Dziewczyny...nie będę pisać wielkich wstępów...może jeszcze niektóre z Was mnie pamiętają...kilka lat temu byłam bardzo aktywna na forum, później brak czasu spowodował że się odsunęłam w cień, ale ciągle Was podczytywałam

w skrócie...8 lat walki...PCO...jedna laparo i dwie laparotomie...po ostatniej operacji, werdykt że tylko invitro (straszne zrosty spowodowane operacjami, ogólnie kaszanka w środku, według lekarzy bez szans na samoistne zapłodnienie).
Ostatnia operacja czerwiec 2010...po tym wzięłam się za siebie

dietka...schudłam 10kg, zrobiliśmy wszystkie badania przed invitro, wyszły rewelacyjne! dziewczyny, ja NIGDY w życiu nie miałam takich wyników! wiecie że przy PCO to ciągle z czymś problem...a tu wszystko oks

nie wiem czy to zasługa diety...w każdym razie, w klinice dr zadowolony z wyników, ale podtrzymał diagnozę że bez invitro przy tych zrostach szans nie widzi...to był początek listopada...i nasz decyzja, żeby poczekać do początku przyszłego roku.
tym czasem...listopad, brak @, którą przez ostatni rok miałam jak w zegarku, ale myślę sobie dieta, stres...luzik...doszły mdłości, zawroty głowy, kłopoty ze snem...aż sama postanowiłam iść do lekarza, bo zaniepokoiłam się objawami (ciąża do głowy mi wtedy nie przyszła).
6 grudnia koleżanka namówiła mnie na test ciążowy....zrobiłam dla świętego spokoju...we wtorek widziałam 7tygodniowego maluszka z bijącym serduszkiem

)
do teraz jestem w wielkim szoku! boję się każdego dnia coraz bardziej, tego, żeby wszystko było dobrze...
dziewczyny, wierzę że każdej z Was z osobna się uda...ja już straciłam wszelkie nadzieje, żyłam czekaniem na invitro...ehh

trzymam za Was kciuki i pozdrawiam Świątecznie