Dodaj do ulubionych

Islandia w 7 dni według Tomaszka

29.07.05, 17:39
Hej, witam wszystkich czytających...

minęły już 3 tygodnie od powrotu z tej niesamowitej wyspy i dopiero teraz
udało mi się skończyć krótką relację z pobytu.
postanowiłem ją tu zamieścić, aby stanowiła dla jednych miłą lekturę, zaś dla
innych pożyteczną wskazówkę.
Oczywiśćie nie roszczę sobie prawa do wszechwiedzy i posiadania najlepszych
informacji. Uważam jedynie, że nasza wyprawa była na tyle oryginalna i
ciekawa, że można się podzielić szczegółami.

pozdrawiam wszystkich czytających i pozostaje do dyspozycji w razie pytań.
Tomaszek
Obserwuj wątek
    • tomaszek00 Dzień zero. 29.07.05, 17:40
      Nie znoszę podróżowania w nocy. Myślałem, że jakoś sobie poradzimy, że przecież
      wylot o 23.00 to tylko późny wieczór, że te 3 godziny lotu to jakoś szybko
      zlecą.... Ale tak naprawdę okazało się, że zmęczenie jest silniejsze, w
      samolocie po podaniu posiłku (o dziwo ciepłego... tego się nie spodziewałem w
      liniach bądź co bądź sezonowych, czarterowych, itp.) zdrzemnąłem się nieco.
      Blondi i Junior tez padli po jedzeniu. Ale jakoś się udało dolecieć na miejsce
      (po drodze mogliśmy oglądać wschód słońca na horyzoncie, nad chmurami),
      wylądować szczęśliwie, odstać swoje w kolejce do jedynego czynnego punktu
      wymiany walut, odebrać bagaż i odszukać przedstawicieli lokalnego biura, którzy
      mieli przekazać nam samochód oraz kluczyki do naszych noclegów. Jak mieli, tak
      też i zrobili. Dostaliśmy niespodziewany ‘upgrade’, zamiast zamówionej Toyoty
      Yaris, czekała na nas Corolla. Zawsze to lepiej, większy samochód –
      wygodniejsza podróż.

      Islandia przywitała nas deszczem, który w zasadzie mogliśmy odczuć dopiero po
      załatwieniu formalności, przy wsiadaniu do samochodu. Lotnisko Keflavik
      położone jest ok. 40 km na zachód od Reykjaviku, jechaliśmy w niewielkim
      sznurku samochodów, jako że innej drogi do miasta i dalej w innych kierunkach
      nie ma. Oczywiście, jak to bywa za pierwszym razem, kierując się drogowskazami
      zatoczyłem wielkie koło wokół Reykjaviku, tranzyt jest kierowany opłotkami
      wkoło miasta. A przede mną jeszcze ok. 400 km do Akureyri.

      Słynna droga nr 1 biegnie dookoła wyspy, w okolicach Reykjaviku brzegiem morza
      na północ. Miałem wrażenie, że znów po raz kolejny robię wielkie koło, okazało
      się, że to po prostu objeżdżałem zatokę, nad którą położone jest miasto. Deszcz
      powoli zamierał, robiło się za to coraz jaśniej. Oczywiście – jesteśmy przecież
      niedaleko koła podbiegunowego, a teraz w początku lipca noce są jak
      najbardziej ‘białe’. Dzięki temu zjawisku oraz porcji napoju energetyzującego
      mogłem wytrzymać samotną nocną jazdę. Blondi i Junior spali na tylnym siedzeniu
      znużeni dodatkowymi atrakcjami na lotnisku, muzyczka lekko pobrzmiewała w
      głośnikach, a ja sunąłem wypożyczonym autem na spotkanie przygody.

      Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Reykjaviku pierwsza niespodzianka, tunel
      pod fiordem w okolicy Borganes. Jechać i płacić czy jechać dookoła? Ostatecznie
      zapłaciłem i pojechałem tunelem pod fiordem oszczędzając w ten sposób ok. 45 km
      i godzinę jazdy i odchudzając portfel o 1000 koron. Generalnie droga była
      pusta, trudno spodziewać się dużego ruchu w nocy, choćby była najjaśniejsza.
      Robiąc sobie kilka krótkich odpoczynków dotarliśmy w ten sposób po kilku
      godzinach do celu naszej nocnej przejażdżki – Akureyri.
    • tomaszek00 Dzień pierwszy 29.07.05, 17:41
      Akureyri to drugie co do wielkości miasto na Islandii (po rejonie tzw.
      Wielkiego Reykjaviku) liczące ok. 15 000 mieszkańców. Nasze wynajęte lokum
      mieściło się wygodnie na pierwszym piętrze bloku mieszkalnego – po prostu
      zwykłe mieszkanie, dwa pokoje (sypialnia i salon), kuchnia, łazienka. Po
      wypakowaniu rzeczy i przebadaniu mieszkania urządziliśmy sobie małe śniadanko,
      po czym poszliśmy spać. Tak, tak, trudy nie przespanej nocy dały znać o sobie,
      w związku z czym musieliśmy odetchnąć – tak około 1 godzinki.

      Około godziny 11 wyszliśmy w miasto pozwiedzać. Dotarliśmy oczywiście na główną
      ulicę miasta – deptak ze sklepami, bankami, knajpami. Skorzystaliśmy z banku,
      wymieniając nasze różne waluty (oczywiście nie polskie złotówki, bo tych tu
      raczej nie znają) na ichnie lokalne korony islandzkie po nieco lepszym kursie,
      niż ten zaoferowany nam na lotnisku. Na szczęście na lotnisku wymieniłem
      niewiele, tak aby mieć na podstawowe wydatki, jakie mogłyby się zdarzyć po
      drodze.

      Główny deptak Akureyri to niewielka uliczka, na której oprócz banków znajdowały
      się również sklepy z pamiątkami dla turystów, eleganckie sklepy z odzieżą,
      biuro informacji turystycznej (dzięki któremu dowiedziałem się, co zwiedzać w
      mieście i okolicy), kilka barów i restauracji. We wszystkich przybytkach ceny
      niesamowite jak na warunki polskie, oczywiście trudno oprzeć się pokusie
      przeliczania wszystkich cen na złotówki. Jednak po kilku razach – po przeżyciu
      szoku zawiązanego z wysokością tych cen i ich relacji z naszymi – daliśmy sobie
      spokój. Na szczęście wymieniliśmy sobie tyle, ile trzeba na przeżycie tych
      kilku dni z paroma ekstrawagancjami, więc mogliśmy po prostu porównywać ceny z
      zawartością naszego portfela i ewentualnie decydować się lub nie na zakup.

      Po deptaku wspięliśmy się na wzgórze w centrum w celu podziwiania katedry.
      Miała ona dwie duże wieże i była jedną z większych budowli w mieście,
      charakterystycznie wyniosła ponad drewniane domki. Większość kościołów na
      Islandii to świątynie luterańskie, gdyż taka jest dominująca wiara na wyspie.
      Kościoły są skromnie wyposażone w porównaniu do ich katolickich odpowiedników,
      dodatkowo jeszcze surowość okolicy pogłębiała to odczucie. W katedrze spotkała
      nas pierwsza niespodzianka – usłyszałem język polski. Oczywiście zagadnąłem
      spotkanych rodaków podczas wpisywania do pamiątkowej książki, okazało się, że
      są już tydzień na wyspie, że podróżują z namiotem i codziennie nocują gdzie
      indziej dogłębnie zwiedzając okolicę. Znając z autopsji i wyjaśnień w biurze
      informacji turystycznej pogodę z ostatnich dni współczułem im mocno – deszcze
      na pewno dały im się we znaki.

      Tego dnia oglądaliśmy również miejscowe lotnisko podczas startu samolotu
      rejsowego do Reykjaviku, panoramę całego miasta ze wzgórza po drugiej stronie
      fiordu, a także Muzeum, Nonnahus (dom ‘słynnego’ pastora Akureyri z XIX w.),
      Ogród Botaniczny z niezwykłymi jak na tę szerokość geograficzną roślinami
      ozdobnymi oraz wielką atrakcję okolicy – las. Atrakcją jest on dlatego, że
      naturalne drzewa na Islandii wycięto gdzieś w połowie XVIII w, te, które teraz
      rosną są efektem pracy człowieka i nasadzeń.

      Po tak długim dniu i tradycyjnej kolacji wystarczyło, że przyłożyliśmy głowy do
      poduszek i zapadliśmy w głęboki sen.

    • tomaszek00 Dzień drugi 29.07.05, 17:42
      Liczyłem na ładną pogodę i się nie przeliczyłem. Słońce, relatywnie ciepło (ok.
      +17 ̊ C) i malutkie chmurki spacerujące wysoko po błękicie. Wspaniała
      alternatywa do wczorajszego zasnutego chmurami dnia. Dziś czeka nas przejażdżka
      samochodem ok. 100 km oraz atrakcje okolic jeziora Myvatn.

      Po drodze, mniej więcej w połowie drogi pierwsza atrakcja, wodospad Godhafoss.
      Widzę znaki drogowe sygnalizujące atrakcję turystyczną, wiem, że to ma być
      gdzieś tu, ale niestety – teren w około jak okiem sięgnąć płaski. Gdzie ten
      wodospad? I tu niezwykła niespodzianka – wodospad jest, nie tyle wysoki, jak
      szeroki i z duża ilością wody. Po prostu z płaskiego terenu spada ok. 12 – 15
      metrów do kanionu wyżłobionego przez wodę. Teraz się domyślam, że krawędź
      wodospadu pewnie regularnie się przesuwa i tak powstaje kanion. Mgiełka wokół
      wodospadu, huk spadającej wody, potęga przyrody i siła wody – to wszystko daje
      do myślenia i skłania do zadumy. Nazwa wodospadu (opisana przez legendę na
      wydrukowanej tablicy) pochodzi podobno od figurek starych bogów, które lokalny
      władca wyrzucił do wodospadu w roku 1000, po przyjęciu przez Islandię
      chrześcijaństwa.

      Po dalszych 40 kilometrach zbliżamy się do jeziora Myvatn. Kierując się mapką i
      instrukcjami otrzymanymi w biurze informacji turystycznej w Akureyri podjeżdżam
      na parking z napisem Dimmuborgir. Pięknie zaprezentowana informacja wyjaśnia,
      co i jak można zwiedzać, a także, w jaki sposób powstały niezwykłe formacje
      skalne, które zwiedzamy idąc specjalną ścieżką dla turystów. Wytyczone są
      szlaki pomiędzy skałami o różnej długości zależne od tego, ile czasu chce dany
      turysta poświęcić. Uznałem, że 30 minut to wystarczająco długo i przeszliśmy
      się najkrótszą trasą.

      W odległości ok. 2 km czekała nas następna atrakcja – Hverfjall. Stożek
      wygasłego wulkanu, który wybuchł ok. 2500 lat temu zapewniając niezwykłe
      atrakcje, które przed chwilą oglądaliśmy. Wspinamy się na krawędź ścieżką
      udostępnioną dla turystów, to tylko kilkadziesiąt metrów w górę, ale widok
      zapiera dech w piersi. Jesteśmy na wulkanie, widzimy krater! Dla nas, ludzi z
      Polski, jest to atrakcja jak się patrzy. Pierwszy raz zaglądam w głąb krateru,
      który (choć tylko teoretycznie) może wybuchnąć. Krater oznakowany jest napisami
      ułożonymi z kamieni – są tam pozdrowienia, imiona, nazwy krajów. Dostrzegam tez
      napis ‘Polska”, a więc ‘nasi tu byli’.

      Następną atrakcją, którą zwiedzamy jest Grotagja. Pod tą dziwną nazwą kryje się
      zadziwiające pęknięcie w ziemi. Wydaje się, że pole wkoło jest równe, jednak od
      czasu do czasu widać małe spiętrzenie. Kiedy podchodzimy bliżej widać, ze to
      pęknięcie skał i podłoża na długim dość odcinku. Do większej ze szczelin można
      wejść, w środku jest interesujące jeziorko, przejrzyste na kilka metrów do
      samego dna. Tu po raz pierwszy czujemy zapach siarkowodoru, który później
      będzie nam towarzyszył w innych miejscach. Niektóre szczeliny lekko parują
      dodając okolicy trochę niesamowitości.

      Hverir to kolejna atrakcja, zdecydowanie dla oczu, a nie dla węchu. Bulgoczące
      błoto. Wygodny parking i ścieżka spacerowa w okolicy świadczą o atrakcji tego
      miejsca, jednak nie mogąc długo wytrzymać zapachu po wykonaniu kilku
      pamiątkowych zdjęć jedziemy w inne, mniej ‘pachnące’ miejsca.

      Zahaczamy też o niebieskie jeziorko, które zostało przekształcone w
      rodzaj „Blue Lagoon” północy. Tu można po uiszczeniu odpowiedniej opłaty
      zanurzyć się w ciepłej, bardzo zdrowej wodzie pełnej minerałów (a zwłaszcza
      związków siarki, co można poczuć). Po krótkiej kalkulacji zawartości naszego
      portfela i czasu pozostałego do końca dnia stwierdziliśmy, że opłacalność
      takiej atrakcji była bardzo mała.

      Pod koniec dnia zjedliśmy małe ‘co nie co’ w jednym z dwóch barów w
      miejscowości Reykjahlidh. Nazwanie tych 5 domów, sklepu i stacji benzynowej
      miastem byłoby dużym nadużyciem, choć jak na Islandzkie warunki była to duża
      miejscowość.

      Wracamy do Akureyri zahaczając po drodze (niewielki, 12 km zjazd w bok) o Ogród
      Św. Mikołaja, islandzką wersję siedziby Santa Claus. Oczywiście w ogrodzie jest
      kilka zabawek dla dzieci, największy na świecie (według zapewnień organizatora)
      kalendarz adwentowy w wieży oraz miejsce do pozowania i pamiątkowych fotek w
      strojach Mikołajopodobnych. No i oczywiście duży, dwupiętrowy sklep z
      wszelkiego rodzaju pamiątkami i atrakcjami świątecznymi z różnych stron świata –
      oprócz ewidentnie ręcznej roboty wyszywanek islandzkich są też ozdoby „made in
      China”.

      Po dniu pełnym atrakcji spanie znów na zasadzie ‘głowa do poduszki – mocny sen’.
    • tomaszek00 Dzień trzeci 29.07.05, 17:42
      Dziś rano pogoda przywitała nas mżawką i silnym wiatrem, na dodatek na zewnątrz
      tylko +10 ̊ C. Na szczęście nie przewidujemy dziś żadnych atrakcji, zwiedzania
      itp. Dziś jest dzień przewidziany na spakowanie bagażu i przejazd z jednego
      miejsca pobytu na drugie, na południe Islandii. To kolejne 400 – 500 km jazdy,
      ale w taka pogodę to nawet nie żal tracić dnia na jazdę.

      Jadąc mijamy dość ciekawe formacje skalne, rzeczki, wodospady, ale przy takim
      zimnie i wietrze, przy padającym deszczu nikt nie ma zamiaru opuszczać
      przytulnego wnętrza samochodu. Skuszony parę razy widokami próbuje zrobić kilka
      zdjęć, ale niestety na paru próbach się kończy, pogoda wręcz zniechęca do
      wychodzenia poza auto.

      Po kilkuset kilometrach na południe temperatura nieco podnosi się, ale deszcz i
      wiatr nie ustają. Zbaczam trochę z drogi chcąc obejrzeć Reykholt, znane w
      Islandii miejsce zamieszkania i pracy Snorri Sturlusona, XIII wiecznego
      historyka i poety. I znów ciekawe doświadczenie, jak mówi Blondi – jak zrobić
      coś z niczego. Muzeum owszem jest, kościół, biblioteka, ładne plakaty
      wyjaśniające historię miejsca, historię Islandii itp., kilka zabudowań
      przyległych do muzeum i to wszystko – całe Reykholt. Wystarcza nam kilkanaście
      minut, aby zobaczyć to wszystko i możemy jechać dalej.

      Wpatrując się w mapę dostrzegam drogę łączącą Reykholt i jego okolice z celem
      naszej dzisiejszej podróży – miejscowością Laugarvatn. To droga nr 52,
      zaznaczona na mapie normalnie, tak jak i inne drogi. Jednak po przejechaniu ok.
      10 km niespodzianka, asfalt się kończy i dalej już tylko szuter. Miejsca na
      jeden samochód. Dobrze, że cały czas mży, droga nie kurzy się, jakoś powoli da
      się jechać. I tak przez jakieś 50 – 60 km. Na szczęście nie musimy się
      spieszyć, jedziemy powoli. Droga biegnie przez jakiś płaskowyż, wkoło skały,
      kamienie, wzniesienia i strumienie. Przy jednym z nich znak atrakcji
      turystycznej. Zatrzymuję się i widzę tabliczkę z łacińskim napisem, że tu w tym
      miejscu w roku 1000 Islandia przyjęła chrzest. Też ciekawostka. Tu? W środku
      tej głuszy? No cóż, może 1005 lat temu to była część wyspy tętniąca życiem.....

      Wieczorem dojeżdżamy do Laugarvatn, nasze lokum to tym razem drewniany domek
      letniskowy tuż za miejscowością, bogato wyposażony – dwie sypialnie, dobrze
      wyposażona kuchnia z salonem, łazienka, telewizor, radio, video. Niesamowite
      dla nas jest to, ze to wszystko stoi na pustkowiu poza miasteczkiem zamknięte
      na jeden mały kluczyk. W Polsce nie do pomyślenia, po tygodniu domek świeciłby
      powybijanymi oknami i pustką wyposażenia. Co kraj to kultura i obyczaje.

      Jak co wieczór, po kolacji idziemy spać. Oczywiście musimy opuszczać rolety,
      albowiem jasne noce nie dają normalnie spać. Okna pozostają uchylone, aby
      zapewnić dopływ świeżego powietrza.

    • tomaszek00 Dzień czwarty 29.07.05, 17:45
      Budzimy się wyspani i wypoczęci. Dziś dzień raczej relaksowy, bez specjalnego
      programu zwiedzania, po prostu odpoczynek. Delektujemy się okolicznymi
      widokami, przed nami płasko, za nami wzgórza, widoki z okien jak marzenie.

      Około południa decydujemy się na wyjazd do oddalonego o ok. 35 km Selfoss. To
      jedno z większych miast na południu wyspy, kilka tysięcy mieszkańców, prawdziwe
      miasto z kilkoma ulicami, rondem, światłami, supermarketami itp. Zwiedzamy po
      kolei kilka sklepów w poszukiwaniu czegoś smacznego i w miarę niedrogiego do
      jedzenia. Decydujemy się na islandzkiego mrożonego łososia i to jest bardzo
      trafny wybór. Przygotowany później na obiad jest pyszny, nie da się go porównać
      w żaden sposób z łososiem norweskim czy naszym bałtyckim. Mięso jest zwarte,
      bez grama zbędnego tłuszczu, smakuje wyśmienicie.

      W Selfoss zastanawia nas nadzwyczajny ruch pojazdów uprzywilejowanych –
      karetki, wozy policji. Wszystkie one jadą na sygnałach poza miasto wzbudzając
      sensację wśród mieszkańców i turystów. Po zakupach wracamy do domu i tu
      wyjaśnia się zagadka. Po jakichś 25 km jazdy napotykamy na policyjną blokadę na
      małym skrzyżowaniu. Widzę autokar w rowie, po drugiej stronie rozpruta
      terenówka, też w rowie. Nie ma jak jechać, przejazd zamknięty. Policjant
      zapytany informuje, ze miał miejsce wypadek, jeszcze nie wiedzą jak się to
      stało, wiadomo tylko, że są ofiary. Jest to dla nas tym bardziej dziwne, że na
      Islandii wszyscy jeżdżą raczej wolno, spokojnie, nie przekraczana jest prędkość
      bezpieczna, dozwolona jest generalnie 80 km/h, na lepszych drogach 90 km/h. Ja
      jadąc na pustej drodze raczej nie przekraczałem 110 na prostych odcinkach,
      których nie było wiele, drogi są raczej kręte. Trudno więc zrozumieć, jak mógł
      się zdarzyć taki wypadek z ofiarami. Wieczorem o tym wypadku mówili nawet w
      miejscowej telewizji.

      Po otrzymaniu instrukcji dotyczących objazdu (gdyż zostaliśmy uprzedzeni, że
      droga będzie zablokowana jeszcze przez kilka godzin) pojechaliśmy szutrową małą
      drogą w kolumnie podobnych jak my turystów. Po drodze zwiedziliśmy przy okazji
      jedną z miejscowych atrakcji – wygasły krater wulkanu Keridh. Jest to mały
      krater, ale za to wypełniony uroczym jeziorkiem. Jak mówi informacja
      zamieszczona przy nim jeziorko to wyznacza poziom wód gruntowych, dlatego
      obniża się i podnosi razem z nimi.

      Po dotarciu do domu i przyrządzeniu łososia podejmujemy decyzję o pójściu do
      lokalnej sauny parowej zlokalizowanej na miejscowych gorących źródłach. Okazało
      się na miejscu, że wszystko oprócz przebieralni zlokalizowane jest na wolnym
      powietrzu. Sauna parowa to dwa małe pomieszczenia zbudowane na bulgoczącym
      źródle gorącej wody. Bulgotanie to słychać w czasie siedzenia w saunie, jest w
      niej tak gorąco, że drzwi i okna są ciągle uchylone, a mimo to tego wcale nie
      czuć. Jest gorąco i parno. Właściciel powiedział mi, że nie jest w stanie
      kontrolować temperatury wewnątrz w inny sposób, jak tylko poprzez otwieranie
      drzwi i okna. Ochłodzić się można w jeziorze lub w jacuzzi. Niesamowite 1,5
      godziny spędzone tam dało nam mnóstwo ciepła na następne dni.

    • tomaszek00 Dzień piąty 29.07.05, 17:45
      Dziś chcieliśmy pojechać oglądać Heklę z bliska. Hekla to znany wulkan, ostatni
      raz wybuchł w roku 2000, a przedtem regularnie, co kilka lat. Mieliśmy nadzieję
      na choćby krótki spacer po zboczu, ale niestety okazało się, że nie da się
      podjechać na tyle blisko, żeby nie spędzać całego dnia na marszu. Również
      niestety Hekla i pogoda sprzysięgły się przeciwko nam i cały wierzchołek
      wulkanu skryty był przez naszymi oczami w chmurach.

      Przejechaliśmy więc szutrową droga u podnóża góry aż do drogi, która wiodła w
      kierunku terenów bardziej zamieszkałych i bardziej atrakcyjnych turystycznie.
      Po drodze zwiedzaliśmy bardzo ciekawy rodzaj skansenu. Otóż podczas wybuchu
      Hekli w roku 1206 zasypana została popiołami jedna z okolicznych miejscowości.
      Na początku XX wieku odkopano ją i teraz można zwiedzać zabudowania reklamowane
      jako Islandzkie Pompeje. Ciekawa jest konstrukcja domów zbudowanych z bloków
      ziemnych i pokrytych trawą.

      Pojechaliśmy dalej aż do końca normalnej drogi dostępnej dla zwykłych
      samochodów. Droga ta kończyła się przy wodospadzie Gullfoss. Dalej w tzw.
      interior można pojechać tylko dobrym samochodem terenowym. Wodospad jest jedną
      z kolejnych atrakcji regionu, wielki, spieniony, głośny. Mgła, która unosi się
      nad nim, spada na turystów jak deszcz mocząc wszystkich i wszystko. Jednak siła
      spadającej wody, jej jednostajny hałas oraz kanion, do którego wpada woda w
      drugiej części wodospadu robią niesamowite wrażenie. Warto to zobaczyć,
      zwłaszcza jeśli ktoś nie widział większego wodospadu, tak jak ja.

      Od Gullfoss o jakieś 10 km oddalona jest strefa Geysir. Wybuchające źródła,
      których nazwa ‘gejzery’ pochodzi od nazwy własnej jednego z nich stanowią
      kolejna atrakcję turystyczną regionu. Na powierzchni kilku hektarów pełno jest
      gorących źródeł. Niektóre z nich tylko parują, zachowując spokojną toń,
      niektóre bulgoczą sprawiając wrażenie gotującego się garnka z wodą. Jeden z
      nich – Strokkur – jest aktywny wybuchając co kilka minut. Robi niesamowite
      wrażenie, zwłaszcza na turystach, którzy stoją wkoło w oczekiwaniu na erupcję
      chcąc uchwycić najciekawsze momenty na fotografii. Ja oczywiście również
      próbuję, udaje mi się to dopiero po kilku próbach. Również na video uchwycenie
      erupcji nie jest łatwe, albowiem czas jest określony tylko z grubsza. Czasami
      Strokkur wybucha co 5 – 8 minut, czasami są to 2 – 3 erupcje pod rząd w
      odstępach minutowych, a potem znów dłuższa przerwa. Dokładnie opisany jest
      mechanizm erupcji, ale mimo to nadal trudno ustalić, dlaczego czas jest tak
      różny.

      Po tych wszystkich atrakcjach zdecydowaliśmy się dziś na powtórzenie parowej
      sauny wieczorem. Ale okazało się, że nasze organizmy były tak nagrzane
      wczorajszym pobytem, że dziś wytrzymaliśmy tylko niecałą godzinę. Po tym
      spaliśmy jak susły całą noc.

    • tomaszek00 Dzień szósty 29.07.05, 17:46
      I znów pogoda sprawiła nam miłą niespodziankę, słońce i błękitne niebo wraz z
      temperaturą rzędu 17 – 19 ̊ C to naprawdę niezwykłe, zwłaszcza jak na Islandie.
      Dziś z daleka Hekla była wspaniale widoczna, z biała czapą na wierzchołku,
      udało mi się zrobić kilka fotek na dużym zbliżeniu, zawsze to tez jakaś
      pamiątka.

      Pojechaliśmy znów w stronę Geysir, zahaczając po drodze o Skalholt, siedzibę
      biskupów Islandii od początków chrześcijaństwa na wyspie do roku 1800.
      Oczywiście znów okazało się, że ‘reklama dźwignią handlu’, gdyż Skalholt
      okazało się kilkoma zabudowaniami wkoło dużego jak na warunki Islandii
      kościoła. Muzeum w jego podziemiu nauczyło nas, ze kiedyś kościół był
      drewniany, zaś obecna murowana wersja to kwestia ostatnich 200 – 250 lat. Wkoło
      prowadzone są zresztą prace wykopaliskowe, których zadaniem jest odnalezienie
      śladów starych, średniowiecznych zabudowań. Pod koniec naszego pobytu w
      Skalholt do zabudowań podjechał autobus z turystami. Jakież było nasze
      zdziwienie, gdy okazało się, że to wycieczka z Polski. Szczerze mówiąc
      zachowanie grupy pozostawiało wiele do życzenia, dlatego też nie afiszowaliśmy
      się z naszym językiem starając się zachować neutralnie.

      Później znów podjechaliśmy do Geysir. Zwiedziliśmy przyległe Geysisstofa, czyli
      Muzeum Geysir. Można tam zobaczyć wszystkie atrakcje Islandii w formie
      multimedialnej prezentacji, a więc wybuch wulkanu, gejzeru, wodospady, a nawet
      trzęsienie ziemi odtworzone na specjalnej stalowej płycie. To robi naprawdę
      wrażenie, zwłaszcza na osobach, które nigdy nie przeżyły trzęsienia ziemi w
      naturze na żywo. Dodatkowo można podziwiać wystrój typowego domu oraz wypchane
      egzemplarze lokalnej fauny.

      Następnie pojechaliśmy do Thingvellir, osławionego miejsca zebrania się
      pierwszego w historii parlamentu na świecie. Miało to podobno miejsce w roku
      930. Okolica to teren w miarę płaski w pobliżu jeziora, pokryty siatką drobnych
      strumyczków zapewniających dopływ świeżej wody. Szczerze mówiąc byłem nieco
      rozczarowany, miałem nadzieję na więcej informacji, bardziej charakterystyczne
      miejsce. A tu tylko wytyczone ścieżki, mostki, jakieś pomosty bez krzty
      informacji. No cóż, tym razem albo nie trafiłem we właściwe miejsce albo
      informacji zabrakło.

      Z Thingvellir tylko niecała godzina jazdy do Reykjaviku, więc wybraliśmy się
      pozwiedzać stolicę po południu. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy, centrum
      miasta nie było duże, dało się obejść w kilkanaście minut. Wjechaliśmy na
      szczyt wieży kościelnej w centrum miasta, kościół na tyle charakterystyczny, że
      stanowi jeden z symboli Reykjaviku. Widok całkiem imponujący, gdyż całe miasto
      leży u stóp, można spokojnie oglądać go z góry ze wszystkich stron. Mieliśmy
      pecha (albo może fart), że akurat w czasie naszego pobytu na wieży wybiła 18.00
      i rozległa się muzyka dzwonów umocowanych tuż nad tarasem widokowym. Nawet
      zatykanie uszu nic nie dało, głos dzwonów wwiercał się przez skórę do środka
      ciała. Niesamowite przeżycie.

      W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze na jedne z ostatnich zakupów na wyspie,
      do niewielkiego supermarketu przy drodze wyjazdowej. Potem jeszcze godzina
      jazdy i mogliśmy już spokojnie położyć się na ostatni nocleg na Islandii.
    • tomaszek00 Dzień siódmy i ostatni 29.07.05, 17:47
      Od samego rana pakowanie. Nie jest to łatwe zapakować się po kilku dniach
      pobytu, kiedy rzeczy są porozrzucane po całym domku. No ale udało nam się na
      spokojnie to zrobić, popodziwiać jeszcze raz okoliczne widoki i około południa
      ruszyliśmy do Reykjaviku. Pogoda niestety (jak w ciągu ostatnich kilku dni) w
      kratkę, to znaczy po pięknym dniu następuje dzień pochmurny, dziś nawet i to
      zachmurzenie jest jakieś ekstremalne – chmury wiszą nisko i pada mały deszczyk.
      Deszcz ten niestety w miarę upływu dnia nasilał się, aby późnym popołudniem i
      wieczorem przybrać formę ulewy.

      Po drodze zahaczamy jeszcze raz o Thingvellir, ale z drugiej strony, to znaczy
      od strony wzgórz. Dość duża rozpadlina ciągnie się przez kilka kilometrów,
      wyobrażam sobie, ze to właśnie tu przebiega grzbiet atlantycki rozdzielający
      płyty euroazjatycką i amerykańską. Jak się później okazuje nie odbiegam daleko
      od prawdy.

      Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć w deszczu kontynuujemy jazdę do stolicy.
      Tam zatrzymujemy się w pobliżu centrum na parkingu kompleksu handlowego. W
      końcu to nasz ostatni dzień, wypadałoby kupić jakieś pamiątki z Islandii. Po
      kilkugodzinnych poszukiwaniach udaje nam się kupić po w miarę przystępnych
      cenach ładną książkę o Islandii (po polsku !!) z pięknymi fotografiami, figurkę
      maskonurka (jeden z symboli Islandii, ptak gnieżdżący się na stromych klifach
      nadmorskich – niestety nie było nam dane widzieć go na żywo), drewniany talerz
      z panoramą Reykjaviku oraz kilka pocztówek.

      Pojechaliśmy też na koniec półwyspu, na którym położony jest Reykjavik.
      Znajduje się tam typowa latarnia morska oraz pole golfowe. Zastanawiam się nad
      masochizmem islandczyków – jaka to przyjemność grać w golfa na terenie, na
      którym zawsze wieje silny wiatr, otoczony jest z trzech stron morzem i
      latającymi mewami, które w okolicy mają swoje gniazda. Jedna z nich nawet
      próbowała mnie zaatakować podczas spaceru, bo według niej zbyt zbliżyłem się do
      jej gniazda.

      Wyjeżdżamy z Reykjaviku zahaczając po drodze o kompleks budynków tzw. Pałacu
      Prezydenckiego. Jest to dawna rezydencja namiestnika z Norwegii stojąca w
      pewnym oddaleniu od centrum na osobnym półwyspie. Wsławiła się tym, że to
      właśnie tu spotkali się Reagan z Gorbaczowem w 1986 roku. Silny deszcz i wiatr
      uniemożliwia coś więcej niż zrobienie kilku zdjęć przez okno samochodu.

      Po drodze na lotnisko zbaczamy w lewo, aby obejrzeć słynny kompleks ‘Blue
      Lagoon’, położony około 10 km na południe od drogi. Jednak podziwianie
      ogranicza się do wypicia herbaty na rozgrzewkę w kompleksie turystycznym oraz
      obserwowania przez szybę śmiałków, którzy nawet w taką pogodę rozebrani do
      kąpielówek pływają w błękitno – białej wodzie jeziora. My staramy się jak
      najmniej zmoknąć w drodze z i do samochodu – szanse na wysuszenie ubrań
      będziemy mieli dopiero na lotnisku lub w domu.

      Jadąc z błękitnej laguny na lotnisko mijamy symboliczny most pomiędzy Europą i
      Ameryką. Kratownica rozciągnięta nad rozpadliną pochodzenia wulkanicznego wraz
      z kilkoma charakterystycznymi napisami jest oczywiście natychmiast uwieczniona
      na zdjęciach, w końcu nie co dzień zdarza się stać na takim moście, nieprawdaż?

      I oto wieczorem docieramy już do lotniska. Zgodnie z instrukcją z wypożyczalni
      samochodów po wjeździe na lotniskowy parking i wypakowaniu swoich bagaży
      pozostawiam samochód otwarty, zaś wszystkie kluczyki w schowku na rękawiczki
      (!!). Znów sobie myślę, że niestety to u nas nie do pomyślenia.

      Samolot na szczęście przylatuje o czasie i o czasie odlatuje unosząc nas z
      powrotem ku kontynentalnej Europie pozostawiając niezatarte wspomnienia o
      Islandii i przeżytych tam 7 dniach.

    • Gość: Jagna_24 Re: Islandia w 7 dni według Tomaszka IP: *.sip.mia.bellsouth.net 09.02.06, 15:10
      Swietna wycieczka!

      Za kilka tygodni planuje wyjazd do Reykjavik'u. Niestety nie bedzie mi dane
      zwiedzic cala wyspe - zaplanowalam swoj wyjazd troche inaczej
      (bardziej "odpoczynkowo").

      Reykjavik bedzie moja "baza", z ktorej planuje dzienne wypady typu jazda konna
      na wulkanie, wizyta w Blue Lagoon (naprawde jestes tym miejscem rozczrowany?),
      zwiedzanie jaskin, ATV (jak mi sie uda),szukanie zorzy polarnej, itp. Po (albo
      i przed) wycieczkami bede sie leniwic w spa (masaze, sauna), a wieczorami
      planuje zwidzac fajne knajpki i restauracje.

      Bardzo mi sie podobal Twoj tekst - gratuluje udanych wakacji.
      Jesli masz jakies dodatkowe uwagi o Reykjavik'u - pisz!

      Pozdrawiam cala rodzinke,

      -Jagna
      • zoz3 Interesujaca Islandia. 09.02.06, 16:31
        Dzieki za przyblizenie Islandii.
        Interesujaca relacja. Slonce jest tam rzadko, prawda?
        Pozdrowienia.
        • tomaszek00 Re: Interesujaca Islandia. 20.03.06, 19:24
          Hej zoz3,
          to zalezy jak trafisz, ja bylem na poczatku lipca i mialem pogode w kratke, to
          znaczy dzien ze sloncem, dzien bez....
          podobno bywaja dni ze sloncem - kilka pod rzad, ale nigdy nie masz gwarancji...
          pozdrawiam,
      • Gość: Ted222 Re: Islandia w 7 dni według Tomaszka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.02.06, 21:02
        Na fajne knajpki w R. to bym nie liczył, a jeżeli nawet to ruina finansowa
        pewna (ale przynajmniej bez "kaca").
        Zresztą o tej porze roku pogda tam wyjątkowo wredna.
        Radził bym lipiec, sierpień - kiedyś to nawet można było zdjąć koszulę -
        oczywiście w zaciszu.
        W R. są baseny odkryte z naturalnie ciepłą wodą czynne cały rok.
        Ze względu na zsiarczenie wody należy zdejmować srebrną biżuterię (czernieje),
        pod prysznicem w hotelu także.
        • zoz3 Mysle o trzech dniach/nocach. 09.02.06, 21:17
          Wlasnie w lecie. Mam ochote tam poleciec, intensywnie zobaczyc
          co sie uda i miec swoje wlasne (trzydniowe) wrazenia. Co o tym sadzicie?
        • tomaszek00 Re: Islandia w 7 dni według Tomaszka 20.03.06, 19:27
          Hej Ted222,
          podejrzewam, ze jesli mieszkasz w R., to znasz miejsca, do ktorych turysci nie
          trafiaja, tam sa cany bardziej pod miejscowych... roznica pewnie nie jest duza,
          ale zawsze...
          co do wody - to fakt, ze zapach odstrasza na poczatku, ale mozna sie do tego
          przyzwyczaic... ale srebrny pierscionek malzonki zczernial, to fakt... zawsze
          to nieco inny kolor i atrakcja :-)
          pozdrawiam
      • tomaszek00 Re: Islandia w 7 dni według Tomaszka 20.03.06, 09:09
        Hej Jagna,

        nie wiem, czy już wyjechałaś, czy dopiero się wybierasz....
        odpoczynek w Reykjaviku i okolicach to raczej droga impreza (z mojego punktu
        widzenia i doświadczenia), chyba, że masz zaprzyjaźnione lokum i noclego
        kosztują Cię tyle co nic....
        Blue Lagoon rozczarowało mnie z 2 względów - była paskudna pogoda (deszcz i
        zimny wiatr) oraz drożyzna... zależy jak dla kogo, ale dla mnie opłata ca. EUR
        15 od osoby za wejście i możlwość pławienia się w niewątpliwie ciekawej wodzie
        to jest drogo...
        Rzeczywiście - zima jest tą porą roku, kiedy szanse na ujrzenie zorzy polarnej
        są największze, latem raczej bez szans...

        pozdrawiam i daj znać, kiedy wrócisz, jak było...
    • tomaszek00 Re: Islandia w 7 dni według Tomaszka 20.03.06, 08:57
      Hej,
      chciałem wszystkich czytających przeprosić za długą zwłokę i milczenie z mojej
      strony... niestety ukradziono mi mój komputer i wraz z nim wszelkie kontakty,
      namiary, e-maile, które dostawałem w międzyczasie...
      bardzo proszę (jeśli to możliwe) o powtórne napisanie do mnie celem odświeżenia
      kontaktów...
      okazuje się, że najbezpieczniejszym miejscem na trzymanie swoich danych jest
      sieć, tu nic nie zginie, jak tylko pamięta się adres i login......
      pozdrawiam i czekam
    • tedpodm Re: Islandia w 7 dni według Tomaszka 12.04.06, 11:42
      Namiary na foto z Islandii - www.iceland.glt.pl !!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka