IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 12.07.05, 09:59
Uwaga! Czytanie poniższego tekstu nie jest obowiazkowe.
"02.06.
Po śniadaniu zakupy (chleb za 4,-kn), potem jedziemy nową (od pewnego miejsca)
drogą do Kanału Limskiego, takiego tutejszego fiordu długości 9 km. Jedziemy
m.in. przez Žninj: zestawienie głosek „nj” wydaje się nie do wymówienia,
dochodzę do wniosku, że „j” spełnia tu rolę „miękkiego znaku”, czyli pewnie
czyta się to „Żniń”, w końcu zapomniałem zapytać o to tubylców. Droga bardzo
miła, przeważnie łagodnymi wzniesieniami, ale niekiedy pochyłości są spore
(np. 10%), a ilość zakrętów przekracza wszelkie wyobrażenia, nawet na
niewielkich odcinkach biegnących zupełnie poziomo, znowu machanie dźwignią
zmiany biegów i kręcenie kierownicą (…”to lubię..”), trochę nieuzasadnionych
ograniczeń szybkości (np. 60 na długiej prostej) – nie przestrzeganych.
Dojeżdżamy do Kanału: bardzo malowniczy jęzor morza wcinający się między
wysokie zielone wzgórza, stąd kolor wody też zielony. Przystań statków
wycieczkowych, kilka restauracji, dużo stoisk z oliwami smakowymi, rakiją,
serami. Częstują nas serami - miejscowym odpowiednikiem parmezanu i drugim w
smaku oscypka, kupujemy połówkę tego drugiego za 40 kn., pijemy cappuccino,
trochę zdjęć i jedziemy do Rovinja. Miasto chwyciło mnie za serce, taki
mniejszy Neapol, niesłychana i rozległa plątanina uliczek, przepustów, bram
przechodnich i niebotyczne wręcz schody, schody, schody. Na szczycie miasta
oczywiście kampanila katedry św. Eufemii, którą zjadły lwy, ale potem jej
relikwie cudem przypłynęły z Aleksandrii i umieszczono je w ogromnym
sarkofagu pochodzenia rzymskiego (aż tyle tego przypłynęło, pewnie te lwy nie
miały apetytu?). Na szczycie dzwonnicy figura św. Eufemii na obrotowej
podstawie wskazuje aktualny kierunek wiatru... Wiele resztek dawnych umocnień,
mnóstwo domów w uroczym zaniedbaniu, o ścianach odchylonych od pionu, na
dolnych ulicach wyrastają wprost w morza, ciaśniutkie zaułki – po prostu model
średniowiecznego miasta śródziemnomorskiego. Ulice znowu wybrukowane
wygładzonymi przez chodzących sporymi bloczkami kamiennymi, niepokojąco
śliskimi. Roninj leży na czymś w rodzaju okrągłej patelni, połączonej z lądem
jedną wąska szypułką, spod katedry widać wokół morze, gdy więc znowu
zabłądziliśmy, szliśmy (nie)spokojnie przed siebie, wiedząc, że na parking
przy wjeździe do miasta musimy trafić. Oczywiście port jachtowy, przystań
statków wycieczkowych i setki kawiarń, restauracji, sklepów, w tym dużo
jubilerskich i zegarmistrzowskich. Sporo polskich wycieczkowiczów, zresztą
zwiedzających mnóstwo, ale miasto tego warte. Wieczorem taras restauracji
prawie pełny, przyjechała chyba duża grupa Czechów, a więc muzyka gra, ale
pomimo to zasypiam – i śpię.
Przeb.: 218,4 km, śr. zuż. 5,8 , szybk. 47 km/g

Obserwuj wątek
    • aseretka Re: HR 2005.6 12.07.05, 12:38
      Czytałam gdzieś, ze figurka św. Eufemii przepowiada równiez pogodę. Gdy
      zwrócona jest twarzą w strone lądu zwiastuje brzydką pogode, gdy patrzy na
      morze będzie słonecznie.
      PS. Obejrzałam zdjęcia z Labin. Miasteczko urocze. Niestety na inne forum nie
      da sie ich przeniesc. Przynajmniej samemu.
      PS 2. Fredziu, czy nie lepiej pisac ciagle na jednym watku? wszystko byloby w
      jednym miejscu, a tak przeba ganiac, chcac np. wrócić do jakiegoś
      wcześniejszego opisu. Ale to moje osobiste zdanie.
            • Gość: Fredzio :HR 2005.7 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 16.07.05, 12:29
              03.06.
              Pełny luz, śpimy dłużej, po śniadaniu spacer brzegiem morza, a potem bulwarem do
              Rabacu. Okazuje się, że 300 m od naszej kwatery jest market, do Rabacu nie
              więcej niż ½ godziny drogi, więc nasze podróże samochodem (w tym ta przez Labin)
              były zbędne. Lody i cappuccino, piękne widoki, wrażenie niewiarygodności
              otoczenia, miraż?

              04.06.
              Wyjazd o 8.00, trochę opóźniony, bo okazało się, że musimy zapłacić taksę
              lokalną, a zdawało się nam, że opłata była w cenie apartamentu. Sprawę
              wyjaśniono nam dogłębnie z zaangażowaniem, przez telefon, rezydenta Neckermanna
              : rzeczywiście wszędzie ten podatek wliczony jest w cenę, tylko nie tu – płacę
              Visą Elektron, jedziemy. Do Rijeki ze średnią szybkością 47 km/godz, potem
              lepiej, ruch na drodze mały, prawie zupełnie bez ciężarówek. Jadranka czyli
              Jadranska Magistrala (Magistrala Adriatycka) jest jednojezdniowa i przeważnie
              wydłubana w stromym, spadającym do morza zboczu. Warunki do wyprzedzania trudne,
              bo odcinki bez linii ciągłej pośrodku są rzadkie i krótkie, no i ciągle
              niewidoczne zakręty i w górę i dół. Brak tu znanych z innych krajów specjalnych
              rozszerzeń przeznaczonych do wyprzedzania, zawsze anonsowanych z
              wielokilometrowym wyprzedzeniem, nawierzchnia od nowiutkiego asfaltu do łatanego
              betonu, ale zawsze przyzwoita.. Nam udało się wyprzedzić wolniej jadących tylko
              trzy razy i okazało się przy tym, że nasze Punto ma powyżej 3000 obrotów niezłą
              szprycę. Nieustanne zakręty i zmiana biegów, hamowanie silnikiem itd., do
              piątego biegu dochodzi się wyjątkowo. Przez cały czas fascynujące widoki – po
              lewej z rzadka pokryte krzewami, częściej gołe urwiska im usypiska skalne i
              góry, po prawej morze o zupełnie nieprawdopodobnej barwie i wyspy wyglądające
              bardzo niegościnnie, po prostu pustynne, chyba w większości bezludne, na jednej
              długa galeria wiatraków energetycznych, w sumie trasa fascynująca. Trochę
              niepokoi, że droga od strony urwiska nie ma nie tylko żadnego pobocza i jest od
              przepaści oddzielona tylko dość niepewnie wyglądającymi kamiennymi słupkami,
              rozstawionymi co kilka metrów, czasem kilku brak a i tak wątpię, czy w razie
              czego zapobiegłyby zwaleniu się do morza, stalowe wyprofilowane bariery
              zamontowano tylko w niewielu miejscach.. Kawałek jedziemy autostradą za 5 kn,
              potem znów Jadranką do Zadaru. Stajemy na ulicznym parkingu, płacimy w
              parkometrze 8 kn za 2 godziny, wiele samochodów bez biletu za szybą, ale jeden z
              mandatem za wycieraczką. Miasto nowoczesne z wtrętami średniowiecznymi. Do
              strefy pieszej wchodzi się przez starożytną bramę w zachowanej części murów,
              ulice wybrukowane wypolerowaną dużą kostką. Dawne forum z ruinami rzymskich
              budowli i wspaniałym IX-wiecznym kamiennym kościołem św. Donata o trzech
              apsydach, obecnie funkcjonującym jako sala koncertowa, obok katedra św.
              Anastazji, też romańska i jeszcze renesansowy kościół Mariacki. Jeszcze kawa i
              lody, jedziemy dalej, teraz droga wzdłuż wzgórz bardziej zielonych, a po prawej
              to cudownie niebieskie morze, a na nim nieregularnie rozsiane wyspy i wysepki,
              te mniejsze przeważnie regularnie okrągłe i i najczęściej stożkowate. W pewnym
              miejscu zieleń wzgórz dziwnie blada. Wreszcie trafiamy na nasz kamping
              „Belvedere-Vranica”, dostajemy kartę magnetyczną do bramy wjazdowej i klucz do
              apartamentu I 4. Apartament mieści się na parterze domku o kilku mieszkaniach,
              składa się z dwóch pokoi, w tym jeden z aneksem kuchennym i wejściem do
              łazienki, kanapą i rozkładanym fotelem, drugi z podwójnym łóżkiem, szafą,.
              komodą, pościel, ręczniki, wchodzi się przez niewielki taras z nierealnie
              pięknym widokiem na morze z piętnastoma co najmniej wysepkami, żaglówkami…Widok
              tak oszałamiający, że gdy w trakcie rekonesansu po kampingu, wstępuję z Wojtkiem
              do plażowej restauracji na piwo, stwierdzam, że dobrze, że widok przesłania
              nieco krata z winoroślą, bo podejrzewałbym się o halucynacje. Znajdujemy potem
              kampingowy sklep i stwierdzamy, że jest tu taniej niż na Istrii: piwo 6,50
              puszka ( a nie 9,99), pomidory 12,- (nie 18-24) itd.
              417 km 5,8 l 57 km/g.

              • aseretka Re: :HR 2005.7 18.07.05, 08:58
                > Miasto nowoczesne z wtrętami średniowiecznymi. Do strefy pieszej wchodzi się
                > przez starożytną bramę w zachowanej części murów,ulice wybrukowane
                > wypolerowaną dużą kostką. Dawne forum z ruinami rzymskich budowli i
                > wspaniałym IX-wiecznym kamiennym kościołem św. Donata o trzech
                > apsydach, obecnie funkcjonującym jako sala koncertowa, obok katedra św.
                > Anastazji, też romańska i jeszcze renesansowy kościół Mariacki.

                Dla uzupełnienia dodam, ze we wschodniej części forum stoi też klasztor
                Benedyktynek bodajże z X w. A jako ciekawostke powiem, ze kośćiół św. Donata
                zbudowany został na pozostałościach budowli rzymskich i do jego budowy
                wykorzystano również wiele rzymskich elementów.
                • Gość: Frtedzio Re: :HR 2005.8 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 18.07.05, 15:10
                  05.06.
                  Wyjeżdżamy do Parku Narodowego Krka, trafiamy łatwo za drogowskazami i na
                  miejscu pracownik parku kieruje nas na ogromny parking, zapełniony dziś, pomimo
                  niedzieli, tylko w 1/3. Obok widać liczne rezerwowe pola parkingowe. Kupujemy
                  bilety po 50 kn (tylko za gotówkę) i wsiadamy do bezpłatnego autobusu. Mieszane
                  uczucia budzi we mnie fakt, że pani w wieku poborowym odstępuje mi miejsce
                  siedzące...…Jazda bardzo wąską, stromą i krętą drogą, na której autobusy mijają
                  się prawie na styk, niekiedy po prostu zatrzymują się by przepuścić jadącego z
                  naprzeciwka. Już z drogi widać kaskadę jezior utworzoną przez rzekę Krka,
                  wreszcie wysiadamy i za wskazówkami pani z informacji idziemy nad wodospady..
                  Ale wodospady są tu wszędzie – szerokie i spadające z wysoka, wąskie strugi,
                  szerokie i niskie itp., a niektóre po prostu wytryskują z za ściany zieleni,
                  która ze względu na obfitość wody jest tu szczególnie gęsta i soczyście zielona.
                  Idziemy wśród tych cudów wyłożoną drzewem ścieżką, otaczającą część zespołu
                  jezior. Przez chwilę na przystani statków i łodzi spacerowych rozważaliśmy sens
                  udania się w dwugodzinny rejs za 70 lub 80 kn od osoby, ale woleliśmy tą
                  wędrówkę przez gęsty, spleciony gałęziami las, wśród wysokich trzcin, głosów
                  ptaków, nad różnej wielkości jeziorami, oczkami wodnymi, rozlewiskami, w których
                  pływa mnóstwo ryb, wodospadami. Miejscami gąszcz zieleni kojarzył się z dżunglą.
                  W niektórych miejscach parku można się kąpać, są kawiarnie, restauracje i
                  WC’ety, kioski z pamiątkami i specjalnościami regionalnymi (głównie rakija,
                  miody itp.). Autobus odwozi nas na parking, jedziemy do Šybernika, ale ja z
                  Wojtkiem jesteśmy do tego jakoś niezbyt przekonani, tym bardziej, że dwa razy
                  przejeżdżamy przez to miasto, nie znajdując miejsca do zaparkowania ani nie
                  zauważając niczego ciekawego. Ale Jadzia upiera się, zawracamy nie bez kłopotów,
                  tym razem jakoś szybko znajdujemy obszerny bezpłatny parking na nadbrzeżu i
                  kierujemy się wskazówkami napotkanego w pobliżu dworca autobusowego planu
                  miasta. I tu rewelacja: przepiękna starówka, jak zwykle wąskie strome uliczki,
                  schodki itd., ale też pewne specyficzne osobliwości – w ścianach nowych
                  (odnowionych) domów widać zachowane elementy średniowieczne: narożniki z
                  herbami, belki podporowe, uwypuklające się ze ścian elementy dekoracyjne, łuki.
                  Do tego wspaniała katedra w typie gotyckiej bazyliki. Fasada olśniewająca – lwy
                  stojące po obu stronach wejścia podtrzymują posągi Adama i Ewy wstydliwie
                  osłaniających się liśćmi, na drzwiach wejściowych relief ze scenami biblijnymi –
                  wypędzenie z raju, niesienie Arki Przymierza wokół Jerycha, ofiara Abrahama,
                  nadanie kamiennych tablic itd. Zdumiewający fryz z 70 głowami i wyrazistych
                  rysach. Pięknu wnętrza nie zaszkodziła nawet barokowa nastawa ołtarzowa i
                  pozostałe wyposażenie. Niezwykły efekt daje rozproszone przez matowe szyby
                  oświetlenie sklepienia i kolumn, witraż tylko w ładnej rozecie. W bocznej
                  apsydzie stare, bardzo romańskie baptysterium, z którego wychodzi się przez
                  kolejne wspaniałe rzeźbione drzwi na malutki okratowany dziedzińczyk. I jeszcze
                  wiele innych cudów w uliczkach, po których się włóczymy. Nad miastem góruje
                  czworokątna twierdza, skąd podobno piękny widok na okolicę, ale nie mamy już
                  siły, aby się tam wdrapywać. Jeszcze cappuccino i lody i już do domu, gdzie na
                  obiad rosół z makaronem (Winiary), gołąbki z puszki z ryżem, kawa, piwo.
                  Siedzimy na naszym tarasie i patrzymy na morze i te co najmniej 15 różnej
                  wielkości wysepek, a na tej na wprost nas zapaliła się już lampa latarni
                  morskiej – cuda. Jeszcze odwiedził nas niewielki kotek i łaskawie zjadł
                  plasterek kiełbasy, za co dał się pogłaskać.
                  142,7 km, 5,5 l/100, 50 km/g.

                  • Gość: Fredzio Re: :HR 2005.9 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 19.07.05, 21:39
                    06.06.
                    Wieczorem trochę padało, rano niebo zasnute, mży, ale ciepło. Wyjeżdżamy o 11.00
                    i wkrótce jesteśmy w Splicie. Parking znajdujemy szybko (wydzielona część
                    ulicy), gorzej z miejscem, ale wreszcie jest. Okazuje się, że zasadniczy obiekt
                    Splitu czyli Pałac Dioklecjana jest tuż. Jest to coś tak zdumiewającego, że
                    klasyfikuję go do klasy ekstra ****+, gdzie dotychczas wpisałem np. mezkitę
                    kordobańską, katedrę w Salamance, kościół w San Leo itp. W prostokątną
                    przestrzeń zamkniętą murami dawnego pałacu przez lata wbudowano dużą dzielnicę
                    miejską, w rezultacie domy mieszkalne przeplatają się ze starożytnymi murami,
                    firanki powiewają w rzymskich oknach, oczywiście uliczki i zaułki wąskie, ale
                    nie tak poplątane jak w innych starówkach i raczej na jednym poziomie.
                    Rzeczywiście ****+. Katedra w tym samym stylu, wszędzie jakieś pozostałości
                    rzymskie, a jest to po prostu przerobione mauzoleum Dioklecjana z VII w. z
                    dobudowanym w XIII w. prezbiterium i kampanilą z XI-XIV w. Wewnątrz rzymskie
                    kolumny i fryz ze zwierzętami, wspaniałe drzwi z kasetonami o treści biblijnej.
                    Zwiedzamy niewielki skarbiec z relikwiarzami, ogromnymi księgami kościelnymi,
                    potem chodzimy po uliczkach …pałacu wreszcie zatrzymujemy się na nadbrzeżnym
                    bulwarze w ogródku kawiarnianym (tymczasem wypogodziło się zupełnie), mam
                    wrażenie nierealności otaczającego mnie świata: palmy, niebiesko-zielone morze,
                    białe okręty, a ja siedzę w wygodnym fotelu trzcinowym i piję cappuccino.
                    Oczywiście Split to po za starówką ogromne miasto, sprawiające wrażenie dość
                    chaotycznego i rozległego. Dalej jedziemy do Salony, oglądamy duży zespół ruin
                    rzymskiego miasta, ale było ono w swoim czasie też greckie, iliryjskie, potem
                    stały tu kolejne świątynie chrześcijańskie, w sumie niewiele z tego pozostało
                    Stąd do domu, w tym 30 minutowy korek na Jadrance, a wieczorem siedzimy loggii i
                    patrzymy jak nad morzem i „naszymi” wysepkami zapada noc.
                    70,9 km, 6,3 l/100, 34 km/g.
                      • Gość: Fredzio Do aseretki IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 20.07.05, 18:14
                        Złota Brama... i inne pozostałości starożytne, mają niestety tą wadę, że są
                        zdekompletowne, gdyby w niszach stały posągi (...a w bramie stał rzymski
                        pretorianin.. (coś jak w piosence Okudżawy, któremu żal, że nie może spotkać
                        Puszkina...)). Poszukiwanie zabytków w miarę zachowanych jest jednym z powodów
                        mojej poriomanii - np. jedną z moich wędrówek odbyłem pod hasłem "Pont du Gard"
                        i długo się na niego gapiłem, z tym większym zdumieniem, że dowiedziałem się, że
                        złożono go z elementów prefabrykowanych na sucho tj. bez zaprawy spajającej
                        bloki i akwedukt mierzył łącznie piećdziesiątkilka kilometrów przy spadku na tej
                        trasie kilkunastu metrów (a nie miano wtedy nie tylko laserów, ale nawet
                        teodolitów) i woda płynęła we właściwym kierunku. Gdy oglądam takie wspaniałości
                        stwierdzam, że minąłem się z powołaniem, trzeba mi było zostać inżynierem
                        budownictwa lądowego, no ale to juz nastepnym wcieleniu...
                        • Gość: Fredzio HR.10 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 22.07.05, 16:42
                          07.06.
                          Od rana ładna pogoda, wyjeżdżamy na Jadrankę - do Dubrownika, koło którego mamy
                          zarezerwowany pokój. Stąd droga jeszcze bardziej malownicza: po lewej morze
                          bajkowego koloru, po prawej góry o różnym stopniu dzikości, droga niebywale
                          kręta i -można by tak określić – eksponowana, jak wspomniałem, są miejsca bez
                          żadnych zabezpieczeń od strony urwiska, można spadać do woli. Na granicy
                          bośniacko-hercegowińskiego „korytarza” jadącym przed nami Węgrom szczegółowo
                          kartkują paszporty, nas zbywają machnięciem ręki, gdy potem w muzeum klasztoru
                          franciszkańskiego facet w kasie po usłyszeniu, że jesteśmy z Polski bierze od
                          nas pieniądze tylko za dwa bilety, zaczynamy się zastanawiać czy nie funkcjonuje
                          tu jakaś odmiana hasła „Polak – Chorwat …” .Tylko parę razy mamy okazję widzieć
                          otwarte morze, stale za pasem niebieskiej wody widać kolejne rzędy mniejszych i
                          większych wysepek. Najpierw jedziemy do Cavtatu, ku naszemu zaskoczeniu okazuje
                          się, że to ruchliwa miejscowość nadmorska z rozbudowanym przemysłem
                          turystycznym, a na dodatek z bogatą historią i zabytkami, kiedyś konkurowało z
                          Dubrownikiem, niestety, mamy tak napięty terminarz, że nie planujemy
                          zwiedzania, zaraz po rozpakowaniu się w kwaterze jedziemy do Dubrownika. Tam
                          okropny tłok samochodowy (po raz kolejny zadaję sobie pytanie: co dzieje się tu
                          w sezonie?), ale znajdujemy miejsce na parkingu tuż pod murami i zaraz po
                          wkroczeniu do miasta przez bramę w nich, wchodzimy na nie za 30 kn od osoby.
                          Wspaniały widok na morze i miasto, zwraca uwagę, że prawie wszystkie dachy mają
                          świeżo położoną dachówkę i że uliczki są tu niezwykle strome (ze schodami) i
                          wąskie, nawet jak na tutejsze standardy. Nieprzebrane tłumy, duży wysyp
                          Francuzów i Polaków, zupełnie nie ma Niemców i Japończyków. Imponująca i czynna
                          studnia miejska tryska z wielu rurek nadającą się do picia, chłodną wodą. Spacer
                          murami jest tu czymś jedynym w swoim rodzaju, przypomina podobny w
                          Aiguiles-Mortes, ale może mury tu wynioślejsze i bardziej wojownicze, a miasto
                          pagórkowate i większe. Potem snujemy się po uliczkach pełnych zwiedzających,
                          wśród mnóstwa restauracji i sklepów z pamiątkami. Ale znowu nasuwa się pytanie
                          czy powinienem przyznać temu cacku architektury miejskiej symbol ****?
                          Przypominam sobie, że tak było z Rzymem, Ferrarą… i innymi miejscami powszechnie
                          uznanymi za cuda wielogwiazdkowe. Oczywiście Dubrownik to jest cudo, ale czy
                          „lepsze” od np. Splitu, Rovinja, Šybenika ? Wreszcie uspokajam swoje sumienie,
                          że tego typu wartościowanie jest bez sensu, każde cudo jest cudem w swoim
                          rodzaju i tyle, a ja mogę sobie z nich wybierać rodzynki, jakie mi najbardziej
                          smakują i obdarzać je dowolną liczba gwiazdek czy kółek.
                          297,7 km, 5,5 l/100, 52 km/g.

                          • orchidea27 Re: HR.10 22.07.05, 23:05
                            Jak zwykle milo sie czyta Twoje opowiesci. :))) Nie bylam nigdy w Dubrowniku
                            ani w Splicie, ale juz te miejsca widze oczyma mojej wyobrazni, dzieki Twoim
                            przekazom. :)))
                            • Gość: Fredzio HR.11. IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 23.07.05, 14:21
                              08.06.
                              W nocy zrywa się wichura, rano pełne zachmurzenie, nadal dmie i leje, wobec
                              czego rezygnujemy z powtórnej wizyty w Dubrowniku i przed 10.00 ruszamy z
                              powrotem. Leje z niewielkimi przerwami, morze dziś koloru stalowego z białymi
                              grzywaczami. Ostrzeżenia przed spadającymi kamieniami okazują się uzasadnione,
                              sporo ich leży na jezdni, niektóre na tyle duże, że mogłyby sprawić kłopoty.
                              Koło Makarskiej deszcz nieco uspokaja się, za to wiatr wzmaga się tak, ze
                              wyraźnie szarpie samochodem i nagle zdumieni widzimy, że szczyty i zbocza
                              wysokiej góry po prawej ... pokrywa świeży śnieg. Nieprawdopodobne, ale nie
                              sądzę, żeby w ramach eskalacji atrakcyjności krajobrazu ktoś po nocy posypał je
                              cukrem-pudrem. Potem już pogodniej i cieplej, zdejmujemy kurtki i wyłączamy
                              lekko nastawione ogrzewanie. W przydrożnej restauracji pijemy południowe
                              cappuccino i po 4 ½ godzinach jesteśmy w domu, do wieczora wypogadza się,
                              idziemy więc na spacer na pobliskie osiedle, jak wszędzie tu większość domów
                              sprawia wrażenie zupełnie nowych, wiele w budowie, w tym jeden spory sprawiający
                              wrażenie hotelu, wszędzie wywieszki „sobe-rooms”. W pewnej chwili z pojemnika na
                              śmieci wyskoczył wypłoszony kot, po chwili zbiegło ich się chyba z dziesięć lub
                              więcej, jeden skradał się potem za nami przez pół ulicy. Morze przybrało
                              wieczorem kolor rtęci. Na obiad zupa pomidorowa „W” i wczorajsza pizza – okazało
                              się, że zostało jej w sumie 1½ porcji - w sam raz na obiad..
                              255,6 km, 5,8 l/100 km, 55 km/g.

                              09.06
                              Zwiedzamy Trogir i zaczyna się to od poszukiwania miejsca na zaparkowania,
                              wreszcie po ponownym okrążeniu miasta znajdujemy płatny parking utworzony z
                              części ulicy, na nim ustawiamy się na ostatnim chyba wolnym miejscu. Przez
                              bramę miejską wchodzimy w strefę pieszą, zresztą w tak wąskich uliczkach ruch
                              samochodowy byłby niemożliwy. Miasto milutkie, wypucowane łącznie z wyślizganymi
                              (i śliskimi) brukami z bloczków kamiennych, miejscami wyłożonymi dla odmiany
                              kocimi łebkami. Naprawdę warte zwiedzenia, choć może właśnie za bardzo
                              wymuskane, brak mi w wąskich uliczkach uroczych sypiących się i oblezionych
                              murów, pochylających się ścian. Prócz tego wymuskania i bijącej w oczy czystości
                              zwracają uwagę wyjątkowo liczne przewiązki/łączniki pomiędzy domami na wysokości
                              1-2 piętra z oknami lub tylko łuki łączące domy po obu stronach ulicy, które
                              wszystkie są bardzo wąskie, jedyne rozszerzenia to place np. przy katedrze.
                              Katedra od frontonu w rusztowaniach, wchodzi się wejściem bocznym. Kamienne mury
                              wewnątrz sczerniałe, miejscami jakby okopcone, swoją drogą ze stropu zwiesza się
                              ogromny świecznik, a przed ołtarzami palą się liczne ofiarne świece. Piękna
                              kamienna ambona, cyborium i drewniane, rzeźbione stalle, może trochę za bardzo
                              wypoliturowane, bo jaskrawo błyszczą. W połowie nawy wisi wysoko duży „płaski
                              krucyfiks”, a w każdym razie przypominający nam podobne, znane nam z Włoch i
                              Hiszpanii - może barwniejszy … i mniej płaski. W posadzce wiele płyt nagrobnych
                              w większości startych do całkowitej nieczytelności. Liczne takie płyty w
                              ścianach. Boczna kaplica z XV w. o wyraźnie jaśniejszych ścianach z sarkofagiem
                              bł. Jana, pierwszego biskupa Trogiru i figurami 12 apostołów (znowu nasuwa mi
                              się wątpliwość: czy wobec tego obok św. Jana, Mateusza i pozostałych świętych
                              musi tam być też (św.?) Judasz). Na bocznych ścianach nawy dwa duże obrazy, a
                              pod nimi rząd niewielkich portretów. Katedra stoi przy Trg Ivana Pavla II, w
                              innych miastach też spotykaliśmy takie ulice. Ale zwiedzanie rozpoczęliśmy od
                              obejścia dużej twierdzy z XV w. – Zamku Kamerlengo, jak zwykle tu - jest to
                              czworokąt wyniosłych murów, w narożach którego stoją trzy wieże i bastion, ponoć
                              twierdze budowano tutaj tak na wzór warownych rzymskich obozów. Połączona z
                              zamkiem wieża św. Marka (bastion) jest cała w rusztowaniach. Niedaleko (wszędzie
                              tu nie daleko, bo miasto szczelnie wypełnia niewielką wyspę połączoną z lądem
                              mostem) piękna Brama Morska z otoczonym kolumnami targiem rybnym. Więcej
                              przestrzeni zajmuje bulwar nadbrzeżny z przystanią jachtów i statków
                              spacerowych, wysadzony rzędem wspaniałych palm, a odgrodzony od miasta domami
                              wkomponowanymi we fragmenty zachowanych murów. Pogoda piękna, choć wietrzno,
                              więc efekt wizualny wspaniały. Wędrując po ruchliwej starówce podziwiamy liczne
                              sklepy i restauracje, piękne budynki, wreszcie siadamy w małym ogródku
                              kawiarnianym w cichym zaułku na uboczu, pijemy nasze rytualne espresso i już do
                              domu.
                              15,1 km, 8,0 l/100 km, 24 km/g

                                  • Gość: Fredzio : HR. 12. IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 26.07.05, 16:31
                                    No to proszę cd.:
                                    "10.06
                                    Odpoczywamy po wrażeniach, czytamy. Jeszcze spacer po Vranicy czyli naszej
                                    miejscowości (a może nazywa się Vranica Seget?), wszędzie wypieszczone wille i
                                    domki, zawsze z tabliczką „Sobe-apartmani-Zimmer-camere”, wiele się buduje i
                                    rozbudowuje W sklepie brzoskwinie po 18,- kn (a nie po 35) i pomidory po 9,50.

                                    11.06
                                    Żegnamy Vranice i o 9.00 ruszamy do Jezior Plitwickich, początkowo Jadranką,
                                    potem za drogowskazami kierujemy się na autostradę do Zagrzebia. Jedziemy więc w
                                    głąb lądu, droga coraz mniej falista i kręta, wokół dużo zieleni, ale
                                    spostrzegamy zniknięcie palm, cyprysów i pinii, wreszcie na bramce bierzemy
                                    bilet i 100-120. Początkowo zdumiewająca, jak na ten kraj, równina na wiele
                                    kilometrów po obu stronach drogi i to zazieleniona, potem po prawej pojawiają
                                    się rosnące szybko grzbiety gór, w stronę których skręca droga. I typowa górska
                                    autostrada – trochę zakrętów, kilka tuneli, w tym jeden bardzo długi, ale
                                    oświetlone i wentylowane. Jeden tunel dwukierunkowy z pojedynczym pasem w każdą
                                    stronę (drugi dopiero w budowie). Ten odcinek poprzedza znak ”Koniec autostrady”
                                    i ograniczenie do 80. Ruch nie duży. Po 100 km autostrady za 41 kun zjeżdżamy za
                                    drogowskazem „N.P. Plitvicka Jezera”. Mijamy wjazd do parku, zamierzając
                                    najpierw znaleźć naszą kwaterę, po niewielkich poszukiwaniach znajdujemy dom
                                    Rakovec 98, trochę dziwiąc się, że miało to być przy jeziorach, a jest kilka
                                    kilometrów za nimi. Zgadza się miejscowość, numer domu, i nazwisko na wizytówce,
                                    ale w domu nikogo nie ma, pieląca obok ogródek starsza pani metodą mimiczną i we
                                    własnym narzeczu zawiadamia nas, że ktoś może się tu pojawić wieczorem. Jedziemy
                                    z powrotem do parku, stajemy na ogromnym bezpłatnym parkingu nr 1 i idziemy do
                                    kasy. Gdy mam już zapłacić za trzy bilety po 80 kn, Wojtek wyczytuje, że bilet
                                    dwudniowy kosztuje 95,-, kupuję więc trzy dwudniowe i stwierdzamy, że jesteśmy o
                                    195 kn do przodu. Wchodzimy w krainę przypominająca Park Krka, ale znacznie
                                    powiększony i, jak to określamy, bardziej opłacalny. Kaskada różnej wielkości
                                    jezior połączonych różnej szerokości i wysokości wodociekami, od olbrzymich
                                    kaskad do szerokich, niskich grobli, kolor wody w jeziorach malachitowy, przy
                                    brzegach bezbarwny, woda przejrzyście czysta, pełna ryb. Po ścieżkach wyłożonych
                                    lekko tylko obrobionymi kłodami drzewa, mostkach i galeryjkach, przez bardzo
                                    gęstą i soczystą zieleń drzew i krzewów dochodzimy do przystani promów. Na
                                    nadpływający 100 osobowy stateczek czeka ogromny tłum wycieczkowiczów,
                                    spodziewam się długiego oczekiwania na zaokrętowanie, ale po chwili przypływa
                                    drugi i zaraz trzeci, na który wsiadamy. Statki mają chyba napęd elektryczny, bo
                                    poruszają się bezgłośnie. Po ok.15 minutach żeglugi (w czasie której stwierdzam,
                                    że w razie czego kapoków zmagazynowanych pod dachem by starczyło, ale czy
                                    starczyłoby czasu na ich wydłubanie z półek ? - taki już ze mnie czarnowidz),
                                    dobijamy do przystani po drugiej stronie jeziora i dalej wędrując pieszo
                                    zachwycamy się kolejnymi wodospadami, strumieniami, rozlewiskami i co tam
                                    jeszcze może zrobić woda. Dochodzimy do przystanku kolejki (w jednym z reportaży
                                    gazetowych opisano ją jako „kolejkę wąskotorową”) – jest to kolejka o tyle, że
                                    ma dwa wagony osobowe, ale ciągnie to potężny ciągnik …osobowy, bo za kabiną
                                    kierowcy ma kabinę dla kilku pasażerów, chyba jest to po prostu odpowiednio
                                    przerobiony ciągnik siodłowy. Obie kilkudziesięcioosobowe przyczepy mają obie
                                    osie skrętne, co pozwala im wpisywać się w ciasne agrafkowate zakręty, moc
                                    ciągnika zaś wystarcza do pokonywania stromych odcinków drogi, oczywiście całość
                                    porusza się na normalnych oponach. Jedziemy do przystanku St.2, a stamtąd do St
                                    1. i ruszamy na parking. Po drodze zaglądamy do parkowej restauracji ale
                                    odstraszają nas ceny dań od 100 kn wzwyż. Jedziemy więc w kierunku kwatery w
                                    Rakovcu, po drodze zajeżdżamy do spostrzeżonej poprzednio ładnej restauracji,
                                    gdzie stwierdzamy, że ceny są o połowę niższe, zamawiamy więc 2x cebavptici, a
                                    Wojtek wołowy kotlet z rusztu, wszystko z frytkami i salad mixte, do tego woda
                                    mineralna i piwo, razem 186,-kn. No i jedziemy do Rakowca 98, a tam nikogo. Jest
                                    już 19.00 i zastanawiamy się jak długo możemy czekać, ale gdy to rozważamy (… i
                                    co potem?) przychodzi mi do głowy szczęśliwa myśl – telefon! Co prawda trochę
                                    peszy nas świadomość, że aparat o numerze z vouchera (p. niż.!) może znajdować
                                    się w domu pod którym stoimy, nasłuchuję nawet pod oknem, czy nie usłyszę
                                    dzwonka, ale zgłasza się właściwa osoba i to mówiąca po niemiecku. Okazuje się,
                                    ze mamy zgłosić się pod inny adresem w stronę jezior. Tłumaczy nam jednak dojazd
                                    w sposób bardzo skomplikowany – mamy wrócić do wejścia do parku (ulaz 2) i tam
                                    zawrócić z powrotem, przejechać 500m itd., ale po drodze Wojtek spostrzega, że
                                    to co uważaliśmy za voucher, to nie voucher, ale zawiadomienie o przyjęciu
                                    zamówienia, a voucher podpięty jest pod nim, a na nim właściwy adres „Rastovača
                                    4”, znajdujemy właściwy dom, pod który wita nas zaaferowana cała rodzina
                                    gospodarzy, zajmujemy miły, dobrze urządzony pokój z łazienką, pijemy herbatę i
                                    po dniu pełnym wrażeń – spać. A gdyby nie było telefonów komórkowych?
                                    292km, 6 l/100 km, 63 km/g"
                                    1
                                    • aseretka Re: : HR. 12. 27.07.05, 09:09
                                      Właśnie, gdyby nie było telefonów komórkowych... Podobną sytuację mieliśmy w
                                      Portugalii, gdzie zajechaliśmy przed 22, a w domu nikogusieńko. Już nawet
                                      byliśmy przygotowani na nocleg w samochodzie.
                                      • Gość: Fredzio HR. 13 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 27.07.05, 14:48
                                        12.06
                                        Śpimy trochę dłużej, potem jedziemy (stąd kilkaset metrów) do parkowego Ulaz 2
                                        tj. wejścia nr 2, bo wczoraj wchodziliśmy ulazem 1. Z pobieżnej obserwacji
                                        wynika, że do parku łatwo przesmyknąć się bez biletu, ewentualne problemy mogą
                                        pojawić się przy wejściu na promy, ale i to tylko w razie małej liczby chętnych,
                                        o co tu raczej trudno. Idziemy drogą do „St 2” i wsiadamy do pociągu do ”St 4”,
                                        a stamtąd spacerkiem obchodzimy kolejne jeziora, idąc głównie ścieżkami
                                        wyłożonymi drewnianymi belkami, miejscami położonymi na palach wbitych w dno
                                        płycizn lub wzdłuż tam trawertynowych czyli grobli utworzonych w naturalny
                                        sposób przez wytrącanie się minerałów, w które bogate są tutejsze wody, na
                                        gałęziach, liściach i innych takich rzeczach opadłych do wody. Ścieżki są
                                        szerokości nie przekraczającej 1,5 m (idący z naprzeciwka muszą uważać przy
                                        mijaniu a minięcie wycieczki to prawie horror)) i dziwi trochę zupełny brak
                                        poręczy, o potknięcie się na nierównej belce jest nie trudno, ewentualna
                                        niezamierzona kąpiel nie zawsze może być zabawna. Podziwiając niezwykłe widoki i
                                        wsłuchując się w wszechobecny szum wody dochodzimy do przystani P 2 i wsiadamy
                                        na prom do P 3 , skąd wędrujemy pieszo do St 1, najpierw wspiąwszy się do punktu
                                        widokowego – tarasu z kamienną balustradą, skąd jeszcze piękniejszy, bo
                                        rozległy, widok na jeziora i wodospady. Zwróciliśmy uwagę, że dziś w parku ruch
                                        jakby mniejszy niż wczoraj, ale za to wczoraj ku mojej radości obok licznych
                                        Francuzów, Polaków, Włochów, spotkaliśmy sporą grupę Japończyków, których brak
                                        zawsze mnie z niejasnych przyczyn niepokoi. Wszystko to zajęło nam czas od
                                        11.00 do 16.30, wreszcie parking i jedziemy na obiad do wypróbowanej wczoraj
                                        restauracji „Degenija”, tym razem zjedliśmy zupę pomidorową i risotto z grzybami
                                        (ja), filet z kury (Jadzia), a Wojtek zamówił sobie nasze cebavpcici, do tego
                                        piwo, woda, espresso razem za 190 kn i do domu Pogoda dziś była słoneczna, lecz
                                        wietrzna, w sumie doskonała do wędrówek, a baliśmy się powtórzenia scenariusza z
                                        Dubrownika, gdzie drugiego dnia lało, ale obiad jedliśmy nie na tarasie, jak
                                        wczoraj, a wewnątrz lokalu. Wieczorem gospodyni przynosi nam świeże ręczniki.
                                        19,9 km, 6,0 l/100 km, 41 km/g

                                          • Gość: Fredzio HR. 14 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 27.07.05, 21:25
                                            13.06.
                                            Wyjeżdżamy o 8.40, najpierw zwykłą drogą, może trochę mniej krętą niż zazwyczaj.
                                            Przez równiny, bliżej Słowenii przez góry, w tym kilka tuneli. Po drodze
                                            wydajemy resztki kun i tolarów, przeważnie na wino. Granica austriacka pojawiła
                                            się jakoś szybko, kupujemy winietę, potem na parkingu zjadamy drugie śniadanie i
                                            wypijamy 3 groβe Brauners. O 15.40 jesteśmy w Traiskirchen, instalujemy się w
                                            oekotelu w pokoju nr1 i idę z Wojtkiem na zakupy i zwiad restauracyjny: „nasza”
                                            restauracja ma dziś Ruhetag, a inne nie bardzo nam się podobają (wszystkie
                                            zresztą o tej porze zamknięte), wreszcie wybieramy na kolację Pizzerię
                                            Dettolino. Po drodze w Billi kupujemy 2 puszki piwa i 2 butelki francuskiego
                                            wina (Vin de Pay d’Oc)…za w sumie 3,80 €. Potem idziemy na kolację, gdy
                                            wchodzimy wita nas buchający ogień grilla i kelner zapraszający nas do ogródka w
                                            podwórku. Z karty zamawiamy – ja spaghetti carbonara, Wojtek oczywiście pizzę,
                                            Jadzia z tablicy wystawionej w ogródku Mix Grill i wodę mineralną. Czekamy dość
                                            długo i wreszcie dostajemy kolejno – spaghetti (bardzo dobre, co ciekawe z
                                            paskami szynki, a nie boczku), potem Jadzia swoje mięsiwa czyli trzy upieczone
                                            na grillu zrazy mięsa wołowego, jagnięcego i filet kurzy z pieczonymi
                                            ziemniakami, a gdy my kończymy jeść Wojtek dostaje swoją pizzę, całą pokryta
                                            płatkami szynki crudo, na wspaniałym cieście i z doskonałymi pomidorami (warto
                                            było czekać)., za całość płacimy 27,58 €
                                            454,3 km, 5,5 l/100 km, 77 km/g.

                                            14.06
                                            Po obfitym oekotelowym śniadaniu wyjeżdżamy o 9.00, jazda bez przeszkód, choć
                                            ruch duży, aż do przedmieść Wiednia, gdzie przed nami ruch gęstnieje, migoczą
                                            się światła awaryjne, no wreszcie jest – dwurzędowy korek po horyzont, stoimy
                                            lub powoli pełzamy. Wydaje się, że to z powodu prac remontowych prowadzonych na
                                            przeciwnym pasie, ale poruszając się o 2-3 m do przodu mijamy je, a z prawej
                                            dołącza trzeci wypchany samochodami (…korkowy) pas. Upał i wleczenie się, w
                                            ciągu 1,5 godziny przejeżdżamy 6,5 km, dobrze że za resztę tolarów kupiliśmy
                                            także paczkę gumy do żucia – mam chociaż takie zajęcie. Potem całość
                                            nieruchomieje beznadziejnie na kilka minut i nagle wszystko rusza, tłok na
                                            drodze rozgęszcza się, szybkość wzrasta, wjeżdżamy w wiedeńskie tunele, jedziemy
                                            już normalnie, granicę czeską, a potem polską mijamy szybko i w domu o 16.30.
                                            401 km

                                            Appendix.
                                            Koszt wyprawy (paliwo, noclegi, zakupy, ubezpieczenia, jedzenie) 6890,01 zł (nie
                                            wliczam kosztu jedzenia zabranego z domu (część zresztą wróciła), ale to nie
                                            było więcej niż ~100 zł. Aha, nigdzie nie napotkaliśmy McD, Pizza Hut i i. tego
                                            typu stołówek i też nie było supermarketów (Tesco, Media Markt itd - ciekawe.
                                            Szczegóły na specjalne życzenie.
                                            (Koniec i bomba….)

                                            • aseretka Re: HR. 14 28.07.05, 13:42
                                              ... a kto czytał ten nie jest trąba.
                                              Czekamy na dalsze opisy. We wrześniu jedziesz bodajże do Francji o ile dobrze
                                              pamiętam.
                                              • Gość: Fredzio F -1 IP: *.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl 28.07.05, 16:06
                                                4 września jadę do Zgorzelca,tam nocleg i skok do Francji, nocleg i do Paryża
                                                (coś po drodze), tam 5 dni w Maison Lafitte (Eurocamp)- w planie uzupełnienie
                                                Paryża ( dawniej nazywałem takie kolejne odwiedziny "dokończeniem", ale
                                                sugerowało to ostateczne rozliczenie z danym krajem czy miejscowością, a anuż
                                                jeszcze mnie tam przyniesie? Np. mam w rezerwie zaklepane (po ryju Dzika)
                                                odwiedziny Florencji, zresztą akurat tam mógłby jeździć co roku. Potem jedziemy
                                                do La Rochelle i okolic, a dalsze zwiedzanie w drodze powrotnej. I znowu nasuwa
                                                mi się ten sam temat: tranzyt przez Niemcy - bez zatrzymania, w rezultacie znam
                                                w nich tylko autostrady, Heilbronn, Monachium, Akwizgran, Buehl, Baden-Baden, no
                                                i Berlin-Haupstadt-der-DDR, Brandenburg, Mekleburgię (to z czasów ancien
                                                regimów) - popatrz, trochę tego się jednak nazbierało. Czy przesłać dalsze zdjęcia?
                                                Fredzio

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka