala na Madalińskiego.
Wiedziała pani, że na Madalińskiego odmawiają przerywania ciąży?
Agnieszka: Nie. Skąd miałam wiedzieć? Choć potem sobie przypomniałam, że jak jechałam karetką, to opiekowała się mną młoda pani doktor i ona mi mówiła, że są wygodne hospicja dla takich dzieci jak moje, że w ich szpitalu się nie zabija... Odesłali mnie z IMiD na Madalińskiego jako niewygodną pacjentkę. Dr Gawlak powiedział, że już rozmawiał w mojej sprawie z prof. Chazanem i jest umówiony na kolejne spotkanie z naszymi wynikami badań, i zaproponował, bym odstawiła wszystkie leki, które do tej pory brałam, a które miały przeciwdziałać ewentualnemu poronieniu.
Miał nadzieję, że pani poroni?
Agnieszka: Nie wiem. Wiem też, że dostał zgodę od prof. Chazana na usunięcie szwu z szyjki macicy, żebym naturalnie poroniła. Uprzedził mnie też, że natura jest przekorna i jeżeli są zaburzenia w rozwoju ośrodkowego układu nerwowego, to zdarza się, że akcje skurczowe nie występują, ciąże są nawet przenoszone. Usłyszałam też, że prof. Chazan upiera się, by porozmawiać ze mną osobiście. Po czym zostałam wypisana do domu i miałam czekać na telefon od dr. Gawlaka. Dzwoniłam sama i słyszałam, że prof. Chazan domaga się kolejnych wyników badań genetycznych.
Czyli jakich?
Agnieszka: Na kariotyp mój i męża. Nie wystarczały poprzednie wyniki badań. Zresztą nie wiem, co miały zmienić te wyniki w naszej sytuacji. Później zrozumiałam, że prof. Chazan chciał wszystko jak najdłużej przeciągać, bo wiedział, że kiedy będę w 24. tygodniu, to już nic nie będzie można zrobić.
A pani wiedziała?
Agnieszka: Wie pani, miałam poczucie, że cały zespół lekarzy z patologii ciąży wspiera mnie w mojej decyzji. Dla nich moja sprawa była tak oczywista, że prof. Chazan po prostu nie będzie mógł odmówić. Profesor przez dwa czy trzy dni nie miał czasu się ze mną spotkać. W końcu, kiedy już skończył się 24. tydzień ciąży, doszło do spotkania. Dr Gawlak powiedział wtedy, że są wyjątkowe sytuacje, kiedy ciążę można przerwać po 24. tygodniu, wtedy, kiedy dziecko nie jest zdolne do życia. Profesor najpierw nie zareagował. A potem usłyszeliśmy, że on nie wie, jak jest z tymi terminami. I że musi się skontaktować z prawnikami i da mi odpowiedź pojutrze. Dr Gawlak przekazał mu wszystkie badania. Jeszcze raz musiałam słuchać, że nie ma czaszki, mózg jest w zaniku, że wodogłowie i że wady są tak rozlegle, że dziecko nie ma szans na przeżycie. Miałam wrażenie, że profesor nie słuchał mojego lekarza. Nie miało dla niego znaczenia, co mówił jego podwładny. Po czym usłyszałam, że przecież moje dziecko może ktoś chcieć adoptować. Pani sobie wyobraża?
cdn.