Zaczynam się poddawać.
od prawie 2 lat staramy sie o malca.
przez ponad rok "leczyłam" się u lekarki, która nic nie robiła
(żadnych badań, kombinacji z lekami, monitoringu itp).
W listopadzie zmieniłam lekarza i trafiłam do konkretnego gościa.
Dużo badań, monitoring, zmiany leków.
Wszystko byłoby dobrze gdyby nie diagnoza. Co przynosiłam nowsze
badania to tylko utwierdzał się w tej diagnozie.
1. brak owulacji
2. nie rosną pęcherzyki
3. endometrium też nie rośnie
4. wrogość śluzu.
Marnie to wygląda.
Skierował mnie na HSG, bo przygotowujemy się do inseminacji.
Tylko ..... KOSZTY !!!!
Wizyty, badania ciągną nas strasznie w dół finansowo oczywiście.
HSG 400zł
Inseminacja 750zł.
Pewnie jakieś leki dojdą do tego i badania.
Gadałam dziś z matką (niech wie jaka jest sytuacja) jakoś ją to nie
wzruszyło za bardzo. Ani problem ani to, że nie możemy nie podołać
finansowo. Generalnie mojego męża uwielbia (uprzedzam wasze
pytania

ale jeśli chodzi o pomoc chociażby w połowie kosztów to
nie. Nawet dobrym słowem nie wsparła. Z resztą nie tylko w tej
kwestii wykazuje totalne lekceważenie. Gdyby mogła to pewnie
ostatnią złotówkę by z nas zdarła.
Boże .... o własnej matce tak piszę .....
Wszystko to + to, że mój mąż nie jest przychylny do in vitro, do
którego mocno się zbliżamy, powoduje, że jestem mocno zdołowana tym
wszystkim.
Człowiek jak ma nadzieję to da sobie radę ze wszystkim.
Gorzej jak nadzieji zaczyna brakować..... tak jak mi.
Drogie dziewczyny, jak Wy sobie radzicie w takich trudnych chwilach ?
Co Wam pomaga?
napiszcie proszę...