Witam serdecznie.
Mam straszny dylemat, obawy i co tu dluzej kryc, jestem absolutnie
przerazona.
W skrocie - podeszly wiek

, 5 lat staran, teraz mozliwosc in
vitro (jedyna refundowana proba, ze wzgledu na wiek). Branie lekow
powinno sie zaczac w tym tygodniu.
No wlasnie powinno...
Nagle mam mnostwo watpliwosci i juz sama nie wiem czy rzeczywiscie
chce przez to przechodzic. Nie mam oparcia w domu bo moj M. nie chce
miec dzieci. Co prawda powiedzial, ze skoro ja tak bardzo chce to
sie poswieci a ja nie jestem pewna czy mozna zmuszac drugiego
czlowieka do takich poswiecen. Probuje racjonalnie podchodzic do
jego argumentow - rzeczywiscie oboje przyzwyczailismy sie do
wygodnego doroslego zycia bez obowiazkow zwiazanych z posiadaniem
dzieci. Jednak z drugiej strony ja wiem, ze to prawdopodobnie moja
ostatnia szansa.
Oprocz tego - boje sie bolu i kazde badanie ginekologiczne jest dla
mnie niesamowicie stresujacym wydarzeniem, no a przy in vitro jest
to przeciez nieuniknione.
Przepraszam, wiem ze ten wpis mozna odbierac jak rozwarzania
egzaltowanej pensjonarki ale ja naprawde jestem w strasznym dole i
juz sama nie wiem co mam dalej robic.
Nie ma dnia zebym o tym nie myslala. I boje sie podjecia jakiejs
ostatecznej decyzji. Gdybym byla mlodsza moglabym sobie pozwolic na
czekanie ale niestety nie mam juz czasu...